Forum dyskusyjne miłośników twórczości J.R.R. Tolkiena
w sieci od 11/2001
 
Gospoda(0) | Zasady Forum | FAQ | Szukaj | Kalendarz |  Zarejestruj się |  Profil | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości | Zaloguj

Witryny zrzeszone w forum:
Hobbiton  Pod Rozbrykanym Balrogiem


"Gdy świat się rozszczepił, stare drogi i ścieżki pamięci Zachodu pozostały i biegną jak potężny, niewidzialny most przez strefę powietrzną oddechów i lotu (także zakrzywioną odkąd świat się zakrzywił) a dalej przez strefę Ilmen, gdzie żadna istota cielesna nie może bez pomocy przetrwać, aż do Samotnej Wyspy, Tol Eressea, a może poza nią, do Valinoru gdzie w dalszym ciągu Valarowie przebywają i obserwują jak rozwija się historia świata." , Silmarillion


Temat: Beleneth - Powieść (Strona 1 z 1)

  skocz na koniec strony
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum tolkienowskie -> Twórczość fanowska Wydruk
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Beleneth
Mieszkaniec Shire


Dołączył(a): 24 Paź 2011
Wpisy: 36



Wysłany: 23-03-2012 21:27    Temat wpisu: Beleneth - Powieść Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Witam pragnę załączyć tutaj dwa pierwsze rozdziały mej twórczości. Chciałbym bowiem pochwalić się nowo zaczętą powieścią, która swój początek wzięła trzy miesiące temu. Jest oparta na świecie fantasy i czasie daleko wyodrębnionym od naszego rzeczywistego. Proszę o dosadną krytykę i opinie na temat mej twórczości. Pozdrawiam.




I

Mumifikacja jest jedną z wielu cech charakterystycznych dla religii wyznawanej przez mieszkańców Ilionu. Polega ona na zabalsamowaniu ciała zmarłej osoby, aby jej dusza na nowo mogła połączyć się z ciałem w zaświatach co oznacza, że społeczność ta wierzy w życie pozagrobowe. W Ilionie kult ten składał się z trzech podstawowych i głównych etapów. Pierwszy, stanowiło wysuszenie ciała, czyli usunięcie ogółu płynów. Do wyodrębnienia płynów posługiwano się piaskiem sprowadzonym z Gildii Magów, tam bowiem był on konserwowany i święcony błogosławioną wodą. Następnie odczekiwano siedemdziesiąt dni, aby struktura ciała nie została naruszona poprzez dotyk bądź innego rodzaju niszczycielskie elementy. Gdy ciało przeszło przez pierwszy etap, wnoszono je do piwnic świątyni Ilionu i tam przystępowano do kolejnego procesu. Ten z kolei etap polegał na wyjęciu z ciała zmarłego wszystkich organów niezbędnych do życia poczynając od serca, a kończąc na wątrobie. Posługiwano się niewielkim sztyletem o pięknie zdobionej rękojeści, którym nacinano lewy bok zmarłego. W mieście jak i w całym Aktynie niedozwolone, a nawet zabronione było skalanie ludzkiego ciała nawet po śmierci dlatego też osoba robiąca nacięcie musiała uciekać ze świątyni czym prędzej albowiem została obrzucana kamieniami przez pobratymców. Organy umieszczano w pięciu dzbanach zwanych Misami Knopskimi. Kolejnym i ostatnim etapem było zabalsamowanie ciała różnorakimi olejkami, a następnie owinięciu go białymi bandażami. Zabalsamowane ciało chowano w ziemi, aby już nigdy nie mogło powstać. I tak też było w tym przypadku.

