Forum dyskusyjne miłośników twórczości J.R.R. Tolkiena
w sieci od 11/2001
 
Gospoda(0) | Zasady Forum | FAQ | Szukaj | Kalendarz |  Zarejestruj się |  Profil | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości | Zaloguj

"W tej stronie, wysoko nad sterczącym szczytem górskim biała gwiazda wyjrzała właśnie spośród rozdartych chmur. Gdy ją tak ujrzał zagubiony w przeklętym wrogim kraju, wzruszyło go jej piękno, a nadzieja wstąpiła znów w jego serce. Jak chłodny, jasny promień olśniła go bowiem nagle myśl, że bądź co bądź Cień jest czymś małym i przemijającym; istnieje światło i piękno, którego nigdy nie dosięgnie." Sam Gamgee, Władca Pierścieni


Temat: 2456 D.E.: „Siedem dla władców krasnoludów..." (Strona 1 z 4)

Idź do strony 1, 2, 3, 4  Następna
  skocz na koniec strony
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum tolkienowskie -> Twórczość fanowska Wydruk
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Turek
Członek Kompanii Thorina


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 56



Wysłany: 20-08-2021 23:49    Temat wpisu: 2456 D.E.: „Siedem dla władców krasnoludów..." Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Witam wszystkich Forumowiczów!
Tekst, który zamierzam przedstawić na tym forum, dotyczyć ma kwestii: kto i w jaki sposób mógł w Śródziemiu zebrać wiedzę o pierścieniach krasnoludów, którą zawarto w „Silmarilionie”? Wiadomo, że Kelebrimbor wykuł ich siedem, po jednym dla władców plemion krasnoludów (po sąsiedzku – Durinowi III z Khazad-dum, na zachodzie: Szerokoramiennym i Ognistobrodym, na dalekim wschodzie: Żelaznorękim, Sztywnobrodym, Czarnowłosym i Kamiennostopym). Prawdopodobnie Durin III otrzymał swój klejnot legalnie, pozostałe sześć przechwycił Sauron, poddał swojej woli i rozdał tym krasnoludom, których sam uznał za użytecznych. Krasnoludy nie stały się wprost niewolnikami Saurona (ani nie zyskały wiecznego życia, ani nie stały się niewidzialne), lecz stały się chciwe i bezwzględne – i w ten sposób posłużyły planom Czarnego Władcy. Wreszcie zaś ich pierścienie albo wróciły do Saurona, albo zostały zniszczone przez smoki.
Ponieważ tekst „Silmariliona” jest stylizowany na kronikę – spróbowałem zastanowić się, kto i w jaki sposób mógł w Śródziemiu odgadnąć los tych klejnotów. W kalendarium Śródziemia nie ma informacji analogicznej do „DE 2251: w tym roku po raz pierwszy pojawiły się Nazgule”. Ponieważ krasnoludy żyją dłużej niż ludzie, przyjąłem (w pełni dowolnie), że wpływ ich pierścieni dał się zauważyć w 2456 r. DE. Na ten rok przypadała równo połowa rządów władcy Numenoru o przydomku Tar-Telemmaite, który to władca ponad wszystko pożądał srebra i mithrilu. A to oznaczało, że Numenorejczycy, mający już ogromną flotę i wiedzę o wybrzeżach Śródziemia – bardzo intensywnie zacieśnialiby kontakty z krasnoludami… Oczywiście Numenorejczycy mogli nie wiedzieć nic o Pierścieniach Krasnoludów. Ale ze strzępów ich wiedzy mógł skorzystać ktoś, kto wiedział czego ma szukać. W tym okresie Numenor stopniowo odwracał się od przyjaźni z elfami. Ale jeszcze nie był im wrogi, więc jeśli na wyspie wciąż przebywał elfi mistrz wiedzy Pengolod (tolerowany dla swojej mądrości) to mógł odtworzyć prawdziwy los Siedmiu Pierścieni.

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
Turek
Członek Kompanii Thorina


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 56



Wysłany: 21-08-2021 23:57    Temat wpisu: 2456 D.E.: „Siedem dla władców krasnoludów..." Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

„za następcy Ankalimona zaniechano składania Iluvatarowi ofiar z pierwszych owoców, a także rzadko odwiedzano święte miejsce na górze Meneltarmie, wznoszącej się pośrodku królestwa (...)
W tym czasie Numenorejczycy (…) zapragnęli bogactw Śródziemia i władzy nad nim. Zbudowali wielkie przystanie i potężne wieże i wielu z nich tam się przeniosło; teraz jednak zamiast wspomagać i nauczać ludzi ze Śródziemia, występowali jako ich władcy, panowie i odbiorcy haraczu (…)
Powiadano, że początkiem każdego z siedmiu skarbów dawnych krasnoludzkich królów był złoty pierścień, ale wszystkie te skarby zagarnęły i pożarły smoki, a z Siedmiu Pierścieni część strawił ogień, część zaś odzyskał Sauron.”

Wstęp (Armenelos, 2456 DE)
- Pengolodzie…!
Elf odłożył pióro, splótł palce, przymknął oczy, zamarł w skupieniu. Był początek roku, środek długiej, zimowej nocy i nawet w tętniącym życiem Armenelos, stolicy Numenoru, panowała teraz głęboka cisza. Na odległym podwórku miauczał kot, na przedmieściu zawył pies, pod królewskim pałacem okrzyknęła się zmiana warty… tylko wyjątkowo czuły słuch elfiego Mistrza Wiedzy odnotowywał te dźwięki. A ponad nimi… Głos. Cichy, ale potężny, przenikający cała przyrodę – a jednak rozbrzmiewający jedynie w jego umyśle. Nie w uszach – w umyśle właśnie. Oczywiście Pengolod znał ten głos - to już dwieście lat…
- …Dwieście lat minęło, od kiedy wykonałeś powierzoną ci misję i wyjaśniłeś wątpliwości, które trapiły Możnych… I które mogły w przyszłości zaważyć na losach Śródziemia…
Pengolod natężył uwagę, aby nie utracić umysłowego kontaktu. – Pokora – powtarzał sobie elf – nie wzywałem Mocy, to one mnie wzywają. Cokolwiek nakażą – mam być posłuszny i użyteczny.
- Tak, uczyniłem co potrafiłem, aby odpowiedzieć na zadane mi pytanie. Nie byłem jednak sam…
- Dzięki tobie rozproszona wiedza ludzi i elfów, a nawet krasnoludów dała odpowiedź. Dwieście lat temu ład Śródziemia zmącili śmiertelnicy, którzy za przedłużenie dni swoich żywotów oddali się w służbę ciemnym mocom. Tobie zawdzięczamy rozwiązanie tej zagadki. Wiedz, że do sześciu, których wówczas odkryliśmy, pochodzących z plemion służących od dawna Sauronowi - dołączyło troje Numenorejczyków, niesytych darów, jakie plemię ich otrzymało od Opiekunów Świata. Jest ich teraz dziewięciu - tylu, ile pierścieni Sauron zrabował ongi Kelebrimborowi.
- I cóż z moich wysiłków? – zmarszczył brwi Pengolod. – Ci nikczemnicy uzyskali wielką moc i od stuleci ciemiężą Śródziemie. Przeżyli już swoich prawnuków i krzepną, rozszerzają swoje państwa, w krwawych wojnach pomnażają moc Saurona. Kto ich powstrzyma? Moi pobratymcy, wykrwawieni przed siedmiu wiekami, nie odzyskali sił, z trudem chronią swoje kraje, a wielu z nich odpłynęło na zachód. Podobnie krasnoludy – ukryte w swych grotach i górskich warowniach, choć nawet tam nie są bezpieczne, jak ci nieszczęśnicy z Belegostu… A Numenorejczycy… mieszkam wśród nich, rozmawiam z ich władcami i mędrcami, kształcę ich młodzież - i widzę, jak się zmienili, zaniedbują sanktuarium Eru na Meneltarmie, oddalają się od elfów, nawet ich język oddala się od naszych nauk… Poszerzają swoje rządy w Śródziemiu, ale nie czynią tego w imię wolności czy sprawiedliwości. Jeśli walczą z tyranami Śródziemia, wspieranymi przez Saurona – to o łupy i bogactwa. A czasem wręcz sprzymierzają się z nimi, wspólnie krzywdząc słabszych… Dla własnych korzyści wspólnie z tamtymi despotami zniewalają plemiona Śródziemia, wydzierają im plony ich pracy, pędzą do katorżniczych robót…
- Możni to wiedzą – przerwał głos. – Numenor, przed dwoma i pół tysiącami lat wydźwignięty z fal oceanu, miał być bezpiecznym domem dla najgodniejszych z ludzi, a staje się zbrojnym mocarstwem, którego królowie rosną w pychę… Lecz dopóki szanują wolę Władców Zachodu, ci nie odmówią im swej łaski i pomocy. Powtarzaj to Pengolodzie wszystkim, którzy chcą słuchać. Oby dana ludziom wyspa ponownie rozkwitła szczęściem i radością…
…Lecz dziś Możni bardziej trapią sprawami Śródziemia. W ciągu dwóch stuleci, jakie minęły od twojej poprzedniej misji, w Śródziemiu wzmógł się niepokój. To nie wojna… lecz ostrożne do niej przygotowania. Chytre plany… przebiegłe, dalekosiężne projekty… Ich źródło jest w Barad-dur.
- Za sprawą owych dziewięciu popleczników Saurona?
- Nadejdzie dzień, gdy tych dziewięciu usłyszy głos z Mordoru… i ruszą podbić dla niego całe Śródziemie… Lecz to ty, Pengolodzie, musisz stwierdzić kiedy to nastąpi! Czy wolnym narodom zostały jedynie lata – czy aż wieki na przygotowanie się do kolejnego starcia.
- Jakże to mogę uczynić? Jakiej mam szukać przyczyny, która przybliży lub oddali nadchodzącą wojnę?
- Wiedz, że gdy doniosłeś nam o losie pierścieni Kelebrimbora – jego ducha wezwał przed swe oblicze Mandos. Kelebrimbor - nieszczęsny geniusz! Chciał tworzyć dobro i piękno – a dał się omamić przewrotnemu złu. Jego duch pragnął odkupienia, choć zaprawdę winą jego była tylko zbytnia dufność we własny kunszt. Wyznał wszystko, co wiedział o wykuwanych ongi pierścieniach… lecz jego wiedza nie sięga poza moment kaźni, jaką zgotował mu Sauron. Wie, które pierścienie Sauron mu wydarł – ale nie wie co z nimi zrobił później.
- Trzy ukryli władcy elfów, dziewięć Sauron rozdał swoim zausznikom… a siedem, które miały trafić w ręce krasnoludów?
- O nich właśnie wiemy niewiele, mędrcze – głos jakby zawahał się – Tak samo jak niewiele wiemy o krasnoludach. Nieprzyjaciel zrozumiał, że elfy nigdy nie pójdą w jego służbę. Ludzie Śródziemia są jeszcze zbyt prości i nieużyteczni – nieprędko posłużą mu inaczej niż jako wojownicy na polu bitwy… chyba że oddadzą się w jego służbę szlachetni Numenorejczycy. Jest jednak plemię, którym Nieprzyjaciel interesuje się od dawna. Plemię skryte, nieufne, a biegłe w rozmaitych kunsztach. Plemię, które powołał do istnienia Aule, Valar spragniony tworzenia nowych istot, zanim obudzą się elfy i ludzie z planu Iluvatara. Nie był to bunt, jak u Morgotha, ale zbytnia wiara we własny talent… tak jak później u Kelebrimbora. Aule wyraził skruchę i pozostał sługą Iluvatara, a ten zaakceptował krasnoludy Aulego i przyznał im Dar Życia – ale nie były one wpisane w pierwotny plan świata. Są w nim… akceptowanym odstępstwem. Trudno adoptowane dziecko pokochać bardziej niż własne…
- Cóż krasnoludy mogą dać Sauronowi?
- Wiesz wszak, że Sauron, zanim zapragnął władzy u boku Morgotha, służył pierwotnie Aulemu, zna jego liczne sekrety i może nimi kusić krasnoludy… Te istoty: twarde, honorowe, nieustępliwe, żyją w świecie… ale nieco obok niego. Własny język, kamienne, podziemne pałace. Oczywiście, szukają dobra i piękna - tym się różnią od zwierząt i od tworów Morgotha, ale dobro i piękno widzą na własny sposób - tym się różnią od elfów i ludzi. Krasnoludy mogą stać się największymi artystami materii Ardy, stworzyć w skałach i metalu Śródziemia dzieła, które staną się odbiciem pałaców Nieśmiertelnego Valinoru. Lecz jeśli Nieprzyjaciel skłoni tych mistrzów rzemiosł, aby oddali swe talenty w jego służbę? Stworzą mu łańcuchy, którymi spęta całe Śródziemie, a oni dumni będą, jak solidnie wykuli ich ogniwa…
- Nie interesowałem się klejnotami Kelebrimbora, gdy ten je wykuwał. Dopiero na wasz rozkaz zgłębiam o nich wiedzę. Ponoć z siedmiu pierścieni przeznaczonych krasnoludom – Sauron przejął jedynie sześć?
- Jeden z nich Kelebrimbor ocalił – jeszcze przed wojną przekazał Durinowi, władcy Khazad-dum, a ta krasnoludzka stolica nigdy nie padła łupem najeźdźcy. Lecz pozostałe pierścienie zrabował Władca Ciemności i mógł z nimi robić cokolwiek chciał…
- Jeśli rozdałby je krasnoludzkim wodzom, aby nagiąć ich swojej woli – mógłby osiągnąć podobny skutek jak dwa wieki temu z ludźmi. Krasnoludy żyją znacznie dłużej…
- Nie wiemy… wielu rzeczy nie wiedzą nawet Potęgi czy Możni. Tak, jak dwa wieki temu – wzywamy cię, Pengolodzie, użyj swojej wiedzy i wpłyń na lojalnych wobec ciebie mieszkańców Numenoru… Niech powiążą rozmaite fakty, które tylko oni, żeglarze penetrujący morza całego świata – mogli obserwować.
- Co niepokoi Możnych? – Pengolod zaczynał kojarzyć wątki, ale wolał mieć pewność.
- Obserwujemy dziwne wydarzenia na obszarze całego Śródziemia. Gdy powstawała Ziemia, umieściliśmy w niej rozmaite minerały, niektóre miały dawać plemionom ziemi narzędzia, inne – ozdoby, jeszcze inne – ciepło i energię. Miały one wystarczyć na wiele waszych pokoleń, tak abyście zanim zużyjecie jedne – potrafili zastąpić je innymi. Wiele plemion od dawna pała pożądaniem do błyszczących kruszców, zalegających wnętrze ziemi… lecz w ostatnich stuleciach wydobywają ich wciąż więcej i więcej. Robią to i krasnoludy i ludzie, mieszkający w Śródziemiu, również Numenorejczycy, których mądrości dorównuje ich żądza bogactw. Nie wiemy, czy w wojnie która nadciąga, sługami Saurona będą tylko ludzie – czy także krasnoludy. Czy na pola bitew Władca Ciemności będzie mógł rzucić tylko hordy półnagich dzikusów – czy też zastępy uzbrojone w najlepszą broń Śródziemia?
Głos ucichł. Pengolod otworzył oczy, rozejrzał się po swoim gabinecie, oświetlonym teraz tylko małą lampką na biurku. Rzucił okiem na regały ksiąg i pergaminów, spojrzał w okno, na powoli padające płatki śniegu. Intensywnie myślał - tu, w stołecznym Armenelos może pytać kogo chce – uczonych, urzędników, żeglarzy, nawet samego króla. Ale najpierw sam musi wiedzieć, czego szuka…
Dwa stulecia wcześniej chodziło o poszukiwanie ludzi, którzy uzyskali nadnaturalną długowieczność i na rozległych obszarach Śródziemia budowali swoje imperia. Widziano skutek, szukano przyczyny. Odkryto, że ludzie ci zawdzięczali swoje moce pierścieniom, które dał im Sauron, zrabowawszy Kelebrimborowi. A teraz zadanie było odwrotne: Sauron siedem wieków temu zrabował pierścienie przeznaczone dla krasnoludów i w tym czasie mógł rozdać te klejnoty swoim poplecznikom… trzeba ustalić kim oni są, a przede wszystkim – jak pierścienie na nich wpłyną. Czy – jak ludzie – zyskają nieśmiertelność, ale jako upiory? Będą władać dziwnymi mocami, czytać w myślach, zaklinać pogodę… budować mocarstwa? Czy staną się podlegli władcy Mordoru? Sześciu lub siedmiu królów krasnoludów, w tym władca Khazad-dum...
Pengolod nieco znał podania krasnoludów, według których dzielili się oni na siedem plemion – logicznym było, że Kelebrimbor dedykował po jednym pierścieniu każdemu z ich władców. Na zachodnich krańcach Śródziemia, w Górach Błękitnych, blisko morza i władztwa Kirdana żyły dwa plemiona – Szerokoramienni i Ognistobrodzi. Te krasnoludy jeszcze w Pierwszej Erze zbudowały dwa potężne miasta – Nogrod i Belegost, a wobec elfów były raczej przyjazne: handlowały z nimi, wspólnie broniły Beleriandu przed Morgothem. Oczywiście sąsiedztwo różnych ras nigdy nie jest sielanką – Azaghal, władca Belegostu wspierał elfy w Bitwie Nieprzeliczonych Łez, a niewiele lat później armia Nogrodu zrabowała elfie skarby w Doriath… Ale te spory były już odległą przeszłością, Beleriand zalało morze, Nogrod popadł w ruinę, podupadł też Belegost…
Krasnoludy z Nogrodu i Belegostu coraz chętniej migrowały do rozrastających się dalej na wschodzie kopalni Khazad-dum. Między panującymi tam władcami z rodu Durina, a nieodległą stolicą elfów Ost-in-Edhil przez stulecia rozkwitała prawdziwa przyjaźń. Przed ośmioma wiekami ich sojusz przeciwstawił się Sauronowi i chociaż Ost-in-Edhil zostało zniszczone, Khazad-dum obroniła się. Uciekające na zachód resztki elfów, dotarły do Gór Błękitnych – i uzyskały pomoc krasnoludów mieszkających jeszcze w Belegoście. Ta twierdza, choć dni świetności miała już za sobą, też wytrzymała blokadę, armie Saurona łamały sobie na niej zęby, aż do obrońców dopłynęła odsiecz z Numenoru. Koalicja elfów, ludzi i krasnoludów odepchnęła Saurona aż do Mordoru, wygrała wojnę… i wtedy elfy zrozumiały, że ich świat się załamał. Krasnoludy w swoich twierdzach ucierpiały niewiele, Numenorejczycy dufni w swoją potęgę coraz liczniej osiedlali się w Śródziemiu – a dawne elfie osady były spustoszone, z Ost-in-Edhil zaś pozostała sterta gruzów. Co ważniejsze zaś – znikło dawne poczucie bezpieczeństwa, szczęście i beztroska.
Pengolod zwiedzał dawno temu Belegost, znał też Khazad-dum… choć opuścił Śródziemie przed siedmiu wiekami, otrzymywał stamtąd dość regularne informacje. O ile elfy z trudem odbudowywały swoje siedziby, a wiele z nich emigrowało na Zachód i jasnym było, że nie odzyskają dawnej świetności, o tyle krasnoludy radziły sobie nieźle. Handlowały z coraz liczniejszymi osadami Numenorejczyków, a nawet z samym Numenorem, z rozmaitymi ludami Śródziemia, ich szczepy odradzały się, rosło też bogactwo ich siedzib… Prym wiodła oczywiście Khazad-dum – młodsza, ale znacznie większa i obdarzona bogatymi złożami mithrilu, ale starszy i mniejszy Belegost, leżący niedaleko morza też dobrze prosperował… aż do ostatnich lat.
Siedem lat temu na Góry Błękitne spadło nieszczęście – z północnych, zimnych pustkowi nad-leciał ogromny smok, z zaskoczenia przełamał opór straży Belegostu, wdarł się do twierdzy, zabijając krasnoludzkiego władcę Telchara i rozpoczął rzeź mieszkańców. Zdziesiątkowane krasnoludy uciekły, a potwór obrócił zrujnowaną twierdzę na swoją kryjówkę i z niej terroryzował całą okolicę. Dopiero po trzech latach koalicja krasnoludów, elfów i ludzi pokonała bestię, ale do ruin Belegostu życie już nie powróciło. Północne krańce Śródziemia, gdzie niegdyś miał swoje twierdze Morgoth, mogły ukrywać jeszcze niejedną potworność… Krasnoludy na zachód od Gór Mglistych rozproszyły się, osiedlając w niewielkich grupach w pobliżu ceniących ich rzemieślniczy kunszt siedzib ludzi, jak Bree, czy osiedla Numenorejczyków: Tharbad, Lond Daer… Znaczna ich część oczywiście przeniosła się do Khazad-dum.
A pozostałe cztery krasnoludzkie szczepy żyły gdzieś daleko na wschodzie… Jak sprawdzić, czy ich władcy przyjęli Pierścienie Władzy? Czy budują „krasnoludzkie imperia”? Jak liczne mogą to być społeczności? Jak duże armie mogą wystawić? Pengolod zakładał, że niewielkie – jak można być licznym, gdy samemu się nie wytwarza żywności? Za duży oddział uważa się trzy-pięć setek krasnoludów, w Bitwie Nieprzeliczonych Łez, dawno w Beleriandzie, Azaghal z Belegostu stał na czele niewiele ponad pięciu tysięcy swoich wojów; w wojnie przeciw Sauronowi Durin III z Khazad-dum wystawił nie więcej niż siedem tysięcy swoich pobratymców, a znacznie słabszego Belegostu broniło w tym czasie może dwa, może trzy tysiące krasnoludów. A przecież były to pełne mobilizacje, podejmowane w najwyższym zagrożeniu, w zwykłych czasach pod bronią trzyma się kilkukrotnie mniejsze formacje… Czy siłami kilku tysięcy wojowników można budować rozległe „imperia”, które wywierałyby wpływ na Śródziemie? Wolne żarty, najlepsze uzbrojenie i męstwo nie zastąpi liczby wojowników…
Więc trzeba szukać innego klucza… jakąś wiedzę o krasnoludach mogą mieć elfi władcy w Śród-ziemiu: Eirenion, zwany Gil-galadem, Galadriela, Elrond, Kirdan… Pengolod kontaktował się z nimi regularnie, elfi mędrcy potrafili wymieniać myśli mimo kolosalnych odległości jakie ich dzieliły. Tak właśnie działali dwa wieki temu… Władcy elfów utrzymują poprawne – szkoda, że tylko poprawne – stosunki z Khazad-dum i do niedawna z Belegostem. Ale znacznie więcej informacji mogą mieć Nu-menorejczycy: ludzie, którzy handlowali z całym Śródziemiem mogli odnotować powstawanie takich krasnoludzkich „imperiów”, czy też współpracę krasnoludów z Mordorem. Tak jak dwa wieki temu zbierane przez nich pogłoski, których znaczenia sami nie rozumieli, pozwoliły elfim mędrcom odkryć mocarstwa tworzone przez ludzkich „niewolników pierścieni”.
Tylko… czy zechcą się tą wiedzą podzielić? O ile Pengolod na dworze władców Numenoru wciąż cieszył się szacunkiem – tak coraz mniejszą sympatią… Skąd w Numenorejczykach brała się ta zazdrość, ta z trudem maskowana niechęć, pod pozorami grzeczności… Lekko zadrżał, otulił się szczelniej domową szatą… początek roku był chłodny.

