Forum dyskusyjne miłośników twórczości J.R.R. Tolkiena
w sieci od 11/2001
 
Gospoda(0) | Zasady Forum | FAQ | Szukaj | Kalendarz |  Zarejestruj się |  Profil | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości | Zaloguj

Witryny zrzeszone w forum:
Hobbiton  Pod Rozbrykanym Balrogiem


"Gdy świat się rozszczepił, stare drogi i ścieżki pamięci Zachodu pozostały i biegną jak potężny, niewidzialny most przez strefę powietrzną oddechów i lotu (także zakrzywioną odkąd świat się zakrzywił) a dalej przez strefę Ilmen, gdzie żadna istota cielesna nie może bez pomocy przetrwać, aż do Samotnej Wyspy, Tol Eressea, a może poza nią, do Valinoru gdzie w dalszym ciągu Valarowie przebywają i obserwują jak rozwija się historia świata." , Silmarillion


Temat: Wędrówki Hurina - zachowanie Hurina, nasze oceny (Strona 2 z 2)

Idź do strony Poprzednia  1, 2
  skocz na koniec strony
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum tolkienowskie -> Dzieci Hurina i Niedokończone Opowieści Wydruk
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Aragorn7
Weteran Bitwy Pięciu Armii


Dołączył(a): 07 Lut 2012
Wpisy: 585



Wysłany: 18-06-2016 11:24    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

M.L. napisał(a) (zobacz wpis):
Jakoś nie widać chętnych do dyskusji, ale spróbujemy, może jak pojawią się tu przynajmniej fragmenty tekstów to będzie łatwiej.


Dokładnie tak, bo o dalszych losach Hurina po wypuszczeniu od Morgotha w wersji polskiej nie ma prawie nic, a nie każdy ma HoME i w dodatku swobodnie się w nim rozczytuje.

QSMFP: 346-348 napisał(a):
Uwolnienie Húrina i jego wędrówka na południe


Nie mogę rozgryźć od czego to skrót? Quenta Silmarillion chyba ale co dalej?

I tak a propos tekstów właśnie - czy są jakiekolwiek tłumaczenia "Wanderings of Hurin" bo w temacie HoME nic nie ma Nie Nie ?
Powrót do góry
 
 
M.L.
Uprzedzony, ujadający krzykacz / Administrator


Dołączył(a): 27 Cze 2002
Wpisy: 5674
Skąd: Mafiogród


Wysłany: 18-06-2016 11:50    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Aragorn7 napisał(a) (zobacz wpis):

[quote="QSMFP: 346-348"]

Nie mogę rozgryźć od czego to skrót? Quenta Silmarillion chyba ale co dalej?

Quenta Silmarillion MumakiL Fandom PresSsss... Język wieeeeeeeeeelgachny uśmiech

Cytat:
I tak a propos tekstów właśnie - czy są jakiekolwiek tłumaczenia "Wanderings of Hurin" bo w temacie HoME nic nie ma Nie Nie ?


Owszem są, chociażby w powyższym wydawnictwie. Uśmiech

Oto początek tego rozdziału:

QSMFP: 346-350 napisał(a):
Rozdział XXIII
O losach Húrina i Morweny


Tak zakończyła się opowieść o Túrinie Nieszczęsnym, którego los najgorszym spośród działań, jakie Morgoth uknuł przeciw ludziom starodawnego świata. Lecz Morgoth nie zasnął i nie odpoczywał od złych czynów, i nie zakończył swych rozrachunków z rodem Hadora. Jego złośliwość wobec niego nie nasyciła się jeszcze, choć Húrin był w jego mocy, a Morwena wędrowała bez zmysłów przez dzikie kraje.