Jak myślicie kim on mógł być? – zapytała Mistrzyni Aria, patrząc na zwłoki mężczyzny w podeszłym wieku.
-Nie mam pojęcia. –odparł Mistrz Aller, przełożony Wojowników z Gildii. –Wezwano nas tu byśmy zabalsamowali ciało, a nie przeprowadzili rozterki na temat jego przeszłości i win jakich się dopuścił i jakie doprowadziły go do grobu.
-Masz rację- rzekła Mistrzyni, przyglądając się badawczo zwłokom –Nie dziwi Cię jednak Allerze, że zmarł w dziwnych okolicznościach? Jestem przełożoną Uzdrowicieli od wielu lat i nigdy nie widziałam aby człowiek zginął mniemając żadnych obrażeń zewnętrznych jak i wewnętrznych.
-Może i masz rację- poparł ją Mistrz Nob- Ale raczej nie dane nam dowiedzieć się czegoś więcej o tym biedaku.
-Czyżby? – wtrącił niski staruszek stojący jak dotąd na uboczu.
-A kim, że ty jesteś starcze, że zwracasz się do nas z taką obojętnością. Arogancją nie jest mile widziana w śród Magów, możesz napytać sobie kłopotów.-z naganą w głosie odparowała Mistrzyni Aria.
-Wybacz mi droga pani, zawsze powtarzałem „Nie szukaj guza, a będziesz miał gładkie czoło”- po tych słowach zbliżył się o krok do stołu na, którym spoczywało ciało i został ogarnięty poświatą bijącą z niewielkiej kuli światła unoszącej się na stole. Prawdopodobnie było to dzieło Mistrzyni Arii albowiem dostrzec można w jej twarzy pełne skupienie i spojrzenie błąkające się gdzieś między stołem, kulą, a staruszkiem.- Chciałem powiedzieć, że jego tożsamość nie jest tak wielką tajemnicą jaką żeście go obarczyli.- Dopiero teraz gdy starzec znalazł się w kręgu światła rzucanego przesz kulę, można było dostrzec, że jest biednie ubrany. Spodnie i kufajka lekko podziurawiona i podarta, a buty ubroczone błotem i czymś w rodzaju gnoju.
-Powiedz nam wpierw kim, że ty jesteś, a potem zacznij chełpić się swą wiedzą- wyrzucił z siebie Mistrz Aller. W jego oczach można było dostrzec nikłe iskierki prawdopodobnie rozpalone żarem irytacji. Po chwili jednak jego twarz wykrzywiła się jakby w grymasie. Spowodowane to było zapewne odorem butów starca.
-Nazywam się Erith i mieszkam w tym mieście, a raczej na jego obrzeżach, na niewielkiej farmie mojego szwagra. Wezwano mnie tutaj abym służył osobą konserwującym zwłoki, choć prawdę powiedziawszy nie wiem na czym ma polegać ta rola. A co do zmarłego panicza, że tak go nazwę to znaleziono go na obrzeżach miasta, a dokładnie w porcie nieprzytomnego w fałdach piasku. Mówią, że przyniosły go fale, ja jednak myślę, że to inne licho. Mam jednak nadzieję, że żadna groźba z tego nie wyniknie.
-Jakoby miała wyniknąć jeżeli to trup – ozwał się Mistrz Nob.
-Przyniosły go fale? – powtórzyła z namysłem Mistrzyni Aria, koncentrując się na swej mocy, którą przelała w kulę, ta z kolei pojaśniała.-Nie widać śladów wody w uszach ni w płucach. Nie widać pofałdowanej skóry na palcach ni czerwonych oczu. Sądzę, że to nie morze go sprowadziło- zakończyła wypowiedź. W tej nowej łunie światła można było dostrzec ustrój sali, jeśli można owe pomieszczenie nazwać salą. Znajdowali się bowiem w niewielkiej komórce gdzieś pod świątynią miasta. Ściany były skalane kurzem i licznymi pajęczynami, tu i ówdzie leżały starocie. Komnata miała jedno wyjście, którym były strome schody w górę, prowadzące zapewne gdzieś na tyły świątyni.
-Dobrze, dziękujemy Ci mości Erith’cie za pomoc jakże pożądaną. Możesz odejść, czekaj jednak przy wyjściu albowiem pomożesz nam w pochówku – wyjaśnił Mistrz Aller, a na jego twarzy malowało się rozbawienie mieszane z gniewem.
-Jak sobie życzysz Mistrzu-odparł Erith w ukłonie wycofując się na schody.
-Hm, dziwny z niego typ- pomyślał na głos Aller.
-Nie bardziej niż ty i ja- odparła Aria- każdego człowieka wychowuje sytuacja, w której żyje, może on ma ciężki byt, nie oceniaj książki po okładce drogi przyjacielu- uśmiechnęła się doń- A teraz pomóż mi, musimy go jeszcze zabandażować.-
Mistrz Aller jedynie potaknął i cała trójka zabrała się do intensywnej pracy.