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
Turek
Członek Kompanii Thorina


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 56



Wysłany: 23-08-2021 13:28    Temat wpisu: 2456 D.E.: „Siedem dla władców krasnoludów..." Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Turek napisał(a) (zobacz wpis):

Rozdział 1: nad Morzem Rhun (początek roku)

I
Belemir wyszedł wściekły z kantoru, trzasnął drzwiami, odetchnął zimowym powietrzem, poprawił szubę na ramionach. Podszedł do konia, z rozmachem kopnął niewolnika, ten padł na kolana, po jego grzbiecie Belemir umościł się w siodle, warknął do zarządcy – Jedziemy, bo krew mnie tu zaleje! Eskorta konnych Rhovaniończyków uformowała dwuszereg i ruszyła za swym panem, który zaciekle smagał szpicrutą konia, wyjeżdżając z zaśnieżonego targowiska.
Tacy wspaniali niewolnicy przeszli mu koło nosa! Tęgie, krzepkie pachołki z rozległych stepów na wschód od Morza Rhun. Obrotny kupiec łatwo zorganizowałby karawanę, która powiodłaby niewolników na południe. Setki mil forsownego marszu, przez zimowe bezdroża, ale jeśli któryś zdechnie po drodze tym lepiej, słabeuszy nie trzeba. Daleko na południu władca „krainy Mordor, gdzie zaległy cienie” kupował każdą ilość takich brańców, formując z nich ciężkozbrojne pułki, skutecznie broniące jego granic przed Numenorejczykami. Oczywiście Belemir też był Numenorejczy-kiem… z pochodzenia, jego dziad, po którym nosił imię, osiedlił się w Umbarze, a Belestir, jego ojciec, zrozumiał, jak wspaniałe interesy można robić w Śródziemiu… i jak słabnie patriotyzm wobec macierzystej wyspy, odległej o dwa miesiące rejsu.
Po prostu – zysk to zysk, byle ojczysty wywiad nic nie wywąchał… Belemir już miesiąc temu wstępnie dobił targu z miejscowym handlarzem „żywego towaru”, ustalił cenę, dał zaliczkę, dziś miał domknąć transakcję…
A wczoraj z nieco wyższą ofertą pojawił się ten smagłolicy Easterling, Brodda Ghan, wykupując wszystkich niewolników – i to jego trzos miały zasilić zyski z handlu z Mordorem. Przydomek „Ghan” wskazywał na książęce pochodzenie, podobno ów Brodda był jakimś możnowładcą daleko na wschodzie. Podobno był krewniakiem owego Khamula, który jakoby już od ponad pięciu wieków rządził rozległymi wschodnimi stepami, budując swoje koczownicze imperium. Oczywiście jego władza nie sięgała jeszcze Morza Rhun, ale dyplomaci, kupcy czy szpiedzy – jak najbardziej tu docierali. I rywalizowali z emisariuszami Numenoru…
Śródlądowe morze Rhun, teraz zamarznięte, było ważnym centrum osadniczym i pozwalało przeżyć całej rozległej, stepowej krainie, ciągnącej się bezkresnymi przestrzeniami hen, na wschód… aż do rubieży władztwa Khamula. Rozległy akwen dawał plemionom mieszkającym nad jego brzegami wodę, ryby, uprawy, handel… Na jego brzegach, a także nad zasilającą je od północy Celduiną - Bystrą Rzeką, płynącą hen aż z odległych gór, wyrastały osady i miasteczka, niektóre wręcz posadowione na wodzie. Daleko na północy, nad górnym biegiem Celduiny, wznosił się ponoć samotnie olbrzymi, wyniosły szczyt – ostrożnie penetrowały go kręcące się po całej krainie krasnoludy. Na północnym wschodzie rozciągało się pasmo Żelaznych Wzgórz, spływała stamtąd rzeka Carnen - duży dopływ Celduiny – tam też mieszkały krasnoludy, z jakiegoś innego plemienia. Daleko na zachodzie rozciągały się ogromne lasy, Belemir docierał kilkakroć do ich wschodnich i południo-wych rubieży i wierzył podróżnikom, którzy opowiadali że zmieściłby się w tych kniejach cały Numenor. W tych gigantycznych puszczach żyć miały całe plemiona elfów – Belemir nie miał oczywiście nic przeciwko nim, ale dobrych interesów z elfami nigdy nie robił… Co innego z krasnoludami, czy nawet z górskimi goblinami, chociaż ryzyko bywało spore, o czym świadczyła stara, nieładna szrama na lewej skroni kupca. Za owymi nieprzebytymi puszczami płynąć miała Wielka Rzeka Anduina, mająca ujście daleko na południu, już blisko numenorejskich portów. Jeszcze dalej na zachód piętrzyły się niebotyczne Góry Mgliste, a w nich – krasnoludzka stolica Khazad-dum. Tam Belemir nigdy nie bywał, podobnie jak w rozciągającym się za Górami Mglistymi rozległym Eriadorze, w którym ponoć numenorejscy osadnicy żyli w przyjaźni z licznymi plemionami elfów. Belemira nie interesowało mozolne dłubanie w ziemi i zbieranie z niej skromnych plonów sezon po sezonie – życie jest zbyt krótkie, aby tak je marnować. Jego obecna, najdalej na północ prowadząca podróż, wiodła od An-grenost wzdłuż granicy tajemniczego lasu Fangorm przez Anduinę, a dalej – na północny wschód, skrajem Wielkiego Zielonego Lasu i przez stepy do wybrzeży Morza Rhun.
Oczywiście, owi niewolnicy znad Rhun nie stanowili dla fortuny Belemira jakiegoś znaczącego uszczerbku, ale kupiec nie lubił gdy pewny wydawałoby się interes brał w łeb. Daleki krewny książąt Orrostaru, jednego z pięciu półwyspów Numenoru - nie zamieniłby się z nimi na dostojeństwa. Rzeka złota jaka przepływała przez skarbce Belemira spokojnie wystarczyłaby na kupno Orrostaru w cztery-pięć lat. Stocznie Umbaru, warsztaty Angrenost, tartaki Eriadoru, pola pszenicy w Dolinie Anduiny, pola bawełny w Harondorze, plantacje jedwabiu w Haradzie, karawany Khandu, targi niewolników w Hyarn… a w każdym większym mieście czy punkcie targowym – faktorie, kantory i agenci handlowi. A także… rozmaite mniej przejrzyste, acz bardziej dochodowe interesy, w których szczegóły niekoniecznie chciał wglądać – „brudny pieniądz - ale czysty zysk”. Przed rokiem na przykład zdecydował wycofać udziały z Kompanii Eriadorskiej – stały wysoko, więc nawet na tym zarobił, inni inwestorzy dziwili się jego decyzji, ale on miał swoje źródła informacji, już kilka lat temu wszedł w porozumienie z księciem Herucalmo…
Przez zaśnieżone pola orszak Belemira zbliżał się do kwater – sam kupiec, wraz z kilkorgiem sług i ochroniarzami zajął jeden z wystawniejszych domów miasteczka, stojący przy ulicy biegnącej dalej na południowy zachód. Dom miał nawet kamienne fundamenty i dach kryty gontem, rzadkość w tej krainie drewnianych chałup pokrytych strzechami…
W przedsionku siedział niezgrabny, chudy młody chłopak, ubrany w barwne spodnie i krótki kożuszek. Nie zważając na chłód, brząkał coś na lutni.
- Boromir, chodźże tu, niedołęgo…
Miał ich trzech, wdrażających się powoli do przejęcia po nim interesów… Najstarszy, Ardamir był już cechmistrzem górników w Isengardzie, a od roku wchodził w skład rady zarządzającej Konsorcjum Angrenost. Średni, Kiryazor objął właśnie dowództwo eskadry szybkich fregat w Umbarze i wszyscy wróżyli mu za rok-dwa pierwszy samodzielny liniowiec. Obaj tacy jak ojciec: odważni, twardzi, żądni sukcesu… zuchy! A ten, tu… śpiewak, grajek… szczęściem ma talent do języków, więc Be-lemir wziął go ze sobą w tę odległą eskapadę…
- Ojcze, masz gościa. Kamina go przyprowadziła…
Stojąca nieopodal młoda, jaskrawo umalowana szatynka w bordowym płaszczu uśmiechnęła się, podchodząc. Belemir wzdrygnął się lekko. Nie wzywał na dziś dziewek, zwykle zlecał to Muriel – nieformalną zwierzchniczkę nierządnic w tej osadzie. Ale po kolei… najpierw ochłonie, wyda podwładnym polecenia, później coś zje, może kilka łyków wina, a wieczorem jakieś młode ciałko, czemu nie. Ale to on wzywa, nie toleruje samowoli jakiejś barbarzynki…
- Dostojnościo – całkiem znośnie władała wspólnym – jakiś twój pobratymiec szuka cię…
- Dzięki, mała – wychodzący z cienia studni szczupły człowiek, owinięty ciemną opończą rzucił dziewczynie monetę. – Dostojny Belemirze, zwę się Imrazor, przybywam z Angrenost, w służbie królewskiej… - podchodząc pokazał na dłoni medalion z brązu.
Belemir szybko przebiegł myślą swoje interesy – legalne i nielegalne – prowadzone w tej części Śródziemia. Czyżby ojczysty wywiad coś podejrzewał? Przemknęła mu myśl, aby sprzątnąć tego chłystka, w samej tej osadzie miał pod stu zbrojnych, żaden problem… Ale przecież ten agent ma jakieś gwarancje bezpieczeństwa, jego śmierć w najlepszym wypadku czyniłaby z Belemira banitę…
- Chłodny dzień, panie, zapraszam na obiad - lekko skłonił się kupiec – Boromirze, zostaw nas samych…

