Forum dyskusyjne miłośników twórczości J.R.R. Tolkiena
w sieci od 11/2001
 
Gospoda(0) | Zasady Forum | FAQ | Szukaj | Kalendarz |  Zarejestruj się |  Profil | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości | Zaloguj

"W tej stronie, wysoko nad sterczącym szczytem górskim biała gwiazda wyjrzała właśnie spośród rozdartych chmur. Gdy ją tak ujrzał zagubiony w przeklętym wrogim kraju, wzruszyło go jej piękno, a nadzieja wstąpiła znów w jego serce. Jak chłodny, jasny promień olśniła go bowiem nagle myśl, że bądź co bądź Cień jest czymś małym i przemijającym; istnieje światło i piękno, którego nigdy nie dosięgnie." Sam Gamgee, Władca Pierścieni


Temat: 2456 D.E.: „Siedem dla władców krasnoludów..." (Strona 3 z 4)

Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4  Następna
  skocz na koniec strony
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum tolkienowskie -> Twórczość fanowska Wydruk
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Turek
Członek Kompanii Thorina


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 56



Wysłany: 05-09-2021 11:42    Temat wpisu: Re: 2456 D.E.: „Siedem dla władców krasnoludów..." Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

M.L. napisał(a) (zobacz wpis):
Zaczynam lekturę, i najpierw zajawka:
Turek napisał(a) (zobacz wpis):
Oczywiście Numenorejczycy mogli nie wiedzieć nic o Pierścieniach Krasnoludów. Ale ze strzępów ich wiedzy mógł skorzystać ktoś, kto wiedział czego ma szukać. W tym okresie Numenor stopniowo odwracał się od przyjaźni z elfami. Ale jeszcze nie był im wrogi, więc jeśli na wyspie wciąż przebywał elfi mistrz wiedzy Pengolod (tolerowany dla swojej mądrości) to mógł odtworzyć prawdziwy los Siedmiu Pierścieni.

A wraz z nią powrót do wątpliwości, ktore już wyrażałem.
Po pierwsze Numenorejczycy nic nie wiedzieli o pierścieniach, owszem pojawienie się Nazguli dawało na pewno do myślenia, ale ich natury jeszcze nie znano, zwłaszcza, że nie koniecznie musiała być już identyczna z tą, którą znamy w WP.
Tak na prawdę Eldarowie zdradzili Numenorejczykom informacje o historii Pierścieni po upadku Numenoru.
Oczywiście można przyjąć i to jest fajny pomysł - próba rozwiązania zagadki Nazguli i poszukiwania wiedzy na temat skąd oni się wzięli. Ale czemu mieliby się interesować krasnoludzkimi - nie wiem.
Ponadto Pengolodh akurat wiedze o pierścieniach miał, w tym krasnoludzkich, gdyż nie tylko był przyjacielem krasnoludów z Khazad-dum, znał ich język, to jeszcze mieszkał w Eregionie, jak wiele na to wskazuje.
Wreszcie o ile mogę przyjąć i zaakceptować koncepcję, ze na Tol-Eresseę udał się via Numenor, to nie wiem czemu miałby tam spędzić następne 750 lat. Nawet przyjmując przeliczniki z NoME to czas równoważny dla Eldara 150 latom. Jak na kogoś kto miał dość Środziemia i jego zagrożeń i pragnął połączyć się ze swoimi, to długi czas.


Bardzo dziękuję za uwagi!
Wyszedłem z takiego założenia: elfy (w tym Pengolod) mogły znać ogólny zamysł Kelebrimbora. Ale w szczegółach znał go tylko on sam (i Sauron, który miał znaczący udział w wykuwaniu klejnotów). W 1697 r. D.E. istniał już tylko plan Saurona, którego elfy nie znały. Nie wiedziały, co zrobi ze zrabowanymi klejnotami, nie wiedziały też czego i jak mają szukać - chociaż wiedziały, że grozi im jakieś niebezpieczeństwo. Zagrożenie ze strony ludzi obdarzonych pierścieniami władzy było łatwiejsze do zidentyfikowania: ktoś podejrzanie długo nie umiera, buduje swoje mocarstwo dopuszczając się okrucieństw - to może być poplecznik Saurona. A jeśli jeszcze nosi na palcu piękny klejnot?
Z krasnoludami problem był inny: zamknięte społeczności, raczej egoistyczne i chciwe, trudne do penetracji z zewnątrz, skonfliktowane nawet pomiędzy sobą. Pierścienie mogłyby je zachęcić do gromadzenia bogactw, a przy okazji - do "rozwoju technologicznego". Sauronowi przydaliby się jako zbrojmistrze, budujący jego arsenał (a być może - dozbrajający uległych mu ludzi). Od tego jak mocno będzie je kontrolował Sauron (a na początku nie było to jasne) zależałby wkład krasnoludów w machinę wojenną Mordoru.
Jeśli chodzi o Pengoloda w Numenorze - wiem, że jest to nieoczywiste. Zakładam, że jako Mistrz Wiedzy byłby ciekaw świata i informacji o Śródziemiu gromadzonych przez mędrców Numenoru. A jako odpowiedzialny elf - wspierałby Wiernych, póki widziałby szansę ich sukcesu (i dopóki władcy Numenoru nie zmusiliby go do emigracji)

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
Turek
Członek Kompanii Thorina


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 56



Wysłany: 05-09-2021 11:55    Temat wpisu: 2456 D.E.: „Siedem dla władców krasnoludów..." Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Rozdział 7 (stepy na północ od Rhun, połowa roku)

I

- Zaskoczony?
Belemir uniósł obolałą głowę, głos był znajomy. Szybko przypomniał sobie – próbę ucieczki z Tolensi, gwałtowną szarżę nie wiadomo skąd przybyłych Easterlingów, panikę jego orszaku, konia który nagle stanął dęba i go zrzucił, Boromira biegnącego na pomoc i odrzuconego pod konia nadjeżdżającego lansjera… szkoda syna, choć niewiele z niego było pożytku…
Bezskutecznie szarpnął skutymi łańcuchem rękami. Ciemne pomieszczenie rozświetliła zapalona latarnia. Obok legowiska Belemira przysiadł szczupły, czarnowłosy, owinięty ciemnym płaszczem człowiek. Ten wybałuszył oczy.
- Imrazor… z Angrenost? Ty tutaj? Masz posiłki…?
- Niestety nie… - w głosie Imrazora nie było troski, raczej drwina.
- Uwolnisz mnie?
- Być może… ale ustalimy najpierw komu będziesz służył…
- Co to znaczy? Służę księciu Herucalmo, ty przecież też, widziałem medalion…
W tym momencie Imrazor wymierzył Belemirowi siarczysty policzek
- Za dużo pytasz. A powinieneś słuchać. Służę wielu panom, Herucalmo czasem też, ale najważniejszy jest władca Śródziemia.
- Sauron?
- Annatar, kupcze! Ci, którzy mu służą mogą liczyć na cenne dary… a ci, którzy mu rzucają wyzwanie nie unikną kary. Numenor nie ma szans w walce o Śródziemie, dobrze jeśli zdoła zachować Umbar… Samej Gwiazdy Zachodu Sauron nie tknie, to druga strona oceanu, bliżej Nieśmiertelnych Krain… - Imrazor zaśmiał się – Macie już ten eliksir nieśmiertelności, podzieliły się z wami elfy?
- Wiesz, że nie, ale co ze Śródziemiem?
- Śródziemie ma jednego władcę. Hojnego i łaskawego. Adunaphel i Akhorahil pokłonili mu się przed wiekami… i dostali nieśmiertelność. I nie tylko oni mu służą, ja też... Ani w Numenorze, ani w Umbarze czy Angrenost nie miałem takich możliwości.
- Po co mi to mówisz?
- Żeby cię uratować. Mogę cię zwyczajnie zarżnąć, tu i teraz. Mogę się pofatygować i wziąć cię na tortury, żebyś się pomęczył parę dni, dla uciechy gawiedzi i żołnierzy… Brodda miał ochotę na takie widowisko, a ma w tym wprawę, znasz go przecież, szkoda że nie widziałeś kaźni Gorysa! A może chcesz być następny? – Imrazor uśmiechnął się kącikami ust.
- Nnnn… - Belemir naprawdę się bał.
- Jeśli pozwolimy ci uciec i poręczymy bezpieczeństwo – będziesz dalej handlował po Śródziemiu?
- To mój fach…
- I bardzo dobrze. A jeśli zwróci się do ciebie mój posłaniec i pokaże ci specjalny znak – czy wykonasz to, o co grzecznie poprosi?
- A o co poprosi?
- O transakcję… sprzedaż broni… sprzedaż informacji…
- Tak!
- Mądry wybór – Imrazor wyjął zza pazuchy pergamin. – Podpisz, miły rodaku!
- Co to jest?
- Lojalka, będziesz naszym tajnym współpracownikiem… Spokojnie, oddam to Annatarowi, schowa to w swoich archiwach. Dopóki będziesz grzeczny, nic ci nie grozi. Chyba, że nie uszanujesz własne-go podpisu i spróbujesz się nam przeciwstawić?
Zrozumieli się bez słów. Imrazor podał pióro, Belemir podpisał.
- A ten znak? Po którym poznam twojego posłańca?
I wtedy Imrazor, wciąż uśmiechnięty, błyskawicznym ruchem chwycił Belemira za rękę, szarpnął, w drugiej dłoni trzymał nóż. Belemir poczuł potworny ból, spojrzał na lewą dłoń… w której nie było już serdecznego palca, z jego kikuta buchała krew… z jękiem osunął się na kolana.
- Byłoby podejrzane, gdybyś uciekł bez zadraśnięcia – Imrazor spokojnie wyczyścił nóż, schował go do pochwy. - W niewoli byłeś torturowany, dla Numenoru przelałeś swoją krew – uśmiechnął się szyderczo. – Twoja ucieczka będzie bardziej wiarygodna, docenią cię rodacy. A gdy odwiedzi cię mój posłaniec, wiesz już po czym go poznasz… Nie mdlej mi tu, od tego się nie umiera, zaraz cię opatrzymy… bohaterze Numenoru.

