Forum dyskusyjne miłośników twórczości J.R.R. Tolkiena
w sieci od 11/2001
 
Gospoda(0) | Zasady Forum | FAQ | Szukaj | Kalendarz |  Zarejestruj się |  Profil | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości | Zaloguj

Witryny zrzeszone w forum:
Hobbiton  Pod Rozbrykanym Balrogiem


"To surowa wiosna i niejedna nadzieja jej nie przetrzyma." Aragorn, Władca Pierścieni


Temat: Pojawienie się Nazguli -2251 rok Drugiej Ery (Strona 2 z 3)

Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna
  skocz na koniec strony
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum tolkienowskie -> Twórczość fanowska Wydruk
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Turek
Mieszkaniec Shire


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 24



Wysłany: 21-04-2018 00:39    Temat wpisu: Pojawienie się Nazguli -2251 rok Drugiej Ery -IV część Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

IV (10 marca 2251, Eldalonde)
Wiatr z południowego zachodu przyniósł rzęsisty, wiosenny deszcz. Pogoda była dziwna – przedpołudniowe słońce świeciło już dość mocno, ale nad samą zatoką Eldanna wi-siały chmury, a ulicami Eldalonde płynęły strugi deszczówki. Z powozu, który zatrzymał się tuż u ogrodowej bramy wysiadł wysoki mężczyzna otulony w długi płaszcz i alejką pomiędzy drzewami szybkim krokiem ruszył w kierunku białego pałacyku, stojącego pośrodku ogrodu. Z bramy budynku wyszedł mu na spotkanie niższy, drobny mężczyzna, również osłonięty od deszczu. Uścisnęli się serdecznie.
- Witaj w moich skromnych progach, czcigodny Elatanie!
- Nie mogłem przybyć wcześniej, czcigodny Pengolodzie. Ważne sprawy w stolicy, zresztą niebawem muszę tam wrócić – świętujemy Erukyereme w Armenelos, później procesja na Me-neltarmę… - Weszli na schody pałacyku.
- Mamy gości z Eressei? – stojąc u szczytu schodów, przed wejściem do budynku, Elatan wskazał ruchem głowy smukły okręt, kołyszący się przy nieodległym nabrzeżu.
- Tak, przybyli wcześniej niż zwykle, jeszcze przed wyklarowaniem się pogody. Przywieźli ciekawe manuskrypty, listy z pozdrowieniami dla Ankalimona, jakieś mitrylowe cacko dla Juniora, mały drobiazg dla ciebie, wiadomości…
- Z ochotą się z nimi spotkam i odprowadzę ich do Armenelos. Przy okazji, gratuluję ci ukoń-czenia „Wojny Gniewu”, tą trylogię czyta się z zapartym tchem.
Weszli do holu, Pengolod odwiesił swoją opończę, zmoczony płaszcz i kapelusz Elata-na przejął inny, skromnie odziany elf.
- To Saeros, przybył do nas z Eressei, przez jakiś czas chce mi pomagać… Elatanie, zapraszam do zachodniego saloniku, Saerosie przynieś nam ciastka i owoce.
W niewielkim, ale wykwintnie urządzonym pokoju czekała już na stoliku karafka wina i pucharki. Pengolod posadził Elatana i nalewając mu trunek spytał.
- Co słychać w Armenelos?
- Zbliżają się święta Erukyerme, Ankalimon zapowiedział wyodrębnienie jakiegoś nowego biura, które zajmie się stosunkami z narodami Śródziemia. Trochę okroi to moje uprawnienia, ale bardziej kompetencje dowództwa floty, więc Kiryatur protestuje. Telemaite paraduje w mitrylowej kolczudze, chce postawić w centrum Armenelos gigantyczny pomnik Elrosa, za-czynamy budowę nowych doków w Romennie, bo te z czasów Kiryatana są trochę za małe…
- Cieszę się, że znalazłeś czas, aby tu przybyć… życie na zachodnim wybrzeżu jest spokojniej-sze – uśmiechnął się Pengolod.
- Czemu właściwie zawdzięczam twoje zaproszenie? – spytał Elatan. - Otrzymałem twój list tuż po nowym roku, jeszcze zanim wznowił u ciebie naukę mój syn. Statek twoich pobratym-ców też przybył już po twoim piśmie…
- Co się tyczy twojego syna, Elatanie, to jest on ozdobą naszej grupy. Tak samo jak niemal wiek temu byłeś ty. Mogę co najwyżej ubolewać, że jest was mniej…
- Pengolodzie, też to zauważam. Są wśród nas tacy, którzy… obawiają się was, elfów. I ciebie też, Kiryatur na przykład. Nie chcą, aby nasza młodzież uczyła się w twoim domostwie. Poważają cię, ale powątpiewają w twoje dobre intencje – Elatan zapatrzył się na krople deszczu spływające po szybie okiennej.
- Zauważam w was przemianę.
- Wielu moich rodaków nazywa cię szaleńcem: być na Eressei, mieć otwartą drogę do Amanu – i zawrócić. Numenor jest częścią Krain Śmiertelnych – może najpiękniejszą i wam najbliższą, ale jednak inną niż wasza, elfów, ojczyzna. Są też tacy, którzy… wstyd powiedzieć… sądzą, że wróciłeś do Numenoru, aby nas szpiegować, donosić… komuś obcemu o naszym życiu…
- Baliście się Orłów Manwego, posądzając ptaki o szpiegowanie waszych sekretów i oto opu-ściły pałac królewski, krążąc tylko nad Meneltarmą. Czy jesteście przez to spokojniejsi?
- Ty pamiętasz wszystko, nieśmiertelny elfie, żyjesz tu już kilkaset lat. A ja, gdy czytam stare kroniki, albo nawet wspominam czasy pacholęctwa… widzę zmianę i nie podoba mi się ona. Nadchodzi Erukyerme, jak co roku odbędzie się procesja na szczyt Meneltarmy, noworoczne nabożeństwo króla… I jak co roku: coraz mniej uczestników, coraz krótsze modlitwy, coraz bardziej znudzony Ankalimon. Świętujemy w miastach: dla tłumów leje się wino, tańczą akrobaci, płoną kadzidła… ale zatracamy świętość, związek z Jedynym. Rozumiesz Pengolo-dzie?
- Wciąż pozostajecie umiłowanymi dziećmi Jedynego, potomstwem plemion, które przelewały krew broniąc dobra…
- Broniąc dobra… to chyba wtedy się zaczęło, pół tysiąclecia temu, gdy elfy przybyły do Nu-menoru uciekając z Śródziemia przed Sauronem. Byłeś wśród nich, Pengolodzie! Ludzie, którzy w kronikach mieli obraz elfów-mistrzów wiedzy i rzemiosł, elfów – łaskawych opiekunów, ujrzeli elfy-uciekinierów, błagających o ratunek. Nasze armie pokonały w Śródziemiu Saurona – ale dały nam poczucie mocy: to my ochroniliśmy Pierworodnych, to nasza siła pokonała zło! Pojawiła się pycha… i niechęć do niegdyś podziwianych, a teraz bezsilnych. Zazdrość o wieczne życie…
- Okrężną drogą dochodzimy, Elatanie, do celu mojego zaproszenia. Nazywacie mnie „mistrzem wiedzy”, a przecież wiedzą nie są tylko wspomnienia z Gondolinu czy Doriathu – ale także nasza współczesność. Poznałeś Saerosa – przybył z Eressei i chciałby przez Numenor popłynąć do Śródziemia. Pragnie odwiedzić dalekie kraje południa i wschodu, w których elfów nigdy chyba nie było. Czy mógłbyś doradzić mu jakąś trasę podróży? Jakie strony warto zwiedzić, jakie – omijać? Może jakiś statek z Romenny płynie w takim kierunku? Doradzasz królowi, rozmawiasz z namiestnikami, dowódcami wojsk i kupcami, masz informacje z pierwszej ręki…
- Ani tobie, Pengolodzie, ani owemu Saerosowi nie zabrałoby wiele czasu podróż do Armene-los i zasięgnięcie wiedzy u wszystkich, których wymieniłeś, nawet u monarchy. Raporty, zestawienia, analizy naszych mędrców – miałbyś na skinienie ręki. Tymczasem zapraszasz mnie, nie uprzedziwszy czego chcesz się dowiedzieć?
- Chcę prosić cię, abyś – nie czyniąc jakichś specjalnych przygotowań – oświecił mnie, skrybę-kronikarza, czy na szerokim świecie dzieją się rzeczy warte odnotowania? Nie chcę – Pengolod z uśmiechem podniósł dłoń – abyś zdradzał mi jakieś tajemnice stanu, po prostu powiedz, czy ciebie, przełożonego królewskiej kancelarii zainteresowały ostatnio jakieś doniesienia ze Śródziemia?
Elatan zamyślił się, w okna saloniku wciąż bębnił deszcz.
- Wiesz, że od kilku wieków mamy w Śródziemiu spokój. Wraz z wami pokonaliśmy Mordorczyka, zepchnęliśmy jego armie daleko na wschód, skąd przyszli. Rozbiliśmy ich, niedobitki osaczyliśmy w Mordorze, wewnątrz pierścienia gór, zaczęliśmy wznosić w Śródziemiu cały system twierdz, które ich pilnują, panujemy nad morzami – i tyle…
- Czy zło się nie odradza? Czy nie przybiera jakichś nowych form?
- Próbuje… daleko na północy Śródziemia ponoć jeszcze żyją smoki, nawet atakują kopalnie krasnoludów z ich skarbami. A daleko na wschodzie – podobno w puszczach żyją ogromne pająki, które są w stanie pożerać ludzi.
- Morgoth wyhodował wiele kreatur i nie wszystkie wyginęły, kiedy padało jego imperium…
- Ale w walce z Mordorczykiem to my kontrolujemy sytuację. W Śródziemiu panuje „remis ze wskazaniem” na naszą korzyść. My panujemy na wybrzeżach, Mordorczyk zamknął się w swoim kraju. Być może kiedyś, w przyszłości spróbujemy go tam dopaść, a może to on ponownie spróbuje rozciągnąć swoje rządy w kierunku mórz. Na razie prowadzimy grę o ludy żyjące pomiędzy Mordorem a morzami: Harad Północny, Harad Południowy, Khand, kraje leżące jeszcze dalej na wschód od Mordoru…
- Grę…? – Pengolod spojrzał uważniej na Elatana.
- Handlujemy, uczymy, leczymy, sprzedajemy im narzędzia, kupujemy ich surowce, zachęca-my do służby w naszych wojskach pomocniczych, wspieramy tych władców, którzy są nam przychylni, bo niektórzy sprzyjają Mordorowi i dostają stamtąd broń za żywność… ale to my mamy przewagę. Nasi kupcy prosperują, nasi osadnicy i żołnierze dostają nadania ziemskie…
- Wiem, przyjacielu, że na dobre już poddaliście swojej władzy wybrzeża… i ściągacie z nich daninę…
- Pengolodzie, słyszę w twoim głosie przyganę. Wiem, że przy tak szerokim programie osiedleńczym i fortyfikacyjnym zdarzają się nadużycia, że niektórzy z naszych emisariuszy ulegają chciwości, że miejscowa ludność nie zawsze cieszy się z naszej obecności, a nasze garnizony potrafią być… stanowcze. Ale bronimy świata przed Mordorczykiem! Świata – i tych dzikusów i was, elfy.
- Dlatego uruchomiliście „czwórskok”? Słyszałem o tym szlaku… oby Valarowie nie osądzili was kiedyś za bezprawie, jakie się na nim, za waszą sprawą szerzy… Elfy też przelewały pobratymczą krew, jak Feanor i jego ród, też potrafiły zdradzać rodaków wrogom, jak Maeglin… ale nigdy nie obracały w niewolników ani siebie nawzajem, ani ludzi…
- Nikt z mojej rodziny w tym procederze nie uczestniczy. Ludźmi nie wolno handlować jak bydłem.
- Oby Valarowie byli dla was łaskawi… I jak przebiega ta wasza „gra”, Elatanie?
- Widzisz, sto lat temu powiedziałbym, że Mordorczyk jest skazany na dobicie. Opowiadałem ci kiedyś o tej teorii „światowego wybrzeża” naszych mędrków z Armenelos: „kto kontroluje wybrzeża Śródziemia – ten kontroluje Śródziemie; kto kontroluje Śródziemie – jest panem świata”. Od pewnego jednak czasu mamy kłopoty… Tubylcy zaczęli się nam skutecznie prze-ciwstawiać.
- Niech zgadnę? Dla tamtejszych ludów to wasze zwierzchnictwo staje się niewolą? I to Mordorczyk występuje jako ich wybawca?
- Masz trochę racji… Faktycznie, dochodzą nas słuchy o emisariuszach z Mordoru w Haradzie i w Khandzie. Faktycznie, nasze ekspedycje zwalczają ich bunty i znajdują przy zabitych mordorski ekwipunek. Jeden z naszych garnizonów w południowym Haradzie został zniszczony – padło ufortyfikowane miasto, uważasz – a ocaleli niedobitkowie mówili o ciężkich maszynach oblężniczych, które przysłał Mordor i które rozbiły mury miejskie, torując drogę Haradrimom. Ale nie to jest największym problemem, takie niepokoje zdarzały się już w prze-szłości. My też podsycamy bunty wśród popleczników Saurona – a dozbrajamy naszych aliantów.
- A co was niepokoi najbardziej?