Uwolnienie Húrina i jego wędrówka na południe
Nieszczęsny przypadł los Húrinowi. Wiedziało wszystkim, co zdziałała złość Morgotha, tak samo jak twórca tych dzieł. Lecz kłamstwa zostały wymieszane z prawdą, a cokolwiek wydarzyło się dobrego, zostało przed nim ukryte lub przekręcone. Ten, kto patrzy oczyma Nieprzyjaciela, czy chce tego, czy nie wszystko widzi wykrzywione, a Morgoth szczególnie się starał ukazać w złym świetle każdy czyn Thingola i Meliany, ich bowiem właśnie najbardziej się bał i nienawidził. Kiedy zatem uznał, że nadszedł właściwy czas, a było to w rok po śmierci Túrina, uwolnił Húrina z niewoli i nakazując mu iść tam, gdzie go oczy poniosą. Udawał, że kieruje się litością wobec całkowicie pokonanego wroga i zdumiewa się jego wytrwałością.
- Taką nieugiętą wolę – mówił – powinieneś okazać w lepszej sprawie, a wtedy inną otrzymałbyś zapłatę. Lecz nie potrzebuję cię już, Húrinie, u schyłku twojego krótkiego życia.
Mówiąc to kłamał, gdyż zamierzał wykorzystać Húrina, by – nim umrze – poniósł zło pomiędzy elfów i ludzi.
Húrin przyjął wolność, choć nie dowierzał Morgothowi i wiedział, że nie zna on litości. Odszedł więc pełen smutku, rozgoryczony słowami Mrocznego Władcy. Spędził dwadzieścia osiem lat w niewoli w Angbadzie, lecz nikt, kto znał go za młodu nie pomyliłby go z nikim innym, chociaż wyglądał ponuro z białymi włosami i długą brodą, i złym błyskiem w oku. Szedł wyprostowany, podpierając się masywnym, czarnym kijem, a u boku miał swój miecz. Tak wkroczył w granice Hithlumu. Cały kraj ogarnęło zdumienie i strach, gdy tylko rozeszły się pogłoski, że władca tych ziem, Húrin, powrócił. Przerazili się Easterlingowie, że ich władca znów nie dochowa im wiary, lecz odda tę ziemię Ludziom Zachodu, a oni z kolei staną się niewolnikami.
Zwiadowcy tak opowiadali o jego wyjściu z Angbandu:
- Z twierdzy wyjechał na piaski Anfauglith wielki oddział, dowódcy i czarni żołnierze, a z nimi wyszedł starzec, jak ktoś obdarzany wielkimi honorami.
Dlatego Easterlingowie nie pojmali Húrina, pozwalając mu swobodnie poruszać się po tej krainie. Uczynili mądrze, gdyż jego własny lud unikał go. Húrin powracał bowiem z Angbandu jako sojusznik Morgotha, wyprowadzony z ogromnym szacunkiem. A, jak zostało wcześniej powiedziane, wszystkich zbiegów z Żelaznej Twierdzy podejrzewano w owych dniach, że są szpiegami i zdrajcami.
Tak to wolność przydała więcej goryczy sercu Húrina. Gdyby bowiem nawet chciał, nie zdołałby wzniecić żadnego buntu przeciwko nowym panom tych ziem. Zdołał zgromadzić wokół siebie jedynie nielicznych bezdomnych i wyjętych spod prawa, jacy ukrywali się na wzgórzach. Ci jednak ci nie odważyli się na żadne śmiałe wystąpienie przeciw najeźdźcom od czasu odejścia Túrina jakieś pięć lat wcześniej. Banici opowiedzieli teraz Húrinowi, co naprawdę Túrin uczynił w siedzibie Broddy. Húrin popatrzył na Asgona i jego ludzi, i rzekł:
- Odmienił się tutejszy lud. W niewoli jego serce stało się sercem niewolnika. Nie pragnę już nad nim panować, ni nigdzie więcej w Śródziemiu. Opuszczę tę krainę i wyruszę samotnie, chyba że ktoś spośród was zechce pójść ze mną na spotkanie tego, co przyniesie nam los. Nie zdążam już do żadnego celu, chyba że zdarzy mi się pomścić krzywdy mojego syna.
Asgon i sześciu innych desperatów zgodziło się z nim pójść, a Húrin ich poprowadził do siedziby Lorgana, który wciąż zwał się władcą Hithlumu. Ten, usłyszawszy o ich nadejściu, przeraził się. Zebrał dla obrony w swej siedzibie innych wodzów i ich drużyny. Lecz Húrin podszedł pod bramę i z pogardą spojrzał na Easterlingów.
- Nie bójcie się! – rzekł. – Gdybym przyszedł z wami walczyć, nie potrzebowałbym żadnych towarzyszy. Przychodzę jedynie by pożegnać pana tych ziem. Nie mam dlań więcej uczuć odkąd go splugawiliście. Trzymajcie go sobie, póki możecie, dopóki wasz władca nie odwoła was do niewolniczych zdań, które wam bardziej przystoją.
Lorgan ucieszył się na myśl, że tak szybko i łatwo pozbędzie się zagrożenia ze strony Húrina, i że nie będzie musiał występować przeciwko woli Angbandu. Wyszedł więc i rzekł:
- Wedle twej woli, przyjacielu. Nie wyrządziłem ci krzywdy i pozwoliłem ci żyć. Mam nadzieję, że jeśli powrócisz do naszego pana, opowiesz mu o tym prawdziwie.
Húrin posłał mu gniewne spojrzenie.
- Nie wyzywaj mnie od swoich przyjaciół, niewolniku i prostaku! – rzucił. – I nie wierz kłamstwom, jakie słyszałem, że jakoby wszedłem na służbę Nieprzyjaciela. Pochodzę z Edainów i tym pozostanę. I nigdy nie będzie przyjaźni między moim ludem a twoim.
Wielu spośród ludzi Lorgana, usłyszawszy, że łaska Morgotha jednak nie chroni Húrina i że nie zaprzysiągł on służby Władcy Ciemności, dobyło mieczy, by go zgładzić. Lorgan jednak powstrzymał ich. Był bowiem ostrożny, a także sprytniejszy i bardziej nikczemny. Szybciej zatem niż pozostali odgadł plany swojego pana.
- Odejdź więc! – rzekł. – Idź, starcze, na spotkanie złego losu! Taki spotka cię koniec: głupota, gwałt, rany zadawane samemu sobie. Cała twoja rodzina robi to samo! Złej drogi!
- Tôl acharn! – odparł Húrin. – Zemsta nadchodzi. Nie jestem ostatnim spośród Edainów, czy dobra, czy zła będzie moja droga.
Z tymi słowami odszedł i opuścił ziemie Hithlumu.
Opowiada się, że łowcy Lorgana podążali za Húrinem jak gończe psy i nie zeszli z tropu, póki wraz z towarzyszami nie odszedł daleko w góry. Stanąwszy ponownie na miejscu wysokim, Húrin dostrzegł wśród chmur szczyty Crisaegrim i wspomniał Turgona, i w sercu zapragnął powrócić do Ukrytego Królestwa – jeśli byłoby to możliwe. Tam przynajmniej byłby wspominany z czcią. Nic nie słyszał o tym, co zaszło w Gondolinie. Nie wiedział, że serce Turgona zamknęło się na mądrość i litość, i nikomu już nie pozwala wchodzić i wychodzić z Gondolinu dla jakiejkolwiek przyczyny. Zatem, nieświadom, że zamknięte są wszystkie drogi i nie ma nadziei przedostania się, zdecydował Húrin skierować kroki ku Crisaegrimowi, lecz nie zdradził kompanom, celu wędrówki, nadal bowiem wiązała go przysięga, że nikomu nie zdradzi tego, że wie, w jakich okolicach ma siedzibę Turgon.
Tym niemniej potrzebował pomocy. Nigdy przedtem nie żył na bezludziu, podczas gdy banici od dawna przywykli do twardego życia myśliwych i zbieraczy, mieli też ze sobą trochę prowiantu, mimo że Sroga Zima znacznie uszczupliła ich zapasy. Rzekł zatem do swych towarzyszy:
- Musimy teraz odejść z tego kraju, bo Lorgan nie zostawi mnie w spokoju. Zejdźmy w dolinę Sirionu, gdzie nareszcie nadeyszła wiosna!
Asgon poprowadził ich ku jednej z pradawnych przełęczy, prowadzących z Mithrimu na wschód. Tamtędy zeszli w dół od źródeł Lithiru aż ku miejscu, gdzie potok kaskadami wpadał do Sirionu na południowym krańcu Wąskiej Krainy. Szli z wielką ostrożnością. Húrin nie ufał bowiem „swobodzie” danej mu przez wolności Morgotha – i słusznie. Ten śledził bowiem każdy jego ruch, a chociaż na krótki czas Húrin skrył się w górach, szybko wyśledzono, gdzie zszedł w dolinę. Od tej pory śledzono go i obserwowano, lecz tak przemyślnie, że rzadko się tego domyślał. Wszystkie stworzenia służące Morgothowi umykały, nim je dostrzegł, i nigdy nie atakowały ani nie opóźniały marszu.
Szli na południe zachodnim brzegiem Sirionu, a Húrin rozważał w sercu, jak rozstać się z kompanami, przynajmniej na krótki czas, by nie łamiąc przysięgi mógł spróbować odnaleźć drogę do Gondolinu. Przybyli wreszcie do Brithiach, a tam Asgon zapytał:
- Dokąd teraz idziemy, panie? Jeśli opowieści mówią prawdę, drogi na wschód od tego brodu nie są bezpieczne dla ludzi.
- Chodźmy więc do Brethilu, to niedaleko – odparł Húrin. – Mam tam coś do zrobienia. Na tej ziemi umarł mój syn.
Tej nocy schronili się więc w zagajniku na północnych obrzeżach Lasów Brethilu, o kilka tylko kroków na południe od Brithiach. Húrin położył się spać nieco na uboczu, a o świtaniu, nim jeszcze się rozjaśniło, wstał, gdy pozostali snem jeszcze byli zmorzeni po trudach wędrówki, i pozostawiwszy ich, przeprawił się przez bród i wszedł do Dimbaru.