II
- Nie ruszaj się, ukochany,
Boromir powoli odzyskiwał przytomność. Czuł głęboki ból w prawym przedramieniu, zawroty głowy, ognisko bólu obejmowało lewe ucho i skroń. Miał wrażenie, że podłoże na którym leży trzęsie się i porusza. Pochyliła się nad nim Kamina z chustą ociekającą wodą.
Powoli przypominał sobie ostatnie wydarzenia. Faktycznie, wojak był z niego żaden, zresztą oj-ciec nie chciał go narażać i trzymał przy sobie jako adiutanta… Ojciec, czy jeszcze żyje? Gdy w kłębach dymu i kurzu uciekali z Tolensi nagle uderzyli Easterlingowie, koń ojca się spłoszył, gdy Belemir gramolił się po upadku, Boromir skoczył mu na pomoc i sam w tym momencie musiał dostać cios.
- Przegraliśmy?
- Tak, Brodda zdobył Tolensi trzy dni temu, teraz pewnie plądrują okolicę. Wasze posiłki z Angrenost nie doszły…
- Gdzie jesteśmy? – uświadomił sobie, że trzęsie się i porusza wóz, którym jedzie.
- Opatrzyłyśmy cię. Jedziemy z dziewczynami na północ, do Esgaroth, tam chyba jest bezpiecznie.
- Co z moim ojcem? – próbował się podnieść, bezskutecznie, ręka i głowa zapłonęły bólem jeszcze bardziej.
- Nie wiemy. Może przeżył, sporo naszych uciekło. Krasnoludy na północ, tam są ich osiedla. Ludzie także na zachód, w kierunku Wielkiej Zielonej Puszczy.
- Tylu naszych zginęło…
- Gorysa ponoć wzięli w niewolę. Lepiej mu byłoby zginąć, łajdakowi… - Kamina przymknęła oczy, spod powiek pociekły jej łzy.
- Co ci, kochana…? – Boromir próbował sięgnąć dłonią jej policzka, ból znów go przyhamował.
- Muriel nie żyje, zabili ją z łuku. Strzelali do wszystkich, nie patrzyli – zbrojni czy nie…
Boromir nie znalazł słów pocieszenia. Zamknął oczy, mimo wszystko – czuł się winny.
- Nie ma co wracać nad Rhun, ale bardziej na północ są osady ludzi i krasnoludów, oni nam pomogą… - przerwała milczenie Kamina.
Do wnętrza wozu wsadził głowę brodaty krasnolud, na czole miał brudny opatrunek.
- Obudził się ten grajek?
- Tak, Garinie. A tobie zaraz zmienię bandaż…
- I co teraz zrobimy? – spytał Boromir.
- Byleśmy dojechali do Długiego Jeziora. Tam już są nasze osady, a dalej Samotna Góra i Żelazne Wzgórza – rzucił Garin.
- Wojska Broddy też tam dotrą… - odparła Kamina opatrując krasnoluda.
- Myślisz, że się obronicie? – spytał Boromir
- Brodda, czy inny dzikus prędzej straci całą armię niż nas pokona w górach… Tam tuzin krasnoludów w zasadzce może zatrzymać tysiąc łachmytów z nizin… A nas tam jest już dużo.
- Szkoda, że nie było was więcej pod Tolensi
- Ech, człowieku… to wasze walki, nie nasze. Gorys płacił, to zaciągał się kto chciał. Co nas obchodzi, kto rządzi nad Rhun? Nikt nie podbije naszych fortec na północy, ani Easterlingowie, ani wy, z Numenoru. Każdy będzie musiał kupować nasze towary i żyć z nami dobrze.
- Widziałeś ich armię…
- A ty myślisz, że oni cała armię pozostawią tutaj? Krasnoludy, które przyprowadzili to Sztywnobrodzi. Zgarną żołd i wrócą. Ten z Dir… Hoarmurath też ma swoje państwo, dla niego jesteśmy zbyt odlegli. Już przed zimą Brodda przekona się, że jego rządy nie sięgają ani Esgaroth, ani Zielonej Puszczy, bo stamtąd z kolei szybko go przepędzą elfy…
- Sądzisz, że ktokolwiek wygra – wasze będzie na wierzchu? – przerwała krasnoludowi poirytowana Kamina.
- Gorys chciał panować z łaski Numenorejczyków. Brodda chce panować z łaski Easterlingów. A tak naprawdę zawsze panuje ten, kto jest potrzebny wszystkim. Ludzie się tłuką, my zarabiamy… - Garin wyszczerzył zęby, ale po chwili spoważniał. – Przecież wiesz, że nie my wszcżęliśmy tą zawieruchę, też nikomu nie życzymy śmierci. To wasi watażkowie, z obu stron, potrzebują broni i najemni-ków. A my, krasnoludy, przynajmniej mamy się gdzie schronić.