II
- Jak interesy? – Imrazor popił wina, wytarł serwetą usta. – Nawet na tych barbarzyńskich pustkowiach potrafisz, Belemirze, pomnażać swój majątek…
- Majątek, czcigodny Imrazorze, pomnażam w innych okolicach… cieplejszych… żyźniejszych… Tu pilnuję jedynie, aby straty nie były zbyt wielkie. Ot, choćby upadek Kompanii Eriadorskiej… – Belemir oparł się wygodniej w fotelu. Skoro Imrazor chce tu załatwiać jakieś sprawy dla Numenoru – Belemir chętnie pomoże, pokaże swoją przydatność: „Żyj i daj żyć innym”.
- Póki co, mamy tu trochę miasteczek, osad, luźnych watah – kontynuował Belemir, biorąc w rękę puchar wina. – Czasem ze sobą rywalizują, poważniejsze starcia są rzadkością… ale poważniejszych interesów też tu się nie rozwinie.
- To co tu robisz, kupcze? Mogę ci podpowiedzieć. Obecnie chciałeś zakontraktować niewolników i dostarczyć ich na południe... A dwa lata wcześniej organizowałeś karawany żywności z Harondoru na wschód… Pięć lat temu też tu byłeś. Kupowałeś konie, których całe tabuny twoi pastuchowie pognali gdzieś na południe.
- I co z tego?
- Belemirze, obserwujemy cię od dawna. Rozmaici watażkowie od kilku stuleci próbują założyć w Śródziemiu własne państewka. Ty działasz inaczej… stworzyłeś sieć, jak cierpliwy pająk. Oplotłeś swoimi wpływami liczne nasze posiadłości: tu dostawy niewolników, tam żywności, gdzie indziej – tkanin, pachnideł czy metali. Jeden syn robi karierę w Angrenost, drugi w Umbarze, a ilu masz prze-kupionych urzędników od zwykłych celników do namiestników prowincji? Nie zdziwiłbym się gdybyś płacił samemu Sauronowi.
- Wasza wielmożność, to oszczerstwa! Prowadzę rozległe interesy w Śródziemiu, ale nie z Mordo-rem!
- Handlujesz z Mordorem na dużą skalę. Dozbrajasz naszego strategicznego przeciwnika. Mamy dość dowodów i na ciebie i na twoich synów. Rozumiemy się?
- Wasza dostojność to jakaś pomyłka…
- A hartowane pancerze dla Adunaphel z Harondoru? A pociski rozpryskowe dla Akhorahila z Hyarn? To tylko z ostatniego roku…
- Przecież to są nasi książęta?
- Kiedyś byli… od dawna ich zwalczamy, bo weszli w sojusz z Mordorem. A ty doskonale o tym wiesz… ale dość o tym, te pancerze i pociski możesz skreślić z ewidencji, kontrahentów również. Chcesz coś powiedzieć?
Belemir poczerwieniał, zawarczał odsłaniając zęby, zacisnął pięści, przez moment wyglądało że rzuci się na rozmówcę… złapał kubek z winem, jednym haustem opróżnił, puste naczynie roztrzaskało się na podłodze.
- Niczego mi nie udowodnicie! – burknął nieco spokojniej.
- Jak będziemy chcieli to udowodnimy, tobie i twoim synom. Ale może nie będzie trzeba? Armenelos ma dla ciebie zadanie, jeśli się spiszesz, odkupisz swoje grzechy wobec ojczyzny… a może nawet zrekompensujesz poniesione straty?
- Czego wam trzeba?
- „Wam?” Jesteś przecież Numenorejczykiem! Ojczyzna cię potrzebuje! Właśnie tu, nad Rhun. I taki ktoś jest nam potrzebny. Nikt oprócz ciebie nie ma tu odpowiednich wpływów Chcemy w tym regionie mieć przyjazne sobie władze. Znasz Broddę Ghana?
- Znam, przekleństwo na jego kosmaty łeb… Easterling, konkuruje tu ze mną.
- On nie działa sam. Za nim stoi Khamul, a on z kolei jest w sojuszu z Mordorem. Wiemy, że Brodda nie jest zwykłym kupcem. Ma przejąć kontrolę nad tym regionem, od Morza Rhun aż po Żelazne Wzgórza. Przywiózł złoto, ma liczny zastęp najemników, czeka na posiłki. To nie będzie otwarta aneksja… jeszcze nie. Kupi albo zastraszy tutejszych przywódców, na stepach, nad Rhun, może aż po Esgaroth, odbierze od nich przysięgę wierności. A nam to nie odpowiada. Chcemy wzmocnić tu własne wpływy.
- Z Angrenost? Nasze wpływy sięgają ledwie do Anduiny…
- Nasza władza w istocie kończy się na Anduinie, ale wpływy mamy szersze. Bliżej stąd do Angrenost niż do państwa Khamula… Myślisz, że skąd wiemy o misji Broddy? Od jego konkurentów na dworze Khamula. Pod naszą opiekę schronił się młody książę Easterlingów, Gorys Ghan. Jego klan od dawna konkurował z Broddą, aż przed dwoma laty Brodda z przyzwoleniem Khamula wymordował ich wszystkich. Gorys ocalał, z grupą zwolenników uciekł do nas… a my uczynimy go tutejszym władcą. Ma swoich popleczników i u Khamula i u Broddy… Pomożesz mu przejąć władzę w tym regionie.
- Cóż mam robić?
- Uruchom swoje finanse, my ci pomożemy. Kupuj broń, werbuj najemników, pozyskuj miejscowych notabli… Nie bój się, jeśli się spiszesz, korona cię doceni. Zorientuj się, na kogo możemy liczyć, a kto opowie się po stronie Broddy. Gorys przybędzie wiosną, wraz z naszymi doradcami i ze wsparciem militarnym. Do tego czasu powinieneś przygotować jego stronnictwo. Bo… – tu przybysz zawiesił głos - …oficjalnie Numenor nie jest w te kwestie zaangażowany. Oficjalnie, rozumiesz? Oczywiście, takie koszty zawsze się wielokrotnie zwracają…
Belemir kiwnął głową. Wiedział to dobrze.
- Jeszcze jedna kwestia, kupcze: wiesz, że nasz władca wielce sobie ceni mithril… Czy w tym regionie znajdziemy ten metal?
- Krążą pogłoski, że na północ stąd… w Żelaznych Wzgórzach, albo pod Samotną Górą. Kręcą się tam liczne grupy krasnoludów, głównie z Khazad-dum …
- Z Khazad-dum? Handlujemy z nimi w Eriadorze. Podobno tamtejsze krasnoludy znają przejścia przez Góry Mgliste… Nie wiemy, czy pozyskują mithril u siebie, czy też dalej, na wschodzie… czyli gdzieś tutaj właśnie?
- Być może są tu jakieś złoża. Ale ja się tym nie interesowałem. Handluję tym, na czym jest szybki zysk, topić pieniądze w kopalnię, inwestować w nią, rozbudowywać, a potem zgadywać – znajdę tą żyłę kruszcu czy nie… nie zamierzam.
- Ale teraz masz królewskie polecenie: zbieraj plotki, pogłoski, pozyskuj krasnoludy… Belemirze, przecież to się znakomicie uzupełnia! Budujesz stronnictwo dla Gorysa, werbujesz dla niego najemników, a krasnoludy są chyba najwartościowszymi w tym regionie wojownikami… płacisz, karmisz, stawiasz piwo i nasłuchujesz ich plotek o mithrilu! Nikt ci nie każe samodzielnie kopać w ska-łach, podeślemy ci z Angrenost specjalistów, po prostu zbieraj informacje! Kupcze, nie mów, że to cię przerasta!
Belemir zawahał się. Faktycznie, traktował ten region raczej pobieżnie, to były głębokie pery-ferie Śródziemia… i jego interesów. Ale jeśli solidnie umocniłby tu swoje wpływy, dzięki zwycięstwu Gorysa, a zarazem pozyskał zaufanie numenorejskiej administracji – faktycznie wszedłby do gry o znacznie wyższe stawki. Już nie tylko ambitny kupiec, budujący w Śródziemiu fortunę – ale niemal wielkorządca całego regionu. Nie miałby już problemu z legalizacją handlu niewolnikami, nawet dla Herucalmo byłby bardziej znaczącym partnerem…

III
- Kocham cię, naprawdę – szepnął Boromir.
Kamina przymknęła oczy. Przywarła do niego mocniej.
- Ja ciebie też. Jesteś taki czuły.
Leżeli spleceni w jego pokoju na piętrze. To zaczęło się… dziesięć dni temu? Jakiś impuls kazał Boromirowi objąć zmarzniętą dziewczynę na niemal pustej alei, podczas śnieżycy… a jej spojrzeć w jego nieśmiałe, a w tym momencie nagle tak opiekuńcze oczy… poszli do pustego wówczas dworca Belemira, który wyjechał obejrzeć nową dostawę niewolników i zabrał ze sobą służbę i ochroniarzy… zdumionemu odźwiernemu Boromir rzucił sztukę złota, kładąc palec na ustach, odźwierny uśmiechnął się kącikami ust, kłaniając się w pas… W pokoju Kamina jednym ruchem zrzuciła z siebie płaszcz. Ale gdy zaczął ją całować – zamknęła oczy.
- Jesteś piękna – powiedział wtedy. Lekko odsunęła się, jej drobne usta skrzywił na moment grymas.
- Twój ojciec mówi, że jestem co najwyżej „udana”.
Boromir też znieruchomiał: - Nie jestem swoim ojcem. Jesteś piękna…
A teraz tuliła się do jego piersi, czuł jej ciepły oddech.
- Poproszę ojca, żebym mógł tu zostać. Mówił, że brakuje mu nad Rhun zaufanego zarządcy. Naj-starszy brat robi karierę w Isengardzie, młodszy w Umbarze… co tobie? – spytał zdumiony, gdy Ka-mina nagle zesztywniała. Ujrzał jak przez jej twarz przeleciał nagły skurcz.
- Byłam w Isengardzie.
- Wiem, że nie pochodzisz znad Rhun. Ale nigdy mi nie mówiłaś…
- Nie urodziłam się w niewoli. Pochodzę z zachodu… za stepami, za Wielką Puszczą, za górami. Twoi ziomkowie nazywają moją ojczyznę Eriadorem. Włada tam elfi król, Gil-Galad, a słuchają go wszyscy – i ludzie, i krasnoludy, i wasi osadnicy.
- Nigdy tam nie byłem, ale widziałem mapy
- Pochodzę z Bree - spokojnej krainy, w samym środku Eriadoru. wśród wiosek, pól uprawnych, po gościńcach krążą kupcy… Mój ojciec ma karczmę „Pod Konikiem”.
- Jak trafiłaś w niewolę?
- To już cztery lata… Po tym jak smok spustoszył ziemie na północy i zachodzie i wybił krasnoludy w Belegoście, handel w całym Eriadorze zamarł. Mój starszy brat chciał sprawdzić, czy na południu, gdzie smok nie latał, a więcej było waszych osadników – nie pojawią się nowe możliwości zarobku. Miał przejąć po ojcu karczmę, ale zawsze był ciekaw świata, ruszył w podróż i wziął mnie ze sobą. Matka była krzywa, ale ją przekonał, ja też chciałam jechać. Z rodzicami został tylko młodszy brat i najmłodsza siostra… pewnie już dorośli. A my z bratem i z dwoma pachołkami pojechaliśmy na południe, do Tharbadu, zobaczyć czym dałoby radę kupczyć… I wpadliśmy na łowców niewolników…
- Pod Tharbadem?
- Stamtąd ja chciałam już wracać, ale brat mówił, żeby pojechać jeszcze kawałek na południe. Dzień drogi za Tharbadem zgarnęli nas łowcy z Angrenost.
- Z Isengardu!? Tam są nasze kopalnie i manufaktury. Mój starszy brat jest tam cechmistrzem…
- Mój starszy brat… – zesztywniała w jego rękach, wyczuł w jej słowach zajadłość - …chciał nas bronić, zabili go od razu, a mnie i pachołków wzięli w łyka i powiedli do kręgu skał...
- To nieludzka ziemia. Tylu tam zdycha z głodu, chorób, katorżniczej pracy. Widziałam, jak Malanowi, jednemu z naszych parobków zaraz drugiego dnia bryła rudy zmiażdżyła rękę, byle jak go opatrzyli, umarł dzień później, nikt go nie ratował… drugi, Rulf, też pewnie marnie skończył w tym piekle. Angrenost to dolina w kręgu skał, na południowym krańcu Gór Mglistych, w jej środku zaczęli stawiać wysoką, potężną wieżę, tam też giną ludzie na budowie… Mnie wzięli na rozpustę dla ich strażników… - Skuliła się - Twoi rodacy u nas, w Eriadorze to dobrzy ludzie, życzliwi, uczynni… A ci w Angrenost to łajdacy i bestie, dobrali sobie dzikusów z Dunlandu i ścigają się z nimi w podłości… Byłam tam kilka miesięcy, hańbili mnie chyba każdej nocy. Były też inne dziewczyny… któregoś dnia po prostu wystawili nas na plac, już była jesień, zimno, mgła… był tam jakiś kupiec, miał wozy, a na nich drewniane klatki, strażnicy targowali się z nim o cenę, nie znałam jego języka, ale jedna z dziewczyn jak usłyszała ich kłótnię, schyliła się i zębami przegryzła sobie żyły na przegubie ręki… leżała w kału-ży krwi coraz większej, oni coraz głośniej się kłócili, Dunlandczycy odnieśli ją, chyba jeszcze żyła, bo z przegubu nadal ciekła krew… dogadali się w końcu, on zapłacił, wsadzili nas do tych klatek i powieźli na północ i na wschód… Sformowano dużą karawanę, ludzie, krasnoludy, wiele wozów. Przez kilka dni mijaliśmy od wschodu potężny las, strażnicy mówili, że drzewa tam potrafią chodzić i bić obcych konarami. Dotarliśmy do osad nad Anduiną, tam dołączyła do nas Kamina, znasz ją, właśnie podczas drogi zaprzyjaźniłyśmy się… ona stąd pochodzi i opowiadała nam dokąd jedziemy. Miała być naszą dozorczynią… a zaprzyjaźniłyśmy się i opiekowała się nami.
Boromir słuchał, wstrzymując oddech.
- Przepraszam cię, kochany. Nie powinnam ci się tak wypłakiwać…
- Zostanę tu i ochronię cię – sam się zdziwił brzmieniu swojego głosu: władczego i stanowczego.
- Oszalałeś? A twój ojciec?