_________________
ēl sīla lūmena vomentienguo wieeeeeeeeeelgachny uśmiech
---------------------------------------
For the grace, for the might of our Lord
For the home of the holy
For the faith, for the way of the sword
Powrót do góry
 
 
M.L.
Uprzedzony, ujadający krzykacz / Administrator


Dołączył(a): 27 Cze 2002
Wpisy: 5674
Skąd: Mafiogród


Wysłany: 19-06-2016 21:44    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

To dorzucę, jeszcze jeden kawałek.

QSMFP: 350-355 napisał(a):
Drużyna Húrina w Brethilu
Kiedy towarzysze Húrina się obudzili, on był już daleko. Rzekę spowijała gęsta poranna mgła. Czas mijał, a Húrin nie powracał, ani nie odpowiadał na wołania, i zaczęli się już obawiać, że został porwany przez jakąś dziką bestię albo innego grasującego w okolicy wroga.
- Ostatnio staliśmy się nieostrożni – powiedział Asgon. – Ten kraj jest cichy. Zbyt cichy. Tylko oczy błyszczą spod liści, tylko uszy wystają spod kamieni.
Gdy mgła się podniosła, ruszyli śladem Húrina, lecz doszli tylko do brodu i trop się urwał, i nie wiedzieli, co począć.
- Jeśli – mówił Ragnir – nas opuścił, wróćmy lepiej do własnego kraju. – Ragnir był najmłodszy w grupie i niewiele pamiętał z czasów przed Nirnaeth. – Ten starzec postradał rozum. Przez sen rozmawia dziwnym głosem z cieniami.
- Nie zdziwiłbym się gdyby tak było, – odpowiedział Asgon. – Lecz któż inny pozostałby jak on nieugięty po takich smutkach? Nie. On jest naszym prawowitym władcą. Niech robi co chce – ja przysiągłem pójść za nim.
- Nawet przez bród, ku wschodowi? – pytali.
- Nie. Na tej drodze jest niewiele nadziei – odparł Asgon. – Nie sądzę, by Húrin zaszedł nią daleko. Wiemy, że zamierzał wkrótce udać się do Brethilu, że ma tam coś do załatwienia. Stoimy na samej granicy. Poszukajmy go tam.
- Któż nam na to zezwoli? – pytał Ragnir. – Tutejsi ludzie nie lubią obcych.
- Mieszkają tu dobrzy ludzie – wyjaśniał Asgon. – Władca Brethilu jest spokrewniony z naszymi władcami.
Tym niemniej pozostali mieli wątpliwości, gdyż od lat z Brethilu nie dochodziły żadne wieści.
- Z tego co wiemy – mówili – mogą tu teraz rządzić orkowie.
- Niebawem się dowiemy, co się tu dzieje – odparł Asgon. – Orkowie nie są dużo gorsi od Easterlingów, jak sądzę. Jeśli musimy pozostać banitami, wolę ukrywać się po pięknych lasach niż na zimnych wzgórzach.
Tak więc Asgon zawrócił i wszedł na ziemie Brethilu, a pozostali poszli za nim, miał bowiem mężne serce i mówiono, że urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Nim zapadł wieczór, zagłębili się w las, a ich przybycie zostało zauważone. Haladinowie byli bowiem ostrożniejsi niż zazwyczaj i trzymali czujną straż na granicach. Bladym świtem, gdy jeden tylko spośród przybyszów czuwał, otoczono obóz i pojmano i zakneblowano strażnika, gdy tylko zdążył raz jeden krzyknąć.
Asgon zerwał się i zawołał na swoich, by nie sięgali po broń.
- Zobaczcie! – wołał. – Przychodzimy w pokoju! Jesteśmy Edainami z Dor-lóminu!
- Być może – odpowiedzieli strażnicy. – Ale ranek jest jeszcze ciemny. Nasz dowódca osądzi was, gdy się rozwidni.
Wobec wielokrotnej przewagi liczebnej Asgon i jego ludzie oddali się w niewolę. Zabrano im broń i spętano ręce. Tak poprowadzono ich przed Ebora, dowódcę strażników, a ten wypytał ich, jak się zwą i skąd przybyli.
- Jesteście Edainami z Północy – rzekł. – Zdradza was mowa i ubiór. Może szukacie przyjaciół. Niestety źle się u nas dzieje i żyjemy w strachu. Mój pan, Manthor, dowódca północnego pogranicza, jest nieobecny, podlegam zatem bezpośrednio rozkazom halada, władcy Brethilu. Do niego muszę was bezzwłocznie odesłać, bez dalszych pytań. Tam jak najszybciej udacie się.
Ebor przemawiał uprzejmie, lecz nadzieje miał niewielkie. Nowym władcą, był Hardang syna Hundada. Po śmierci bezdzietnego Brandira, wybrano go haladem, jako przynależącego do rodu Halethy, a tylko spośród tego rodu wybierano wodzów Brethilu. Nie lubił on Túrina i nie darzył przyjaźnią rodu Hadora, nie będąc z nim spokrewnionym. Nie lubił również Manthora, choć i ten należał do rodu Halethy.
Poprowadzono Asgona i jego ludzi do Hardanga krętymi drogami i zasłonięto im oczy. Po długim czasie przybyli do siedziby wodza plemienia w
Obel Halad. Tam zdjęto zasłonę z ich oczu i strażnicy wprowadzili ich do środka. Siedzący na miejscu władzy Hardang spojrzał na wchodzących bez przyjaźni.