Elatan pochylił się ku rozmówcy z szyderczym grymasem na ustach
- Pengolodzie, to co ci teraz powiem stanowi wiedzę poufną, którą oficjalnie wyszydzamy i dementujemy. A jeśli okaże się, że wyjawiłem ją – to żeby nie mieć kłopotów wyprę się wszystkiego. Ujmę to tak: „ekstremalna stabilność i efektywność reżimów promordorskich w kluczowych strefach konfliktów międzycywilizacyjnych”. Zdziwiony? Cytuję naszych ekspertów z Armenelos, oni zawsze skonstruują jakąś dziwaczną nazwę dla prostego zjawiska. A rzecz wygląda następująco: w Haradzie, Khandzie, daleko na wschodzie za Rhun i w innych ważnych krajach od dłuższego czasu rządzą przywódcy przychylni Mordorowi – a wrodzy nam. Co więcej, ich władza wydaje się krzepnąć i rozszerzać: w miejsce jakichś nielicznych klanów, koczowniczych szczepów – powstają silne państwa z ufortyfikowanymi stolicami, stałymi armiami, warsztatami zbrojeniowymi. I co najważniejsze – ich władcy wydają się nie-zwykle długowieczni. Gdy zaczęliśmy badać tą sprawę, to w pewnym momencie musieliśmy powołać kilka niezależnych grup analitycznych. Wszystkie badały doniesienia naszych szpie-gów, kupców, podróżników, dawne raporty z różnych źródeł. I wszystkie doszły do podobnego wniosku - że ci przywódcy żyją i rządzą już od stuleci. Rozumiesz? Od stuleci – jakby byli potomkami Elrosa, czy wręcz dłużej.
- Stuleci?
- Nie przesłyszałeś się, Pengolodzie. Jeśli mówimy o jakimś „Khamulu” z dalekiego wschodu, hen zza morza Rhun, o którym niemal nic nie wiemy, a który rzekomo panuje od trzystu lat, to możemy przyjąć jakąś pomyłkę. Być może „Khamul” to nazwa stanowiska… w końcu Numenorem od ponad dwóch tysięcy lat rządzi „król”; a może jedno imię przechodzi z ojca na syna przez kilka pokoleń? Ale jeśli niedaleko granic naszych posiadłości jakiś ambitny watażka, bodajże Uvatha, zaczyna jednoczyć Khandyjczyków i robi to ewidentnie przy wsparciu Mordoru, a szpiedzy, posłowie i dziesiątki przypadkowych świadków potwierdzają, że zaczął rzą-dy jeszcze w czasach Kiryatana, a nadal żyje, rządzi i rośnie w siłę… to musimy przyjąć wpływ jakiejś potężnej czarnej magii!
- Elatanie, sam sobie odpowiedziałeś, a wasi mędrcy też pewnie rozważają taką hipotezę: nienaturalnie długie rządy promordorskich władców, w krajach, na których Mordorowi zależy - to musi być magia Mordorczyka. Wiecie, że włada on potężną mocą, wcale nie jest powiedziane, że owym władcom tylko przedłuża życie – może uczy ich też jakiejś magii? Ale musicie myśleć też o dalszej przyszłości: jeśli wokół Mordoru powstaje sieć sprzymierzonych z nim państw, z miastami, twierdzami i zbrojowniami – to was i nas też czeka poważne zagrożenie. Pół tysiąca lat temu Mordor walczył tylko własnymi siłami; ludzkich sojuszników miał nielicznych i prymitywnych. W kolejnej wojnie przeciwko nam posłuży się zasobami potężnych ludzkich mocarstw, które w tej chwili właśnie tworzy wokół siebie…
- Zasugeruję taką możliwość Ankalimonowi na najbliższej Radzie Berła. Nie wspomniałem ci – ostatnio naradzamy się, co zrobić z Akhorahilem z Hyarn. On przysparza nam więcej kłopotów niż Mordor, Khand i Harad razem wzięte…
- Akhorahil? O ile pamiętam jego ojciec miał założyć waszą kolonię daleko na południu Śródziemia?
- Tak, już ponad trzysta lat jak założył, niedługo później zmarł, a Akhorahil przejął po nim władzę. Pod jego rządami Hyarn urósł w siłę, a teraz prowadzi własne wojny i nazbyt się usamodzielnia. Wciąż tytułuje się naszym namiestnikiem, przesyła daninę i przyjmuje posłańców – ale wiemy, że prowadzi niemal suwerenną politykę. Boimy się, czy on z kolei nie wejdzie w sojusz z Sauronem, aby balansować pomiędzy nim a nami…
- Elatanie, jeśli ów Akhorahil poczyna sobie tak pewnie – to jego i Mordor już może łączyć jakiś ciemny pakt. Czy wy, Numenorejczycy, planujecie wyjaśnić tą sprawę?
- Niedługo, tuż po Erukyereme wypływa do Umbaru nasz okręt, z misją wywiadowczą w tej właśnie sprawie. Nie pytaj o więcej Pengolodzie, powtarzam – są tacy, którzy uważają cię za szpiega…
- Elatanie, nie jestem szpiegiem… ale wiem nieco na temat zagrożeń, które na was czekają. Jestem waszym sojusznikiem, twoim przyjacielem – czy mi ufasz?
- Inaczej nie rozmawialibyśmy…
- Czy możesz zaokrętować na ten statek Saerosa z Eressei? Powtarzam – wy coś wiecie i ja coś wiem. Możemy sobie pomóc…
Elatan powstał, odstawił pucharek.
- Pengolodzie, wykluczone! Ten rejs jest sekretem państwa! W ogóle nie powinieneś o nim wiedzieć!
- Elatanie, to bardzo ważne! – Pengolod również podniósł głos. – W Śródziemiu pojawia się zła, przewrotna magia! Mówię ci tyle, ile mogę, ale to rzecz ważna dla losów świata! Pomóż mi wysłać Saerosa do Umbaru najszybciej, jak to możliwe!
- Żądasz zbyt wiele, Pengolodzie! Niech twój gość, jeśli pragnie dotrzeć do Umbaru, płynie zwykłym okrętem rejsowym!

Pengolod powstał, spojrzał w oczy rozmówcy. Nagle jego źrenice błysnęły, gdy głębokim, donośnym głosem rzekł:
- Elbereth Gilthoniel, wysłuchaj mnie! Stoimy wobec zła, które ponownie chce opanować całe Śródziemie. Tylko działając wspólnie elfy i ludzie mogą mu się przeciwstawić!

Elatan zastygł w pół gestu. - …Tylko działając wspólnie elfy i ludzie mogą mu się przeciwstawić… – powtórzył jak echo, nieswoim głosem.
- Elatanie, pomożesz Saerosowi z Eressei dotrzeć jak najszybciej do Umbaru!
- …pomogę Saerosowi z Eressei dotrzeć jak najszybciej do Umbaru…

Blask w oczach Pengoloda przygasł. Elatan drgnął, rozejrzał się po komnacie, jakby widział ją po raz pierwszy. Ujrzał stojącego w progu Saerosa.
- Nie zaokrętuję cię na wojskowy okręt, bo wzbudziłbym tym podejrzliwość Kiryatura, który nie lubi elfów. Ale my, książęta Andunie, mamy własną flotę, która handluje ze Śródziemiem. Popłyniesz jednym z moich statków, w Umbarze znajdziesz się niemal równocześnie z okrętem Kiryatura… - zwracając się do Pengoloda spytał - Co ty mi uczyniłeś?

Pengolod skulił się. Znów był raczej drobnej postury, zatroskanym elfem.
- Potomku Elrosa, użyłem ostatecznego środka, aby przekonać cię, że mówię prawdę. Zakląłem cię w imieniu Pani Gwiazd, a takiego wezwania nawet Mędrzec wśród elfów nie może bezkarnie nadużyć. Błagam, nie pytaj o zakres mojej wiedzy… ani o jej źródło. Nie mogę ci ich zdradzić, a nie wolno mi kłamać.

Elatan spojrzał pochmurnie na rozmówcę.
- Spełnię twoją prośbę, Mędrcze, zabiorę ze sobą Saerosa. Ale nie oczekuj więcej moich wizyt w tych progach. Mój syn też tu po Erukyerme nie wróci. Nadużyłeś mojego zaufania.