III
- Dostojni, oto dowód, że rokosz Gorysa wsparły elfy z zachodu!
Silne ręce oprawców szarpnęły łańcuchem, przykutym do obroży na szyi Glorfindela, ten padł na kolana. Ledwie przygojona rana na udzie znów wybuchła bólem. Trzech stojących za nim obdartych i okaleczonych elfów z Zielonego Lasu rzucono na ziemię. Brodda, triumfalnie spojrzał w oczy Ariena Meltenwiha. Ten milczał, ale Gamil warknął:
- Nie szarp naszych więźniów, Broddo!
Od przesłuchania przez Gamila minął tydzień, Glorfindel nieco wrócił do sił. Spotkanie zwycięskich wodzów trochę się odwlokło, a elf pilnie zbierał strzępy informacji. Brodda spacyfikował miasteczka na północnym wybrzeżu Rhun, ale bezskutecznie oblegał osiedla krasnoludów nad Celduiną, Arien zdecydowanie odmówił mu pomocy w tych walkach. Zagon łuczników, który zapuścił się dalej na północ i ujrzał na horyzoncie Samotną Górę – wrócił zdziesiątkowany w walkach z mieszkańcami tamtejszych ufortyfikowanych osad. Krasnoludy Ariena wyraźnie niecierpliwiły się, oczekując na powrót do swoich siedzib na wschodzie – tam też wydarzyło się coś dla nich ważnego.
Moc Glorfindela, nawet poranionego, umożliwiała mu czytanie w ludzkich umysłach, chociaż unikał jakiejkolwiek nimi manipulacji. Nawet widziany dziś po raz pierwszy Brodda – nadęty chciwiec i okrutnik, aktualny władca stepów nad Rhun – był dla elfa jak otwarta księga. Krasnoludy, pilnujące celi Glorfindela były skryte i trudno było czytać ich myśli, lecz dowiedział się, że Brodda wziął do niewoli kilku jego pobratymców. Ujrzał ich dopiero teraz – złachmanione strzępy rozumnych istot. Elf, nawet osłabiony, nie wyczuwał wśród kilku tysięcy otaczających go ludzi i krasnoludów – nikogo dorównującego mu mocą ducha. Aż do tej chwili, w której spotkał wrogich dowódców…
Widziany dziś po raz pierwszy Arien, król Sztywnobrodych, był ubrany w bogato zdobioną, paradną zbroję, na którą narzucił lekkie srebrzyste futro jakiegoś nieznanego Glorfindelowi zwierzęcia, na piersi miał złoty medalion. Był sędziwy, o długiej, siwej brodzie i bardzo otyły, wręcz baryłkowaty. „Łatwiej przeskoczyć niż obejść” pomyślał elf. Jego uwagę zwróciła broda krasnoluda – ujęta w coś w rodzaju złotej siatki, czy klatki… „Sztywnobrodzi”. Na palcu Ariena tkwił kunsztownie zdobiony złoty pierścień. Glorfindel doskonale wyczuwał bijącą od krasnoluda moc: spokojną, obojętną… jak poprzednio – silną, lecz zdecydowanie defensywną. Jak potężny pancerz… elf nawet nie próbował sięgnąć do jego umysłu.
Drugi z wodzów urodził się jako człowiek… może sześć, może osiem wieków temu. Hoarmurath rządzący krainą Dir na północnym wschodzie Śródziemia - jeden z tych, którzy przyjęli od Saurona Pierścienie Władzy. Czy nadal można było uważać go za istotę ludzką? Potężna sylwetka, ubrana w czarną, haftowaną srebrem szatę z kapturem. Srebrna maska zasłaniająca twarz, z niewielkimi szczelinami na oczy i usta. Srebrny ryngraf z jakimś nieznanym Glorfindelowi emblematem na piersiach. Dłonie ukryte w czarnych, wyszywanych srebrem rękawicach. I bijąca od postaci moc… zimna, mroczna moc. Elf autentycznie miał wrażenie chłodu i ciemności, dokładnie wyczuwał też źródło tych wrażeń: moc płynęła z prawej dłoni postaci, przenikała jej umysł i rozlewała się ciemną falą po otoczeniu. Już dwa stulecia temu Glorfindel słyszał o nim: nadnaturalnie długie życie, dziwne, czarnoksięskie moce, którymi włada - czyta w myślach, zmienia pogodę, przywołuje duchy i widma. Elf wiedział, że podczas bitwy to Hoarmurath przywołał wichurę.
Orszak sług i dworzan Hoarmuratha nie skracał dystansu bardziej niż do kilku kroków od władcy, Brodda również nie ośmielał się zbliżyć… ani odwrócić do postaci tyłem. Tylko Arien z orszakiem krasnoludów wydawali się być spokojni. Moc, bijąca od króla Sztywnobrodych nie była przyjazna ani nie budziła zaufania. Raczej… kamienny, obojętny spokój. Glorfindel wyczuwał różnicę: Hoarmurath chciał podboju, ekspansji i przemocy, lubił napawać się bólem ofiar. Arien mógł zabić bez chwili wahania, ale tego nie potrzebował…przynajmniej na razie. Moc krasnoluda była pancerzem: bezpieczeństwo, siła, dominacja - dla siebie, rodziny, szczepu… Sędziwy krasnolud przymknął oczy, ale było widać że uważnie słucha, lewą dłoń położył na prawej, zakrywając pierścień.
- Śmierć elfom! – głos dobiegający zza srebrnej maski brzmiał jak syknięcie. – Walczyłem z nimi w Dir przez wiele lat i dopiero, gdy wszystkich wyniszczyłem – moja władza okrzepła. Broddo, tak uradziliśmy z dostojnym Khamulem, twoim królem!
Brodda bał się, Glorfindel wyczuł to wyraźnie. Koczownik wyraźnie próbował ukryć jakieś swoje myśli.
- Czy kwestionujesz moje zdanie, Broddo? – Hoarmurath też musiał coś dostrzec. – Pomyśl, czy poradzisz sobie bez mojej pomocy. Jeszcze nie zgniotłeś wszystkich swoich przeciwników. Ludzie nad Długim Jeziorem, krasnoludy w Żelaznych Wzgórzach…
Moc, którą roztaczał Arien drgnęła, Glorfindel to odczuł, Hoarmurath chyba też…
- Kto chce „zgnieść” krasnoludy, musi uważać na ręce! – parsknął Gamil.
- Zgniatamy opornych, spokojni nie ucierpią – zreflektował się Hoarmurath, jego głos nabrał głębi i dostojeństwa.
- Jeśli chodzi o tych tu, elfów: Findela pochwyciły moje chłopaki i ja zdecyduję co z nim zrobię – spokojnie odparł Arien. - Tamtych trzech pojmali twoi ludzie, Broddo. Słyszałem, że i ty, Hoarmurathu pojmałeś jakiegoś?
- Pojmałem, kaźniliśmy go przedwczoraj, tak jak wcześniej Gorysa – Hoarmurath był lekko rozbawiony. - Najpierw język, później oczy, męskość, ćwiartowanie… moi oprawcy to prawdziwi sztukmistrze!
- A tak… rechot waszych żołnierzy było słychać w całym obozie… - wtrącił Gamil. Ojciec spojrzał na niego, syn zamilkł i cofnął się o pół kroku.
- Tak, jak prosił mnie dostojny Khamul – kontynuował Hoarmurath - mam wesprzeć Broddę w zaprowadzaniu ładu na tych terenach. Khamul zamierza utworzyć tu dwie prowincje: ghanat Rhun i ghanat Celduina. Bardziej na północy sam wprowadzę porządki.
Glorfindel wyczuł psychiczny protest Broddy. Ten prostak zaczynał pojmować! Tak jak Gorys chciał być władcą tych ziem, okupując samodzielność jedynie haraczem na rzecz odległego Numenorowi – tak Brodda liczył na podobną samodzielność pod nominalnym zwierzchnictwem dalekiego Khamula. A teraz dowiadywał się, że jego władza będzie okrojona i fragmentaryczna: zależy od Hoarmuratha, zdobyty przez niego obszar będzie podzielony, wciąż zresztą nie utrwalił swojej władzy. Jednak Brodda próbował walczyć.
- Dostojny Hoarmurathu, dziękuję za posiłki, z pewnością szybko dokończymy… zaprowadzanie tu porządku. Liczę też na waszą pomoc i hojnie za nią zapłacę – zwrócił się do krasnoludów. – Złotem, a nawet mithrilem, choć nie mam go zbyt wiele, a widzę, że wam go nie brakuje… - wskazał broszkę, którą Arien miał spięty płaszcz na ramieniu.
- Broddo, dobrze nam się razem walczyło, ale my tu długo nie pozostaniemy – pokręcił głową Arien. - Wracamy do domu, musimy wyrównać rachunki z Żelaznorękimi. Nasz szczep od dawna szarpie się z nimi, a w ostatnich latach ci złodzieje przejęli część naszych ziem i kopalń. Ale doszły do nas wieści, że ich herszta Bronga e’Uldara zabił smok, niszczył jego pałac, a Żelaznoręcy są zdziesiątkowani. Mamy szansę odzyskać co nasze…
Glorfindel zamarł. Kolejne plemię krasnoludów i jego wódz… zaatakowani przez smoki! To daleko na wschodzie, więc pewnie współpracowali z Sauronem… a on mógł ich władcy dać jeden z Wielkich Pierścieni! To nawet pewne, bo jeśli Arien mając swój pierścień, uprzednio ponosił porażki, to jego rywal też musiał mieć podobny klejnot. Żelaznoręcy poszerzyli granice, wzbogacili się… jak do niedawna Belegost! A teraz smok i zniszczenia! Czy to może być przypadek?
- Cóż, sojusznicy… - Hoarmurath wzruszył ramionami – myślę, że teraz poradzimy sobie sami. Brod-da wypłaci wam żołd. A elfi jeniec nie jest wam do niczego potrzebny. Brodda już zgodził się oddać mi swoich… prawda?
Zapytany lekko się skulił.
- Może… dostojny Hoarmuracie… nasze zachodnie granice sięgną teraz Wielkiego Zielonego Lasu… jeśli zwrócimy tym elfom wolność, to ich władca może nie będzie naszym wrogiem…
- Lękasz się? – syknął Hoarmurath. – Niepotrzebnie, elfy są słabe. Zobacz, jak zniszczę umysł tego tutaj.
Glorfindel poczuł potężne psychiczne uderzenie. Nie było ono jednak skierowane w niego. Je-den z elfów – jeńców Broddy – zwinął się z bólu, a po chwili wyprężył, twarz wykrzywił mu grymas, z gardła wydobył się charkot, oczy stanęły w słup.
- Tak rozprawiałem się z nimi w Dir. – rzucił Hoarmurath.
Elf rzęził i dygotał, na jego ustach pojawiła się piana.
Glorfindel wiedział, że jest ranny i osłabiony, ale nie mógł stać bezczynnie. Pamiętał psychiczne starcie w przeddzień bitwy - Hoarmurath miał wielką moc, ale topornie z niej korzystał. I był skoncentrowany na innym celu. Jeśli uda się zabić to sadystyczne monstrum – Glorfindel z radością za-płaci za to własnym życiem.
Uderzył mocą, najsilniej jak zdołał. Wyczuł u Hoarmuratha bezbrzeżne zdziwienie, później zrozumienie – tamten też poznał, kto przed bitwą sondował jego moc. Hoarmurath próbował zablokować cios Glorfindela, skontratakować – ale był zbyt powolny i niezgrabny. Chciał zabijać, dręczyć, niszczyć – ale nie umiał walczyć z kimś o porównywalnej mocy ducha. Uderzał posiadaną mocą jak młotem, a elf, mimo ze słabszy, władał nią znakomicie i bił celnie. Hoarmurath zachwiał się. Jego otoczenie - słudzy i gwardziści – też musieli coś odczuć, ale oszołomieni i zdezorientowani przyglądali się walce, nie rozumiejąc co się na ich oczach dzieje…
„Chciałbyś sam tak leżeć i toczyć pianę z ust? Będę miłosierny, nie uczynię tego. Po prostu cię zabiję. O pięć wieków za późno, bestio”.
„Zabiję! Zniszczę! Zmiażdżę!” – słyszał bezładny ryk przeciwnika w swojej głowie. Ale pogróżki były bezsilne, w miarę jak Glorfindel domykał swój psychiczny ucisk na umyśle tamtego – przeszły w nieludzki skowyt, jego moc szamotała się chaotycznie. Hoarmurath cofnął się na chwiejnych no-gach, oparł się o ścianę komnaty. Glorfindel poczuł radość zwycięstwa.
I nagle sam poczuł potężny, powalający cios mocy. Jakby runął na niego ogromny skalny blok. Z ogromnym wysiłkiem podniósł głowę - widział przed sobą równie wyczerpanego Hoarmuratha… to nie mógł być on. Moc była inna… Arien! Uderzył go mocą swojego pierścienia bez finezji, skutecznie jak taranem.
- Natychmiast przestaniesz. Albo cię zabiję – warknął Arien, wstając ze swojego fotela. Gamil stanął nad elfem ze wzniesionym toporem. Glorfindel przez moment próbował przeciwstawić swoją moc krasnoludowi, ale miał wrażenie bicia głową w mur. Hoarmurath wyprostował się, warknął, zrobił dwa kroki naprzód.
- Dzięki, Arienie, naprawdę mi pomogłeś - syknął. - Odsuń się, Gamilu, zaraz tego elfa…
- …tego elfa zostawisz w spokoju. Zablokowałem go i jest niegroźny. To mój jeniec – odparł Arien.
Ku swojemu zdumieniu Glorfindel poczuł, że moc krasnoluda, którą bezsilnie próbował przełamać – otacza go. Teraz Hoarmurath chciał go zaatakować – a Arien postawił barierę.
Hoarmurath zdjął prawą rękawicę. Na serdecznym palcu trupiobiałej dłoni lśnił czerwonym kamieniem złoty pierścień. Lewą ręką zdjął z twarzy maskę. Nienaturalnie blada twarz, okolona strąkami siwych włosów, wąskie bezkrwiste usta… i czerwone, pałające nienawiścią oczy. Wyglądał jak upiór… Upiór Pierścienia? Wyciągnął dłoń w kierunku Ariena.
- Noszę Pierścień Władzy, dany mi przez władcę świata. Nie stawaj pomiędzy mną, a należnym mi łupem.
Nagle zatrzymał się. Arien podniósł swoją prawicę, jego pierścień lśnił matową zielenią.
- Ja też noszę Pierścień Władzy. I powiadam ci: nie odbierzesz władcy Sztywnobrodych żadnej rzeczy, która jego jest.
Zszokowany Glorfindel zdał sobie sprawę, że moc krasnoluda jest inna. Przede wszystkim defensywna, atakuje tylko w ostateczności, ale bronić się może bardzo skutecznie. Ani on, nawet w pełni sił, ani tamten… Upiór Pierścienia nie umieliby tej obrony przełamać.
Hoarmurath przez chwilę próbował przełamać moc krasnoluda.
- Nie radzę – pokręcił głową Arien.
Upiór cofnął się, wzruszył ramionami. Z powrotem nałożył na twarz srebrną maskę, dłoń ukrył w rękawicy.
- Nie zapomnę ci tego, karle. Jak najszybciej zabieraj swoich i uciekaj z tych ziem.
Arien machnął ręką, wskazał na skutych elfów Broddy. Sam Brodda stał jak skamieniały, wokół jego stóp rozlewała się żółtawa kałuża… naprawdę musiał się przerazić.
- Weź sobie tych trzech… aha tamtego już wykończyłeś – wskazał skręcone na podłodze ciało elfa, z ustami pełnymi zaschniętej piany. – Więc zostało ci do zabawy dwóch.