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
Turek
Członek Kompanii Thorina


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 56



Wysłany: 24-08-2021 13:05    Temat wpisu: 2456 D.E.: „Siedem dla władców krasnoludów..." Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Pomyłka w szóstej linijce od dołu. Oczywiście powinno być "...dołączyła do nas Muriel..."
_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
Turek
Członek Kompanii Thorina


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 56



Wysłany: 24-08-2021 13:20    Temat wpisu: 2456 D.E.: „Siedem dla władców krasnoludów..." - rozdzi Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Rozdział 2 (Armenelos, przedwiośnie 2456)

I

- Kompania Eriadorska ogłosiła plajtę! – zaaferowany, dostatnio ubrany mężczyzna, wypadł z potężnego budynku na ulicę i rozchlapując kałuże po wczesnowiosennym deszczu podbiegł do kilku swoich towarzyszy. Ci, podnieceni, zasypali go pytaniami.
- Ta spółka handlująca z naszymi lennami w Śródziemiu?
- Ta sama! Miała przyznany królewski monopol! Ona obsługiwała Angrenost, Lond Daer i Tharbad!
- Nie tylko! krasnoludów z Khazad-Dum, z Belegostu, cały bieg Iseny, nawet elfów od Kirdana…
- Angrenost właśnie nie, tam działa Konsorcjum Belemira…
- Eru Jedyny! Nie może być! Moja rodzina trzyma u nich całe oszczędności…!
- Takie nieszczęście! Gdzie są Valarowie? Zapomnieli o nas? Jesteśmy zrujnowani! – grubszy i starszy z rozmówców pogroził pięścią w kierunku widocznej na zachodnim horyzoncie Meneltarmy
- A ja na szczęście już dwa lata temu zainwestowałem w Konsorcjum Belemira… wiecie, te kopalnie Haradu i plantacje Angrenost… - uspokajał szczupły, łysawy jegomość
- Chyba odwrotnie… w Haradzie Belemir ma ogromne plantacje bawełny, a w Angrenost potężne kuźnie… podobno duże ryzyko?
- My trzymamy oszczędności w Grupie Kopalniano-Wydobywczej. Tej, co ją kilka lat temu powołał Herucalmo, zięć króla. Zysk niewielki, ale gwarantowany, oni współpracują z krasnoludami…
- Ale Kompania Eriadorska nie może upaść! Król nie da nas skrzywdzić…
Pengolod zatrzymał się, przepuszczając grupkę zaaferowanych mieszczan. Mimo przedwiosennego chłodu przechodnie szli w rozchełstanych płaszczach, żywo gestykulując. Z oddali dobiegał uliczny zgiełk… i chyba jakieś fanfary. Był już w centrum Armenelos, niedaleko budynku powołanej jakieś sto lat temu „giełdy”, który okazjonalnie odwiedzał. Oczywiście jego, nieśmiertelnego elfa, Mistrza Wiedzy, mało obchodziła „stopa zwrotu”, „cena nominalna”, „hossa” czy „bessa”. Po prostu obserwował zachowania kupców i bankierów, szczęście i rozpacz wywołane wydarzeniami na drugim końcu świata. I dziwne dla niego życzenia numenorejskich bogaczy – nieurodzaj w Hyarn, gdzieś na południu Śródziemia mógł zdziesiątkować mieszkańców tamtej krainy, a wojny, toczone na jeszcze dalszym południu przez jakiegoś Ren Jeya, przynieść śmierć niezliczonym mieszkańcom tamtej-szych archipelagów. Ale na „giełdzie” w Armenelos te wydarzenia oceniano tylko pod kątem zysku i straty numenorejskich kupców… A jeśli przynosiły im zysk – to tysiące umierających gdzieś w Śródziemiu przestawały być ważne…
Pengolod zatrzymał się. Od morza wiał lekki wiatr, niebem sunęły obłoczki, było słonecznie ale chłodno. Od gmachu „giełdy” do królewskiego pałacu prowadziła szeroka aleja, ocieniona drzewa-mi. Teraz wśród powtarzanych co kilka chwil fanfar kroczył nią jakiś uroczysty orszak, a dookoła koncentrował się tłum ciekawskich mieszkańców stolicy…
- Miejsce dla szlachetnego Talana’o Karai! Księcia krasnoludów z Najdalszego Wschodu! Który przy-był złożyć hołd i daninę naszemu władcy! – krzyczał herold, w przerwach między fanfarami. Za heroldem szli rzadkim szpalerem królewscy gwardziści, za nimi – paradnie wystrojeni trębacze, a za nimi… pusta przestrzeń. No tak, krasnoludy są niższe niż ludzie. Pengolod lekko wyprzedził powoli kroczący orszak, wmieszał się w tłum mieszczan, ominął jeszcze kilka rzędów gapiów… za szpalerem numenorejskich gwardzistów szła grupa krasnoludzkich posłów. Przysadziści, grubi… albo może ich tuszę uwydatniały paradne futra, jakie narzucili na ozdobne pancerze, zresztą dzień był dość chłodny… o smagłych twarzach, czarnych brodach splecionych w warkoczyki i ozdobionych złotymi wpinkami. Najstarszy krasnolud, kroczący pośrodku grupy miał na plecach narzucone cętkowane futro jakiegoś podobnego do pantery drapieżnika, którego łeb zwisał krasnoludowi z karku, tak jakby mógł służyć mu za kaptur, jego siwą brodę po pas, splecioną w trzy warkocze ozdabiały mithrilowe wpinki. Orszak powoli zbliżał się do bram pałacu.
- Mistrz Pengolod! Tutaj? – usłyszał z boku czyjś głos. Obejrzał się – podchodził ku niemu szczupły, młody jeszcze człowiek. Średniego wzrostu, o jasnych oczach i ciemnych, nieco przyprószonych siwizną na skroniach włosach, w aksamitnej szacie urzędnika, z teczką dokumentów pod pachą.
- Przepraszam, znamy się? - elfi Mistrzowie Wiedzy mają doskonałą pamięć, ale naprawdę nie koja-rzył swojego rozmówcy…
- Jestem Caliondo! – urzędnik uśmiechnął się, na jego todze Pengolod ujrzał baretkę służby dyplomatycznej (wskazywała dość wysoką rangę specjalisty/kierownika zespołu badawczego). - Byłem wolnym słuchaczem na waszych wykładach o historii Śródziemia w Romennie, będzie ze trzydzieści lat temu… - nie miałem pojęcia że znów się spotkamy, wracam właśnie z Pelargiru…
- Faktycznie, teraz sobie przypominam… Kogo dziś gościmy, Caliondo?
- Jakieś krasnoludy ze wschodu Śródziemia… Przybyliśmy razem, ja dosiadłem się w Umbarze… Podobno mają tam, na wschodzie, wielkie złoża mithrilu, a jest on dla nich wart tyle co zwykła miedź. - Oni żyją w górach zwanych Orocarni – powiedział Caliondo. – Dopiero niedawno nawiązaliśmy z nimi stosunki. Boimy się, że Mordorczyk też pragnie ich sobie pozyskać… Oni mają audiencję u króla, a ja w tym czasie mam złożyć raport u Manwendila, głównego skarbnika… wiesz, mości elfie, że splajtowała Kompania Eriadorska?
- Trudno przeoczyć, całe miasto o tym plotkuje. Mam nadzieję, że ty, Caliondo nie powierzyłeś im swojego majątku? - Pengolod intensywnie myślał, gadatliwy Caliondo nieświadomie podał mu ciekawą informację.
- Moja rodzina w porę się wycofała, niedługo po Belemirze, tym kupcu… to ja idę z tym raportem.
- Chłopcze… zawahał się Pengolod – czy możesz zaanonsować mnie Manwendilowi? Gdyby znalazł dla mnie chwilę?
- Oczywiście! - uśmiechnął się Caliondo. - Mieszkasz w Armenelos w tym samym pałacyku co zawsze?
Pengolod potwierdził, Caliondo odszedł. Elf stał już na progu Sali Audiencyjnej, do której z hałasem zbliżał się orszak krasnoludów otoczony numenorejską szlachtą. Stojący dalej dworacy na widok Pengoloda lekko sztywnieli, oczywiście kłaniali mu się… sumiennie, ale bez uśmiechów. Elf był tego świadom, już w czasach Ankalimona jego wizyty na dworze bywały uprzejme, lecz bez serdeczności. Miał tu kontrahentów – ale nie przyjaciół. Inaczej niż w leżącym na zachodzie Andusta-rze…
Pengolod od dawna już zauważał rozszczepienie wśród Numenorejczyków. Większość społeczeństwa stawała się wobec elfa coraz mniej przyjazna. Oczywiście nie była to wrogość, ale rezerwa, pewna nieufność. Nawet ich język, niegdyś bliski elfom w ciągu stuleci nieco się zmienił, Pengolod pracował właśnie nad podręcznym słownikiem. Elf znał przyczynę: z jednej strony rosnące poczucie siły, wyrażane w coraz potężniejszych pałacach i coraz większych flotach wysyłanych do Śródziemia. Z drugiej strony coraz wyraźniejsza zazdrość… Numenorejczycy jako ludzie byli śmiertelni, chociaż długowieczni, dojrzewając około trzydziestki zachowywali siłę i sprawność jeszcze jako stupięćdziesięciolatkowie, ich władcy starzeli się i umierali dopiero około czterechsetnego roku życia… A jednak kolejne ich pokolenia kładły się w grobowcach, a dla żywych spotkania z nieśmiertelnym elfem, który sięgał pamięcią tysiące lat wstecz, a na Numenor przybył już siedem wieków wcześniej, za czasów prapradziada obecnego władcy – mogły być niemiłe.
Ostatnia wizyta u Atanamira, dziada obecnego władcy, ponad dwa wieki temu… leżący na kosztownych posłaniach, zniedołężniały pokurczony starzec, obstawiony medykamentami, czepiający się pokrzywionymi palcami pościeli, patrzący mętnymi oczyma na szczupłego elfa, zaśliniony i chrypiący: „nie chcę umierać…”. Tłum dworzan i sług, wstrzymujących oddech w zaduchu komnaty… I następca tronu, teraz też już nieżyjący Ankalimon, patrzący chmurnie na dogorywającego ojca: czy on też życzył mu wiecznego życia? Czy złorzeczył mu, za upór, z którym starzec trzymał się już nie tylko życia – ale i tronu? Atanamir niedołężniał już od wielu lat, po czterechsetnych urodzinach zaczął wręcz grzybieć i jeśli nie chciał umrzeć – to przynajmniej dla dobra państwa powinien 20-30 lat wcześniej oddać rządy dorosłemu już synowi. Pengolod mógł tylko skłonić się i wyszeptać „Manwe i Mandos dadzą wieczne życie twojemu duchowi”. Chciał umierającego starca – którego przecież kiedyś uczył jako młodzieńca – pocieszyć w ostatniej chwili, ale w gasnących oczach władcy ujrzał tylko gniew… tamten po prostu chciał dalej żyć, choć już był bezsilny… I z taką ostatnią emocją najpotężniejszy człowiek świata, odchodził do sal Mandosa.
Oczywiście nie wszyscy Numenorejczycy tacy byli. Pengolod zawsze chętnie wracał na zachód wyspy, do Andustaru gdzie rządzili książęta Andunie, chętnie słuchający jego nauk i przyjmujący gościnnie elfy z leżącej na zachodzie Eressei. Andustar, pod władzą młodszej linii domu panującego, mającej od pokoleń pierwsze po królach miejsce w hierarchii stanowisk – był najmilszą Pengolodowi prowincją królestwa. Książęta Andunie pełnili funkcję kanclerzy królestwa i elf liczył na ich pomoc także w obecnej misji.… Wiedział wprawdzie, że już Ankalimon, ojciec obecnego władcy zaczął ograniczać ich uprawnienia. Kanclerze zajmowali się sprawami samego Numenoru, choćby organizacją świąt państwowych – natomiast wiedza o tym, co się dzieje w Śródziemiu była zbierana przez lokalnych namiestników i wicekrólów, którzy przekazywali ją najpierw dowództwu floty, a później powołanemu przez Ankalimona wicekrólowi do spraw zamorskich. A pełniący obecnie tą funkcję książę Herucalmo, bynajmniej nie był miłośnikiem elfów… Pengolod zastanawiał się, jak ostrożnie wydobyć od niego informacje o krasnoludach, ale teraz uznał, że znajdzie innych rozmówców: przyjazny mu Caliondo i znany ze słyszenia skarbnik królestwa Manwendil chyba też należeli do stronnictwa Wiernych, chociaż afiszowanie się z tym nie pomagało w karierze urzędniczej. A z tego co mówił Caliondo, wiele informacji o Śródziemiu zdobywał właśnie numenorejski aparat skarbowy…