Sztywno odwrócił się i skierował do wyjścia, nakładając płaszcz, gdyż wciąż kropił deszcz. Pengolod nie zatrzymywał go, patrzył smętnie na Saerosa.
- To druga osoba w państwie i do tej chwili mój serdeczny przyjaciel. Doceń to, Saerosie i wypełnij skutecznie swoją misję w Śródziemiu. I spakuj się, szybko!
Saeros zawahał się. Pociągnął Pengoloda na stronę.
- Użyłeś wobec tego człowieka Słów Rozkazu? Tak mamy bronić dobra?
Pengolod zgarbił się, skurczył, jakby nagle osłabł.
- Byliśmy przyjaciółmi, nie zamierzałem go skrzywdzić… ale nie widziałem innego wyjścia. Musimy wiedzieć, co Numenorejczycy robią w bliskości Mordoru. Mówiłem ci o przepowiedni – oni też trafili na informacje, które ją potwierdzają. Szukają na oślep, jak słyszałeś niepokoją się głównie poczynaniami własnego rodaka - zbuntowanego arystokraty. Nie mogę im wiele zdradzić, sam wiem tylko absolutne minimum. Ale do pewnego punktu nasze i Numenorej-czyków cele są zbieżne. A ty na miejscu dowiesz się, czy aktywność Mordorczyka i owi nie-naturalnie żywotni ludzcy królowie – są ze sobą powiązani. Pakuj się, Saerosie, czeka cię długa droga! Przy sprzyjających wiatrach będziesz w Umbarze już za dwa miesiące!
- Nasz cel nie uświęca takich metod. Dotarłbym do owego Umbaru w inny sposób…
- Wiem, że takich eksperymentów podejmować nie wolno – cóż byłoby prostszego niż iść do Ankalimona i wbić mu w mózg: „Kochasz Valarów, elfy i co tydzień będziesz pielgrzymował na Meneltarmę”. Już dwieście lat temu można było tak potraktować Atanamira, ale Możni tego zakazują, i słusznie. Mam wykonać zadanie - wyjaśnić sprawę „długowiecznych” – i używam takich metod jakie znam. I klnę się na Valarów, wiem że ryzykuję – pokutę zadam sobie sam. A teraz zbieraj się!
Saeros odbiegł do swojego pokoju. Pengolod zatrzymał go.
- Saerosie, cieszy mnie twoja przemiana – bo twoja misja w Śródziemiu to pokuta. W Doriath szydziłeś z ludzi, a później chciałeś zabić Turina. Teraz troszczysz się o człowieka, którego widzisz pierwszy raz… W Śródziemiu pomożesz unieszkodliwić autentyczne zło… Po to wracasz z hal Mandosa… Jak Glorfindel przed pół tysiącem lat.

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
Aragorn7
Przyjaciel Elfów


Dołączył(a): 07 Lut 2012
Wpisy: 669



Wysłany: 23-04-2018 11:46    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Muszę powiedzieć, że nie czytałem wcześniej - czekałem na kilka odcinków i w weekend przeczytałem całość , te 4 części.
Czyta się naprawdę dobrze, napisane fajnym językiem i z fajnymi pomysłami.
Czekam na ciąg dalszy Jestem za
Oczywiście, każdy może mieć nieco lub nawet całkiem inną wizję tego jak rozwijały się podróże do Śródziemia , rozwijał handel a jednocześnie jakie zmiany zachodziły w Śródziemiu - patrz Tal-Elmar.

Kilka moich wrażeń:
Turek napisał(a) (zobacz wpis):

I tak postanowiłem posłużyć się Pengolodem - elfim mędrcem, który żył w Eregionie, a podczas wojny z Sauronem ok. 1700 r. DE ewakuował się z Szarych Przystani. Założyłem, że zanim dotarł do Amanu - na dłużej (stulecia) zatrzymał się w Numenorze, gdzie nauczał chętnych, a później wspierał stronnictwo Wiernych.

Z tego co wiem, to Pengolod nie udał się do Amanu, a przynajmniej nie od razu, tylko pożeglował na Tol Eressëa, gdzie był co najmniej do czasu pojawienia się tam AElwine'a czyli ok 900 A.D. , tamże powstaje Dangweth Pengolod.

- dlaczego mowa tylko o 6 ? Była ich pełna dziewiątka.

- zamiast Saerosa wybrałbym jednak innego Elfa, przede wszystkim z racji zasług, który dostąpiłby zaszczytu powtórnego wcielenia.

I główne pytanie: - czy postaci Dunedainów występujące w opowieści są tożsame z historycznymi? Bo jeśli taki był zamiar to nie jest to możliwe - Elatan żył w zupełnie innym okresie, podobnie Vëantur i Ciryatur itd.
Powrót do góry
 
 
Turek
Mieszkaniec Shire


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 24



Wysłany: 24-04-2018 21:52    Temat wpisu: Pojawienie się Nazguli -2251 rok Drugiej Ery Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Aragornowi7 pięknie dziękuję za przychylne słowo!

Ciąg dalszy będzie, ale musiałem na kilka dni przystopować.

Pengolod pasował mi jako intelektualista-obserwator. Ciekawy świata, a zarazem skłonny dzielić się własną wiedzą. Byłby z niego idealny uczestnik Poselstwa Valarów, które miało zawrócić Tar-Atanamira ze złej drogi. Poselstwo odeszło, Glorfindel ruszył na wojnę do Śródziemia, a Pengood mógłby starać się nawracać Numenorejczyków...

Dlaczego tylko sześć Pierścieni? Bo sądzę, że w 2251 r. trzy pierścienie Numenorejczyków jeszcze się nie ujawniły. Skoro oni i tak dożywali 400 lat, a zapewne dostali swoje klejnoty najpóźniej. 300-letni Haradrim musił budzić szok, a dla Numenorejczyka (zwłaszcza potomka Elrosa) nie był to wiek "nienaturalny".

Saerosa wybrałem "dla pokuty": pyszny, arogancki elf, który dręczył innych z głupoty (ale nie był jednak takim łajdakiem jak np. Maeglin) po ponad 2 tysiącach lat u Mandosa mógłby dostać szansę poprawy.

Imiona postaci... tutaj miałem problem. Nie czuję się władny kreować nowych imion w legendarium Tolkiena, za słabo znam zasady tworzonych przez Tolkiena języków (i ich ewolucji). Posłużyłem się więc analogiami: w świecie Tolkiena imiona mogły się powtarzać (Aragorn, Boromir, Denethor). Elatana opisałem jako "młodszego" (drugiego tego imienia księcia Andunie), podobnie Veantura i Kiryatura. "Tellemaite" to był przydomek, nie znalazłem oryginalnego imienia tego władcy, a skoro zapamiętano go głownie jako wielbiciela mitrylu - to inne jego cechy musiały iść w parze z tą zachłannością. "Oryginalny" Henderch był towarzyszem podróży Aldariona z "Żony Marynarza".

Generalnie w tym fanfiku staram się znaleźć odpowiedź: dlaczego Nazgule zostały nazwane "Upiorami Pierścienia". Kto był w stanie powiązać pierścienie zabrane Kelebrimborowi w 1693 r. z rozrzuconymi po całym Śródziemiu "nieśmiertelnymi" despotami. Elfy znały moc pierścieni, ale nie wiedziały, co Sauron z nimi zrobił. Same Nazgule też mogły nie wiedzieć, skąd Sauron wziął klejnoty, które im dał (tym trudniej było im wiedzieć o sobie nawzajem, i że jest ich 9). Z kolei Numenorejczycy nie wiedzieli o Pierścieniach - ale krążyli po całym Śródziemiu i mogli zbierać informacje o zbyt silnych i długowiecznych władcach. I wreszcie - co oznacza ta konkretna data 2251 u Tolkiena? Skojarzono jednego Nazgula? Wszystkich?

Wyszedłem z założenia, że ktoś musiał już na początku wiedzieć mniej więcej czego (kogo) szuka. I tak sięgnąłem po Pengoloda...
Pozdrawiam!

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
Turek
Mieszkaniec Shire


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 24



Wysłany: 25-04-2018 21:00    Temat wpisu: Pojawienie się Nazguli -2251 rok Drugiej Ery -V część Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

V (25 kwietnia 2251, pogranicze Mordoru i Khandu)

- Postój!
Powoli sunąca kolumna krasnoludów wkraczała w cień zagajnika drzew – cień coraz dłuższy, w miarę jak słońce kłoniło się ku zachodowi. Karne szeregi pękały, poszczególne grupy zaczęły szukać sobie miejsca pod namioty. Jako ostatnie pomiędzy drzewa weszły solidnie objuczone kuce, których cały rząd zamykał pochód. Za wędrowcami pozostała ściana gór, z których przełęczy zeszli poprzedniego dnia – przed nimi otwierał się bezkresny, stepowy płaskowyż, na którym zagajnik, w którym mieli przenocować, wyglądał jak wysepka-oaza. W oazie czekał odpoczynek, cień, studnia z chłodną wodą i nocleg, a jutro - kolejny odcinek marszu przez step. Daleko na północy wiosna przynosiła zielone łąki i drzewa. Ale tu, w tym dziwnym, spieczonym kraju na południe od granicy Mordoru – słońce w ciągu dnia stało tak wysoko, że prażyło krasnoludy niemiłosiernie. Na szczęście nadchodził wieczór…

Grain, wraz z synami Ibunem i Gwalinem, znalazł miejsce pod cedrem, niedaleko studni. Zrzucić plecaki, rozprostować ramiona, wyrównać oddech… teraz młodzi niech coś przekąszą i rozstawią namiot, a Grain podszedł naradzić się ze starszyzną. W centrum powsta-jącego obozowiska, w otoczeniu innych starszych krasnoludów stał Trybal – dowódca wyprawy.

- Chyba odpoczniemy tu kilka dni? Podobno ten Khand ciągnie się ze dwa tygodnie marszu piechotą na południe i wszędzie takie pustkowia – mruknął do podchodzącego Graina rudowłosy Khim.
- Warto przejrzeć ekwipunek, zanim wejdziemy na te stepy – rzucił oglądając swój oskard Dori (a może Bori? Grain nigdy ich nie rozróżniał).

Poprzedniego dnia wyszli z gór południowego Mordoru i znaleźli się na zachodnim skraju płaskowyżu Khandu. Idąc na południe mieli przejść przez Khand (Grain nie wiedział, czy dwa tygodnie, o których mówił Khim są dobrym wyliczeniem) i dotrzeć do gęstych, południowych lasów, „dżungli” jak nazywali je przewodnicy. Przejście przez te lasy miało trwać kolejne kilka tygodni – i trzeba było liczyć się z tym, że część spośród pięciuset nienawykłych do takiego klimatu brodaczy pozostanie tam już na zawsze, od chorób, ukąszeń i bagien. Na razie uniknęli strat – ale przecież szli przez kraj sojuszniczy, prowadzili ich miejscowi przewodnicy, a na popasach czekał prowiant. Gdy opuszczali Mordor, wchodząc w góry, zapowiedziano im, że pierwszy odcinek marszu zabezpieczy sojusznik Saurona – Khandyjczyk Uvatha, ich celem jest wsparcie innego alianta Mordoru – księcia Akhorahila, panującego na dalekim południu, a najbardziej niebezpiecznym odcinkiem przemarszu będzie właśnie rozdzielająca posiadłości obu władców – dżungla.