- Powiedziano mi, że przybywacie z Dor-lóminu? – powiedział. – Ale po coście przybyli, nie mam pojęcia. Niewiele dobrego dla Brethilu przyszło z waszego kraju, i niczego się nie spodziewam. Jest on teraz lennem Angbandu. Nie znajdziecie tu ciepłego przyjęcia, jeśli zakradliście się, by nas szpiegować!
Asgon powstrzymał gniew.
- Nie przyszliśmy tu potajemnie, panie – odpowiedział stanowczo. – Potrafimy poruszać się w lesie równie sprawnie jak twoi ludzie i nie pojmano by nas tak łatwo, gdybyśmy mieli jakikolwiek powód, by mieć się na baczności. Jesteśmy Edainami. Nie służymy Angbandowi, pozostaliśmy wierni rodowi Hadora. Myśleliśmy, że lud Brethilu wybrał podobnie, i że darzy przyjaźnią wszystkich, co pozostali wierni.
- Tych, którzy wierności dowiedli. Nie wystarczy tylko być Edainem. A ród Hadora nie jest tu specjalnie miłowany. Po co wasi ludzie mieliby tu teraz przychodzić?
Asgon nie odpowiedział. Wobec wrogości wodza Haladinów uznał, że najlepiej nie wspominać na razie o Húrinie.
- Widzę, że nie o wszystkim, co wiesz, chcesz mi powiedzieć – sarknął Hardang. – Niech i tak będzie. Muszę was osądzić na podstawie tego, co widzę, ale będę osądzał sprawiedliwie. Wyrok będzie taki: ponieważ Túrin, syn Húrina, mieszkał tu jakiś czas i uwolnił nasz kraj od Gada Angbandu, daruję wam życie. Ponieważ jednak syn Húrina okazał pogardę Brandirowi, prawowitemu władcy Brethilu, i zabił go bez powodu i bez litości, nie dam wam tu schronienia. Zostaniecie wygnani z Brethilu tam, skąd przybyliście. Wynoście się, a jeśli wrócicie, to po własną śmierć!
- Nie oddacie nam naszej broni? – spytał Asgon. – Wyrzucicie nas w dzikie kraje bez łuków i mieczy, byśmy zginęli pośród dzikich bestii?
- Żaden przybysz z Hithlumu nie będzie więcej w Brethilu nosił broni – uparł się Hardang. – Nie za moją zgodą. Wyprowadzić ich stąd.
A kiedy wleczono ich przez salę, Asgon krzyknął:
- To sprawiedliwość Easterlingów, nie Edainów! Nie byliśmy tu z Túrinem, gdy wam wyrządzał dobro, czy zło. Służymy Húrinowi, on ciągle żyje. Czy ukrywając się po lasach zapomnieliście Nirnaeth? Czy w swej złości także Húrina potraktujesz pogardliwie, jeśli tu przyjdzie?
- Jeśli przyjdzie, mówisz? – zaciekawił się Hardang. – Może. Kiedy Morgoth zaśnie!
- Nie – rzekł Asgon. – Húrin powrócił. Z nim doszliśmy do waszych granic. Mówił, że ma tu coś do załatwienia. Przybędzie.
- Tedy będę czekał na jego przybycie – szydził Hardang. – Lecz wy nie. Precz!
Mówił niby pogardliwie, lecz twarz mu pobladła od nagłego strachu, że wydarzyło się coś dziwnego, a nadejdzie jeszcze gorsze. Przeraził się ogromnie, iż padł na niego cień rodu Hadora tak, mrok ogarnął jego serce. Nie był nigdy człowiekiem silnego ducha jak Hunthor i Manthor, potomkowie Hiril.
Asgonowi i jego towarzyszom znowu zawiązano oczy, by nie rozpoznali ścieżek Brethilu, i odprowadzono na północne pogranicze. Gdy Ebor usłyszał, co zaszło w Obel Halad, nie był zadowolony, i tym uprzejmiej przemówił do przybyszów:
- Niestety, chcecie czy nie, musicie odejść. Lecz oto oddaję wam waszą broń i rzeczy. Przynajmniej tyle uczyniłby pan mój, Manthor, gdyby tu był! On jest najmężniejszy z nas wszystkich, a teraz z rozkazu Hardanga dowodzi strażnikami przy Przeprawie na Teiglinie. Tam najbardziej obawiamy się ataku i najcięższych walk. Cóż, tyle chociaż zrobię w jego imieniu. Błagam tylko: nie wchodźcie więcej do Brethilu. Gdybyście to zrobili, musiałbym wykonać rozkaz Hardanga, który dotarł już na całe pogranicze: by zabić was w pierwszym spotkaniu.
Asgon podziękował mu, a Ebor wyprowadził ich poza Brethil, i życzył dobrej drogi.
- Szczęście ci znów dopisało – powiedział potem Ragnir. – Przynajmniej nas nie pozabijali, choć było blisko. Co teraz?
- Nadal chcę odszukać Húrina, mego władcę. Serce mi mówi, że on przybędzie do Brethilu.
- Ale my nie możemy tam wrócić – rzekł Ragnir – jeśli nie chcemy szukać śmierci szybszej niż głodowa.
- Jeżeli nadejdzie – zastanawiał się Asgon – to, jak sądzę, od strony północnego pogranicza, pomiędzy Sirionem a Teiglinem. Chodźmy do Przeprawy na Teiglinie. Tam prędzej możemy usłyszeć wieści.
- Albo brzęk cięciwy – dodał Ragnir.
Poszli jednak za radą Asgona i skręcili na zachód, z jak największą ostrożnością spoglądając z dala na ciemny skraj lasu Brethilu.
Ebor tymczasem był zakłopotany i wysłał jak najszybciej posłańców do Manthora, by powiedzieli mu o przybyciu Asgona i jego dziwnych słowach na temat powrotu Húrina. Plotki obiegły cały Brethil, a Hardang siedział w Obel Halad, targany wątpliwościami, i naradzał się z przyjaciółmi.