IV
Siedzieli w namiocie, Glorfindel już umyty i ubrany w świeże szaty. Prawą nogę miał ujętą w łubki, krasnoludzcy lekarze zrobili co mogli, ale wiedział, że jeszcze długo nie wsiądzie na konia. Naprzeciwko zasiadł Arien Meltenwih, w skórzanym, bogato zdobionym kaftanie, z medalionem na piersi, diademem władcy w siwych włosach – i z pierścieniem o zielonym kamieniu na palcu.
- Elfie, jak powiedziałem, jesteś wolny. Nie krzywdziłeś moich pobratymców, a Ogudaj w chwili śmierci prosił o opiekę dla ciebie. I zapłacił za ciebie okup… - Arien pokazał mithrilową ozdobę.
Glorfindel sztywno skinął głową.
- Nie liczyłeś chyba, że będę się wstawiał za twoimi pobratymcami? Ty byłeś moim jeńcem, oni należeli do Broddy, jeśli oddał ich Hoarmurathowi – nic mi do tego. Jesteśmy na wojnie.
- To nie moja wojna. I twoja królu chyba też nie. Co zdobyłeś za krew swoich wojów? Żołd najemników? Mało masz złota w swoich górach?
- Cóż ty, elfie, wiesz o krasnoludach? Przysiąg trzeba dotrzymywać.
- Przysięgałeś Khamulowi? Hoarmurathowi?
- Co do Hoarmuratha… masz potężną moc, elfie. Wyczułem, że mógłbyś go zabić.
- Widziałeś, co on robił mojemu rodakowi. Zabiłbym go, gdybyś mi nie przeszkodził.
- Hoarmurath czerpał moc ze swojego pierścienia, czułem to. Ja korzystałem ze swojego. A ty, elfie?
- Przeciwstawiłem mu się, swoją mocą ducha. Elfy mają takie możliwości, a ja mam talent większy niż wielu moich pobratymców – chociaż daleko mi do najlepszych.
- Hoarmurath wywołał wichurę, która zniszczyła waszą obronę w Tolensi. I mówią że żyje już dłużej niż jakikolwiek człowiek… zresztą Khamul, któremu służy Brodda też ponoć panuje już od kilku stuleci. To moc tych pierścieni?
- Tak jest, dostojny Arienie. A za wolność – dam ci pewną radę. Jeśli chcesz, wezwij Gamila.
- On dogląda przygotowań do wymarszu. Mów, co ważne elfie, to mu przekażę.
- Pierścień, który nosisz… może być pułapką, którą na was zastawił władca Mordoru. A korzyści, które wam daje – mogą stać się niczym wobec niebezpieczeństwa, jakie na was ściąga.
- Dziwne są twoje słowa, elfie – Arien uniósł brwi.
- Czy słyszeliście o Belegoście, daleko na zachodzie, u wybrzeży morza? Jego władca miał podobny do twojego pierścień mocy, uzyskany z rąk władcy Mordoru. Siedem lat temu Belegost zniszczył smok…
- Siedem lat temu…? – Arien po raz pierwszy wyglądał na poruszonego. – A kiedy dokładnie?
- Na początku roku – teraz Glorfindel był nieco zaskoczony. – Czy to ważne?
W oczach Ariena po raz pierwszy ujrzał strach.
- Jeśli teraz podobny los spotkał waszych sąsiadów, Żelaznorękich, to zastanówcie się, czy ich władca nie miał podobnego pierścienia. Bo jeśli tak – to klejnoty te mogą przywabiać smoki i inne złe bestie. A zgromadzone przy pomocy pierścienia skarby nie ochronią waszych głów.
- Dziękuję ci elfie za radę – Arien wyglądał na poruszonego.
- I jeszcze jedno – widziałeś Hoarmuratha bez maski. On już nie jest człowiekiem. Pierścień, który nosi – przedłużył lata jego życia i dał wielką moc, ale zmienił w upiora, którego boją się nawet poddani. Upiora utrzymywanego w naszym świecie przez moc pierścienia. Być może wam taki los nie grozi, ale klejnoty, które rozdawał władca Mordoru są pułapką.
- Znamy wiele legend o podobnych przedmiotach, a mojego pierścienia używam rozważnie.
- A czy powiesz mi, jaką moc daje ci twój klejnot? – zaryzykował Glorfindel.
Arien zawahał się.
- Pytałeś, komu złożyłem przysięgę: Mordorianowi z Barad-dur. Wielu krasnoludów mu się pokłoni-ło. Między nimi był też mój dziad, Gamil, po nim przysięgę dziedziczył mój ojciec, Melten, a po mnie przejmie ją mój syn – też Gamil. W nagrodę nasz ród dostał ten pierścień.
- Dlaczego przysiągłeś wierność władcy Mordoru?
- Gamil, mój dziad, stał na czele Sztywnobrodych, gdy zaczęli z nami konkurować Żelaznoręcy, te przybłędy. Byli silniejsi, traciliśmy kopalnie i złoża metali. Mój dziad nie miał wyjścia, poszedł na służbę do Mordoriana. Umacniali Barad-dur, szkolili jego żołnierzy. Mordorian się odwdzięczył – dał dziadowi ten pierścień.
Arien podniósł rękę.
- Cztery wieki już minęły, jak nosi go każdy kolejny władca Sztywnobrodych. Mordorian mówił, że ten klejnot daje krasnoludom szczęście. I rzeczywiście – Gamil, później Melten, a teraz ja dzięki niemu szybciej niż niegdyś znajdujemy rudy metali i złoża kruszców, wiemy jak lepiej kuć broń, a jak obrabiać klejnoty. Każdy z naszego rodu coraz to upiększał nasz pałac i umacniał nasze górskie forty. W bitwach moc tego pierścienia chroni naszych wojów, wykorzystywałem ją choćby ostatnio. Ode-braliśmy tym łajdakom, Żelaznorękim nasze tereny. Moc tego klejnotu chroni również mnie, używam jej rzadko… i na pewno nie tak biegle jak ty, elfie, czy choćby Hoarmurath, lecz skutecznie. Ten pierścień bardzo wzmocnił nasz szczep…
- A ta przysięga?
- Gdy Mordorian zażąda posiłków – mamy mu je dać. Teraz zażądał, abyśmy wsparli Khamula, a że on koczownik i jemu brakowało dobrej piechoty, na tą wyprawę Broddy – mieliśmy wysłać wszelkie siły, jakie zbierzemy. Gdy pytałem, czy będziemy bezpieczni od Żelaznorękich, bo po odejściu naszej armii ci łajdacy mogliby pokusić się o atak, Khamul zapowiedział, że nic nam nie zagrozi. No i spełniło się, wódz Żelaznorękich – Arien wymówił to jak splunięcie – Brong e’Uldar nie żyje, zosta-wił syna Vurrena, ale nie wszyscy chcą go uznać… mówiłem, łajdaki i zdrajcy!
Glorfindel pokiwał głową.
- Ostrzegłem cię, królu.
Arien wstał.
- Dziękuję ci, elfie. Za kilka dni wracamy na wschód. Ty uchodź szybko do swoich, bo Hoarmurath może szukać zemsty.
- Widzisz, że jeszcze długo nie dosiądę konia. Ktokolwiek zechce na mnie zapolować na tym stepie – nie natrudzi się.
- Odprowadzi cię Totil i jego drużyna. Wysyłam szperaczy na granicę Wielkiego Lasu na Zachodzie i Wielkiej Rzeki Anduiny. bo chcę przed powrotem sprawdzić, co leży na zachód od naszych siedzib. Totil sam prosił o tą misję, zresztą chciał cię odprowadzić, bo uznał, że jest ci to winny. A jego nagrodą będzie ta zapinka. Wróci do niego dar, jaki przed laty dał Ogudajowi…

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
Turek
Członek Kompanii Thorina


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 56



Wysłany: 06-09-2021 23:33    Temat wpisu: 2456 D.E.: „Siedem dla władców krasnoludów..." Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Zakończenie (koniec roku 2456 D.E.)

I

- No i przegraliśmy… - Herucalmo skrzywił się, odłożył dokument, popił wina. Spojrzał na stojącego przed nim Imrazora. – Twoja podróż była niepotrzebna, straciłeś niemal rok... ale dziękuję ci za ten prezent – wskazał leżącą na biurku drewnianą szkatułkę w której połyskiwał mały, zdobiony nożyk.
- Wasza Dostojność jest znanym koneserem mithrilu, Cieszę się, że sprawiłem choćby tak skromną przyjemność.
- Ale nasze zyski wkrótce mogą zostać uszczuplone – Herucalmo pokręcił głową.
- Wasza Dostojność, nad Rhun liczyliśmy na pomoc elfów. Tymczasem prawie nikt nas nie wsparł, może z tuzin elfów z Wielkiej Zielonej Puszczy. Tuzin… ponoć więcej elfów gdzieś ze wschodu walczyło przeciwko nam w armii Broddy. Elfy mają własne cele i nie chcą abyśmy mieli zbyt wielkie wpływy w Śródziemiu.
- Oprócz elfów brużdżą nam też nasi pobratymcy. Ta skarga osadników z Kalenardhon…
- Wasza Dostojność, z perspektywy Angrenost nie wygląda to tak źle. O co jest ta skarga? Że odławiamy niewolników, do budowy Angrenost i Umbaru, że ściągamy z okolicznych plemion haracze… No i co?
Herucalmo spojrzał badawczo na rozmówcę.
- Sprawą zapewne zajmie się Rada Berła. Jego Wysokość powoła nadzwyczajną komisję badającą zarzuty, ona powoła podkomisje, później grupy robocze, zespoły eksperckie, piony analityczne, raporty okresowe, kilka razy popłyną sobie do Śródziemia i z powrotem – i parę lat mamy z głowy.
Imrazor uśmiechnął się lekko.
- Za pozwoleniem Waszej Dostojności, przedstawię kilka sposobów przeciwdziałania. Radzi-em się już prawników w Umbarze i tu.
Herucalmo spojrzał zaciekawiony.
- O proszę: przygotowuje się projekt rozkazu królewskiego. Namiestnik Umbaru ma zaniechać najazdów na okoliczne plemiona, wykorzystywania pracy niewolniczej, ściągania nienależnych danin… Rozkaz jasny i jednoznaczny… I co my z tym robimy? Rozwadniamy! „Administracja okręgu Umbar, a także przywódcy nadmorskich plemion Haradu mają niezwłocznie zaniechać wzajemnego użycia siły i dewastacji mienia”. I już nie wiadomo kto jest najeźdźcą, a kto się broni.
Herucalmo spojrzał z uznaniem na rozmówcę.
- Inny przykład: konsorcjum Angrenost potrzebuje „zasobów ludzkich” do zwiększenia wy-dobycia potrzebnych nam rud metali… Wiemy jak pozyskuje te „zasoby ludzkie”: odławia je po całej okolicy, w Kalenardhon i wzdłuż Iseny. Osadnicy się skarżą do gubernatora... Wasza Dostojność zauważy: nie tylko miejscowe prymitywy, ale i nasi osadnicy nie są pewni swojego życia i mienia. Faktycznie, od ufortyfikowanych osiedli mieszkańcom lepiej się nie oddalać… albo wejść w układ i samemu dostarczać ze trzech czy pięciu niewolnych rocznie, wtedy łapa-cze dadzą miejscowym spokój. Zresztą te grupy zarzekają się, że czyszczą tylko kraj ze szpiegów Saurona i włóczęgów, tak się zresztą zaczęli nazywać: „czyściciele”. W każdym razie parę razy wzięto w kajdany naszych własnych osadników, głównie tych trzymających z elfa-mi, ale na północy oni tak często mają, no i gubernator przyjechał z interwencją… Kilka grup „czyścicieli” miejscowi też wytłukli, pozyskiwanie „zasobów ludzkich” to zawód wysokiego ryzyka… Więc my najpierw powołaliśmy się na spór kompetencyjny: Angrenost nie podlega gubernatorowi, a bezpośrednio królowi, bo przecież ośrodek założył jeszcze Najjaśniejszy Kiryatan dla zaopatrzenia armii… Parę lat minęło, Angrenost pracuje, trochę powściągnęliśmy „czyścicieli”, żeby uważali kogo łapią i przesunęli się bardziej na wschód. W końcu nasz człowiek donosi z Armenelos: król chce faktycznie ograniczyć pracę przymusową i przygotowuje specjalny edykt. Jak dostaliśmy jego pierwotną wersję – wiedzieliśmy, co zrobić. Punkt pierwszy: „Gubernator Tharbadu przejmuje zarząd nad kompleksem Angrenost i całością jego majątku, oraz wykonywanymi przezeń zadaniami” – jednoznaczne, nieprawdaż? Ale zainterweniowaliśmy w kancelarii i dodano zakończenie „…niezwłocznie po rozdzieleniu zakresu kompetencji z gubernatorami Dol Amroth, regionu Dolnej Anduiny i obecnym zarządem Angrenost”. I niech sobie „rozdzielają kompetencje” nawet przez pół wieku, tym bardziej, że „Dolnej Anduiny” jeszcze nawet nie ustanowiono... A Angrenost pracuje i odławia „zasoby ludzkie” aż miło… Ale jeszcze lepszy jest punkt drugi: „Praca przymusowa i niewolnicza w kompleksie Angrenost zostaje zniesiona, a niewolnicy wypuszczeni - w trybie natychmiastowym”. No i co my, biedni, możemy zrobić? Ano dorzuciliśmy do projektu wzmiankę: „…za wyjątkiem zadań nie cierpiących zwłoki, których kontynuacja jest istotna dla bezpieczeństwa państwowego”. A co Angrenost produkuje od sześciu wieków? Broń! Czy naszym dzielnym wojakom walczącym z Mordorem można ograniczać dostawy? Czy to nie narusza bezpieczeństwa Numenoru? Podsumowując, jeszcze nasze wnuki…
- Dziękuję, Imrazorze. – przerwał Herucalmo. – Dobrze mi służysz, będę o tobie pamiętał.