II
Ogromna sala audiencyjna wręcz ociekała przepychem i bogactwem. Złoto, kość słoniowa, gę-sto porozmieszczane okucia z mithrilu, brylanty, kosztowne draperie… Atanamir lubował się w luksusach, jego syn Ankalimon – też, wszystko wskazywało że jego z kolei syn odziedziczył to zamiłowanie… Mało kto używał jego prawdziwego imienia, zastąpił je przydomek „srebrnoręki” – Telemmaite. Pengolodowi lekko odkłonił się Herucalmo, królewski zięć. Królewska jedynaczka, Vanimelde, jak zawsze piękna, jak nigdy wystrojona, skinęła ręką z uprzejmą obojętnością. Tylko ich syn Alcarin, który w połowie roku na święto Erulaitale miał skończyć pięćdziesiątkę, więc był niemalże młodzieniaszkiem – szczerze się do elfa uśmiechnął. Pengolod uczył go już kilka lat temu… bystry umysł, żądza wiedzy, autentyczna dobroć… połączone z zauważalnymi już talentami wojskowymi. Może ten młodzieniec, gdy zasiądzie na tronie rozrastającego się imperium Numenoru – wykorzysta jego ogromne zasoby i ostatecznie zmiażdży Saurona?
Pengolod zamyślił się – jeszcze cztery wieki temu, w czasach Atanamira i na początku rządów Ankalimona polityka Numenoru wydawała się w sumie korzystna: penetracja Śródziemia, zakładanie na jego wybrzeżach twierdz i portów, masowe osiedlanie się Numenorejczyków, handel z miejscowymi… Ten plan mógł się powieść, bo oznaczał ograniczenie wpływów Mordoru, a dawał na-dzieję, aby w przyszłości całkowicie go obalić… Władca Mordoru pozostawał niemal osaczony przez Numenorejczyków, elfy i krasnoludów, odepchnięty od mórz, zdany tylko na obronność własnej krainy – i skromną pomoc służących mu prymitywnych plemion ludzi ze wschodu, gdzie elfy i Numenorejczycy jeszcze nie dotarli.
Jednak jakieś trzy wieki temu, za Ankalimona sytuacja zaczęła się zmieniać. Prymitywne plemiona sojuszników Saurona w Haradzie, Khandzie, za Morzem Rhun – zaczęły się konsolidować w państwa. Budowały miasta, warsztaty, manufaktury, formowały coraz silniejsze armie – przekształcały się w narody. Wieść niosła – a Pengolod wiedział, że to prawda – że za okrzepnięciem tych społeczności stoją ich władcy, którzy mają potężną, nadnaturalną moc. Ich sława, jako wielkich wojowników i magów była uzupełniana pogłoskami o nadnaturalnie długich panowaniach – czy wręcz o ich nieśmiertelności.
Mędrcy Numenoru, zbierający te wiadomości, nie wiedzieli jednak wszystkiego, a Pengolod wiedział jak ważne jest utrzymanie sekretu w tajemnicy. Khamul, rządzący krainami dalekiego wschodu, Hoarmurath, budujący imperium na północnym wschodzie Śródziemia, czy Uvatha, integrujący leżący na południe od Mordoru Khand – powinni umrzeć i obrócić się w proch ponad pół tysiąclecia temu… Oni, jak i kilku innych otrzymali przed wiekami od kilku innym - Sauron rozdał „Pierścienie Władzy”, zrabowane ongi elfom. Te pierścienie dawały ich nosicielom potężną magiczną moc, a nade wszystko – wydłużały ich życie.
To, że prymitywni władcy barbarzyńskich ludów przyjmą od Saurona, z którym od dawna współpracowali, klejnoty dające im wieczne życie i nadnaturalną potęgę – nie dziwiło. Ale wśród wasali Saurona prawdopodobnie było też troje książąt Numenoru sprzed kilku wieków: królewicz Murazor, młodszy syn króla Kiryatana, zbuntowany przeciwko ojcu i starszemu bratu – Atanamirowi Wielkiemu; książę Akhorahil, krewniak numenorejskich królów, który doprowadził do szaleństwa i śmierci własnego ojca – aby przejąć władzę w Hyarn, leżącym daleko na południu Śródziemia; księżniczka Adunaphel, która zamordowała najpierw wuja, a później brata – aby rządzić Harondorem, leżącym między Mordorem a Umbarem…
Pengolod jeszcze raz przemyślał słowa Caliondo. Urzędnik służby dyplomatycznej miał złożyć raport nie swojemu zwierzchnikowi Herucalmo – ale skarbnikowi królestwa. I to w kontekście upadku jednej z najważniejszych spółek handlowych Numenoru… Elf wiedział, że Herucalmo swoje wysokie stanowisko państwowe i status niemalże następcy numenorejskiego tronu – traktuje jako źródło kolosalnych, prywatnych dochodów.
Krasnoludzkie poselstwo, stając we wspaniale zdobionych, pozłacanych wrotach pałacu, widziało przed sobą daleki cel: królewski tron na podwyższeniu. Przejście przez bramę, fanfary, werble i krzyk mistrza ceremonii, przejście przez dziedziniec, wejście do pałacu i do sali audiencyjnej… czerwone, grube kobierce rozpostarte u stóp posłów. Poselstwo szło, prowadzone wzrokiem szeregów dworzan, dostojników i straży.
Z dystansu piętnastu kroków od tronu, jak przewidywał ceremoniał, przywódca krasnoludów zakrzyknął coś, co błyskawicznie podjął tłumacz.
- Władca nasz, przesławny Brong’e Uldar władca plemienia Żelaznorękich przesyła królowi Wyspy na Krańcu Świata braterskie pozdrowienia. Władcę naszego doszły słuchy, że król Wyspy na Krańcu Świata najwyżej ceni sobie mithril. W dowód przyjaźni przesyłamy więc ten oto dar…
Pengolod przystanął. Oczywiście, wszyscy pożądali mithrilu, ale u obecnego władcy Numenoru wydawało się to jakąś obsesją. Mówiło się, że w jego skarbcach jest już więcej tego kruszcu niż w całym Khazad-dum…
Stary krasnolud skinął na swojego przybocznego. Ten otworzył trzymaną w rękach szkatułę, poseł z lekkim ukłonem wskazał jej zawartość
- Mithrilowy napierśnik dla króla Wyspy na Krańcu Świata!
- Dla Władcy Najdalszego Zachodu! – krzyknęły krasnoludy. Okrzyk podnieśli niektórzy numenorejscy dworzanie…
Pengolod zesztywniał. Okrzyk poselstwa był bluźnierstwem, chyba nieświadomym… cóż te karły, ryjące skały gdzieś na dalekim wschodzie Śródziemia, mogły wiedzieć o Najdalszym Zachodzie? Numenor był królestwem ludzi, wysuniętą najdalej na zachód ziemią śmiertelników – ale nie był Najdalszym Zachodem. Na zachód od Numenoru leżała Eressea, wyspa nieśmiertelnych elfów. Kon-takty między obu wyspami były ożywione, choć jednostronne: elfy bez problemu przybywały do Numenoru, aby nauczać, pomagać, dzielić się wiedzą z miejscowymi ludźmi… ale dla Numenorej-czyków podróże na zachód były zakazane. I coraz więcej spośród nich szemrało przeciw temu zakazowi… mimo że ogłosili go u zarania Numenoru opiekunowie całego świata – Valarowie. Oni z kolei, wraz z najszlachetniejszymi plemionami elfów zamieszkiwali ląd położony jeszcze dalej na zachód – Valinor, za którym kończył się świat i za którym w wąskim paśmie morza co dzień zachodziło słońce… aby rankiem pojawić się na najdalszym wschodzie, gdzieś tam, skąd przybyły owe krasnoludy… I to najpotężniejszy spośród Valarów, Manwe, który przed początkiem czasu budował wraz z innymi Valarami świat – zasługiwał na miano „Władcy Najdalszego Zachodu”. Jego znacznie młodszym i słabszym bratem był Aule – Valar, który w swym zadufaniu dał początek krasnoludom…
„Władca Najdalszego Zachodu” - kimże przy nim byli nawet najszlachetniejsi ludzie, czy ich monarchowie? To z łaski Valarów Numenor został wydźwignięty z morskich fal i oddany w zamieszkanie tym ludzkim plemionom, które ongi, dwa i pół millenia temu, u boku elfów walczyły z pradawnym złem: bratem Manwego, Melkorem, który pragnął zagarnąć świat pod swoją władzę i którego dla jego okrucieństwa nazwano Morgothem. Pengolod wielokrotnie zastanawiał się, czy nagroda dla ludzi nie była zbyt hojna: kilka wieków sojuszu z elfami, kilka lat okrutnej wojny przeciwko Morgothowi – a w zamian całe rozległe królestwo, tysiąclecia bezpieczeństwa i rozwoju, skutkujące poczuciem wyższości wobec innych, poślednich ludzkich plemion…
Jednak to nie prostacki okrzyk krasnoludzkiego poselstwa zaszokował Pengoloda - ale zachowanie numenorejskich gospodarzy. Spojrzał na króla – ten drgnął. Przez moment widać było na jego twarzy uśmiech spełnionego zadowolenia… i pychy. Później jego rysy stwardniały, strzelił oczami na boki – bał się, że ktoś go podsłuchuje? W audiencji uczestniczyły setki, jeśli nie tysiące osób, wiele z nich przekaże informacje dalej na Zachód, choćby książęta Andustaru… czy może „Te-lemmaite” liczył, że Valarowie nie dowiedzą się o incydencie? Już o nim wiedzą, są Opiekunami Świata, nie muszą czekać na raporty swoich agentów. I ten aplauz wśród dworaków i pospólstwa… Już u schyłku rządów Tar-Kiryatana, dobre cztery wieki temu, zaczęło kształtować się stronnictwo „Ludzi Króla” – Numenorejczyków, którzy domagali się dominacji Numenoru nad światem. Całym światem: od najdalszego wschodu, po… Najdalszy Zachód. Nie chodziło tylko o powołanie przez Numenor światowego imperium „nad którym nigdy nie zachodzi słońce”. Chodziło o coraz wyraźniej artykułowane żądanie: Najdalszy Zachód to krainy, w których żyją nieśmiertelni Valarowie - „bogowie świata” i bliskie im, nieśmiertelne elfy. A zatem tam kryje się tajemnica nieśmiertelności – której coraz intensywniej pożądali Numenorejczycy, a zwłaszcza ich władcy. Czymże jest dane im czterysta lat życia - wobec wieczności?
Król zstąpił z tronu i zanurzył obie dłonie w szkatule wypełnionej bryłkami surowego mithrilu. Powoli wydobył garście pełne kruszcu, drobiny przesypywały mu się pomiędzy palcami… Przymknął powieki, jego twarz wyrażała absolutną ekstazę. Chóralny okrzyk zachwytu ponownie rozbrzmiał w sali. Pengolod wzdrygnął się.

III
- Mości Pengolodzie, obiecałem ci audiencję, ale sam widzisz co się dzieje… zacieśniamy relacje z krasnoludami wschodniego Śródziemia, liczymy na duże dostawy kruszców… w tym mithrilu oczywiście i muszę pilnować uzgodnień. Ale dziękuję ci za ten diademik z Eressei, Vanimelde jest zachwycona….
Szli pałacowym korytarzem, poprzedzani przez pachołków. Wysoki, postawny Herucalmo w skrzącym się od klejnotów ceremonialnym stroju sprawiał wrażenie nieobecnego. Pengolod, który od kilku tygodni przygotowywał się na tą rozmowę – zdał sobie sprawę, że będzie ona elementem znacznie większej układanki. Sam już co nieco przeczytał w bibliotekach Armenelos i Rowenny, skontaktował się już z władcami elfów w Śródziemiu, czeka go spotkanie z Manwendilem… Pochłonięty pałacowymi intrygami i pomnażaniem własnego majątku Herucalmo, który i tak zajmuje się wszystkimi problemami Numenoru w Śródziemiu – pomoże mu niewiele. Chyba żeby zupełnym przypadkiem….
Weszli do niewielkiej komnaty, zastawionej regałami z dokumentami. Herucalmo siadł przy stoliku, zaprosił elfa, bezszelestna służba podała słodycze i napoje. Książę wypielęgnowaną dłonią wskazał zawieszoną na ścianie mapę Śródziemia.
- Pytałeś o nasze relacje z krasnoludami w Śródziemiu? Dziwne, mości Pengolodzie, że cię to interesuje - są poprawne. Oczywiście najlepsze mamy z Khazad-dum, wiadomo – to ich stolica, a nasi sojusznicy od czasów wojny z Mordorem. Handlujemy, przez Lond Daer i Tharbad, jak wiesz Najjaśniejszy Pan a mój teść kolekcjonuje precjoza z mithrilu…
- …Geograficznie najbliżej nam oczywiście do Gór Błękitnych, na zachodnich krańcach Śródziemia, tam żyją i krasnoludy w Belegoście i elfy w Szarej Przystani. Byłem tam kiedyś nawet, z wizytą u Kirdana. Okolice spokojne, ale dość ubogie, takie… zwyczajne. Nie wiem, czemu nasi rodacy tam się osiedlają, znamy w Śródziemiu tyle ciekawszych lokalizacji… A z tamtejszymi szczepami krasnoludów trochę handlowaliśmy, ale informacji wymienialiśmy niewiele, one i od elfów stronią. Ostatni władca Belegostu, Telchar, nie był zbyt przyjacielski. Skąpy, nieufny, nawet nasz handel z Belego-stem osłabł, mieliśmy skargi od tamtejszych osadników, to pewne też zaszkodziło Kompanii Eriadorskiej. A po tej katastrofie ze smokiem i spustoszeniu Belegostu – kontakt się urwał… Krasnoludy krążą po Eriadorze jako rzemieślnicy i kramarze, sporo z nich pewnie przeniesie się do Khazad-dum…
Pengolod słuchał, Herucalmo na razie mówił prawdę – na poziomie banałów. Bo też północny zachód Śródziemia niezbyt interesował numenorejskie elity. Niemal dwa tysiące lat temu tam właśnie docierały pierwsze wyprawy Veantura i Aldariona, stamtąd zaczynała się numenorejska eksploracja Śródziemia, tego obszaru broniono podczas wojny z Sauronem przed ośmiu wiekami… ale teraz cały Eriador był przeciętnym regionem osadniczym, o wiele uboższym niż Dolina Anduiny, nie mówiąc już o Umbarze czy Hyarn. O sytuacji w Górach Błękitnych elf wiedział znacznie więcej dzięki wymianie myśli z Kirdanem z Szarych Przystani. Ale słuchał uważnie – istotne jest i to, co Herucalmo mówi i to, co zechce pominąć… więc Telchar, władca Belegostu, był skąpcem?
- A z innymi klanami krasnoludów łączność mamy znikomą. Widziałeś, mości elfie, poselstwo Żelaznorękich? Przecież to koniec świata, podróż okrętem trwa niemal rok, podróż w poprzek Śródziemia… nie wiem, czy w ogóle możliwa, tam są pustynie, łańcuchy górskie, nieprzebyte puszcze… A w centrum Śródziemia – imperium Mordoru. Pokonaliśmy je już raz, za czasów Tar-Minastira, gdy chciało podbić Eriador, ale do ostatecznego nad nim zwycięstwa – daleka droga. Staramy się je osaczyć, zablokować mu dostęp do wybrzeży, odciągnąć od niego sprzymierzeńców… i dlatego szuka-my kontaktów z różnymi społecznościami całego tego gigantycznego lądu.
Pengolod wiedział, że nie jest to do końca prawda. Co najmniej równie istotne jak powstrzymywanie Saurona – stawało się obecnie dla Numenoru czerpanie bogactw Śródziemia. A tolerancja dla numenorejskich arystokratów, którzy utworzyli w Śródziemiu swoje państewka, wchodząc z Sauronem w sojusze – wydawała się zastanawiająca. Rosnąca chciwość numenorejskich możno-władców mogła ich wreszcie skłonić do otwartej zdrady. Postanowił ostrożnie dotknąć tej kwestii.
- W walce z Mordorem elfy zawsze was wesprą, przecież łączy nas wielowiekowy sojusz, dostojny książę…
Herucalmo drgnął. – Mości Pengolodzie, wierzę w twoje dobre intencje. Ale elfy w Śródziemiu prowadzą własną politykę. Gdy za Atanamira Wielkiego zaczęliśmy umacniać kotlinę Angrenost –podsycały niepokoje wśród naszych osadników. Gdy obecnie chcieliśmy unowocześnić gospodarkę Eriadoru – wręcz nam to zablokowały. Teraz liczymy straty po upadku Kompanii Eriadorskiej…
Pengolod zrozumiał: ten zadufany arystokrata nazywa „unowocześnianiem” próbę wprowadzenia niewolnictwa w Eriadorze, a elfy obwinia za jej niepowodzenie. O tym, że dzikie plemiona ludzi podległych wpływom Mordoru podbijają się nawzajem i obracają w niewolę – elf wiedział od wieków. Ale wstrząsem dla niego było spostrzeżenie, że Numenorejczycy, od kilku wieków umacniający swoje panowanie w Śródziemiu – twórczo rozwijają te same metody. W Umbarze, Haradzie czy Hyarn, numenorejskie twierdze, plantacje i kopalnie opierały się na masowej pracy niewolni-czej, nadzorowanej przez bezwzględnych dozorców. Podobne rozwiązania próbowano wprowadzić bardziej na północy – w Angrenost chociażby kilka wieków temu, czy ostatnio w ramach Kompanii Eriadorskiej. Ale sprzeciw mieszkających tam elfów i krasnoludów, jak i wyraźna niechęć numeno-rejskich osadników w tym rejonie – zablokowały te plany. Pengolod cieszył się, że sam też miał pewien udział w tym proteście. A Herucalmo żałuje tych projektów – zapewne, ich realizacja byłaby dla niego żyłą złota, cóż go obchodzi los miejscowych plemion? I widzi w swoim niepowodzeniu jakiś spisek elfów?
Herucalmo pochylił się ku Pengolodowi, jego przystojną, acz lekko otyłą twarz wykrzywił nieładny grymas. – Mości elfie, czy sądzisz, że my o niczym nie wiemy? – niemal syknął. „Najmożniejsi spośród Eldarów” postanowili zawiązać przymierze aby powstrzymać Saurona. Koordynują swoje działania, łączą swoją moc… Ereinion, czy jak go zwą „Gil-Galad”, Kirdan-Szkutnik, Keleborn, jego żona Galadriela i nasz krewniak Elrond! Piękny sojusz! A czy czasem w swojej walce z Sauronem o kimś nie zapomnieli? Wszyscy oni nie powstrzymaliby Mordorczyka, gdybyśmy my ich nie wsparli! A teraz knują jakieś intrygi pomiędzy sobą – bez naszej wiedzy? Czy może przeciwko nam?
Pengolod zdrętwiał. Chociaż sama nazwa nie padła, Herucalmo mówił o „Białej Radzie” – faktycznie istniejącym porozumieniu najpotężniejszych elfich władców i podał jego skład. Dlaczego jest ono tajemnicą dla ludzi? Bo ludzie, nawet najgodniejsi, są podatni na zło. Na chwilę przypomniał sobie dogorywającego Atanamira: czy za jeden dzień życia nie oddałby on się w służbę choćby Sauronowi? I nie zdradził mu wszystkich znanych sekretów? Z tego samego powodu o „Białej Radzie” nic nie wiedzą krasnoludy. A one z kolei nie wtajemniczają elfów ani ludzi w swoje sojusze i narady…
- Dostojny książę – głos Pengoloda aż zadźwięczał – skądkolwiek wiesz o tych sprawach, powinny one pozostać najtajniejszymi z tajnych. Elfy mają potężną moc, której wam, ludziom nie dostaje. Innej broni, innych sztuczek Sauron używał przeciwko wam – niż przeciwko nam. Jeśli elfi władcy porozumiewają się – to dlatego, że są na pierwszej linii starcia i przeciwstawiają się siłom dla was, ludzi, niepojętym. Mogę ci, królu przysiąc, że nigdy nie podejmą działań przeciwko wam – i nigdy nie sprzymierzą się z Mordorczykiem. I trafnie zauważasz, że w Radzie zasiada krewniak waszej dynastii, Elrond. Czy sądzisz, że zaakceptowałby on jakikolwiek plan dla was szkodliwy?
- Tak… Herucalmo nieco się uspokoił, łyknął wina – mój krewniak Elrond… Mości Pengolodzie, mój czas jest cenny, nie mogę ci go dziś więcej poświęcić. Jak powiedziałem – z krasnoludami handluje-my, stosunki mamy neutralne acz przyjazne, wiemy o nich bardzo mało, Numenor pozyskuje u nich mithril, nasi osadnicy w Śródziemiu – broń i narzędzia.
- Czy w swojej wiedzy, dostojny Herucalmo, możesz mi wskazać jakichś numenorejskich mędrców, zajmujących się tą kwestią?
- Hm… trzeba byłoby pytać namiestników poszczególnych prowincji. Może dostojny Manwendil, który pilnuje naszych dochodów? W Umbarze przebywa mój wysłannik, bodajże Caliondo, który wiedziałby o krasnoludach więcej, ale kiedy on wróci?
Pożegnanie było uprzejme, a Pengolod miał już pewien obraz sytuacji. Herucalmo nie panuje nad swoim urzędem. Caliondo wrócił bez jego wiedzy i ma składać raport Manwendilowi właśnie. Numenor nie zauważa żadnych „imperiów krasnoludów”. Ale skąd oni wiedzą o Białej Radzie?