_________________
ēl sīla lūmena vomentienguo wieeeeeeeeeelgachny uśmiech
---------------------------------------
For the grace, for the might of our Lord
For the home of the holy
For the faith, for the way of the sword
Powrót do góry
 
 
Aragorn7
Weteran Bitwy Pięciu Armii


Dołączył(a): 07 Lut 2012
Wpisy: 585



Wysłany: 20-06-2016 11:41    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Bardzo ciekawe jest odwrócenie motywu zemsty.
Zwykle to dzieci mszczą się za krzywdy rodziców, tutaj rodzic w podeszłym było nie było wieku, sterany niewolą, cierpieniami i torturami nie mści się za swoje krzywdy, ale za krzywdy swoich dzieci wypełniając tym samym jednak wolę i plany Morgotha.
Bo czy rebelia w Brethilu by była, gdyby nie duma i harde słowa Hurina?
Patrząc na słowa, postawę i czyny Manthora, tak odmienne od słów Hurina - to jest prawdziwie prawy człowiek godny do zasiadania na tronie.
Albo czy zabicie wiekowego Mima coś zmieniło na lepsze?
Nie sądzę, Mim siedział sobie na skarbach w Nargothrondzie i by tam pewnie umarł ze starości, a tak rzucił jeszcze klątwę na skarby Finroda, które dalej były zarodkiem kolejnych tragedii.

W tym wszystkim upatruję "klątwę" nie tylko Dzieci Hurina, ale całego rodu Hurina - wielkiego, wyjątkowo mężnego, twardego, ale przez tę twardość bardzo hardego, która to hardość doprowadza do zguby.
Powrót do góry
 
 
M.L.
Uprzedzony, ujadający krzykacz / Administrator


Dołączył(a): 27 Cze 2002
Wpisy: 5674
Skąd: Mafiogród


Wysłany: 20-06-2016 16:43    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Aragorn7 napisał(a) (zobacz wpis):

Bardzo ciekawe jest odwrócenie motywu zemsty.
Zwykle to dzieci mszczą się za krzywdy rodziców, tutaj rodzic w podeszłym było nie było wieku, sterany niewolą, cierpieniami i torturami nie mści się za swoje krzywdy, ale za krzywdy swoich dzieci wypełniając tym samym jednak wolę i plany Morgotha.

Owszem. Ale tu jest coś więcej niż tylko zemsta. Tak jak pokazuje to Tolkien, Hurin nie tyle się mści co wymiarze, w swoim mniemaniu sprawiedliwość. Czego mu brakuje? Litości, współczucia i miłosierdzia. W pewnym sensie ma rację Mim i Thingol są winni, przynajmniej do pewnego stopnia. Mim w oczywisty sposób zdrady, zdrady wobec kogoś, kto okazał mu jednak zrozumienie u współczucie. Niezależnie jaką wersję opowieści przyjmiemy, czy wyrachowanie Mima, czy jego tchórzostwo, jest winien i powinien ponieść karę. Thingol tez może zostać uznany za winnego, za niedostatek opieki nad Turinem, Nienor i Morweną. Tu wina nie jest oczywista i jednoznaczna, ale ktoś kto nie znał wszystkich faktów i okoliczności miał prawo tak uważać.
Tylko to jest zimna, bezlitosna sprawiedliwość. Hurin nie chce poznać motywów i warunków, nie chce zrozumieć, nie chce słuchać wyjaśnień. Dlaczego? Gdyż wie lepiej. Obroną Hurina przed Morgothem była bowiem duma, odwaga i niezłomność. Poddał się ponad 20-letniej torturze,. ale nie uległ. I nie tylko w swoim mniemaniu, ale faktycznie nie uległ. Nie poszedł na kompromis, nie dał się złamać. Ale też z siebie uczynił miernik innych, a widział świat przez pryzmat Morgotha, mógł mu nie wierzyć, ale nie mógł nie ulec wykrzywionej perspektywie spojrzenia na kolejne wydarzenia. Nie obwiniał Morgotha, bo ten dla niego i tak był winny, był niczym niszczycielski żywioł, którego należy się bać, przed którym trzeba się bronić, ale na który nie można nic poradzić. Dlatego winni byli ci inni, bo nie byli dość wytrwali, dość niezłomni, dość odważni, według jego mocno zawyżonych standardów, a przede wszystkim nie cierpieli jak on i jego rodzina. I to było ich największą winą i za to musieli zapłacić, nie Morgoth, bo był poza zasięgiem, ale w takim razie inni. I tym samym, wbrew sobie stał się narzędziem swego wroga.