II
Dla podkreślenia równości stron – negocjacje odbywały się na tratwie, zacumowanej pośrodku głównego nurtu Anduiny. Na zachodnim brzegu stały opancerzone kohorty numenorejskiej piechoty – duża część garnizonu Angrenost, posiłki znad dolnej Anduiny, ochotnicy. Po wschodniej – kręciły się watahy koczowniczych Easterlingów. Żadna ze stron nie wystawiła więcej niż dwa tysiące wojów – w końcu nie przyszły walczyć, ale zademonstrować siły. Było zimno i pochmurno, mimo południa słońce stało nisko, grupa na tratwie była bogato odziana w ciężkie futra i płaszcze. Pisarz wyprostował się i zaczął czytać we Wspólnej Mowie.
- Jego Dostojność Brodda Ghan, zarządzający z ramienia Władcy Wschodu Khamula ziemiami nad Rhun, uroczyście deklaruje nie naruszać posiadłości Numenoru i honorować jego dotychczasowe granice. W dowód przyjaźni jest gotów corocznie wysyłać do Angrenost „upominki”: pięciuset niewolnych, tyleż koni i tyleż korców zboża. Gwarantuje kupcom, którzy przybędą z Angrenost swobodę handlu w miastach nad Rhun. Uczestnicy rozruchów, które stłumiono przed kilku miesiącami, a którzy schronili się w posiadłościach Numenoru – mogą bez obawy wracać do swoich domów, o ile przysięgną lojalność Broddzie jako namiestnikowi Khamula.
- Jego Dostojność Ardamir, reprezentujący Radę Zarządzającą Angrenost, z ramienia Korony Numenoru, uroczyście uznaje władzę Broddy Ghana i jego następców nad ziemiami wokół Rhun i zobowiązuje się nie naruszać granic tych ziem. Nie będzie również w żaden sposób wspierać przeciwników Broddy Ghana, a tych którzy schronili się w ostatnich miesiącach z Rhun pod władzę Angrenost – podda nadzorowi. Gwarantuje kupcom przybywającym znad Rhun swobodę handlu w Angrenost, a w dowód przyjaźni dostarczać będzie Broddzie Ghanowi corocznie „upominki”: dwieście wykuwanych w Angrenost mieczy.
Ardamir podpisał oba egzemplarze traktatu, Brodda przybił pod nimi swój masywny sygnet. Uścisnęli sobie dłonie. Służący podeszli z pucharami wina. Tratwa kołysała się leciutko.
- To cud, że uciekłeś ojcze – Kiryazor objął Belemira. – Jesteś prawdziwym bohaterem, te dzikusy okaleczyły cię, ale najważniejsze że żyjesz. Niewiele brakowało, a wygrałbyś to starcie! Przeklęte krasnoludy nie chciały walczyć. Przeklęte elfy zdradziły. Mogło być inaczej… Gdybym zdążył przyprowadzić posiłki z Umbaru…
- Gdybyśmy wygrali – uśmiechnął się gorzko Belemir – to teraz gdzieś na wschód od Rhun Gorys zawierałby podobny układ z Khamulem. Kto chce tu rządzić – musi płacić obu stronom.
Belemir starał się nie patrzeć w kierunku orszaku Easterlingów. Wystarczyło mu, że na początku spotkania wymienił spojrzenia z wysokim, jasnowłosym wojownikiem, doradzającym coś Broddzie. Boron, który kilka miesięcy temu organizował nad Rhun ochotników wspierających Gorysa – przeżył bitwę i pacyfikację, a teraz zaprzyjaźnił się z nową władzą. Lewa dłoń… tak, brak serdecznego palca. Ciekawe jaką propozycję złożył mu Imrazor?
- Z tego co donoszą nasi szpiedzy – Ardamir podszedł z pucharem wina. - Brodda wcale nie jest taki silny. Już pół roku się tu szarpie, a jego władza nie sięga poza wybrzeża jeziora Rhun. Nie słuchają go krasnoludy z Żelaznych Wzgórz, w ogóle nie może podporządkować sobie Esgaroth, o Samotnej Górze nawet nie ma co marzyć, elfy z Zielonego Lasu zniszczyły jego ekspedycję… W sumie tylko naszą granicę może od dziś uznawać za bezpieczną.
Łyknął wina.
- W zasadzie mogliśmy postawić twardsze warunki, to Brodda potrzebuje pokoju. Niepotrzebnie zgodziliśmy się na ten punkt o niewspieraniu jego wrogów. A jeśli tam naprawdę są złoża mithrilu? Czemu tak naciskałeś, żeby zaakceptować ich propozycję, ojcze?
- Mam swoje powody, odbijemy sobie wszystko z nawiązką w handlu – Belemir nie patrzył na syna, ale na pisarza, który troskliwie chował podpisane już traktaty.
Krótko przed rozpoczęciem negocjacji przybyły z Angrenost pisarz poprosił go o chwilę rozmowy. Pokazał, że brak serdecznego palca, nie jest przeszkodą ani w kaligrafii, ani w przekazywaniu informacji.