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
Turek
Członek Kompanii Thorina


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 56



Wysłany: 26-08-2021 15:47    Temat wpisu: 2456 D.E.: „Siedem dla władców krasnoludów..." Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Rozdział 3 (Eregion/Khazad-Dum, wiosna 2456)

I

Elfi mistrzowie wiedzy potrafią porozumiewać się mentalnie na ogromne odległości. Oczywiście – ta sztuka wymaga szkolenia, predyspozycji, dystans też ma tu jednak znaczenie. Dlatego wezwanie Pengoloda z zamorskiego Numenoru pierwszy odebrał mieszkający na zachodnich krańcach Śródziemia Kirdan, następnie przekazał je Ereinionowi, ten z kolei – Elrondowi, Galadrieli… Znacznie słabiej przekaz odebrał Glorfindel – raczej wojownik niż mędrzec, a nie było wiadomo czy wieść dotarła w ogóle do Orophera - przywódca elfów z Wielkiego Zielonego Lasu utrzymywał słabe kontakty z pozostałymi szczepami.
Dowiedzieć się czegoś o naturze siedmiu pierścieni, jakie Kelebrimbor wykuł dla krasnoludów, a z których sześć zrabował Sauron… bagatela! Do najpotężniejszego królestwa krasnoludów – Khazad-dum, Elrond nie miał obecnie wiele dalej z Rivendell, niż z kwitnącego przed wiekami, a teraz zniszczonego Ost-in-Edhil. Czyż krasnoludy i elfy w tej krainie nie żyły już od wieków w przyjaźni i nie wspierały się wzajemnie, na czym zyskiwały ich plemiona? Czyż wrót do zachodniej bramy Kha-zad-dum nie wykuli pospołu Kelebrimbor i krasnoludzki mistrz rzemiosł Narwi? Czyż jeszcze przed najazdem Saurona Kelebrimbor nie przekazał pierwszego z siedmiu pierścieni swemu przyjacielowi, z którym podzielał zamiłowane do kowalstwa i jubilerstwa – władcy Khazad-dum, Durinowi?
Jeszcze dekadę wcześniej pytaniem, jakie przekazał Pengolod mógłby zająć się samodzielnie Kirdan, nie kłopocząc Ereiniona czy Elronda. Szare Przystanie sąsiadowały z prastarą krasnoludzką siedzibą w Górach Błękitnych – Belegostem. Mimo że jego chwałę już dawno przyćmił Khazad-dum, Belegost pozostawał znaczącym miastem - najstarszym zamieszkanym przez krasnoludów. Handlował z elfami, a także z Numenorejczykami, przybywającymi zza morza i coraz liczniej osiedlającymi się w Eriadorze, kwitł, bogacił się. Jego królowie szczycili się tytułem „Władcy Gór Błękitnych”, władców Khazad-dum, nazywali łaskawie „braćmi”, tak samo jak Kirdana, czy królów zamorskiego Numenoru (bo już Ereinion, Najwyższy Władca Elfów był nazywany protekcjonalnie „sąsiadem”), a ich bogactwa były słynne w całym Śródziemiu. Choć w Górach Błękitnych nie było złóż najcenniejszego z kruszców - mithrilu, to dzięki handlowi z Khazad-dum skarbce Belegostu kryły wiele mithrilowych kosztowności. Ostatni władca Belegostu, Telchar III był bardziej wyniosły i pyszny niż jego ojciec, Azaghal VI, często podkreślał prymat i starszeństwo Belegostu wobec innych stolic Śródziemia, handlarze innych ras zarzucali mu rosnącą chciwość – ale wiadomo było, że w Górach Błękitnych rządzi przyjaciel. Jeszcze dekadę temu…
Nikt nie spodziewał się ataku smoka, nadlatującego gdzieś z pustkowi północnego wschodu. Ucierpieli wszyscy: i elfy w Szarych Przystaniach i numenorejscy osadnicy wokół jeziora Nenuial, ale najcięższy cios spadł na Belegost. Oczywiście miasto było obronne, ale od wojny z Mordorczykiem siedem i pół wieku wcześniej – nie atakowane, leżące daleko na zachodzie, w otoczeniu sojuszników. Nie było komu zaalarmować wart, obsadzić strzelnic, zamknąć wielkich wrót. Smok wdarł się do wnętrza – i zaczął pustoszyć komnaty Belegostu. Opór załamał się, gdy poległ król Telchar, wraz z większością gwardzistów broniący skarbca. Wielu krasnoludów zginęło w walce, w walących się salach twierdzy, w pożarach – uciekinierzy tułali się teraz po Eriadorze, lub migrowali do Khazad-dum.
Smok zajął Belegost na swoją siedzibę – dewastując wnętrze krasnoludzkiej twierdzy mościł sobie zarazem legowisko. Do największej sali zwlókł zrabowane skarby, na których sypiał – nie zaniedbując jednak lotów nad całą opanowana okolicą. Jednak gad dość szybko bowiem spotkał się z kontrą: powstanie smoczego władztwa na zachodzie Eriadoru, w samym środku elfich posiadłości było dla nich wszystkich śmiertelnie groźne. Wokół Ereiniona zawiązał się sojusz, w który oprócz Kirdana, Elronda i Galadrieli zaangażowały się krasnoludy z Khazad-dum, spragnione zemsty za zabitych pobratymców – i oczywiście uciekinierzy z Belegostu. Kampania nie była łatwa: smok nie siedział bezczynny, lecz sam atakował, zadając powoli zaciskającemu się pierścieniowi oblężenia po-ważne straty. Pomioty Morgotha są przecież inteligentne… Wreszcie wspólne wysiłki krasnoludów, ludzi, a zwłaszcza „elfiej magii” przyniosły skutek – poraniony smok zginął podczas próby ucieczki, ostatni cios zadał mu Eirenion swoją włócznią Aeglos, smoczy zewłok spadł do morza. Jednak z Belegostu pozostały splądrowane ruiny, o których powrocie do dawnej świetności – nie było już mowy przy zdziesiątkowanych mieszkańcach…
Katastrofa Belegostu a następnie walka „smoczego sojuszu” były głośne na zachodzie Śródziemia, odnotowano je nawet w Numenorze, ale nie ułatwiało to odpowiedzi na pytania, które postawił Pengolod. Czy władcy Belegostu posiadali Pierścienie Kelebrimbora? Kirdan i Elrond nawiązali kontakt z grupami krasnoludzkich uchodźców, nawet z członkami dawnego dworu Telchara, ale ci nie znali odpowiedzi – władca miał wiele klejnotów, nie pojawiały się żadne pogłoski o jego nie-widzialności, bladości, czy nadzwyczajnych mocach. Śmierć Telchara w smoczym ogniu, podobnie jak naturalne zgony jego sędziwego ojca i dziadka - też wskazywała, że ród władców Belegostu był śmiertelny, więc przesłanka która pozwoliła wykryć pierścienie, noszone przez ludzi – odpadała…

II
- O pierścieniach, które Kelebrimbor wykuł dla krasnoludów, wiemy w istocie bardzo niewiele. Pomijając klejnot Durina z Khazad-dum – pozostałe przechwycił Sauron niemal osiem wieków temu… - mówił Eirenion podczas narady jakiś miesiąc temu.
- Sauron mógł rozdać klejnoty tym krasnoludom, którzy byli mu przydatni, ale mógł je też schować w swoich skarbcach - wtrącił Elrond.
- Czy doszły nas skądkolwiek wieści o jakimś nieśmiertelnym krasnoludzie budującym mocarstwo na wzór ludzi, obdarzonych pierścieniami? – spytał Glorfindel.
- Nie, ale brak takich wieści nie jest dla nas uspokojeniem. Pierścienie przeznaczone dla krasnoludów różniły się od tych dla ludzi - tak samo zresztą, jak obie rasy różnią się od siebie. Pierścień, który otrzymał Durin, jedyny którego losy możemy prześledzić, nie przedłużył mu życia ponad zwykłą miarę – obecnie w Khazad-dum rządzi już prawnuk Durina – zamyślił się Kirdan.
- Inne moce mógł zawrzeć w tych pierścieniach Kelebrimbor, a inne – Sauron. Pierścień Durina może różnić się od pozostałych… - zauważył Elrond.
- Musimy włączyć w nasze poszukiwania władców Khazad-dum. Bez tego w ogóle nie będziemy wiedzieć czego szukamy. Po czym, jeśli nie po nadnaturalnie długim życiu rozpoznamy krasnoludy, które otrzymały pierścienie od Saurona…? – dodał Eirenion.
- Jaka jest „miara lat” krasnoludów? – spytał Glorfindel.
- Myślę, że około trzystu lat . Dorastają około trzydziestki, zaczynają się starzeć gdzieś po dwustu pięćdziesięciu – odparł Elrond.
- Siedem pierścieni dla siedmiu krasnoludzkich władców – głośno myślał Kirdan. – Wśród nich powinien być też Azaghal IV, nasz ówczesny sojusznik z Belegostu. Ale przeznaczony dla niego klejnot zagrabił Sauron. A potem przez dwa lata oblegał Belegost i nas wszystkich w Górach Błękitnych…
- Pamiętamy to, Kirdanie. Walki były ciężkie, krasnoludy też poniosły duże ofiary. Ten wielki szturm, w połowie drugiego roku. Zginął Azaghal i jego młodszy brat Broduith. W dwa dni padła niemal połowa krasnoludzkich wojowników... – wspominał Eirenion.
- Dali się zaskoczyć, panowało zamieszanie. A wojska Saurona niemal wdarły się wówczas do Belegostu, walczono już w bramach. To był ciężki szturm. Potwierdziłeś w tych walkach swój przydomek „Gil-galad” Eirenionie – pokiwał głową Glorfindel.
- Teraz, gdy wspomnieliście te wydarzenia sprzed niemal ośmiu wieków, przypominam sobie… - Kirdan rozejrzał się po zgromadzonych. – Po bitwie był pogrzeb, a młody Telchar, syn Azaghala podczas ceremonii pokazał zebranym piękny pierścień: „To okup za śmierć ojca i stryja. Intrygi Saurona nie poróżnią nas…” i ogłosił pojednanie, powszechną amnestię. Byłem tam, jako oficjalny przyjaciel Azaghala. Może nie było między nami takiej zażyłości jak Kelebrimbora z Durinem, ale elfy z Lindonu i krasnoludy z Gór Błękitnych też łączyła przyjaźń. Wtedy już wiedzieliśmy że nadpływa flota Numenoru i oblężenie wkrótce się skończy…
- Do czego zmierzasz, Kirdanie? – spytał Elrond.
- Co to był za klejnot? Jakie intrygi Saurona? Kto potrzebował amnestii? – drążył Glorfindel.
- Wtedy nie pytałem, bo to sprawy krasnoludów, zresztą wszyscy liczyliśmy już dni do kontruderzenia, ale jeśli teraz o tym rozmawiamy… - kontynuował Kirdan. - Jeśli chodzi o klejnot, to widziałem go wtedy po raz pierwszy, ale nie jedyny. Odbywałem uroczyste spotkania z kolejnymi władcami Belegostu: Telcharem, Azaghalem V, Telcharem II, Azaghalem VI… i ostatnim z nich, Telcharem III. Pamiętam, że mimo upływy wieków, nosili oni ten pierścień, misternej roboty, musiał mieć dla nich wielkie znaczenie… Jeśli mam go porównać z Pierścieniem Ognia, jaki sam otrzymałem od Kelebrimbora – to mogło być dzieło tego samego mistrza.
- Sądzisz, że to był jeden z Wielkich Pierścieni…? – spytał Eirenion. - Ale skąd miałby się wziąć w rękach Telchara?
- Pomyślmy… - Kirdan wyraźnie sam się wahał - Sauron stał pod murami Belegostu i nie mógł ich sforsować. A już zagrabił pierścienie. Czy nie próbowałby przekupić krasnoludów? Czy nie dałoby mu to wówczas ostatecznego zwycięstwa? Pamiętacie, że Góry Błękitne były rdzeniem naszej obrony?
- To była dla Saurona najlepsza okazja. A znając późniejsze wydarzenia – chyba jedyna. Od kiedy wraz z Numenorejczykami odepchnęliśmy jego armie aż do Mordoru, Sauron nie miał prawie żadnych możliwości skontaktowania się z Belegostem, ani też nie miałby żadnego pożytku z przekazania jego władcom pierścienia – odparł Glorfindel.
- Być może w zamian za otwarcie wrót Belegostu dla swojej armii, Sauron ofiarował pierścień dla Azaghala i gwarancje bezpieczeństwa dla krasnoludów. Być może nawet dotrzymałby słowa – przecież pierścień i tak dawałby mu kontrolę nad Belegostem… - kontynuował Kirdan.
- Na szczęście Azaghal dochował naszego sojuszu. Okazał się godnym imienia, które odziedziczył po bohaterze Bitwy Nieprzeliczonych Łez. Mimo, że jak jego poprzednik - sam przypłacił to życiem… - Eirenion podsumował dyskusję.
- Mam hipotezę – zawahał się Glorfindel. – ten Broduith, młodszy brat Azaghala…? Jaki on był?
- Słabiej go znałem. Bo też i on sobie tego nie życzył – odparł Kirdan – Krasnoludy są skryte i zamknięte, nie wszystkie też uważają nas za przyjaciół. Pamiętacie, że przed Wojną Gniewu w Górach Błękitnych krasnoludy miały dwa miasta. Oprócz Belegostu, którego mieszkańcy byli naszymi wiernymi sojusznikami istniał też równie potężny, a nieprzyjazny nam Nogrod. To nogrodzcy jubilerzy zamordowali Thingola, a później nogrodzka armia zniszczyła cały Doriath.
- Gdy w Wojnie Gniewu, stary Beleriand zalało morze, aż po Góry Błękitne, Belegost podupadł, ale Nogrod został całkiem zrujnowany. Nogrodczycy emigrowali – wielu z nich do Khazad-dum, ale co najmniej równie liczni – do znacznie bliższego Belegostu – dodał Eirenion.
- Jeśli przechowali w sercach niechęć do nas… to Broduith mógł mieć w Belegoście wielu zwolenników… - dodał Elrond.
- Czy nie byłoby możliwe – spytał powoli Glorfindel – że podczas oblężenia Sauron porozumiał się nie z Azaghalem – ale z Broduithem właśnie? Dał mu pierścień, zaproponował przejęcie władzy w Belegoście – i odwrócenie sojuszy?
- Gdyby Broduith na czele swoich popleczników i z pomocą Pierścienia chciał przejąć w mieście władzę – czy nie byłoby to dla Saurona idealną szansą do ataku? Być może szturm Saurona był skoordynowany z zamachem stanu w Belegoście – a ta masakra krasnoludów i śmierć obu władców Belegostu… to owoc bratobójczych walk o władzę, a nie tylko ataku Saurona? – podsumował Kirdan.
- To byłyby owe „intrygi” Saurona? I dlatego Telchar ogłaszał amnestię? Skoro miał pierścień, jego pozycja wzrosła, dalszy przelew krwi krasnoludów byłby katastrofą… - dodał Elrond.
- Tak mogło być. Słowa Kirdana brzmią logicznie. Możemy zatem przyjąć, że Telchar i kolejni władcy Belegostu nosili jeden z Wielkich Pierścieni, i to otrzymany z rąk Saurona. – podsumował Glorfindel.
- Siedem i pół wieku… cztery pokolenia. Dla ludzi, którzy nosili pierścienie, nawet Numenorejczyków, było to dość czasu aby dostać się pod wpływ klejnotów… i Saurona. A krasnoludy? – spytał Eirenion.
- Nic podobnego – zapewnił Kirdan. – Władcy Belegostu nawet nie wspominali o Mordorze. Cieszyli się ze skarbów, nawet pysznili swoimi bogactwami, stali się trochę aroganccy…
- Ciekawe, Pengolod przekazał, że Numenorejczycy też uważali Telchara za żądnego bogactw. Jedni warci drugich… - wtrącił Elrond.
- A teraz Telchar III zginął w walce ze smokiem… a pierścień? Być może leży gdzieś w ruinach Belegostu… być może smok go zrabował, albo zniszczył? – spytał Kirdan.
- Od uchodźców z Belegostu, niczego się nie dowiemy, chyba całkowitym przypadkiem. Ale może-my spytać władców Khazad-dum. Jeśli wyjaśnimy im czego szukamy i co wiemy… - odparł Eirenion.