Cytat:
Bo czy rebelia w Brethilu by była, gdyby nie duma i harde słowa Hurina?

Nie. A w każdym razie nie miała by takiego chrakteru. Hardand sam w sonbie nie był zły, był słaby i wystraszony, uległą łatwo podszeptom.

Cytat:
Patrząc na słowa, postawę i czyny Manthora, tak odmienne od słów Hurina - to jest prawdziwie prawy człowiek godny do zasiadania na tronie.

Bez dwóch zdań.

Cytat:
Albo czy zabicie wiekowego Mima coś zmieniło na lepsze?
Nie sądzę, Mim siedział sobie na skarbach w Nargothrondzie i by tam pewnie umarł ze starości, a tak rzucił jeszcze klątwę na skarby Finroda, które dalej były zarodkiem kolejnych tragedii.

Nic nie zmieniło, ale miało być aktem sprtawiedliwości, zimnej, bezlitonej, która nie była w stanie dostrzec, że Mim sam sobie już wymierzył karę.

Cytat:
W tym wszystkim upatruję "klątwę" nie tylko Dzieci Hurina, ale całego rodu Hurina - wielkiego, wyjątkowo mężnego, twardego, ale przez tę twardość bardzo hardego, która to hardość doprowadza do zguby.

Dlatego inny tytuł to Narn e-Rach Morgoth, czyli Opowieść o klątwie Morgotha i dlatego ostatecznie Wędrówki nie powinny być częścią Narn i Chin Hurin, gsdyż zamieniają charakter całej opowieści. Tak wiem, przeczę sam sobie. wieeeeeeeeeelgachny uśmiech :p

_________________
ēl sīla lūmena vomentienguo wieeeeeeeeeelgachny uśmiech
---------------------------------------
For the grace, for the might of our Lord
For the home of the holy
For the faith, for the way of the sword
Powrót do góry
 
 
M.L.
Uprzedzony, ujadający krzykacz / Administrator


Dołączył(a): 27 Cze 2002
Wpisy: 5674
Skąd: Mafiogród


Wysłany: 22-06-2016 19:48    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Zamieszczę jeszcze jeden fragment, ale na razie jest to ostatni fragment z tego rozdziału.