III
Nad Rivendell wiał późnojesienny wiatr. Przyjemnie było siedzieć w ciepłej komnacie przy płonącym kominku. Glorfindel wyprostował wciąż bolącą prawą nogę. Oczywiście, Elrond był Mistrzem Wiedzy i znał sztukę uzdrawiania. Ale wszystko wymagało czasu…
- Na wschodnim skraju Wielkiej Zielonej Puszczy spotkałem patrol elfów z królestwa Orophera. Dowodził nimi jego syn, Thranduil, a miały chronić granice puszczy przed atakami Broddy. Ostrzelały kilka jego watah, tamci z zemsty próbowali podpalać las. Pod opiekę elfów uciekało wielu ludzi znad Rhun, przerażonych terrorem Broddy. Wyobraźcie sobie, że spotkałem nawet syna owego Belemira, który organizował walkę przeciw Gorysowi. Chłopak zwie się Boromir, wraz ze swoją narzeczoną i grupą uciekinierów schronili się na jakiś czas w Esgaroth, ale chcieli na zachód. Ten Belemir ponoć zginął w bitwie…
- Przeżył, uciekł z niewoli i nad Anduiną dotarł do posterunków Numenoru… - przerwał Elrond. – Opisałeś go jako twardego, chciwego, bogacza, który rozpętał tę wojnę nad Rhun dla korzyści własnych i owego… Gorysa. Gorys zginął, Belemir ocalał - najbardziej szkoda mi mieszkańców tamtego kraju…
- Oropher i Thranduil obiecali, że będą pomagać miejscowym, krasnoludy na północy też sobie poradzą – kontynuował Glorfindel. - Elfy przepuściły nas przez swoją puszczę na zachód, przeprawiliśmy się przez Anduinę, część uciekinierów postanowiła tam zostać. Nie mieli gdzie pójść, nadchodziła jesień…
- I tak dotarłeś do wschodnich ścian Khazad-dum. Galadriela spodziewała się tego, udobruchała Borina i Narwiego, przeprosiła w twoim imieniu… - uśmiechnął się Elrond.
- Sam też przeprosiłem, bo wtedy, wiosną, faktycznie ich obraziłem. A Pani Galadrieli jestem winien wielką wdzięczność. Przejście przez Khazad-dum było najkrótszą drogą do was i do Eriadoru. Towarzyszyli mi ci młodzi uciekinierzy: Boromir i jego dziewczyna, Kaminą. Ona pochodzi właśnie z tych okolic, jej ojciec prowadzi zajazd w miasteczku Bree.
- Znam tamte strony – uśmiechnął się Kirdan. – To miasteczko powstało jeszcze w Pierwszej Erze Świata, jego mieszkańcy to jakiś odłam Trzech Ludzkich Plemion… dalecy krewni Dunedainów z Numenoru.
- Od kiedy w Eriadorze osiedlają się Numenorejczycy, Bree rozrosło się… - dodał Elrond.
- Ci młodzi to chyba pierwsi ludzie, którzy przeszli Khazad-dum od wschodniej do zachodniej bramy – zadumał się Glorfindel.
Kirdan przerzucił notatki.
- Twoja wyprawa nad Rhun i wieści jakie przywiozłeś o Sztywnobrodych i Żelaznorękich, uzupełniły wiedzę, jaką zbieramy od początku roku, po apelu Pengoloda.
- I teraz, te rozsypane po Śródziemiu kawałki układanki spróbujemy zebrać w całość – Elrond sięgnął po kartę pergaminu. Pisząc, głośno deklamował:
- Władcy Khazad-dum: jako jedyni otrzymali pierścień wprost od Kelebrimbora i od kilku pokoleń spokojnie panują, cieszą się siłą i bogactwami;
- Władcy Belegostu: pierścień otrzymał uzurpator od Saurona, ale klejnot w końcu trafił do prawowitego władcy. Przez kilka pokoleń rośli w siłę, bogacili się – aż siedem… właściwie już osiem lat temu ich siedzibę zniszczył smok, zabijając króla.
- Władcy Sztywnobrodych: otrzymali pierścień od Saurona kilka pokoleń temu, od tego czasu bogacą się, rywalizują z Żelaznorękimi, wykonują polecenia Saurona.
- Władcy Żelaznorękich: otrzymali pierścień od Saurona kilka pokoleń temu, od tego czasu bogacili się, rywalizowali ze Sztywnobrodymi – pół roku temu ich siedzibę zniszczył smok, zabijając władcę.
Elrond podniósł głowę:
- A teraz poszukajmy jakichś prawidłowości. Władców Khazad-dum możemy taktować osobno.
- Wszystkie krasnoludy podkreślały, jak pierścienie pomnażają ich bogactwa – uśmiechnął się Glorfindel.
- Wszyscy, którzy handlują z krasnoludami, albo wynajmują ich usługi, zarzucają im chciwość – dodał Kirdan.
- A czy coś szczególnego łączy władców zabitych przez smoki? Telchara z Belegostu i Bronga e’Uldara z plemienia Żelaznorękich? To dwa krańce Śródziemia, tysiące mil dystansu – a ataki przyszły w odstępie kilku lat – drążył Elrond.
- Prawowici władcy Belegostu byli wrogami Saurona – przypomniał Kirdan.
- Pengolod opisuje, a Glorfindel to potwierdza, że Żelaznoręcy byli wobec Saurona dość samodzielni, wręcz chlubili się tym – głośno myślał Elrond. - Z obu tych plemion krasnoludów Sauron nie miałby wielkiego pożytku w swoich intrygach.
- O wiele mniej niż ze Sztywnobrodych, którzy bez entuzjazmu, ale wykonywali jego wolę… - dodał Glorfindel.
- A czego Sauron oczekuje od krasnoludów, dając im pierścienie? – zamyślił się Kirdan.
- Żeby były mu posłuszne, mimo że są samodzielne. Może tolerować ich autonomię, gdy budują swoje pałace i toczą swoje małe wojenki… ale gdy on wezwie – mają karnie służyć… - tak mówił Arien Sztywnobrody i tak wynika z raportu Pengoloda – odparł Glorfindel.
- Rozumiesz, co powiedziałeś? – Elrond ożywił się, jakby nagle coś zrozumiał.
- Czy Sauron rozkazuje smokom atakować nazbyt samodzielne plemiona krasnoludów? – po-stawił sprawę jasno Glorfindel.
- Smoki to stwory Morgotha. Są inteligentne i samodzielne, czynią zło niezależnie od Saurona i na własną rękę. Być może Sauron mógłby smokom narzucić swoją wolę, bo jest silniejszy, ale one raczej buntowałyby się przeciwko takiej dominacji i nie byłyby posłuszne – zaoponował Kirdan.
- Być może Sauron potrafi zaoferować smokom jakąś formę sojuszu. Wtedy działając z własnej woli – realizowałyby także jego plany…- zastanawiał się Glorfindel.
- Dla Saurona zarówno smoki, jak i plemiona krasnoludów mogą być użytecznymi narzędziami. Jeśli są lojalni w jego „wielkiej strategii” – toleruje ich autonomię w drobiazgach. Tymcza-sem i Belegost i Żelaznoręcy zachowywali duża niezależność, a Sauron nie bardzo miał jak ich sobie podporządkować… - skonkludował Elrond.
- I wysłał na nich smoki? – nie dowierzał Kirdan.
- Smoka nie można „wysłać”, jest kapryśny i samowolny. Wystarczyło podsunąć mu jakoś informację o bogactwach do zdobycia. Być może nawet pierścień, który nosi taki nazbyt samodzielny krasnoludzki władca, zaczyna przyzywać smoka. W końcu Pierścienie Krasnolu-dów również są pod kontrolą Jedynego – głośno myślał Elrond.
- A jeśli taki krasnoludzki władca jest posłuszny Sauronowi? Może bogacić się, budować coraz piękniejsze pałace, wykuwać dzieła sztuki? – dopytywał Glorfindel.
- Sauron nie ma wtedy powodu go karać. Ale przecież zniszczy go i tak – będzie wysyłał na kolejne wojny, domagał się usług, haraczu. A w końcu takie krasnoludzkie państwo zniszczy się samo… - Kirdan smutno pokiwał głową.
- Jak to? – zdziwił się Glorfindel.
- Oni wszyscy stają się coraz bardziej chciwi i coraz mniej lubiani przez sąsiadów. A zarazem o skarbach w ich podziemiach krążą już legendy. Łatwo przewidzieć, czym może się skończyć dla takiego krasnoludzkiego państewka izolacja w swoim otoczeniu i zależność od rozkazów Saurona – kontynuował Kirdan.
Milczeli przez chwilę
- A co z Khazad-dum? – zagadnął Glorfindel.
- Ta stolica krasnoludów jest bezpieczna. Nie zdobył jej Sauron, nie zdobędzie jej też żaden smok. Pierścień otrzymali wprost od Kelebrimbora. Nawet, gdyby pokłócili się z całym otaczającym ich światem: nami, ludźmi, nawet Panią Galadrielą, to nikt z zewnątrz ich nie podbije – zdecydowanie odparł Elrond.
- Z zewnątrz nikt. Chyba, żeby drążąc skały trafili na jakieś potwory ukryte w głębi ziemi… - zaoponował Kirdan.
- Ale skąd miałyby się one tam wziąć? Władza Morgotha nigdy w te okolice nie sięgała – zdziwił się Glorfindel.
- A skąd się wzięły smoki na wschodzie? Plugastwo Morgotha rozpełzło się po całym Śród-ziemiu, mimo upadku Angbandu… - Kirdan był pesymistą.

IV.
- Dom! – Kamina roześmiana wskazywała wysokie wzgórze, na którego zboczu stało stłoczonych kilkadziesiąt domków i zabudowań. W oknach błyszczały światła. Wczesnozimowe słońce powoli opadało na zachód.
- To jest Bree? – spytał Boromir, podchodząc wraz z jucznym kucykiem.
- To Staddle, Bree leży po zachodniej stronie wzgórza. Za godzinę tam będziemy, jeszcze przed zmierzchem. Prawie pięć lat… Mamusia, tatuś, rodzeństwo…
Boromir poczuł na nosie coś zimnego – pierwszy płatek śniegu. Otulił dziewczynę ciepłym płaszczem.
- Nie zmarznij mi. I założę ci łańcuszek…
Gdy zapinał ogniwka na jej szyi, parsknęła śmiechem.
- Pamiętasz, wstydziłeś się, że to tylko srebro. A krasnoludy w tym podziemnym mieście rozpoznały, że to „mitril”.
- Naprawdę, nie wiem skąd ojciec zdobył ten łańcuszek. Wybrałem go dla ciebie, bo miał ładny wzór. A ten elf, Glorfindel powiedział, że mithril wydobywają krasnoludy chyba tylko w tej kopalni na całym świecie. I że to cacko jest warte więcej niż sztaba złota.
- Dobrze, żeśmy spotkali tego elfa. Bez niego nie przeszlibyśmy przez to miasto wykute w górach. W głowie mi się nie mieści, jak wielką robotę wykonać musiały krasnoludy. Całe miasto w skale wykuć? Ile to wieków pracy? Pamiętam, krasnoludy przybywały do karczmy ojca i opowiadały o swoim skalnym mieście, ale co innego słuchać, a co innego ujrzeć samej…
Powoli zmierzchało, rozmawiając szli gościńcem, coraz bliżej wzgórza. Zza jego stoku wyłaniały się domy miasteczka Bree. Gdy zbliżyli się do zabudowań, Kamina zaczęła wskazywać charakterystyczne budynki. Tam kuźnia, dalej warsztat stelmacha, dom garncarza…
Gościńcem z naprzeciwka jechał konny wóz, woźnica okutany w ciemny płaszcz spojrzał na nich
- Ktoście wy?
Kamina spojrzała uważnie.
- Gorlim? Braciszku!
Nazwany „braciszkiem” w istocie potężnej budowy młody mężczyzna wstrzymał konia, zeskoczył z wozu, chwycił dziewczynę w ramiona.
- Kamina? Włosy, oczy… Kamina! Żyjesz!? Ileż to lat!
Po chwili puścił Kaminę, spojrzał na Boromira.
- Kim jesteś? Wyglądasz na Zamorskiego…?
- To mój… narzeczony! – Kamina uścisnęła rękę Boromira. – Wróciliśmy. Wszystko opowiem… Rodzice, siostrzyczka… żyją, zdrowi?
Gorlimowi zmierzchła twarz.
- Pięć lat cię nie było, siostrzyczko… ojciec pomarł dwa lata temu, teraz „Konika” prowadzę ja z moją żoną, pomaga nam matka. Mała Adanel wyszła za mąż, mieszka w Archet… ale wszystko nam opowiecie przy kolacji, wracamy do Bree. Dajcie tobołki z tego kucyka, przerzucimy je na wóz i siadajcie.
Zawrócił wóz, Kamina z Boromirem wrzucili swoje bagaże, usiedli na koźle.
- Nie uwierzysz, braciszku, co przeżyłam… i jak się z Boromirem uratowaliśmy… - Kamina naprawdę czuła się jak w domu. - Pomożemy wam w karczmie…
- Wasz zajazd nazywa się „Pod Konikiem”? - spytał Boromir.
- Ależ ten wasz kucyk się rozbrykał! – Gorlim wskazał zwierzę, które faktycznie, po zdjęciu z niego obciążeń, radośnie hasało wokół wozu.

V.
Pengolod postawił kropkę, odłożył pióro, jeszcze raz przeczytał swoją notatkę.
„Krasnoludowie okazali się oporni i trudni do ujarzmienia, źle znosili czyjąkolwiek dominację: nie sposób przeniknąć w głąb ich myśli ani też przemienić ich w cienie. Używali pierścieni wyłącznie w celu zdobywania bogactw, lecz rozpaliła się w ich sercach popędliwość i namiętna chciwość złota, a wynikło z tego później wiele zła, na czym Sauron skorzystał.”
Za oknem padał śnieg. Przed końcem roku do Avalonne powinien przybyć jeszcze jeden statek z Eressei. Pengolod powita elfich przyjaciół, wymieni się nowinami, księgami. Elf tęsknił do rodaków, ale wierzył, że misja w Numenorze wciąż ma sens. Władcom wyspy może służyć mądrością, a skupionemu na zachodzie stronnictwu Wiernych – żarliwością i opieką.