III
- Wybacz, Elrondzie… – mruknął Glorfindel, patrząc w ziemię.
- Przecież cię prosiłem… ostrzegałem, żebyś nie próbował tych sztuczek. Mało wiemy o krasnoludach, a ty jeszcze mniej niż ja. I nadużyliśmy ich zaufania. – pokręcił głową Elrond.
Stali w niecce zieleniącej się uroczo doliny, oświetleni ostrym, wiosennym przedpołudniowym słońcem. Za plecami elfich dostojników piętrzyła się ku niebu skalna ściana – wykute w niej potężne wrota właśnie zamykały się z donośnym zgrzytem. Odprowadzająca elfów eskorta uzbrojonych krasnoludów wycofała się już – stały luźnym szeregiem przed wrotami, trzymane w rękach topory opuściły ostrzami ku ziemi. Od wschodu, na skraju doliny pojawił się orszak kilkunastu konnych.
- Galadriela szybko się dowiedziała – zauważył Glorfindel.
- My też się czegoś dowiedzieliśmy. Mimo wszystko… - westchnął Elrond.
Patrząc na nadjeżdżających konnych, Elrond przypomniał sobie wydarzenia ostatnich dni. Początek był pomyślny: z Rivendell wysłali do Khazad-dum prośbę o audiencję, otrzymali zgodę, przejechali przez Eregion, oglądając kolejny raz ruiny Ost-in-Edhil, stanęli przed zachodnią bramą królestwa krasnoludów. Tam Elrond udzielił Glorfindelowi pewnych pouczeń:
– To zadanie jest trudniejsze niż przed dwustu laty. Krasnoludy są bardzo skryte i nieufne, w odróżnieniu od nas mieszkają rozrzucone po całym Śródziemiu. Te z Khazad-dum to jedyne plemię, jakiemu możemy ufać.
- Jak rozumiem, Pengolod wskazywał, że ustalenie, którzy przywódcy krasnoludów noszą pierścienie, otrzymane od Saurona – to środek, a nie cel. Bo przecież władcy Khazad-dum. Ale najważniejsze, to ustalić jak te pierścienie na krasnoludy wpływają, czy uczynią z nich popleczników Saurona? – upewniał się Glorfindel.
- Masz rację. Te klejnoty działają inaczej, niż pierścienie ludzi, których szukaliśmy przed dwustu laty. Owi ludzcy władcy już wtedy nosili pierścienie od stuleci… i wszyscy oni wciąż żyją, a właściwie „wciąż nie umarli”. Te strzępy informacji jakie mamy o Rhun czy Khandzie wskazują, że owi władcy stają się bladzi, niechętnie pojawiają się w otwartym słońcu, zamykają się w pałacach. Stają się upiorami… niewolnikami swoich pierścieni. Niczego takiego nie słychać o krasnoludach, Durin Trzeci zmarł chyba tuż po trzechsetce, jego syn i wnuk też odeszli w podobnym wieku, teraz w Khazad-dum rządzi jego prawnuk, Borin, też już sędziwy… to znaczy że pierścienie na to plemię działają zupełnie inaczej.
Przeszli przez skalne wrota, orszak krasnoludów prowadził ich przez dwa dni paradnymi, wykutymi w skałach korytarzami. Upływ czasu i pór doby wskazywały zmieniające się kolory lamp, jakimi oświetlano drogę i pomieszczenia: jasne, podobne do dziennego światło ustępowało przyciemnionemu, odpowiadającemu wieczorowi, a później drobnym lampkom, imitującym nocne światło gwiazd. Nocowali w obszernych, gościnnych komnatach, krasnoludzcy przewodnicy z dumą pokazywali ornamenty i ozdoby, które wykuwano w litej skale już w czasie drążenia pomieszczeń. Elfy traktowano z honorami, ale trudno było im zachować równowagę ducha we wnętrzu gór, ze świadomością, jak kolosalny labirynt komnat, tuneli, warsztatów wydrążono wokół nich i pod nimi w ciągu tysiącleci.
Trzeciego dnia marszu przez Khazad-dum, gdy według światła lamp zaczynało się przedpołudnie, krasnoludy zaprowadziły ich do dużej, paradnej sali. Za ciężkimi drzwiami na podłodze wysłanej grubym, puszystym dywanem, stał duży, misternie inkrustowany stół otoczony kil-koma krzesłami. Meble wykonane były z jakiegoś nieznanego elfom drewna. Kamienne ściany po-kryte były wzorzystymi kobiercami, oświetlenie dawały lampy w srebrnych oprawach. Kilku młodych krasnoludów rozstawiło karafy z winem, półmiski owoców i słodyczy. Elronda i Glorfindela przywitał czarnobrody, dostojnie wyglądający krasnolud w średnim wieku, ubrany w czarny kaftan przetykany złotogłowiem, z mithrilowym medalionem na piersi. Elrond rozpoznał w nim Narwiego, syna i następcę władcy Khazad-dum. Po przedstawieniu się Glorfindela, pierwszy raz goszczącego w podziemnym królestwie krasnoludów, Narwi zagaił dyskusję.
- Dostojne elfy, nasze kamienne pałace stały zawsze otworem dla pobratymców Kelebrimbora, a od od czasów Durina, trzeciego tegoż imienia, a pradziada mojego ojca, łączy nas przelana wspólnie krew. Czy przybyliście, aby potwierdzić nasz odwieczny sojusz?
- Dostojny Narwi, dziękujemy za przyjęcie. Żałujemy jednakowoż, że dostojny Borin nie znalazł czasu, aby wysłuchać nas osobiście. Mimo, że jesteś jego synem i następcą tronu - sprawa z którą przybyliśmy jest objęta nadzwyczajną tajemnicą wśród nas, elfów, a zapewne i wśród twojego rodu. Prosząc o posłuchanie powołaliśmy się na „dzieło kunsztu Kelebrimbora”, gdyż nawet waszym dostojnikom nie chcieliśmy zdradzać spraw, z którymi przyybywamy…
Narwi zmarszczył brwi.
- Rozmawiam z wami z woli mojego ojca, władcy Khazad-dum. Przeczytał wasz list i wiedzcie że oprócz niego i mnie nikt nie zna celu waszego przybycia. Przed spotkaniem z wami poinformował mnie o kwestiach, które mogą was zainteresować. Wiedzcie też, że z Kelebrimborem wiąże się historia rodu mojej matki: była ona wnuczką Narwiego, mistrza rzemiosł, który wspólnie z elfami wykuł zachodnią bramę Khazad-dum.
- Osiem wieków temu nasze kraje kwitły we wzajemnej przyjaźni. Dzięki waszym korytarzom, przebitym pod głównym pasmem Gór Mglistych, elfy ze wschodu i zachodu bez przeszkody spotykały się. Aż przyszła wojna… - podjął Elrond.
- Wiem, że wy, nieśmiertelni elfi książęta, sami pamiętacie te odległe czasy.
- Wojna wybuchła, bo władca Mordoru chciał zrabować pierścienie, które wcześniej wykuli kowale z Ost-in-Edhil. A jeden z owych pierścieni niedługo przed wojną Kelebrimbor przekazał Durinowi, twemu przodkowi.
- Znam historię Pierścienia Durina, najpotężniejszego spośród Siedmiu. Nasi władcy nie ukrywali daru Kelebrimbora w sekrecie. Jesteśmy z niego dumni, to kolejny dowód naszej przyjaźni z elfami. Już Durin uważał ten klejnot za szczęśliwy, mój ojciec, który obecnie nosi pierścień, opowiedział mi wiele legend o dobrodziejstwach, jakie spadły na naszą siedzibę i nasz ród, od kiedy go posiadamy. Odkrywamy nowe żyły szlachetnych metali, wykuwamy kolejne kondygnacje naszego pałacu, nie zagroził nam żaden wróg… ten pierścień to nasz najcenniejszy skarb!.
- Cieszy nas, że ten klejnot jest wam pomocny. Jednak chcemy was ostrzec, bo sami wiecie, jak potężny jest władca Mordoru. Klejnot Durina… mógł być skażony, gdyż mimo iż Sauron nie zdobył go podczas wojny – uprzednio pomagał go przecież wykuwać…
Narwi powoli pokiwał głową
- Jakie zagrożenie mógłby on z sobą nieść? Dlaczego nie ujawniło się w ciągu już minionych stuleci? Wtedy chociażby, gdy armie Saurona oblegały Khazad-dum i od wschodu i od za-chodu?
- Tego nie wiemy. Któż odtworzy pierwotny zamysł Kelebrimbora? I w jaki sposób na jego dzieło wpłynął Sauron? Jeśli Sauron wywarł swój wpływ na klejnoty dopiero, gdy je przemocą zagarnął - wtedy wasz pierścień byłby bezpieczny.
- A czy może być inaczej?
- Jeśli Sauron wpłynął na pierścienie już w czasie ich wykuwania, to od początku byłyby one otwarte na jego wpływ. Wtedy i wasz mógłby być zagrożeniem. Prawdę mówiąc tego się obawiamy.
- Czy wiecie coś konkretnego?
- Nie, dostojny Narwi. Mamy poważne podejrzenia. Nie możemy ich teraz ujawnić, ale niech starczy ci, że badamy tajemnice pierścieni Kelebrimbora już od dwóch wieków.
- Khazad-dum rozkwita, widzę tu bardzo wiele kosztowności, których jednak wy, krasnoludzcy mistrzowie metalu i kamienia nie wytwarzacie. Czy dobrze wam się handluje z plemionami ludzi? – spytał pozornie bez związku Glorfindel.
Narwi uśmiechnął się lekko.
- Osadnicy z Eriadoru sprzedają nam żywność, my im w zamian broń i narzędzia, lepsze niż sami wytwarzają. Nasi rzemieślnicy osiedlają się aż w numenorejskich miastach, Tharbadzie czy Lond Daer. Numenorejczycy sprzedają nam różne egzotyczne dobra: trochę ksiąg ich mędrców, przyprawy i tkaniny z ich plantacji na dalekim południu, potrafią dostarczać nawet zakonserwowane banany czy cytryny. W zamian domagają się głównie mithrilu, tak jakby ich władca na Wyspie Zachodu nieustannie go pożądał.
- A ten dywan – to z Numenoru? – Glorfindel wskazał wzorzystą płaszczyznę, która kryła ich stopy.
- Nie, nasi rzemieślnicy krążą daleko na południe i wschód. Dywan pochodzi z kraju zwanego Khandem, może słyszeliście? No to słuchajcie dalej: tam rządzi z pochodzenia człowiek, zwą go Uvatha. I mówią, że to ten sam, który dowodził khandyjskimi najemnikami w służbie Mordoru, oblegającymi Khazad-dum. Rozumiecie? Jeśli to prawda, ten Uvatha miałby teraz coś z osiem wieków. A inny taki, rządzi daleko na wschodzie, na stepach za Zielonym Lasem i za morzem Rhun. Stamtąd sprowadzamy rzadkie skóry i drewna jak mahoń, z których wyrabiamy drogie meble i ozdoby. Ten władca zwie się Khamul, jego też wspominają kroniki wojny z Sauronem jako dowódcę konnych łuczników ze stepów – i on też liczyłby teraz osiemset lat. A siedzimy na fotelach z drewna tekowego. To drewno też jest kosztowne, a pochodzi z dalekiego południa. Tam rządzi Numenorejka – Adunaphel. Ona z kolei wywołała jakiś bunt czy zbrodnię na własnej wyspie i uciekła do Śródziemia, ponad cztery stulecia temu. Czy to nie jest miara życia numenorejskich władców? Owa Adunaphel nie była niemowlęciem, gdy tu przybyła – ani teraz nie jest otępiałą staruszką.
Narwi zniżył głos.
- Oni wszyscy służą Sauronowi, który przedłużył ich życie. Nawet ta Numenorejka. I dam mithril przeciwko glinie, że to nie są wszyscy ludzcy władcy, którzy służą Sauronowi.
- Bystry jesteś, dostojny Narwi. I masz rację – wymieniłeś sługi Sauronowi. Ale nie wiesz wszystkiego: ci ludzie też otrzymali od Saurona pierścienie, ukradzione Kelebrimborowi. I zyskali dzięki nim wielką moc: czytają w myślach, widzą różne rzeczy ukryte, sami potrafią stawać się niewidzialnymi…W zamian za zawartą w nich moc i wieczne życie oddali się w jego służbę. A co będzie z nimi dalej – nie wiemy. Dlatego boimy się też o was, władców krasnoludów.
- I cóż proponujecie, elfi książęta? - zmarszczył brwi Narwi.
- Jeśli wy, ujrzelibyście jakieś… dziwne objawy… działanie przewrotnych mocy… dajcie nam znać. My zbieramy wiedzę o tych klejnotach, kilka najpotężniejszych pozostało w naszych rękach…
- To ciekawe. My nie staliśmy się nieśmiertelni. A od kiedy mamy nasz pierścień – raczej dobrze nam się wiedzie. Być może mamy szczęście… Podsumowując: wam, elfom, klejnoty Kelebrimbora nie szkodzą, lecz pomagają, ludziom dają nieśmiertelność i rozmaite tajemne moce… a my dotychczas nie odczuliśmy żadnej złej magii czy tajemnych mocy, od kiedy używamy naszego klejnotu. Co z innymi rodami krasnoludów – tego nie wiemy… Niewiele możemy wam pomóc…
Elrond słuchał krasnoluda uważnie, a jednocześnie sondował jego umysł. Jako mistrz wiedzy miał taką moc… ale umysł krasnoluda był dość trudny w analizie. W końcu to odrębna rasa. Elrond nie wyczuwał kłamstwa, raczej pewne niedomówienie. Wyczuwał też, że Glorfindel podobnie bada otoczenie, sąsiednie komnaty, próbując czytać w myślach przebywających tam osób.
Wykraczało to poza kodeks etyki Mistrzów Wiedzy. Już czytanie w myślach rozmówcy, co czynił Elrond, stanowiło pewne nadużycie – jego partner mógł o tym nie wiedzieć lub tego sobie nie życzyć. Jednak w takim wypadku można było twierdzić, że wymiana myśli – to wsparcie dla wymiany słów, w końcu rozmówcy powinni zakładać wzajemną dobrą wolę… Ale Glorfindel posuwał się zbyt daleko – aż do granic szpiegostwa. Wysławszy przyjacielowi mentalne ostrzeżenie i przyganę Elrond poczuł zdziwienie odbiorcy, a następnie postanowił odsłonić przed krasnoludem karty.
- A czy możecie powiedzieć nam coś o waszych pobratymcach z Belegostu w Górach Błękitnych? Gdybyśmy o waszych pierścieniach dowiedzieli się dekadę wcześniej – pytalibyśmy także ich. Jeden z pierścieni Kelebrimbora, który zrabował Sauron, mógł być przeznaczony dla władców Belegostu. I wiemy że od czasów wojny z Sauronem nosili oni taki pierścień, choć nie mamy pewności, w jaki sposób klejnot trafił w ich ręce - tylko domysły. Ich miasto przez wieki kwitło, lecz wreszcie zniszczył je smok.
Narwi zastanowił się
- Jesteście elfimi mędrcami… więc wasze „domysły” muszą być oparte w faktach. Są to sprawy mroczne i zdradzieckie, nie ma się czym chwalić, a ale zmarłym już nie zaszkodzimy... Wy mieliście swoją bitwę pod Alqualonde, gdzie elfy mordowały się nawzajem. My mieliśmy bitwę w Belegoście, a wiele naszych domysłów potwierdziło się w ostatnich latach, gdy uchodźcy z Belegostu uzupełnili naszą wiedzę.
Twarz krasnoluda zmierzchła.
- Siedem i pół stulecia temu gdy Sauron oblegał nasz Khazad-dum – oblegał także Belegost. Azaghal był waszym lojalnym sojusznikiem, ale jego młodszy brat, Broduith chciał paktować z Sauronem. Możliwe, że ceną był jeden z pierścieni Kelebrimbora. Gdy Sauron ponowił szturm na Belegost – Broduith i jego zwolennicy otworzyli bramy. Doszło do bratobójczej rzezi, w której Broduith zabił Azaghala, lecz sam zginął z ręki syna Azaghala, Telchara. Broduith zdradził swojego brata – bo pierścień Kelebrimbora był przeznaczony dla Azaghala. Zdradził swoje plemię – bo obiecał poddać je woli Saurona. Zdradził sojuszników – bo przyjął prezent od rozbójnika, który ofiarował nie swoje, a chciał za to przelać krew naszych towarzyszy broni. Ale Broduith i jego poplecznicy ponieśli karę. Belegost obronił się, lecz za cenę ogrom-nych strat wśród naszych pobratymców. Pierścień przeznaczony dla Azaghala trafił w ręce jego prawowitego następcy, Telchara… który rzekł: „Biorę ten okup za ojca i brata”. Oficjalna wersja zdarzeń pomijała bratobójstwo, władcy Belegostu mieli zginąć odpierając krwawy szturm Saurona. Lecz nasi przodkowie w Khazad-dum znali sprawę niemal od początku, przecież w Belegoście żyli nasi krewniacy.
- I przez te stulecia kontaktów… nic was w zachowaniu kolejnych władców Belegostu nie dziwiło? Pierścień ich dynastii też im nie zaszkodził?
- W Belegoście żyły krasnoludy, jak my. Tylko że skąpe i chciwe się robiły. Najpierw im pomagaliśmy – wiadomo, odbudowa. Ale później zaczęli domagać się dostaw mithrilu. Po co im, skoro mieli złoża wszelkich innych dóbr, a bogacili się na handlu z Numenorem jeszcze łatwiej niż my? Tak że stopniowo handlowało nam się coraz trudniej.
W pewnym momencie Glorfindel drgnął, w jego umyśle pojawiło się potężne zdziwienie. Elrond wyczuł inną moc, nie tyle wrogą – co odmawiającą, odpychającą próby kontaktu.
- …nie władamy magią, ale też trudno nas magią pokonać. Nasi dziadowie podczas oblężenia Kha-zad-Dum…
Drzwi komnaty otworzyły się z trzaskiem. Starszy krasnolud w hełmie i mithrilowym pancerzu wszedł szybko, za nim wkroczyło sześciu ciężkozbrojnych strażników.
- Namiestniku… - Narwi podniósł się z fotela. Nowo przybyły ukazał medalion na dłoni, Narwi za-milkł.
- Jestem Fror, namiestnik władcy Khazad-dum, Borina. Nasz król zdecydował ukończyć tą audiencję. Mości elfowie, do wyjścia proszę.
Szóstka krasnoludów szczęknęła toporami
- Dlaczego?
- Radzi przyjmujemy gości, lecz nie szpiegów. Wam, panie – zwrócił się do Elronda – ufaliśmy od dawna, a wy wprowadzacie podstępem szpiega?
- Jakim prawem…? – zająknął się Glorfindel.
- Wolą naszego władcy. Nie bójcie się, nie chcemy waszej kaźni… to zasmuciłoby Panią Lorien… ale opuścicie nasze progi. Panie Elrondzie, macie prawo decyzji – zachodnie wrota, niedaleko Waszej siedziby w Imladris? Czy wschodnie wrota, prowadzące w kierunku Lorien?
Elrond z Glorfindelem spojrzeli sobie w oczy.
- Wschodnie wrota. Ale powiedzcie dlaczego?
- Próbowaliście czytać w myślach naszych współplemieńców bez ich zgody. Nawet następcy tronu! – warknął Fror. – Zwłaszcza ty! – zwrócił się do Glorfindela. - Nie jestże to szpiegostwo? Tak korzystacie z ufności, jaką ku wam miało plemię Durina? Panie Elrondzie – ku wrotom wschodnim, jak wam wola!