QSMFS: 355-360 napisał(a):
Spotkanie Húrina i Morweny
Tymczasem Húrin, przybywszy do Dimbaru, zdobywając się na wysiłek wędrował samotnie w kierunku ciemnego podnóża Echoriath. Cala kraina była zimna i opustoszała, a gdy droga wreszcie zaczęła wspinać się stromo pod górę i nie widział, gdzie mógłby pójść dalej, zatrzymał się i rozejrzał wokół bez wielkich nadziei. Stał teraz u podnóża ogromnego zwaliska kamieni, pod pionową skalną ścianą. Nie wiedział, że tyle tylko pozostało z dawnej Drogi Ucieczki: Sucha Rzeka została zablokowana, a łuk bramy zakryto.
Wówczas Húrin spojrzał w szare niebo myśląc, że może dostrzeże orły, jak niegdyś, dawno temu w młodości, ale widział tylko cienie niesione wschodnim wiatrem i chmury kłębiące się wokół niedostępnych szczytów. I słyszał jedynie świst wiatru wśród kamieni.
Lecz wielkie orły podwoiły obecnie straż i zauważyły Húrina w gasnącym świetle dnia, zagubionego daleko w dole. Sam Thorondor zaniósł tę wieść Turgonowi, gdyż wydawała się ważna. Lecz Turgon rzekł:
- Czyżby Morgoth spał? Pomyliliście się.
- Nie – odparł Thorondor. – Gdyby orły Manwëgo myliły się w ten sposób, dawno temu wyszłoby na jaw panie, miejsce twego ukrycia.
- Zatem złą przynosisz wieść. To może znaczyć tylko jedno, że nawet Húrin Thalion uległ woli Morgotha. Zamykam swe serce.
A gdy Thorondor odleciał, Turgon długo siedział w zamyśleniu i martwił się, wspominając, czego dokonał Húrin w Dor-lóminie, i otwarł serce, i wysłał orły, by sprowadziły go do Gondolinu, jeśli go odnajdą. Lecz było za późno i nigdy już go nie ujrzały, czy to w świetle, czy to pośród cienia.
Húrin stał bowiem zrozpaczony przed milczącym urwiskiem Echoriath, pod zachodzącym słońcem, które przebiło się przez chmury i czerwienią zabarwiło jego pobielałe włosy. Potem krzyczał głośno w pustkę, nie zważając, że ktoś może go usłyszeć, i przeklinał tę bezlitosną krainę, a stanąwszy na wysokiej skale spojrzał w stronę Gondolinu i krzyknął wielkim głosem:
- Turgonie, Turgonie! Wspomnij Moczary Serech! O, Turgonie, czyż mnie nie słyszysz w swych ukrytych komnatach?
Lecz prócz wiatru szemrzącego wśród uschłych traw nikt mu nie odpowiedział.
- Tak samo – powiedział – szumiały trawy o zachodzie słońca w Serech.
Mówił jeszcze, gdy słońce zaszło za Góry Cienia i wokół zapadły ciemności. Wiatr ucichł, pustkowia napełniła cisza. A jednak znalazły się uszy, co usłyszały słowa, które wypowiedział, i meldunek prędko dotarł przed Czarny Tron na północy. I Morgoth uśmiechnął się – teraz wiedział na pewno, w której części Śródziemia mieszka Turgon, a wcześniej żaden z jego szpiegów nie zdołał przedostać się przez straże orłów na tyle blisko, by ujrzeć ziemie położone za Górami Okrężnymi. Takie to pierwsze zło przyniosła wolność Húrina.
Gdy zapadła ciemność, Húrin schodząc ze skały potknął się i upadł niby zemdlony, i zasnął głębokim snem smutku. Przez sen słyszał lamenty Morwen – często powtarzała jego imię i zdawało mu się, że jej głos dochodzi z Brethilu. Dlatego, kiedy obudził się z nastaniem dnia, podniósł się i powrócił do brodu, wiedziony jakby niewidzialną ręką szedł wzdłuż skraju lasów Brethilu, aż po czterech dniach wędrówki dotarł nad Teiglin. Jego skąpe zapasy żywności skończyły się zupełnie i był głodny, lecz szedł dalej jak cień ludzki, co go niesie ciemny wiatr. Nocą dotarł do Przeprawy i tam przedostał się przez granicę Brethilu.
Nocni strażnicy zobaczyli go, lecz ogarnęła ich trwoga – myśleli, że widzą ducha, który powstał z jakiegoś wojennego kurhanu i spaceruje w ciemnościach, więc nie zatrzymywali Húrina. A on dotarł wreszcie do miejsca, gdzie spalono Glaurunga, i ujrzał wysoki kamień postawiony obok krawędzi Cabed Naeramarth. Nie popatrzył nawet na niego, znał bowiem wypisane tam słowa. Zauważył też, że nie jest sam. W cieniu głazu siedziała postać obejmując swoje kolana. Zdawała się tylko bezdomnym wędrowcem przygiętym do ziemi przez starość, zbyt zmęczonym drogą, by zwrócić uwagę na nadejście Húrina, lecz ubrana była w łachmany, które niegdyś były kobiecymi szatami. Wreszcie kiedy Húrina stanął, po pewnej chwili kobieta odrzuciła w tył wystrzępiony kaptur i podniosła powoli głowę. Twarz miała pomarszczoną i głodną jak długo ścigany wilk, włosy siwe, spiczasty nos i połamane zęby. Wychudłą dłonią ściskała na piersiach płaszcz. Nagle zajrzała mu w oczy – i Húrin poznał ją, bo choć spojrzenie miała teraz pełne szaleństwa i trwogi, wciąż błyszczało w nim światło, które trudno było znieść – elfi blask, co dawno temu dał jej imię Eledhwen, najdumniejszej spośród śmiertelnych kobiet dawnych dni.
- Eledhwen! – zawołał ją po imieniu. – Eledhwen!
Podniosła się, poleciała bezwładnie w przód, schwycił ją w ramiona.
- Wreszcie przyszedłeś – rzekła. – Zbyt długo czekałam.
- Ciemną szedłem drogą. Przyszedłem, jak tylko mogłem najszybciej.
- Późno przyszedłeś. Zbyt późno. Oni zginęli.
- Wiem – odparł. – Ale ty nie.
- Już niemal. Jestem kompletnie wykończona. Odejdę wraz ze słońcem. Oni zginęli – zacisnęła palce na jego płaszczu. – Mało mamy czasu. Jeśli wiesz, powiedz mi – jak ona go znalazła?
Húrin jednak nie odpowiedział. Siedzieli pod głazem i nie mówili nic, a gdy zaszło słońce, Morwena westchnęła, ścisnęła jego dłoń i znieruchomiała, a Húrin zrozumiał, że umarła. Tak odeszła dumna i piękna Morwena. Húrin spojrzał na nią w gęstniejącym mroku i zdawało mu się, że na jej twarzy wygładzają się zmarszczki wyryte przez smutek i nieubłagane trudy.
- Nie dała się pokonać – powiedział.