KONIEC

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
M.L.
Uprzedzony, ujadający krzykacz / Administrator


Dołączył(a): 27 Cze 2002
Wpisy: 6089
Skąd: Mafiogród


Wysłany: 07-09-2021 23:47    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Przeczytałem całość. Podoba mi się ogólny zamysł intrygi i sposób przedstawienia Numenoru i Numenorejczyków, trochę na kształt włoskich republik kupieckich, pewnie nawet bardziej Genui niż Wenecji, a trochę na kształt wczesnego europejskiego kolonializmu z XVI i XVII wieku. Z domami i kompaniami handlowymi, z szeroko rozciągniętą siecią interesów, zyskami z handlu w tym handlu niewolnikami, co wiemy, ze miało miejsce.
Ciekawa jest tez wizja krasnoludów i ich pierścieni, oraz tego jak na nich działały, czy jakie miały dla nich skutki. Podoba mi się wizja ich relacji z Sauronem.
Dialogi, zwłaszcza w dalszej części są niezłe. Z punktu widzenia samej narracji mam właściwie dwa zasadnicze zarzuty. Po pierwsze nie widać tu głównego bohatera. Pengolodh, to raczej narrator, a nie bohater, a tych kilka innych postaci jak Belemir jego syn Boromir, to postaci pojawiające się jednak epizodycznie. Nie mus być jednego bohatera, może być ich kilku, ale powinni być wyraźniej zaznaczeni. To się wiąże z drugim problemem, tekst jest za krótki nie dąłeś sobie ani narracji się rozwinąć, trochę potoczyć. Nawet jeżeli to ma być jeden rok, to nadal może się wydarzyć więcej, a to dałoby więcej miejsca na rozwiniecie postaci i samej akcji.
To nie zmienia faktu, ze jest to jak dla mnie dobry szkic na start. A może był.by dobry, gdyby nie problem tła, scenografii opowieści. Za wiele tu przeinaczeń i odstępstw od tego co napisał Tolkien.
To jest problem fanfikowania, że wpisujemy opowieść w istniejący literacki pierwowzór. W przypadku rzeczywistej historii jest łatwiej, możemy napisać historię alternatywną, choć i w tym wypadku, jeżeli ma mieć to sens to musimy bardzo dobrze znać historię prawdziwą.
W przypadku świata przedstawionego, albo piszemy jego parafrazę, albo wpisujemy się w to co jest.
Po pierwsze nie ma, żadnego Belegostu, owszem na północ od Malej Lhun jest królestwo Krasnoludów, które przetrwa do III Ery (od biedy możemy je nazwać NeoBelegostem), ale nie zostało zniszczone przez żadnego smoka. Smoki w Eridorze pojawiły się w III Erze a i to sporadycznie.
Możemy woleć imię Ereinion Gil-Galad, choć Tolkien jednak finalnie zdecydował się na Artanor/Rodnor, to jednak mały pikuś, ale z Twojego tekstu wynika, ze to postać marginalna, tymczasem to król Lindonu i Eridoru, Najwyższy Krol Noldorów w Śródziemiu. Cirdan jest jego poddanym, o tyle specyficznym, ze był także jego wychowacą, ale jednak. To jemu poza Galadrielą Celebrimbor przekazał Pierścienie, a dopiero on jeden z nich przekazał Elrondowi. Jak się wydaję Cirdan otrzymał swoj na przechoawnie dopiero w przededniu wojny Ostatniego Sojuszu. Ósanwe działa jednak inaczej, wedlug Tolkiena niż to co opisujesz i jak ktoś zamknie umysł, to nikt nawet Manwe i Melkor nie są wstanie przeniknąc jego jej myśli.
Eldarowie przed Sauronem w czasie wojny zakończonej interwencją Numenoru, bronili się na Wzgórzach Wieżowych i w Mithlondzie a nie w Belegoście. Bronili się nie tylko zbiegowie z Eriadoru, ale przede wszystkim Noldorowie i Sindarowie z Lindonu. Niedobitki z Eregionu w większości broniły się w Rivendel.
Kreosnoludowie tworzyli imperia, o czym Tolkien pisze w Of Dwarves and Men.
Gdzie się podziali Edainowie z Rhovanionu i Doliny Anduiny? Nie wiem czy określanie typu Dunland, Isengard, czy Lond Daer pasują do II Ery.
Paradoksalnie język krasnoludów był bliższy valarskiemu niż quenya, a ludzie na Numenorze posługiwali się także andunaicem, który zawsze bardzo się różnił od sindarinu.
Do tego opis Glorfindela, to jednak nie ta liga co Nazgule. Ktoś, kto doświadczył śmierci, został powrócony do życia, w ciele bez skazy, czy niemal bez skazy, Tolkien podkreśla wielokrotnie jego wyjątkowość. Żaden Nazgul nie zbliża się nawet do jego mocy duchowej, bo to ledwie upiory, a on jest niemal majarem.

Wreszcie upieram się, że zwroty typu biomasa, sotnia, urrra, są zbyt nowoczesne i nie pasują do tego świata, bardzo, ale to bardzo zgrzytają.
Sam pomysł na opis funkcjonowania pierścieni krasnoludów mi się podoba.

Natomiast rozwinąłbym wątek poczucia wyższości i odrębności Numenorejczyków wobec ludzi Śródziemia. W końcu, żyją trzy razy dłużej, są zasadniczo wyżsi i silniejsi. Nie wspominając o większej wiedzy.

Dla mnie to ciekawa wprawka, ktora wymaga jeszcze wiele pracy.

_________________
ēl sīla lūmena vomentienguo wieeeeeeeeeelgachny uśmiech
---------------------------------------
For the grace, for the might of our Lord
For the home of the holy
For the faith, for the way of the sword
Powrót do góry
 
 
Turek
Członek Kompanii Thorina


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 56



Wysłany: 13-09-2021 10:39    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Witam!
Bardzo dziękuję za komentarz. Przemyślałem uwagi i spróbuję się do nich odnieść.
W sumie tak sobie wyobrażam Numenor tego okresu – jako mocarstwo, które handluje w całym Śródziemiu i tworzy tam sieć swoich placówek. Właśnie taka republika kupiecka Europy początku XVI w. Przy tym oczywiście numenorejscy kupcy uczą się bezwzględności i intryg (jeśli handel z Sauronem popłaca – to czemu nie zaryzykować?) A zarazem – są obszary penetrowane bardziej (Umbar, Angrenost) i mniej (takie peryferie jak Rhun).
Jeśli chodzi o rok czasu – to moje założenie jest ryzykowne, ale w tym sensie, że w istocie zbieranie przez elfy wiedzy o Pierścieniach Krasnoludów musiało trwać nie lata, a wieki (w końcu los ostatniego z Siedmiu wyjaśniono dopiero u progu Wojny o Pierścień, na spotkaniu w Rivendell). Najpierw: gdzie szukać Siedmiu (całe Śródziemie)? Później – po czym poznać, że działają? Później – skąd elfy wiedziały, co się z nimi (i ich nosicielami) stało? Ani Sauron, ani smoki przecież się nie chwaliły. Więc te strzępki informacji, pogłosek, legend musiały być zbierane (i weryfikowane) stopniowo. W moim tekście Pengolod i Glorfindel wręcz co chwilę wpadają na jakiegoś krasnoluda, który jest gotów im się zwierzać. Założyłem, że takie poszukiwania w ogóle mogły być podjęte o tyle, o ile elfy bały się nowej wojny – wojny, w której Nazgule przyprowadzą Sauronowi całe armie ludzi – a krasnoludzcy rzemieślnicy je uzbroją. Od tego, na ile krasnoludy dzięki Pierścieniom będą uległe Sauronowi – zależeć miał moment wybuchu przyszłej wojny.
Jeśli chodzi o Belegost: założyłem, że potężne miasto, które przetrwało Wojnę Gniewu, nie mogło w II Erze całkowicie opustoszeć - ogólna migracja do Khazad-dum na zasadzie „ostatni gasi światło” wydała mi się nieprawdopodobna. Przyjąłem, że mógł opustoszeć Nogrod (może był bar-dziej narażony na zniszczenia w Wojnie Gniewu?), ale Belegost, nawet okrojony – przetrwałby (trochę analogicznie do historii Gondoru: Minas Ithil - Minas Anor). Podczas wojny z Sauronem pod koniec XVII w. DE elfy broniłyby się w swoich umocnieniach (Wzgórza Wieżowe), a krasnoludy w swoich (Belegost). Sojusz dawałby im nadzieję wytrzymania do odsieczy Numenorejczyków, ewentualna zdrada Belegostu łamałaby całą linię obrony.
Jeśli chodzi o smoka: skopiowałem pomysł z „Hobbita” i wiem, że jest ryzykowny, aczkolwiek nie jest nieprawdopodobny. Smoki wyhodował Morgoth w Pierwszej Erze, skoro pojawiają się jeszcze w Trzeciej – to tym bardziej mogły atakować w Drugiej. W końcu z dawnego Angbandu do Gór Błękitnych jest bez porównania bliżej niż do Samotnej Góry. Zresztą mieszkańcy Eriadoru wie-dzieli o istnieniu smoków (nawet w Shire istniała gospoda „Pod Zielonym Smokiem”) i były one dla nich bardziej realne niż np. mumakile.
Marginalnie potraktowałem Gil-Galada (jak też władcę Numenoru „Telemmaite”, czy władcę Khazad-dum) bo założyłem, że akcja toczyć się będzie na poziomie nieco niższym – nie królów, ale ich doradców, książąt czy oligarchów. Decyzje polityczne, podejmowane przez władców (kto wygra rywalizację nad Rhun) miałyby charakter drugorzędny – ważniejsze, czy mędrcom uda się poukładać fragmenty łamigłówki dotyczące Pierścieni Krasnoludów.
Główny bohater… chyba został nim Glorfindel. Przyznam, że widzę go mniej jako dostojnika (wskrzeszenie i powrót z Valinoru), bardziej jako „szlachetnego, błędnego rycerza”. Wyobrażam go sobie jako elfiego „młodzieniaszka” (złotowłosy 25-latek o urodzie cherubina, kierujący się szlachetnymi emocjami i niestety czasem nabijający sobie guza, bo szybciej działa niż pomyśli). W porównaniu z nim Elrond czy Gil-galad byliby statecznymi 50-latkami – oczywiście niesamowicie sprawnymi fizycznie, ale raczej intelektualistami, działającymi rozważnie i analizującymi konsekwencje swoich działań. Jeśli chodzi o moce Glorfindela – założyłem że są wielkie, aczkolwiek nie myślałem, aby porównywać go z Majarem. W III Erze odstraszył Czarnoksiężnika z Angmaru – ale go nie pokonał, przepowiedział jedynie jego los. Założyłem, że Glorfindel ranny i osłabiony może mieć problem z pokonaniem Nazgula. Jeśli wygrywa – to dzięki przewadze technicznej, a nie posiadanej mocy - Hoarmurath z założenia byłby prymitywem, opierającym się tylko na sile i dlatego o wiele mniej groźnym niż np. inteligentne i przebiegłe Nazgule-Numenorejczycy.