Klan, do którego należał Grain z synami, współpracował z Mordorczykiem od dawna. Nie oni pierwsi zresztą - Sauron cenił krasnoludów, którzy już tysiąc lat wcześniej pomagali mu budować Barad-Dur. Chociaż władca Mordoru miał na swoje usługi nieprzeliczone mrowie orków i licznych ludzi – mało było wśród nich mistrzów rzemiosł, którzy potrafiliby za-planować, a następnie pokierować budową gigantycznej twierdzy. Dobrze więc krasnoludom płacił, potrafił też odizolować ich od orków, aby te dwie rasy nie konfliktowały się. Podział zadań był oczywisty: eksperci piszą dokumenty, robole ryją fundamenty…

Współpraca urwała się pięć wieków temu, gdy armie Saurona, podczas wojny w Eregionie starły się z krasnoludami z Khazad-Dum, a następnie próbowały zablokować tą twierdzę. Krasnoludzkie rody w całym Śródziemiu uznały to za świętokradztwo – nic nie usprawiedliwiało w ich oczach ataku na nieformalną stolicę całego plemienia, siedzibę kolejnego władcy krasnoludów z rodu Durina. Dlatego kiedy niedługo po wojnie Sauron zaczął ponownie zapraszać do swego państwa krasnoludzkich rzemieślników, aby pomogli mu w budowie fortyfikacji wokół Mordoru – mógł liczyć tylko na renegatów, opryszków i awanturników, zwłaszcza ze wschodu, o bardzo skromnych kwalifikacjach. Grain, który narobił sobie wrogów w Gundabadzie i musiał w końcu wraz z synami opuścić ojcowiznę, mimo iż był mistrzem snycerstwa – na pewno wypróbowałby swój topór na każdym, kto nazwałby go awanturnikiem. Ale on też dołączył do tej zbieraniny, tak jak Khim wypędzony z Umbaru za fałszowanie monet, jak bliźniacy Dori i Bori, którzy próbowali zbójować w Górach Białych, jak tylu innych…

Akcja werbunkowa Mordorczyka wśród krasnoludów nasiliła się – płacił hojnie, i to nie tylko złotem… Rozeszły się pogłoski, że w jego służbie można uzyskać rozmaite tajemnice rzemieślnicze, a najbardziej zaufani otrzymują „klejnoty szczęścia”. I tak grupa wędrownych krasnoludów, do której przystał Grain z juniorami, Khim, Dori, Bori i różni inni, szukając zajęcia - trafiła w końcu do krainy Mordor, którą cień spowija… i której władca w trybie pilnym musiał ufortyfikować swoje granice, po przegranej wojnie z „Zamorskimi” – jak krasnoludy nazwały Numenorejczyków.

Przywódcą krasnoludów służących Sauronowi był niejaki Kraud – krążyły pogłoski, że otrzymał on od władcy Mordoru – na specjalnej, zamkniętej audiencji – jeden z owych „klejnotów szczęścia”. Grain z synami i w dość licznej kompanii budował umocnienia, szańce, opłacany był dobrze… ale po kilku latach dostali „ofertę nie do odrzucenia”: wolni rzemieślnicy mieli się dożywotnio związać kontraktem na służbę w Barad-Dur. Tymczasem krasnoludy po zakończeniu prac chciały ruszyć dalej i szukać nowych zleceń, bezterminowy kontrakt z jakimś klientem uznawały za jarzmo. Honor nakazywał im samodzielny wybór pracodawców: dziś Mordor, jutro Umbar, pojutrze może Gundabad lub powrót do Morii? Taka była też opinia Graina i jego synów, ani obietnice Krauda, ani zawoalowane pogróżki namiestnika Barad-Dur… jakże mu tam… Murazora? nie zmieniły postawy krasnoludów. Mordorczyk ze swojej strony zapowiedział, że chęć opuszczenia jego kraju przez ekspertów wtajemniczonych w program obronny, uzna za nielojalność - szpiegostwo i adekwatnie zareaguje…

Zaczęły się swary, ale wkrótce pojawiło się rozwiązanie: władca Mordoru postanowił zadośćuczynić prośbie swojego sojusznika z południa - Akhorahila, który potrzebował saperów i inżynierów do swojej armii – i wysłać mu zastęp pięciuset bitnych krasnoludów. Dla wszystkich niezadowolonych z sytuacji pojawiła się nowa okazja: wyprawa na południe, na wojaczkę i po łupy. Na czele hufca stanął Trybal, brat Krauda.

Słońce zachodziło. Khandyjscy przewodnicy naradzali się wraz ze starszyzną krasno-ludzkich klanów. Grain podchodząc usłyszał rozkazujący głos Trybala:
-…czekać, aż się do nas przyłączą. Zwiadowcy mówili, że są już niedaleko, mają konie, nie spowolnią nas. Razem łatwiej przekroczymy tą… dżunglę.
- Na kogo będziemy czekać? - spytał Grain stojącego najbliżej Khima.
- Na khandyjską konnicę. Mieli już tu być, ale to my przybyliśmy pierwsi. Dalej pójdziemy razem.
- To będzie chyba duża wyprawa. Na miejscu też przecież czekać będą na nas wojska owego Akhorahila. Jeśli nasza pięćsetka ma tylko obsługiwać machiny oblężnicze, to jak wielka musi być cała jego armia?
- No i najpierw te machiny pobudujemy… ciekawość, z kim będzie wojaczka? Z Zamorskimi?
- …Khandyjczycy zbudowali bity gościniec, biegnący prosto na południe, aż w głąb tej… dżungli! Łatwo nim pomaszerujemy i łatwo też zapracujemy na żołd! W Hyarn nawet góry są ze złota! A w korytach rzek leżą drogie kamienie wielkie jak pięści! – znowu rozległ się głos Trybala.
- Gościniec owszem, niezgorszy… - odezwał się Bori (czy może Dori), gdy obaj bliźniacy podeszli do stojących. – Ale o Khandyjczykach słyszę po raz pierwszy… Myślałem, że na południe od Mordoru żyją tylko dzikusy…
- Tak było jeszcze dwieście, czy chyba nawet sto lat temu. – Grain nie pominął okazji, by popisać się erudycją. - Dawno temu, jak Mordorczyk szykował wojnę w Eriadorze, rekrutował tu żołnierzy. I zobaczył, że w walce są dobrzy, zajadli, honorni - ale brakuje im dyscypliny, dowodzenia… Znalazł jakiegoś miejscowego wodza, pomógł mu zjednoczyć inne klany, a w końcu założyć duże państwo, z miastami, twierdzami, drogami, stałą armią…
- …A teraz jego prawnuk organizuje nam swobodny przemarsz - domyślił się drugi z bliźniaków.
- No chyba tak… - zgodził się Grain. W Barad-Dur słyszał co innego: że Uvatha, rządzący obecnie Khandem, to ten sam inteligentny i ambitny watażka, który dzięki mocy Saurona już trzysta lat temu zaczął jednoczyć żyjące w tym kraju plemiona… a jego rozrodzone potomstwo różnych generacji, po tym jak kilku synów, wnuków i prawnuków zostało skazanych za nieudane spiski – przestało liczyć na sukcesję i pogodziło się z rolą podwładnych i urzędników na dworze „wiecznotrwałego” i „wszechwiedzącego” króla.
- Mówię wam – po całym dniu marszu Khim widocznie potrzebował się wygadać – że Mordorczyk, do spółki z Akhorahilem spróbuje przeciąć „czwórskok” Zamorskich. Duża armia, mająca ciężki sprzęt, może tego spróbować.
- Będziemy niszczyć ich morskie okręty? Nie pozwolimy Zamorskim wpływać do portów na południu?
- Kiedy mieszkałem w Umbarze, setki razy słyszałem, że „czwórskok” jest dla Zamorskich najważniejszym szlakiem. Daleko na południu, tam gdzie teraz idziemy, za dżunglą, Zamorskie zbudowały wielkie miasto… Harn, czy Hyarn, stolicę owego Akhorahila. Tam handlują niewolnikami – ludźmi, co mają czarną skórę i są podobni do zwierząt. Zamorskie przypływają z dalekiej wyspy, na zachodzie, przywożą miejscowym błyskotki, w zamian za przyprawy i pachnidła, które czarnym na nic nie potrzebne, a na całym świecie – warte są krocie. Ale to nie wszystko – są czarni, którzy w zamian za żelazną broń i narzędzia sprzedają Zamorskim także brańców spośród swoich pobratymców.
- Jakże to? - zdziwił się Grain. – Ludzie sprzedają innych ludziów jak bydło? Nigdy w naszych plemionach niczego podobnego nie było! Elfy też nigdy swoimi pobratymcami nie handlowały! Te ludzie to jednak plugawce!
- Czarni walczą pomiędzy sobą, plemię z plemieniem, walczyli chyba od zawsze - kontynuował nie speszony Khim. - Więc kiedy przybyły tam statki Zamorskich, to okazało się, że czarni mają na sprzedaż dużo tanich a silnych niewolników. Zamorskie znajdywały sobie sojuszników: czarnym znad morza sprzedawali szable i topory, a ci tłukli swoich pobratymców w głębi lądu, którzy nie znają żelaza… Inne łupy brali dla siebie, a nadmiar niewolników – dla Zamorskich…
- I po co Zamorskim tylu niewolników? – tym razem bliźniaki spytały chórem – Biorą ich na tą swoją wyspę na zachodnim oceanie?
- No po co? – zaśmiał się Khim – One ich tam nie potrzebują, ale Zamorskie chytre są, nie bójcie się! Mówiłem, że to „czwórskok”: pierwszy skok - z wyspy Zamorskich do Hyarn po niewolników. Drugi skok – z niewolnikami na statkach do Umbaru. Można ich sprzedać bliżej, w Haradzie, ale to zysk niewielki. One tam na tych statkach istne piekło mają, mówili kupcy, że jak z głodu, chorób i ciasnoty mniej niż co czwarty im w podróży padnie – to rejs liczą za udany. W Umbarze Zamorskie plantacje założyli, kopalnie, manufaktury – no i fortyfikacje coraz większe wokół miasta budują. Każdy niewolnik się przyda, a harują ciężej niż orki u Mordorczyka, sam widziałem, gorzej niż bydło robocze! Trzeci skok – z pustymi ładowniami, ale z sakiewką pełną złota z Umbaru dalej na północ: do Dol Amroth, albo do Lond Daer u ujścia Gwathlo, pewnie u ujścia Anduiny też jakiś port niedługo zbudują… tam na północy drewno, skóry i tkaniny kupują, od naszych z Khazad-Dum kruszec jakiś czasem… A czwarty skok – to powrót z towarami na ich wyspę.
- Mądre… - zamyślił się Grain – I myślisz, że my będziemy te ich porty zdobywać? Bo przecież ten Akhorahil w Hyarn, do którego idziemy, to przecież też Zamorski, ponoć jakiś ich książę… To on chce ze swoimi rodakami walczyć, a Mordorczyk wysyła nas jemu na pomoc?
- Mordorczyk nienawidzi Zamorskich jak ostatniej zarazy. To one, powiadają, klęskę mu zadały dawno temu, kiedy już prawie wszystkie kraje do zachodniego morza podbił. Jeśli chce z nimi teraz walczyć, to musi zdobywać ich porty i niszczyć handel. Ale on też chytry – i tam gdzie nie przeskoczy, to podpełznie. Słyszałem, że są tacy z Zamorskich, i to podobno możni, którzy przeszli do niego na służbę… Tak mówią o owym Akhorahilu… A ten Murazor, co zarządza Barad-dur, to też ponoć jakiś książę czy królewicz Zamorskich, który do Mordorczyka przystał…

Khim nie dokończył zdania, bo z koron drzew, gdzie usadowiono obserwatorów dobiegły okrzyki. Khandyjczycy pokazywali dłońmi na wschód, gdzie daleko na horyzoncie pojawił się maleńki obłoczek pyłu.

- Jadą. Na noc tu będą.