IV
Droga zajęła jeszcze niemal dobę, nie nocowali już w paradnych komnatach, ale w naprędce przygotowanej strażnicy. Rankiem następnego dnia dotarli do wschodnich wrót Khazad-dum. A teraz Elrond i Glorfindel, mając za sobą skalną ścianę siadali na konie, aby dotrzeć do Lorien i naradzić się z Galadrielą. W stolicy krasnoludów Glorfindel stał się „persona non grata”, a Elrond nie chciał zostawiać go samego…
- Przepraszam cię Elrondzie…
- Zabrakło ci ostrożności. Czułem co robisz, a nie miałem jak cię ostrzec.
- Uznałem, że w otaczających nas komnatach pałacu Durina mogą być osoby, które coś wiedzą…
- A nie przyszło ci do głowy, że naszej rozmowy będzie słuchał sam krasnoludzki władca? Siedzący w którejś z sąsiednich komnat z pierścieniem na palcu?
Glorfindel aż się zająknął.
- Nie… rzeczywiście…
- Był w sąsiedniej komnacie – pokiwał głową Elrond. - Wysłał syna, bo nie chciał sam z nami rozmawiać. Krasnoludy nie władają mocami psychicznymi… ale też moce innych umysłów nie mają na nie wielkiego wpływu. A jeśli taka istota połączy własną dużą odporność mentalną – z mocą, jaką daje jeden z Wielkich Pierścieni?
Glorfindel spojrzał pytająco.
- Prawdopodobnie oparłby się naszej penetracji o własnych siłach. A mając pierścień wyczuł nas dokładnie… próbując go sondować poczułeś ból?
- Tak… rzeczywiście…
- Potraktował cię, jak drobnego kieszonkowca, któremu daje się po łapach.
Milczeli przez chwilę.
- Sporo już wiemy. Gdyby żył Telchar z Belegostu mielibyśmy już właściwie pewność.
- Przeklęty smok. Cały skarbiec Belegostu jest teraz mniej wart niż pierścień, który gdzieś tam się zawieruszył. O ile ten gad go nie zagarnął, albo nie zniszczył.
- Elrondzie, dlaczego właściwie wybrałeś wschodnią bramę? Ja dopiero przed chwilą wpadłem na pomysł dalszej jazdy na wschód, a ty?
- Chciałem porozmawiać z Galadrielą… – Elrond lekko się zarumienił. Glorfindel po chwili lekko się uśmiechnął
- A może z jej córką? Kelebriana jest piękna i mądra… nie frasuj się, nie będę o nią rywalizował.
- Mam pewien pomysł… - zawahał się Glorfindel. - To ja jestem w Khazad-dum niemile widziany. Ciebie z chęcią przepuszczą z powrotem, zwłaszcza jeśli wstawi się za tobą Galadriela… i Kelebriana. Ja pojadę za Anduinę i za Wielki Zielony Las.
- Po co?
- Jak najdalej na wschód. Jeśli pierścienie były przeznaczone dla poszczególnych szczepów krasno-ludów, to aż cztery mogę znaleźć na wschodzie. Zwłaszcza, że tam są już silne wpływy Saurona. Może trafię na jakieś wiadomości…
- Pamiętasz? Dwa wieki temu chciałeś tam szukać nieumarłych ludzi, obdarzonych przez Saurona pierścieniami Kelebrimbora…
- I wiemy, że co najmniej dwóch mógłbym tam znaleźć: Khamula i Hoarmuratha. A teraz doszły jesz-cze krasnoludy z pierścieniami…
Pomilczał przez chwilę.
- Ty, Elrondzie znasz krasnoludy od dawna, ja pierwszy raz byłem w ich siedzibie, nigdy też nie gościłem w Belegoście. Dziwne to plemię – nieufne, wojownicze, gotowe zawzięcie bić się˛ z każdym, kto wzbudzi ich gniew, czy to słudzy Melkora, czy Eldarowie, Avari czy dzikie bestie, a nawet - nierzadko - współplemieńcy, krasnoludowie z innych stron i podlegli innemu wodzowi. A co ty zobaczyłeś?
- Co zobaczyłem? Jesteśmy im mili i użyteczni, ale widać w nich chciwość, żądzę złota. W dalekich krajach kupują ozdoby i kosztowności – i nie przeszkadza im, że handlują z Nazgulami. Nawet jeśli nie stają się sługami Saurona – zaczynają służyć złu. To samo widuję u moich krewniaków, książąt Numenoru.

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
M.L.
Uprzedzony, ujadający krzykacz / Administrator


Dołączył(a): 27 Cze 2002
Wpisy: 6089
Skąd: Mafiogród


Wysłany: 26-08-2021 16:42    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Na początek mam pytanie, inne pojawią się po przeczytaniu całości. Skąd Pengolodh w Armenelaos w 2456 roku, biorąc pod uwagę, że Tolkien jasno pisze, że zaraz po wojnie z Sauronem udał się na Tol Eresseę?
_________________
ēl sīla lūmena vomentienguo wieeeeeeeeeelgachny uśmiech
---------------------------------------
For the grace, for the might of our Lord
For the home of the holy
For the faith, for the way of the sword
Powrót do góry
 
 
Turek
Członek Kompanii Thorina


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 56



Wysłany: 26-08-2021 23:11    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

M.L. napisał(a) (zobacz wpis):
Na początek mam pytanie, inne pojawią się po przeczytaniu całości. Skąd Pengolodh w Armenelaos w 2456 roku, biorąc pod uwagę, że Tolkien jasno pisze, że zaraz po wojnie z Sauronem udał się na Tol Eresseę?


Dziękuję za komentarz!
Przyjąłem (licencja poetica), że Pengolod wrócił do Numenoru wraz z poselstwem Valarów skierowanym do Kiryatana i Atanamira (lata 2032-2034 DE). A następnie próbował wspierać stronnictwo Wiernych. Dopóki większość Numenorejczyków nie stała się otwarcie wroga elfom (panowanie Adunakhora, a może nawet Gimilzora?) - mógłby działać dość bezpiecznie, licząc na to, że "nawróci" mieszkańców wyspy.
W Akallabeth jest fragment:
"Dwudziesty drugi bowiem król, Ar-Gimilzor, okazał się najzawziętszym wrogiem Wiernych (...) karał surowo tych, którzy przyjaźnie witali okręty z Eressei, przybijające jeszcze potajemnie do zachodnich wybrzeży."

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
Wyświetl wpisy z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum tolkienowskie -> Twórczość fanowska Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony 1, 2, 3, 4  Następna

Temat: 2456 D.E.: „Siedem dla władców krasnoludów..." (Strona 1 z 4)

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich wpisów
Nie możesz usuwać swoich wpisów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dodawać załączników w tym dziale
Nie możesz ściągać plików w tym dziale

Powered by phpBB2
Copyright © tolkien.com.pl Wszystkie prawa zastrzeżone.