Zamknął jej oczy i siedział obok zmarłej, nieruchomy, przez całą noc. Huczały wody Cabed Naeramarth, lecz Húrin nic nie słyszał, nic nie widział, nic nie czuł. Serce w nim skamieniało i myślał, że będzie tak siedział aż sam umrze.
Wtedy powiał zimny wiatr, którzy przyniósł deszcz zacinający prosto w twarz. Rozbudził się nagle i z ciemności spowił go niczym dym głęboki gniew, który zaćmił mu rozum. Chciał tylko zemścić się za krzywdy swoje i swego rodu, i w bólu przeklinał wszystkich, którzy z jego kiedykolwiek coś do czynienia. Wstał i podniósł z ziemi ciało Morwen, i nagle zdał sobie sprawę, że nie zdoła jej nieść. Był głodny, stary i śmiertelnie zmęczony. Powoli położył ją znowu pod głazem.
- Poleż tu jeszcze trochę, Eledhwen – rzekł – aż wrócę. Nawet wilk nie mógłby uczynić ci już większej szkody. Lecz lud tej bezlitosnej krainy popamięta dzień, w którym tu umarłaś!
Húrin wrócił, potykając się, ku Przeprawie na Teiglinie. Tam upadł przy Haudh-en-Elleth i ogarnęła go ciemność. Leżał niczym pogrążony we śnie. Rano, nim jeszcze światło rozbudziło go w pełni, odnaleźli go strażnicy wysłani przez Hardanga, by pilnować tego miejsca.
Pierwszy dojrzał go mężczyzna imieniem Sagroth – patrzył w zdumieniu i strachu, albowiem zdawało mu się, że rozpoznaje leżącego.
- Chodźcie tu! – krzyknął na pozostałych. – Patrzcie! To musi być Húrin. Tamci przybysze powiedzieli prawdę, on przybył.
- Ty to zawsze znajdziesz jakiś kłopot, Sagroth! – sarknął Forhend. – Haladowi się to nie spodoba. Cóż czynić? Może Hardang wolałby usłyszeć, że powstrzymaliśmy problem u naszych granic i żeśmy go wyrzucili?
- Wyrzucili? – powtórzył Avranc. Był synem Dorlasa, młodzieńcem ciemnowłosym, niskiego wzrostu lecz silnym, ulubieńcem Hardanga, jak wcześniej jego ojciec. – Wyrzucili? A co dobrego by z tego wynikło? Wróci! Umie chodzić – przeszedł całą z Angbandu dotąd, jeśli rzeczywiście jest tym, za kogo go uważasz. Zobaczcie, wygląda srogo i ma miecz, ale zasnął głębokim snem. Czy musi się budzić do większego nieszczęścia? Forhendzie jeśli chcesz ucieszyć wodza, tu zadaj mu śmierć.
Aż tak straszny cień ogarnął wówczas ludzkie serca, w miarę jak rozszerzała się władza Morgotha, a strach się rozplenił. Lecz nie wszystkie serca spowił mrok.
- Wstydźcie się! – zawołał Manthor, dowódca, który nadchodząc usłyszał, co mówili. – A ty, Avranc, najbardziej, chociaż jesteś młody! Słyszeliście chyba o czynach Húrina z Hithlumu? A może uważacie je tylko za bajki opowiadane przy ognisku? Zaprawdę cóż czynić? Zabić go we śnie, taka wasza rada. To pomysł rodem z samego piekła.
- On też stamtąd przyszedł! – odpowiedział Avranc. – O ile to rzeczywiście Húrin. Kto wie?
- Możemy się zaraz dowiedzieć – rzekł Manthor. Podszedł do Húrina, ukląkł obok leżącego, a podniósłszy jego dłoń, ucałował ją. – Obudź się! – zawołał. – Nadeszła pomoc. Ale jeśli jesteś Húrinem, nie ma takiej pomocy, która mógłbym ci dać.
- I takiej, za którą nie odpłaciłby złem – warknął Avranc. – Mówię przecież, że przychodzi z Angbandu.
- Nie wiadomo, co uczyni – zaoponował Manthor – ale wiemy, co zrobił, a nasz dług nie został spłacony. – I znowu zawołał głośnym głosem – Witaj, Húrinie Thalionie! Bądź zdrów, przywódco ludzi!
Na te słowa Húrin otworzył oczy. Pamiętał słowa usłyszane przez sen przed przebudzeniem i zobaczył wokół ludzi z bronią w rękach. Wstał sztywno nerwowo szukając miecza, i rozejrzał się ze złością i pogardą.
- Wy psy! – krzyknął. – Zabilibyście śpiącego starca? Wyglądacie jak ludzie, ale pod skórą jesteście orkami, jak sądzę. Chodźcie tedy, zabijcie mnie, gdy nie śpię, jeśli macie odwagę. Ale to, jak sądzę, nie sprawi waszemu czarnemu władcy żadnej radości. Jam jest Húrin, syn Galdora – to imię przynajmniej orkowie powinni pamiętać.
- Nie – zaprotestował Manthor. – Nie. Obudź się. Jesteśmy ludźmi. Tylko to są złe dni, pełne zwątpienia, a dni wahań, a nasza sytuacja jest ciężka. Tu nie jest bezpiecznie. Pójdziesz z nami? Znajdziemy ci chociaż coś do jedzenia i schronienie, byś wypoczął.
- Wypoczął? Takiego miejsca mi nie znajdziecie. Ale pożywienie przyjmę w mej potrzebie.
Manthor dał mu trochę chleba, mięsa i wody, lecz wydawało się, że pokarm staje Húrinowi w gardle, i wypluł wszystko.
- Jak daleko – spytał – jest dom waszego pana? Dopóki go nie zobaczę, nie przełknę jedzenia, którego odmówiliście moim umiłowanym.
- Bredzi i gardzi nami – wymamrotał Avranc. – Nie mówiłem?
Lecz Manthor spoglądał na Húrina z litością, choć nie pojął jego słów.
- Dla zmęczonego człowieka to daleko – odpowiedział – a siedziba Hardanga, halada, ukryty jest przed obcymi.
- Zatem zaprowadź mnie tam! – rozkazał Húrin. – Pójdę tak, jak zdołam. Mam tam coś do zrobienia.

_________________
ēl sīla lūmena vomentienguo wieeeeeeeeeelgachny uśmiech
---------------------------------------
For the grace, for the might of our Lord
For the home of the holy
For the faith, for the way of the sword
Powrót do góry
 
 
Wyświetl wpisy z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum tolkienowskie -> Dzieci Hurina i Niedokończone Opowieści Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzednia  1, 2

Temat: Wędrówki Hurina - zachowanie Hurina, nasze oceny (Strona 2 z 2)

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich wpisów
Nie możesz usuwać swoich wpisów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dodawać załączników w tym dziale
Nie możesz ściągać plików w tym dziale

Powered by phpBB2
Copyright © tolkien.com.pl Wszystkie prawa zastrzeżone.