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
M.L.
Uprzedzony, ujadający krzykacz / Administrator


Dołączył(a): 27 Cze 2002
Wpisy: 5804
Skąd: Mafiogród


Wysłany: 26-04-2018 21:48    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Pomysł jest całkiem fajny, niektóre wybory dotyczące postaci i ich imion dyskusyjne, ale akceptowalne. Warto jednak wysilić się i wymyślić własne imiona, a przynajmniej sięgnąć do tych w puli, które są rzadziej używane. Sama akcja i narracja, jest OK. ale język (w stylu biomasy) zbyt nowoczesny, jak na tego typu opowieść.
_________________
ēl sīla lūmena vomentienguo wieeeeeeeeeelgachny uśmiech
---------------------------------------
For the grace, for the might of our Lord
For the home of the holy
For the faith, for the way of the sword
Powrót do góry
 
 
Turek
Mieszkaniec Shire


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 24



Wysłany: 29-04-2018 14:24    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

M.L. napisał(a) (zobacz wpis):
Pomysł jest całkiem fajny, niektóre wybory dotyczące postaci i ich imion dyskusyjne, ale akceptowalne. Warto jednak wysilić się i wymyślić własne imiona, a przynajmniej sięgnąć do tych w puli, które są rzadziej używane. Sama akcja i narracja, jest OK. ale język (w stylu biomasy) zbyt nowoczesny, jak na tego typu opowieść.


M.L. Dziękuję za komentarz!
"Biomasą" chciałem zaakcentować pogardę i poczucie wyższości ówczesnych Numenorejczyków (Ludzi Króla) dla mieszkańców Śródziemia. Zwłaszcza dla tych najsłabiej rozwiniętych i nie potrafiących się bronić, masowo obracanych w niewolników - ku chwale numenorejskiej gospodarki. Jedyną alternatywą jaka przyszła mi do głowy było włożenie w usta numenorejskich arystokratów mówiących o niewolnikach słowa "podludzie". Zarazem taka "dehumanizacja" podbijanych ludów zwalniałaby od skrupułów - kogóż obchodzi utrata ładunku "biomasy"?
Pozdrawiam

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
Turek
Mieszkaniec Shire


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 24



Wysłany: 29-04-2018 14:45    Temat wpisu: Pojawienie się Nazguli -2251 rok Drugiej Ery -VI część Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

VI (10 maja 2251, Wielki Zielony Las, niedaleko Lorien)

- …Inaczej my wszystkie pomarłyby na tych pustkowiach.
Galadriela słuchała w milczeniu. Jej rozmówca, rosły, ale wymizerowany i zmęczony elf imieniem Ingvaal przerwał opowieść, popijając wino. Oropher, jako wzorowy gospodarz spotkania, klasnął w dłonie – szczupła, drobna elfka podała drewnianą tacę z pieczywem, mięsem i owocami, postawiła nowy bukłak wina, ukłoniła się i wyszła z komnaty.

Pod koniec kwietnia Oropher, władca elfów żyjących w Wielkim, Zielonym Lesie, przesłał do Lorien dziwną wieść. Do granic jego kraju z północnego wschodu przybyła gromadka – również elfich – zabiedzonych wędrowców. Mniej niż pół setki wymizerowanych Avarich przywędrowało gdzieś zza Samotnej Góry, ale ciągnące się za nią nieurodzajne łańcuchy chłodnych wzgórz prawdopodobnie nie były ich ojczyzną. Niepodobni do żadnego z żyjących na zachodzie Śródziemia elfich plemion, kaleczący ich język i wtrącający rozmaite archaizmy, ich ekwipunek był lichy, stroje przypominały łachmany, niemal nie posiadali broni ani solidnych narzędzi. Tajemnicą było z jak daleka szli i z jakimi przeciwnościami musieli się zmagać. Na szczęście wiosna była ciepła i słoneczna, ale ich wędrówka musiała zacząć się jeszcze długo przed zimą. Gdy na skraju Wielkiego Zielonego Lasu spotkali straże Orophera – nawiązali z nimi ostrożny i pełen nieufności kontakt. Powoli, ofiarowując im żywność i odzienie, opatrując ich liczne rany, słudzy leśnego króla pozyskali ich zaufanie. Bariera językowa była odczuwalna, ale można się było z nimi porozumieć – natomiast przybysze wyraźnie nie chcieli zwierzać się ze swojej historii. Wiele natomiast mówiły ślady starych blizn na ich ciałach – i wypalone na ich nadgarstkach znamiona…

Biała Rada, zaalarmowana przez Pengoloda, już od kilku miesięcy zbierała strzępy informacji o grożącym Śródziemiu niebezpieczeństwie. Elrond ponownie przeczesywał ruiny Ost-in-Edhil, szukając śladów mogących poprzeć lub zanegować hipotezę Glorfindela. Sam Glorfindel, pod pseudonimem Gildora, udał się do Tharbadu, później nad morze – planował na jakimś numenorejskim statku jak najszybciej dotrzeć do Umbaru. Kirdan z Szarej Przystani zbierał relacje nielicznych ocalonych z wojny elfów, którzy pamiętali Wielki Projekt Kelebrimbora i mogli cokolwiek powiedzieć o naturze wykuwanych przez niego pierścieni. Gil Galad próbował zdobyć jakiekolwiek informacje w drodze dyplomatycznej – pisząc do krasnoludów w Morii i na Żelaznych Wzgórzach, do numenorejskich osadników w Minhiriath – enigmatycznie ostrzegał przed „sztuczkami Saurona” i prosił o informacje, gdyby pojawiły się pogłoski o jakichś nienaturalnych zjawiskach… A Galadriela, po tym jak wezwała do czujności elfów i ludzi w Belfalas – wróciła do Lorien i zbierała informacje z ziem leżących na wschód od Gór Mglistych, gdzie wpływ Nieprzyjaciela mógł już być znaczący…

Wszyscy zdawali sobie sprawę, że ich zadanie przypomina szukanie czarnego kota (sześciu czarnych kotów?) o północy w ciemnym gmachu. Wśród opowieści kupców i podróżników, przybywających ze wschodu, podań i legend rozmaitych plemion – mnóstwo było relacji o cudach i dziwach – inteligentnych smokach, pająkach wielkości niedźwiedzi, ludziach o trzech rękach czy mówiących żabach, zmieniających się po pocałunku w królewny. Ale znaleźć wśród tych plotek i bajęd rzetelne informacje – było trudno. Sześciu (lub więcej) ludzi, żyjących nienaturalnie długo, dzięki złej mocy jaka objęła ich we władanie – trudno było póki co zlokalizować. Związek tych ludzi z klejnotami, które ongi wykuł Kelebrimbor – wydawał się jeszcze trudniejszy do wykazania.

- Być może owi ludzie obdarzeni nieśmiertelnością ujawnią się dopiero za kilkaset lat? Może obecnie po cichu budują swoja potęgę i dopiero na wezwanie Saurona zamanifestują posiadaną moc? A może – jako tajny „eksperyment” Saurona przebywają w Mordorze pod ścisłą strażą i nawet mieszkańcy Barad-Dur nie wiedzą, co ich władca przygotowuje? I czy owa „zła moc dająca długowieczność” ma faktycznie związek z pierścieniami Kelebrimbora? Przecież na dalekich pustkowiach wschodu mogły zachować się jakieś artefakty przeklętego Morgotha? Wszak „Opowieść Adanel” wspominała o darach i przywilejach, jakie Czarny Władca już przed tysiącleciami dawał tym, spośród pierwszych ludzi, którzy najgorliwiej mu służyli… Takie debaty Galadriela toczyła już niejednokrotnie, kontaktując się umysłem z innymi członkami Białej Rady.

Kiedy więc otrzymała wieść od Orophera o elfich wędrowcach z północno-wschodnich krańców Śródziemia – poprosiła o zorganizowanie jej spotkania z ich przywódcą. Oropher przyjął ją w jednym z leśnych pałaców w południowo-zachodnim krańcu swego królestwa, nieodległym od Lorien.

Siedzieli więc we troje: ona i Oropher zadawali pytania, Ingvaal powoli, dobierając słowa, odpowiadał. Co zaskakujące – Galadriela bez większych kłopotów nawiązała kontakt mentalny z Oropherem (był znacznie słabszy i mniej uzdolniony, odpowiadał na jej pytania, ale własne kwestie formułował z trudem), a z przybyszem ze wschodu – nie potrafiła. Widziała jego emocje, ale nie potrafiła przekształcić ich w konkretne myśli czy pojęcia – Ingvaal natomiast w ogóle nie potrafił intencjonalnie przekazywać tą drogą informacji. Używał dziwnie obco brzmiącej mowy – oczywiście była ona zrozumiała, ale wymagało to wysiłku. Na zapytanie skąd przybywają odpowiedział w pierwszym momencie: „My uszli z oboza. My byli w niewoli od dwustu lat, a od roku – wolni i ścigani”.

Ingvaal - zwykły, krzepki, leśny elf - nie był żadnym księciem ani możnym swego plemienia, bo takich już dawno wymordowano. Po prostu kiedy „w obozu” wybuchł bunt, okazał się silnym i przedsiębiorczym jego uczestnikiem, później jednym z liderów, a wreszcie – gdy na zachód tułały się już tylko niedobitki uciekinierów – ostatnim przywódcą. Jego wiedza o czasach „sprzed obozu” była przez to dość skąpa.

- My mieszkali w gęstych lasach, gdzie przez pół roku śnieg i mróz. My nazywali te lasy Dir, ogromne, bez końca. My łowili w rzekach i w morzu na północy ryby, w lasach pobudowali nasze dwory i schronienia. Na północ od nas rozlewa się znaczna zatoka zimnego morza. Mówią, że dawno, dawno, gdy budziły się nasze praojce, Wielki Mroczny Król miał tam siedzibę, która później w wielkiej burzy i trzęsieniu ziemi zapadła w morskie fale…
- Utumno… - szepnęła Galadriela. Pierwsza twierdza Morgotha, Nieprzyjaciela Świata, którego Sauron był jedynie sługą – twierdza zbudowana, gdy świat dopiero powstawał, zanim pojawiły się na nim elfy. Nawet Galadriela nie wiedziała wiele o tych czasach i wydarzeniach.
- …My żyli w przyjaźni z ludziami, które tam mieszkały – one zwały ten kraj nad morzem Urd, a swoich - Urdari… Trzysta lat nazad przybył do nas możny ludź, z owego Urd, z książęcego rodu, ale nie na księcia chowany. My uczyli go wiela elfich sekretów, mądry był i umny. Hoarmurath się zwał, a mówił że wiedzy chce i żeby ludzie w jego kraju nie walczyli wzajem przeciw sobie. Bo Urdari to jedno wielkie plemię było, ale każda wioska i miasteczko miały swoich władców… czy władczynie, bo tam niewiasty ważniejsze od mężów. Gdy do swego kraju wrócił, wielu naszych mu towarzyszyło. Chcieli nauczać, leczyć, handlować…
- To nie było mądre – mruknął Oropher – handlować, pomagać w potrzebie – tak. Ale wychowywać, zdradzać własne sekrety? To musiało się źle skończyć…
- Racja wasza, dostojny panie. Ale nasi starsi nie tak wonczas myśleli. A ten Hoarmurath wiedział czego chce - szybko zebrał swoich ludzi-popleczników, własną siostrę, która wcześniej rządziła, ubił, ogłosił że sam będzie rządzić i zaczął bić inne plemiona swoich pobratymców. Wtedy my już nie chcieli mu pomagać, co nam do walk pomiędzy ludziami? On i bez nas szybko pokonał innych wodzów Urdari i rządził już wszystką tamtą krainą. Jak już wszyscy Urdari mu się poddali, Hoarmurath wysłał do nas posłów, że teraz będzie już pokój, tylko cieszyć się, bawić, a kto chce handlować i podróżować po całym kraju – to wszystkie szlaki otwarte. A lasy po wieczne czasy – dla nas, elfów… - tu Ingvaal skrzywił się szyderczo – Ale armii nie rozwiązał, nawet powiększał oddziały… chociaż już nie musiał z nikim walczyć.