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
M.L.
Uprzedzony, ujadający krzykacz / Administrator


Dołączył(a): 27 Cze 2002
Wpisy: 6089
Skąd: Mafiogród


Wysłany: 13-09-2021 12:10    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Turek napisał(a) (zobacz wpis):
Jeśli chodzi o rok czasu – to moje założenie jest ryzykowne

To nie jest złe założenie, ma sens.

Cytat:
Jeśli chodzi o Belegost: założyłem, że potężne miasto, które przetrwało Wojnę Gniewu, nie mogło w II Erze całkowicie opustoszeć - ogólna migracja do Khazad-dum na zasadzie „ostatni gasi światło” wydała mi się nieprawdopodobna. Przyjąłem, że mógł opustoszeć Nogrod (może był bar-dziej narażony na zniszczenia w Wojnie Gniewu?), ale Belegost, nawet okrojony – przetrwałby (...). Podczas wojny z Sauronem pod koniec XVII w. DE elfy broniłyby się w swoich umocnieniach (Wzgórza Wieżowe), a krasnoludy w swoich (Belegost). Sojusz dawałby im nadzieję wytrzymania do odsieczy Numenorejczyków, ewentualna zdrada Belegostu łamałaby całą linię obrony.


Tu trzy rzeczy.
Po pierwsze. Sam Belegost wedlug Tolkiena pustoszeje, natomiast Krasnoludowie, Ci, którzy nie wywędrowali do Khazad-dum przenosza się dalej na północ poza Małą Lhun
Po drugie, z Twojego opisu wygląda tak, jakby elfowie schronili się z Belegoście i tam sie bronili do czasu przybycia Numewnorejczykow.
Po trzecie broni się caly Lindon, wielka kraina zamieszkana przez Noldorow (Forlindon) i Sindarow (Harlindon).


Cytat:
Jeśli chodzi o smoka: skopiowałem pomysł z „Hobbita” i wiem, że jest ryzykowny, aczkolwiek nie jest nieprawdopodobny. Smoki wyhodował Morgoth w Pierwszej Erze, skoro pojawiają się jeszcze w Trzeciej – to tym bardziej mogły atakować w Drugiej. W końcu z dawnego Angbandu do Gór Błękitnych jest bez porównania bliżej niż do Samotnej Góry. Zresztą mieszkańcy Eriadoru wie-dzieli o istnieniu smoków (nawet w Shire istniała gospoda „Pod Zielonym Smokiem”) i były one dla nich bardziej realne niż np. mumakile.

Tylko, że Angbandu nie ma, a smoki (słownie dwa, które potem się rozmnożyły) uciekły na pustkowia na północ od Gór Szarych. Więc bliżej im do Samotnej Góry. Wreszcie wiemy, że władztwo krasnoludów w Górach Blękitnych przetrwało, aż do III Ery.


Cytat:
Marginalnie potraktowałem Gil-Galada (jak też władcę Numenoru „Telemmaite”,

To nie chodzi o margionalność, tylko z Twojego opisu wynika, że ważniejszy jest Cirdan, czy Elrond, ktory jest jedynie namiastnikiem Go;l-galad w Eriadorze i jego chorążym. A pierścień Elrond otrzymuje of Gil-galada. Gdyż Celebrimbor jeden wyttslaął bezpośrednio Galadrieli, a dwa Gil-galadowi.

Cytat:
Główny bohater… chyba został nim Glorfindel.

I to jest problem, nie do końca to widać.

Cytat:
Przyznam, że widzę go mniej jako dostojnika (wskrzeszenie i powrót z Valinoru), bardziej jako „szlachetnego, błędnego rycerza”. Wyobrażam go sobie jako elfiego „młodzieniaszka” (złotowłosy 25-latek o urodzie cherubina, kierujący się szlachetnymi emocjami i niestety czasem nabijający sobie guza, bo szybciej działa niż pomyśli). W porównaniu z nim Elrond czy Gil-galad byliby statecznymi 50-latkami – oczywiście niesamowicie sprawnymi fizycznie, ale raczej intelektualistami, działającymi rozważnie i analizującymi konsekwencje swoich działań.

I boję się, ze to kluczowy blad. Glrofindel już w pierwszej Erze jest jednym z trzech głównych dowódców Turgona.
Jest odrodzony, ale wszystko pamięta, przybywa do Środziemia, jako wysłannik Valarow, jako wyraz wsparcia i pamięci w trudnych czasach. To jest wódz a nie błedny rycerz.

Cytat:
Jeśli chodzi o moce Glorfindela – założyłem że są wielkie, aczkolwiek nie myślałem, aby porównywać go z Majarem. W III Erze odstraszył Czarnoksiężnika z Angmaru – ale go nie pokonał, przepowiedział jedynie jego los.

Nie pokonuje, bo trudno pokonać kogoś kto uciekł. Ale ewidentnie Czarnoksiężnik się go przestraszył/bał, bał się konfrontacji z nim Co więcej, na jego widok uciekają trzy Nazgule na raz co jest opisane w WP.

_________________
ēl sīla lūmena vomentienguo wieeeeeeeeeelgachny uśmiech
---------------------------------------
For the grace, for the might of our Lord
For the home of the holy
For the faith, for the way of the sword
Powrót do góry
 
 
Annael
Weteran Bitwy Pięciu Armii


Dołączył(a): 14 Paź 2004
Wpisy: 437
Skąd: Szare Przystanie


Wysłany: 19-09-2021 21:02    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Przeczytałam Uśmiech Na początku było mi trochę trudno, bo nie lubię takich tematów o handlu i takich tam. Wydawało mi się że to jakby z okresu Średniowiecza - a to się okazuje że mógłby być wiek XVI Zdziwienie - te panie i panowie w białych fartuszkach Zdziwienie hmmmm... Najbardziej uradowała mnie wizja konserwowej cytryny Super śmiech bo w temacie Herbatka Aragorna miałam wątpliwości skąd Strażnik miał taki owoc Śmiech a tu patrzcie nie ma problemu Jestem za Ogólnie ciekawe chociaż momentami jakoś mniej tolkienowskie i ten elf mógłby się nazywać inaczej niż Glorfindel. Starszy od Elronda. To mi się nie podoba. Młodzieniaszek Nie Nie Nie Nie Nie Nie A ten kucyk rozbrykany na końcu to bardzo fajne Love Jestem za
_________________
Jeśli rzeczywiście jesteśmy Dziećmi Jedynego, Eruhin, On nie pozwoli, aby ktokolwiek pozbawił Go tego, co jest Jego własnością.
Ktokolwiek: ani żaden Wróg, ani nawet my sami. Mówisz, że nie macie Amdir. Czy nie macie też Estel?
Atrabeth
Powrót do góry
 
 
Turek
Członek Kompanii Thorina


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 56



Wysłany: Dzisiaj o 00:04    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Bardzo dziękuję za komentarz!
W sumie ten tekst nie tyle miał opisywać czyjeś przygody (Pengoloda, Glorfindela, Belemira), co szukać odpowiedzi: jaką drogą elfy mogły dowiedzieć się o losie pierścieni, które trafiły w ręce krasnoludów. A przy okazji – rzucić okiem na ówczesny świat, jak go sobie wyobrażam. Numenor, który już jest potęgą militarną… i zaczyna mu się to podobać, a zarazem oddala się od elfów. Saurona, który nie może na razie rzucić Numenorowi wyzwania, ale konsoliduje swoją władzę. Rozmaitych państw i państewek, które lawirują między ówczesnymi supermocarstwami i płacą cenę za cudze aspiracje. To, że nie toczy się żadna epicka, gigantyczna wojna, jak wcześniej, w czasach Tar-Minastira, czy później, w czasach Ar-Farazona – nie zmienia faktu, że rozmaici watażkowie próbują budować swoje fortuny – czy to w sojuszu z Sauronem, czy z Numenorem, czy całkowicie na własną rękę. Ktoś łowi niewolników, ktoś podbija, ktoś plądruje – a ktoś na tym zarabia, kupuje niewolników, sprzedaje broń czy wręcz zakłada spółki i kompanie, żeby zysk był pewniejszy…
Glorfindel – ja cały czas jestem pod wrażeniem jego spotkania z Aragornem i Frodem w „Wy-prawie” – wtedy skojarzyłem go sobie właśnie z elfim młodzieńcem, żądnym przygód. Oczywiście, to nie jest „młodzieniaszek”, bohatersko walczył w I erze, skutecznie stawił czoła Balrogowi w Gon-dolinie… ale zastanawiam się, jak mógłby go traktować na przykład Elrond. Earendil na pewno go wspominał, później odpłynął na Zachód, później była Wojna Gniewu, półtora tysiąca lat spokoju… Elrond przez kolejne wieki stawał się jednym z ważniejszych elfów, a Glorfindel był tylko wspomnieniem. I nagle ląduje w Szarych Przystaniach Kirdana i oznajmia: „Wróciłem z komnat Mandosa, to ja, ten sam co w Gondolinie…” Oczywiście mówi prawdę, ma wielką moc, ale w jego wiedzy o świecie „zieje dziura”. Pamięta świat w granicach Beleriandu, którego już nie ma, jego postrachem był Angband, nie Mordor… To Elrond, wraz z innymi elfimi dostojnikami musi go uczyć nowej rzeczywistości –Śródziemia połowy II Ery. I to Glorfindel staje się uczniem Elronda – mimo, że niegdyś uratował jego ojca, gdy ten był dzieckiem

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
Wyświetl wpisy z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum tolkienowskie -> Twórczość fanowska Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4  Następna

Temat: 2456 D.E.: „Siedem dla władców krasnoludów..." (Strona 3 z 4)

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich wpisów
Nie możesz usuwać swoich wpisów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dodawać załączników w tym dziale
Nie możesz ściągać plików w tym dziale

Powered by phpBB2
Copyright © tolkien.com.pl Wszystkie prawa zastrzeżone.