Galadriela, która dyskretnie śledziła myśli Ingvaala, dostrzegła zmianę. To co mówił nie było już zasłyszanym przekazem od starszyzny. Było własnym wspomnieniem mówiącego. Widział te oddziały? Wojował z nimi? Handlował?
- W karawanach z towarami, które wysłał do naszych osad było mnóstwo bystrych oczu i uszu. Nie minęło wiele lat, a Hoarmurath znał już większość naszych kryjówek i siedlisk. Potem wysłał do naszych starszych kolejne poselstwo i przypomniał, że lasy są nasze „po wieczność”, ale tylko on może nam to zagwarantować… a co będzie jak go zabraknie? Tylko jeśli zdradzimy mu nasz, elfi sekret nieśmiertelności, może nas chronić w naszych lasach. Co my mieli jemu odpowiedzieć? My przecież nie znali żadnego sekretu, żeby mu go zdradzić: my nie umieramy po latach – bo my elfy, a ludzie umierają – bo to ludzie. A on chciał nie umierać i rządzić wiecznie swoim krajem.

Galadriela słuchała opowieści coraz uważniej. Uważała się (zasłużenie) za najmądrzejszą elfkę w Śródziemiu, widziała Valinor w dniach jego chwały, uczyła się u Meliany, współzakładała Białą Radę, strzegła jednego z trzech elfich pierścieni mocy… Czymże dla niej było leśne książątko jak Oropher? Czegóż, jeśli nie pokory i szacunku, mogła oczekiwać od młodego Elronda, albo od tego rębajły-balrogobójcy Glorfindela? A ten tu, prostak, który nawet nie słyszał o Beleriandzie, nie wie gdzie zaczyna się Zachodnie Morze (słyszała od Orophera, że przybysze wierzyli, iż zaraz za Górami Mglistymi) – odsłania przed nią wielki, nieznany świat północnego wschodu Śródziemia. Wychował się wśród pomników przeszłości, której sam nie zna… ruiny Utumno… gdzieś niedaleko może leżeć Kuivienen – miejsce narodzin praojców elfów… etapy Wielkiej Wędrówki elfów na zachód…

- Gdy mu to nasi starsi powiedzieli, wpadł w gniew i wysłał na nas swoich zbrojnych – kontynuował Ingvaal. - Ale w lesie my umieli się bronić. Wielu ich padło, a nas nie zmogli. Tak my walczyli lata całe, a nasi zaczęli szydzić, że Hoarmurath, co zaczął wojnę żeby mieć wieczne życie, najpierw umrze na starość, zanim nas pokona.
- Dobrzy wojownicy mogą w lesie bronić się prawie bez końca – z uznaniem wtrącił Oropher – długa zima, śnieg i wilgoć chronią nawet przed ogniem…
- I wtedy wszystko się przemieniło. Hoarmurath zaczął mieć dziwną moc. Mówili, że rządzi pogodą, że czyta w myślach i że widzi to, co ukryte. Jak wcześniej my bili jego żołdaków, że oni lękali się wchodzić w lasy – tak nagle nasi wojownicy zaczęli się lękać, a tamci zajmowali nasze osady jedną po drugiej, zabijali i brali w niewolę. Niektórzy z naszych uszli na pustkowia i nie wiemy co z nimi się stało. Ja wtenczas bardzo młody był. Starszyznę naszą wybili, wszystkich którzy znaczniejsi byli wśród nas - też. Ale nam, młodszym i sprawniejszym, inny był los pisany. Pamiętam, dwieście lat temu będzie, jak nas, elfów z całego Dir w łańcuchach powlekli pod jego stolicę… kamienne miasto już zaczynał sobie stawiać. On przemówił do nas – drwił, że my nie chcieli dać mu nieśmiertelności, a teraz ma ją i tak, i będzie wieki całe patrzył, jak giniemy, robiąc na niego. Potem powypalali nam na rękach piętna niewoli i rozproszyli do różnych miejsc, gdzie my mieli pracować. Hoarmurath w całym swoim kraju budował kamienne fortece i chciał zdobywać inne jeszcze ziemie. I prawdę on rzekł – ciągle żyje, silny i umny, chociaż już trzy wieki minęły i tych ludziów, co go znali dzieckiem, to już prawnuki powymierały. Widać ktoś mu ten sekret nieumierania zdradził. A ja dziesięć lat nazad trafił do dużego obozu, daleko na północy, gdzie metal wydobywali i broń dla jego żołdaków robili. On zaciągał na służbę ludziów i orków i trollów i innych plugawców – Ingvaal skrzywił się, jakby chciał splunąć. - My mieli szczęście, bo oni walczyli na południu, tam potrzebowali zbrojnych i u nas straże były małe.

Galadriela szybko liczyła… trzysta, może więcej lat – to mogło się zgadzać. Zdolny i pozbawiony skrupułów watażka, żądny władzy, własnego imperium, a później nieśmiertelności – mógł być dla Saurona użyteczny. Jaka w istocie była skromna wiedza elfów o świecie! Całe lądy, żyjące na nich od tysiącleci kultury, nawet plemiona pobratymców – a elfi mędrcy nic o nich nie wiedzą. A Sauron się zainteresował… Jak daleko już rozciągnął swoje wpływy?

- Więcej niż rok już, jak my się zbuntowali. Zabili straże, orków i złych ludzi i uszli. Nas uszło prawie pięć tysięcy, cały obóz. Ale Hoarmurath wysłał pogoń. My nie mogli ujść na południe, tam cała jego armia i największe miasta. Na północ – lodowate morze. Szarpali nas i ścigali, więc my szli na zachód, wzdłuż morskiego brzegu. Tam pustkowia, ale my wierzyli, że daleko na zachodzie – morze i tam nie sięga jego władza.

Uchodźcy, jak dalej opowiadał Ingvaal, w istocie wydostali się z państwa Hoarmuratha, ale idąc przez niemal bezludne krainy w ogóle nie wiedzieli, gdzie szukać bezpiecznej drogi. Już zdziesiątkowani przez pościg, głód i chłód, przed nadejściem zimy zaryzykowali i oddalili się od brzegu zamarzającego morza, szukając szlaku na południowy zachód. Szli za „zachodzącym słońcem”, na podstawie niejasnych pogłosek wierząc, że trafią do kraju, gdzie elfy żyją wolne i bezpieczne. Zima zastała ich topniejący zastęp na Żelaznych Wzgórzach. Kilkakroć trafiali na grupy krasnoludów, które nie udzieliły im żadnej materialnej pomocy, ale przynajmniej zapewniły, że opuścili państwo Hoarmuratha i że zmierzają w kierunku, gdzie faktycznie żyją wolne elfy. Z daleka oglądali Samotną Górę, wierząc że to siedziba bogów… I tak dotarli w pobliże Wielkiej Zielonej Puszczy…

- Zamieszkacie w moich granicach, jak długo zechcecie. Dostaniecie żywność i sprzęt, osiedlicie się gdzie wola. Poślę mojego syna, Thranduila, aby sprawdził, czy macie wszystko czego wam potrzeba. Na początku lata zawsze świętujemy – do tego czasu nabierzecie sił i weźmiecie udział w naszych ceremoniach. Jasna Pani – Oropher zwrócił się do Galadrieli – a może i wy, władcy Lorien, dacie się zaprosić na wspólne w tym roku obchody? Wszak nasze kraje graniczą ze sobą?

Galadriela zawahała się. Zaproszenie Orophera mało ją obeszło, ale musiała zadać Ingvaalowi jeszcze jedno, kluczowe pytanie – i nie była pewna, czy może o pierścieniach władzy swobodnie rozmawiać przy tym leśnym elfie. Ale nie musi zdradzać wszystkiego…

- Czy wiecie, skąd ów Hoarmurath zdobył taką moc? I dlaczego tak długo żyje? – spytała, wzmagając jednocześnie obserwację umysłu Ingvaala. Nie bała się kłamstwa, ale zapytany może konfabulować, dopowiadać pewne wątki – bez złej woli, wierząc że jej pomaga… Oropher spojrzał z zainteresowaniem na nią, później na Ingvaala, który faktycznie szczerze mówił, co pamiętał. I nagle Galadriela wyczuła, że król leśnych elfów też próbuje śledzić umysł rozmówcy. Oczywiście był o wiele mniej uzdolniony – ale starał się…
- Dostojna pani – nasi mędrcy nie wiedzieli tego, i nie dowiedzieli się, aż on ich pozabijał. Kiedy my już przegrywali, mądrzy mówili, że jego odwiedził jakiś nieznajomy mag z południa i dał mu taki amulet czy klejnot, że on przywoływał mróz albo odwilż na kraj, jak chciał, ściągał pioruny żeby w nas biły i podpalały nasze osady, wzywał różne duchy i widma, aby nas śledziły. I wszystka nasza mądrość – jak walczyć w lesie, jak się chronić – przestała nam służyć. Kiedy nas już pokonanych spędzili pod jego miasto - przemówił, że posiadł „nadludzką moc” i będzie niepokonany i nieśmiertelny… Ja widział jego sto lat temu, jak my pracowali w jego stolicy, podwyższali mury i umocnienia – i ja raz stał niedaleko, kiedy on przechodził. On był wysoki, barczysty, ale szczupły, siwowłosy, a szedł szybko jak młodzieniec. On miał wiele klejnotów, amuletów na sobie, pierścienie na palcach, nie wiedzieć – magiczne czy nie? Ale jak ja pół wieku temu pracował bardziej na południu, gdzie my budowali kamienny gościniec dla jego żołnierzy – to ze mną pracował ludź od jego pałacu, stajenny skazany za kradzieże – i on mówił, że wszyscy boją się Hoarmuratha, bo on władnie czarną magią, jego własne prawnuki już dawno pomarły, a jemu nic… tylko taki blady, chudy, niesamowicie silny i widzi co inni myślą, a jak zachce, to samym takim zachceniem - zabija… I że jego moc w magicznym pierścieniu, otrzymanym dawno temu z południa…

Oropher lekko drgnął. Galadriela nie chciała dłużej czekać.

- Doszły nas słuchy, że Mordorczyk rozdaje magiczne pierścienie ludziom, których chce pozyskać. To co rzekł Ingvaal może być potwierdzeniem.
- Nie tylko ludziom – krasnoludom też – odparł władca Zielonego Lasu.

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
Turek
Mieszkaniec Shire


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 24



Wysłany: 02-05-2018 23:43    Temat wpisu: Pojawienie się Nazguli -2251 rok Drugiej Ery -VII część Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

VII (1 czerwca 2251, Umbar)

- Elf? Tu, w Umbarze? Rzadki gość! Prosimy, prosimy, Pana Nieśmiertelnego!

Mina odźwiernego, na poły podekscytowana, na poły ironiczna była Glorfindelowi/Gildorowi już znana. Faktycznie elfów w Umbarze niemal się nie widywało. Nawet krasnoludy miały swój kwartał ulic, była dzielnica portowa, eriadorska, haradzka, khandyjska, niewolnicza, staro- i nowoosadnicza, gdzie znajdowała się siedziba władz miasta. I oczywiście Aldarion, czyli stare miasto nazwane na cześć pierwszego numenorejskiego króla-żeglarza, który docenił strategiczne położenie Zatoki Umbar… Całe ogromne miasto rozrastało się wokół potężnej cytadeli, górującej nad portem. Umbar nazywano „perłą w koronie” numenorejskich posiadłości w Śródziemiu – w pełni zasłużenie. Światowa stolica handlu… ale elfów w istocie niemal tu nie było.

Z nasłonecznionej, gorącej uliczki Glorfindel wszedł do zacienionego domostwa, idąc korytarzem ominał wejścia do kilku izb, aż podszedł do drzwi na końcu korytarzyka. Zapukał, po zaproszeniu wszedł do pomieszczenia, w którym przy stole zawalonym papierami siedział wysoki, szczupły, śniady mężczyzna w skórzanym kaftanie. Na widok wchodzącego elfa siedzący podniósł głowę i uśmiechnął się.

- Mości Gildorze, miło cię widzieć. Czy twoi podwładni są już gotowi? Wyruszamy jutro skoro świt.
- Panie Henderchu, przyszedłem spytać, czy termin się nie zmienił? A przy okazji – macie nowego odźwierniego?
- Odźwierny? Aaa, rozumiem! Tak, Brumli wyruszył trzy dni temu wraz z krasnoludami Felkina, a Xander jeszcze cię nie zna. A termin się nie zmienił: spotykamy się jutro rano, przy bramie południowej…
- Nie południowo-wschodniej? Ona byłaby wygodniejsza i tak planowaliśmy w zeszłym tygodniu…
- Tam zaczął się jakiś remont, budują barbakan czy jakąś basztę… przy południowej, zapamiętaj!
- A krasnoludy wyszły wcześniej? Gdzie się z nimi spotkamy?
- Grupa Felkina wyszła już trzy dni temu, ale my jedziemy konno. Dogonimy ich na skraju dżungli, tak jak wcześniej ustaliliśmy. Później dołączą do nas wojownicy z Haradu, miejscowi tropiciele i spróbujemy odnaleźć ten szlak w dżungli, prowadzący z Hyarn do Khandu. On musi gdzieś tam przebiegać, słyszeli o nim tropiciele, jeśli go odnajdziemy to sprawdzimy czy jest uczęszczany. Być może znajdziemy jakieś dowody na machinacje Akhorahila. Jeśli rozbijemy przy tym jakąś jego karawanę – to tym lepiej…
- Nie zawiedziesz się na nas, Panie Henderchu. Miecze północy pomogą królowi morza, nawet daleko od naszych ojczyzn…
- Od waszych, Gildorze – na pewno. Państwo Gil-Galada, któremu służysz, znam jedynie z raportów, nigdy nie byłem dalej na północy niż w Dol Amroth. Jestem Umbarczykiem, mój dziadek przybył tu z Numenoru, ale matką była już miejscowa osadniczka.
- Wiem, że w Numenorze są tacy, którzy krzywo patrzą na związki ich rodaków z mieszkankami Śródziemia. Odkąd poznałem was, Panie Henderchu, wiem że się mylą.
- Czuję się Numenorejczykiem i tym bardziej zależy mi, aby żaden spośród nas nie zdradzał swojej ojczyzny… zwłaszcza wysoko postawiony. Akhorahil to krętacz, ale ma sporo szczęścia. W sumie ta kolonizacja z czasów Kiryatana i wczesnego Atanamira była strasznie chaotyczna, kto miał lasy i fundusze budował okręty i prowadził ekspedycje gdzie chciał… no bo przecież nie wolno blokować prywatnej przedsiębiorczości. Nikt tych działań nie koordynował, król budował własną flotę, możni – własne, a w pewnym momencie okazało się że ry-walizujemy pomiędzy sobą. A potem to starcie z Murazorem… Bo Kiryatan nie przewidzał, że jak ktoś zbuduje jedną faktorię handlową, to potem będzie chciał mieć ich pięć, a jak będzie miał już dwadzieścia – to zacznie kombinować czy nie założyć własnego państwa w Śródziemiu – bo przecież kontroluje już gdzieś tam w Haradzie, czy na archipelagach teren większy niż cały Numenor. A jak jeszcze ściągnie sobie technologie, zbuduje własne stocznie i warsztaty, zawiąże na miejscu sojusze… to za dwa pokolenia będziemy mieli w Śródziemiu konku-rencyjne mocarstwo. Murazor, młodszy brat Atanamira, był głupi, bo poszedł na łatwiznę – chciał przejąć władzę tutaj, a Umbar to przecież twierdza silniejsza niż samo Armenelos. Gdyby - Valarowie uchowajcie – mu się udało, to mielibyśmy za kilka lat wojnę domową obu braci i wcale nie jest pewne, że Atanamir by ją wygrał. Nie mogło być kompromisu i Murazora pogoniono. A Akhorhail jest sprytniejszy – kolonię założył jeszcze jego ojciec, osiedlili się daleko na południu, rośli w siłę, ale nie rzucali się w oczy… I teraz ma w Hyarn własne spore pań-stwo. A do tego daję głowę, że są w sojuszu z Mordorem i od niego kupują broń! Bo Ankalimon też jest mądrzejszy i nie udostępnia koloniom najnowszych technologii zbrojeniowych.
- Ten Akhorahil… dawno tam rządzi…?
- Dawno! Już ze trzysta lat! Widać zdrowie mu dopisuje, potomek Elrosa! Nie to co my, Nu-menorejczycy-mieszańcy… Więc do zobaczenia jutro rano, przy południowej bramie!
- Cieszę się, Panie Henderchu, że walczę po twojej stronie! – elf uścisnął mu na pożegnanie rękę.

Gidor/Glorfindel pochylił głowę i wyszedł z pomieszczenia. Na ulicy znów uderzyła go fala gorąca. Zaczynało się lato, zaplanowany wymarsz oznaczał kilka dni jazdy przez bezwodne stepy i półpustynie – musiał jeszcze raz sprawdzić, na ile poważnie jego podwładni podeszli do zapasów wody i ochrony zwierząt… ich kwatery znajdowały się dzielnicę dalej.
Idąc skrajem zatłoczonego targowiska elf odtwarzał w mysłach wydarzenia ostatnich miesięcy. A więc szybkie pożegnanie z Elrondem, który wracał do Rivendell.
- Będziesz szukał na rozległych stepach wschodu tych watażków, którzy nazbyt długo żyją? Odbierzesz im te klejnoty… jeśli to pierścienie Kelebrimbora? – pytał Elrond.
- Nie na wschodzie. Pengolod przekazał mi, że Numenorejczycy, którzy osaczają Mordor, zauważyli takich „podejrzanie długowiecznych” władców na południu, w Haradzie i Khandzie. To potwierdzałoby moją hipotezę – Sauron zrabował klejnoty, ale nie miał zbyt wiele czasu żeby nad ich mocą zapanować, ani też aby je sensownie rozdać. Już kilka lat później osaczyliśmy go w Mordorze… jak ongi Morgotha w Angbandzie. Podobnie jak wtedy – oblężenie nie jest szczelne, Mordor przecież ma otwartą wschodnią granicę. Więc Sauron, chwilowo bez-pieczny, acz osaczony, musi szukać sojuszników relatywnie blisko.
- Więc ruszasz na południe?
- I to jak najszybciej - do Tharbadu, później morzem do Pelargiru i Umbaru. Wiem, że Nume-norejczycy mają też swoje placówki na dalekim południu, za Haradem. Ich namiestnik nazywa się bodajże Akorail, być może nawet zasięgnę jego opinii… Nie wiem, jak długo to potrwa. Skoro Pengolod naciska na zachowanie dyskrecji – zmienię imię na Gildor.
Im bardziej na południe – tym silniejsze były znaki numenorejskiego panowania nad wybrzeżami i w dolinach rzek. Tharbad podobnie jak znany wczesniej Glorfindelowi Lond Daer były niewielkimi miasteczkami, otoczonymi niezbyt szerokimi pierścieniami wiosek i pól. Miasteczka umocnione, wioski drewniane, handel głownie ziemiopłodami, drewnem, skórami… proste ubrania, proste narzędzia. Towary luksusowe docierały nieczęsto: z krasnoludzkiej Morii lub z zamorskiego Numenoru, bo nieodległy Angrenost produkował przede wszystkim broń dla garnizonów, a narzędzia dla ludności cywilnej – tylko proste, najniezbędniejsze i traktowane jako wyroby uboczne. Dalej na południe leżały coraz gęściej zasiedlone wybrzeża Enedwaith, a za nimi – ostry cypel Andrast, kraniec Białych Gór i usiane osadami wybrzeże Anfalas. Dol Amroth była już twierdzą z prawdziwego zdarzenia, a wybrzeże zatoki Belfalas wieczorem i nocą wręcz skrzyło się od świateł numenorejskich osiedli i miasteczek. No i wreszcie Umbar…
Ostatni etap podróży wiódł Glorfindela przez ujście Anduiny do Umbaru. Tak w Dol Amroth, jak i w nowo powstającym Pelargirze na statek wsiadł w sumie z tuzin młodych chłopaków-kolonistów, którym sprzykrzyło się karczowanie lasów i rolnictwo – a chcieli zakosztować „męskiej przygody” zaciągając się do garnizonu w Umbarze. Elf ani się spostrzegł, jak zaczęli się z nim zaprzyjaźniać, a gdy – jako Gildor – opowiedział co nieco o wojnie z Sauronem sprzed pół tysiąclecia – zaczęli wręcz namawiać go, aby zaciągnął się wraz z nimi jako ich dowódca. I w ten sposób dopływając do Umbaru był już nieformalnym dziesiętnikiem…
Gdy wyokrętowali się, znaleźli pawilon mieszkalny, a on – zaczął szukać informacji. Pierwotnie planował poznać w kilka dni Umbar, zasięgnąć wiedzy u miejscowych kupców, urzędników czy wojskowych. Brał pod uwagę konieczność dalszej podróży na południe, bądź wschód, ale wiedział, że już w Umbarze może znaleźć mnóstwo wskazówek i dowiedzieć się kogo właściwie szuka. Nie chciał też pozostawiać na pastwę losu swoich przygodnych towarzyszy, więc przy okazji szukał dla nich jakiejś dobrej okazji do zaciągu. Poznani na okręcie ochotnicy z Dol Amroth i Belfalas aż się palili do jakiejś wojaczki.
Po dwóch dniach wiedział już, że samotna podróż w nieznane nie będzie mu potrzebna. To Umbar był centrum numenorejskiej polityki w Śródziemiu. To tu przybywali kupcy z najdalszych nawet krajów. I nie trzeba było wielkiego wysiłku, aby dotrzeć do opowieści zarówno o Mordorczyku i jego knowaniach (góry okalające Mordor zaczynały się o jaki tydzień drogi na północny wschód), jak i o wyjątkowo dlugowiecznych władcach, rządących w Śródziemiu.
Ku zdumieniu Glorfindela te informacje nie były ani specjalną tajemnicą – ani też sensacją. Ot, przy kuflach piwa wśród różnych plotek o „gadających rybach” i „ludziach z głowami na plecach” co jakiś czas pojawiały się legendy o nieśmietelności, czy też o nadprzyrodzonych mocach – i padały nawet imiona książąt, którzy byliby tymi przymiotami obdarzeni. Czasami wspominano o jakimś władcy panującym daleko, daleko na wschodzie – Renie, czy o innym, Ji-Indurze, władającym gdzieś na archipelagach południowego-wschodu Śródziemia… Najbliżej miał rezydować niejaki Uvatha, władca kraju zwanego Khandem, leżącego bezpośrednio na wschód, a południe od Mordoru, dwa-trzy tygodnie podróży przez pustynie i stepy. Początku jego rządów nie pamiętali najsędziwsi starcy, a magia którą miał władać znajdowała wiele potwierdzeń. Jakiś krasnoludzki kupiec widział owego Uvathę podczas khandyjskich państwowych świąt, gdy na jego rozkaz z nieba biły pioruny… Jakiś umbarski szlachcic widział go z kolei na polowaniu, gdzie władca Khandu samą mocą spojrzenia unieruchomił i zabił ogromnego górskiego lwa… Jakiś zabiedzony uchodźca z lękiem szeptał o mękach i torturach, które spadły na khandyjskich arystokratów - uczestników nieudanego spisku, gdy Uvatha bezbłędnie zdemaskował niedoszłych zamachowców - czytając w ich myślach…
Glorfindel minął całe rzędy straganów z przyprawami, owocami morza, gorącymi przekąskami i tandetnymi ozdóbkami. Oczywiście, sklepy potężnych kupców stały bliżej centrum – wielkie jak twierdze, piękne jak pałace. Tu, na dzielnicowym targowisku handlowała drobnica. A dalej, na ogromnym placu - towar, którego żaden elf nigdy nie śmiałby zaakceptować. Jak go nazywali miejscowi kupcy? „Biomasa”…? Jak go pozyskiwali? W „czwórskoku”…?

- Patrzcie, jacy muskularni! I zęby mają też zdrowe! Wczorajsza dostawa, z Dalekiego Haradu!
- Przecież tamten jest kulawy! A ten z prawej nie ma oka!
- Na plantację do noszenia wody jedno oko mu wystarczy!
- Czy te czarnuchy znają się na uprawie winorośli? Wziąłbym czterech… pięciu…?
- Ja potrzebuję pięciu do garbarni. Nie muszą być zbyt młodzi, obniżysz mi cenę…
- O widzę, że interes się rozrasta! Przed kwartałem też brałeś pięciu…?
- Nie, tamci już mi zdechli…
- Przecież ten tu nie ma zębów! Co wy mi wciskacie?!
- Trzech do ceglarni? Ale żeby coś już umieli…
- A to lepiej Khandyjczyków, nie murzynów. Tamto stoisko w głębi, przywieźli ich przed czterema dniami…

Glorfindel zadrżał. „Na kościach niewolników budujecie swoje władztwo” przypomniał sobie słowa Elronda do młodego Ankalimona, gdy ten, jeszcze za rządów swojego ojca, jako dowódca floty odwiedzał Śródziemie. I odpowiedź królewicza: „Walczymy z Mordorczykiem o wolność Śródziemia. Powinni nam być wdzięczni, że mogą dla nas pracować. Bo to my jesteśmy wolnością”. I szyderczą puentę: „kiedy nasz praojciec, Earendil rozmawial z Valarami, to te czarnuchy dopiero schodziły z drzew”. Wyszedł z targowiska, ruszył w kierunku kwatery swojego oddziału.

Szczęście sprzyjało mu – podwójnie. Po kilku dniach pobytu w Umbarze dowiedział się o możliwości zaciągu do formacji tworzonej przez niejakiego Hendercha, który przybył wprost z Numenoru. Udał się na spotkanie - Henderch mówił o sobie niewiele, ale krążyły pogłoski że jest specjalnym wysłannikiem króla Ankalimona, że długo rozmawiał na zamkniętej audiencji z wicekrólem Umbaru i że przygotowuje jakąś większą akcję wojskową. Ochotnikom odpowiadało to, że Henderch nie skąpi żołdu, Glorfindelowi – że mają wyruszyć na południowy wschód, jak raz w kierunku w którym sam zamierzał się udawać. W werbowanej przez Hendercha formacji znalazło się też sporo krasnoludów, znaczny oddział Haradrimów z plemion lojalnych wobec Umbaru… A Glorfindel/Gildor – tym razem już oficjalnie – dostał stanowisko setnika. Ale dopiero teraz dowiedział się, jaki ich wyprawa ma cel.

W kontaktach z Henderchem pomógł mu spotkany niedługo później elf Saeros. Pengolod uprzedził Glorfindela, że Saeros, przybywający z Eressei przez Numenor do Umbaru – ma mu pomóc w misji szukania „nieumarłych”. I że misja ma być utrzymana w sekrecie. Jakoż spotkali się w Umbarze, Saeros – ku zadowoleniu Hendercha - zadeklarował udział w misji, a gdy już najpilniejsze kwestie związane z wyprawą zostały załatwione, obaj elfowie usiedli wieczorem na rozmowę, gdy dzienny upał zaczął słabnąć.

Obaj byli wskrzeszeńcami z Hal Mandosa. Obu kazano powrócić do Śródziemia. Glorfindel, mimo udziału w Buncie Noldorów, dawno już odkupił winy – ostatecznym dowodem było zabicie Balroga za cenę własnej śmierci. Jego poświęcenie umożliwiło ucieczkę z upadającego Gondolinu grupce niedobitków, wśród których był też kilkuletni Earendil – późniejszy Orędownik Dwóch Plemion. Wskrzeszony Glorfindel powrócił do Śródziemia już pięć wieków temu, obdarzony potężną mocą, stał się bohaterem walk z Sauronem, doradcą elfich władców… A Saeros – dostojnik w dawnym Doriathu, który wraz z całym Beleriandem pochłonęło morze, pyszałek upokarzający słabszych, wreszcie – niedoszły skrytobójca, który z mieczem zasadził się na bezbronnego, a gdy ofiara odparła jego napaść – uciekający w panice, by bezsensownie zginąć w przepaści… Jego pokuta u Mandosa trwała dłużej, a obecna misja nie była jej końcem – lecz kontynuacją…

- Krótko byłem w Numenorze, ledwie miesiąc spędziłem u czcigodnego Pengoloda, a już płynąłem do Umbaru. Widziałem stolicę i domy Numenorejczyków, ich stocznie i okręty… To zupełnie inny świat niż ten, który opuściłem. Twardy… władczy… więcej w nim bogactwa, ale mniej wolności...
- Nie przesadzasz Saerosie? Faktycznie, widziałem ich wyspę dawno, płynąc z Eressei, później już tam nie wracałem. Muszą być potężni, w końcu to najszlachetniejszy ludzki szczep. A już od pięciu wieków walczą przeciw Sauronowi. Zajęli placówki na wszystkich krańcach świata, prowadzą politykę i wojnę w skali całego Śródziemia…
- Zbyt mało o nich wiem, Glorfindelu. Boję się tego świata… Jest taki… ogromny i obcy. W Doriath wszystko było na naszą miarę: lasy, łąki, strumienie. Beleriand…
- Co sądzisz o naszym zadaniu?
- Gdy opuszczałem Hale Mandosa, stanąłem przed nim samym… albo jakimś jego posłańcem. Powiedział mi: „Wracasz do cielesnej postaci. Udasz się do Śmiertelnych Krain, gdzie pomożesz wytropić zło. Zło, które kusi śmiertelników, ludzi śmierci podległych – oferując im wieczne życie. Tropiąc ich – pamiętaj, że jesteś elfem”. Nie wyjaśnił dlaczego własnie ja, nie powierzył mi też żadnej nadzwyczajnej mocy czy zdolności.
- „Pamiętaj że jesteś elfem” – nie jestem twoim sędzią Saerosie, aczkolwiek znam twoją historię z Doriath. Warto o tym pamiętać…
- Glorfindelu, naprawdę chcę wam pomóc. Po to zostałem tu wysłany. Ale nie znam tego świata. Nie znam też ludzi. W Doriath szydziłem z nich i poniżałem… a teraz, gdy widzę jak panoszą się po całym świecie, zaczynam się ich bać… Ten ociekający przepychem Numenor… Ten Umbar, zbudowany na kościach niewolników… Widziałem te ich targowiska, na których handlują „biomasą” . A ponoć to są najszlachetniejsi spośród ludzkich plemion, potomkowie tych, którzy pomagali nam w walce z Morgothem. Więc jeśli ludzie w służbie Saurona są jeszcze gorsi – to nie ma chyba okropieństwa, przed którym by się cofnęli…
- Widziałem te okropieństwa, Saerosie. Widziałem jak wyglądały ziemie Eriadoru, z których wypieraliśmy siły Saurona. Dlatego, gdy cię słucham – cieszę się, aczkolwiek nie do końca z tobą zgadzam. Cieszę się, ze rozmawiam z wrażliwym, subtelnym wspólplemieńcem, który brzydzi się złem i przemocą. Sam taki byłem, gdy przybyłem do Śródziemia przed wiekami. Słuchając ciebie – słyszę dawnego siebie. Ale nie mogę się z tobą zgodzić – od dawna znam ludzi, wiele ich uczynków mnie brzydzi, ale wśród nich najlepsi, najmądrzejsi, najszlachetniejsi - są naszymi aliantami.
- Ufam ci, Glorfindelu, słuchałem też nauk Pengoloda, ale przez dwa miesiące rejsu rozmawiałem z numenorejskimi żeglarzami… i postrzegam ich jako niewiele lepszych od innych ludzi, a gorszych od tych, których znałem, i czasem poniżałem w Doriath... Mądrzejsi, potężniejsi, bardziej długowieczni – ale też żądni władzy, pyszni… - Niedawno zmarł ich władca, Atanamir – podobno gotów był oddać duszę Nieprzyjacielowi za dłuższe życie… jego młodszy brat Murazor, tak pożądał władzy, że chciał przejąć Umbar, a później próbował założyć własne państwo w Śródziemiu, póki gdzieś nie zaginął. Ten Akhorahil z Hyarn też ponoć chce budować własne państwo, niewoląc miejscowych… Nie zdziwiłbym się, gdyby ich możni też kiedyś zaczęli służyć złu… A choćby i tej mocy, która zwykłym ludziom tak pomnaża lata życia…
- Jutro wyruszymy aby się o tym przekonać. A czy wiesz coś o władcy Khandu imieniem Uvatha? Tutejsi wymieniają go jako jednego z owych „podejrzanie długowiecznych”
- Kanclerz Numenoru, Elatan też wspominał o nim Pengolodowi…
- Czyli Numenorejczycy też zaczynają spostrzegać jego nienaturalną żywotność…?
- „Na mojej ulicy mieszkają niewolnicy!” – z sąsiedniego zaułka dobiegł nagle pijacki śpiew, a później chóralny rechot. – „Przywiązani do niej jak psy do smyczy!”
Tym razem to Saeros wzdrygnął się. Spojrzał rozmówcy w oczy.
- Numenorejczycy – to nasi sojusznicy! – dokończył Glorfindel.

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
Wyświetl wpisy z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum tolkienowskie -> Twórczość fanowska Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna

Temat: Pojawienie się Nazguli -2251 rok Drugiej Ery (Strona 2 z 3)

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich wpisów
Nie możesz usuwać swoich wpisów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dodawać załączników w tym dziale
Nie możesz ściągać plików w tym dziale

Powered by phpBB2
Copyright © tolkien.com.pl Wszystkie prawa zastrzeżone.