Noc była wyjątkowo piękna, księżyc w orszaku miliona gwiazd prezentował się na nieboskłonie niczym wielki brylant na stosie kilkuset mniejszych. Po mimo, że noc gwieździsta, było zaskakująco ciepło. Można było bez obaw biegać po mieście w samym kubraczku.
Erith zastanawiał się co też robi jego syn w domu. Wychodząc do miasta polecił mu rozłupanie kilkudziesięciu belek drewna, które będzie można sprzedać na targu w wschodniej części miasta często określanej jako Dzielnica Handlowa lub rzadziej Pasaż Handlowy. Myśląc o synu stwierdził, że bardzo chciałby wrócić do domu przed jego wyjściem na polowanie. Często uświadamiał sobie jak bardzo kocha swego syna jednak teraz, łzy stanęły starcowi w oczach gdy przypomniał sobie jak pierwszy raz wziął go na ręce jako niemowlaka w dzień, w którym jego matka zmarła. Dobrze pamiętał jej ostatnie słowa „Kocham Cię Erith, Kocham Cię Arneth’cie”, i tak o to Erith nadał swemu spadkobiercy imię Arneth. Patrzył tak na kominy, z których już dawno przestał wydobywać się dym, albowiem od kilku godzin całe miasto pogrążone jest w głębokim śnie. Spoglądając w dal błędnym wzrokiem dosłyszał kroki. Spojrzał w stronę wyjścia z podziemi i tam ujrzał trójkę Magów, a przed nimi - co zdziwiło Erith’a najbardziej- wisiała postać, a raczej ciało mężczyzny nieznanego w tym mieście. Magowie zawsze budzili w starcu strach, a teraz jeszcze unoszą zmarłego przed sobą jak jakiegoś bandziora. Winni oddać mu cześć i zorganizować procesję na cmentarz, a nie cichcem grzebać go jak zbira. Ale nie mógł się odezwać, nie mógł im zwrócić uwagi gdyż jedno skinienie palcem i skończył by marnie.
Dołączył do nich i jak równy z równym ruszyli ku krańcowi zabudowań, gdzie sterczała linia murów obronnych miasta. Za północnym murem znajdował się niewielki cmentarz, w którym chowano ludzi zamożnych i tych, których było stać na godny pochówek oraz Mumifikację innych zazwyczaj palono na stosie bądź wywożono na otwarte morze i tam obciążonych wyrzucano za burtę. Po mimo, że populacja miasta była zaskakująco duża, cmentarz był niewielki, wręcz nikły albowiem wysokie podatki i daniny na rzecz, króla odbierały mieszkańcom niemal cały majątek.
-Czy to dobra pora na pochówek zmarłego?- zapytał Erith. –W mieście mówią, że niemożna tego robić w pełnię, bo zmarły może powstać.
-Nie interesuje mnie czy powstanie czy nie!- rzucił poirytowany uwagą Nob. – Zrób my to szybko i zręcznie, marzę o ciepłej kąpieli!
-Masz rację też chce już wracać do Gildii – odparła z aprobatą Aria.- A co ty o tym myślisz Mistrzu Allerze?
-Co ja myślę? – Aller zamyślił się na dłuższą chwilę patrząc to na księżyc w pełni to na ciało zmarłego. Na jego czole pojawiła się wyraźna zmarszczka, w świetle nocy jego czerwona szata podkreślała rzeźbę ciała. – Myślę, że nie jest rozważnym pochować go w pełnię jednak do jutra powietrze mogło by go zdeformować.
-Zatem wykopię dół- rzuciła posępnie Aria znużona już trudem pracy. Wyciągnęła ręce przed siebie wykonała dziwny znak jakby koło, a w nim krzyż, a przed nią zawisło to samo tylko nakreślone jakby niebieskim flamastrem. Pchnęła obiema dłońmi znak w przód, a następnie skręciła nim w dół, a ten uderzył w ziemie pozostawiając po sobie głęboki na trzy stopy dół. Potem skoncentrowała się na mocy utrzymującej zwłoki w powietrzu i opuściła zabandażowane ciało zasypując je ziemią.
-No to na tyle, nie wiem jak wy ale ja teleportuję się do Gildii nie mam siły iść piechotą- rzekł Aller, a zmęczenie dało się we znaki.
-Ja również, a więc dobranoc wszystkim- i Mistrzyni Aria znikła im z oczu pozostawiając po sobie lekką mgłę i wibrujące cząsteczki powietrza.
-Mistrzu Allerze- rzekł Nob, skłaniając głowę, na co Aller potaknął i Nob zniknął równie nieoczekiwanie jak jego poprzedniczka.
-Idź do domu mości Erith’cie, spotkaj się z synem jak zamierzałeś od dwóch godzin- i zniknął, a starzec spoglądał jeszcze przez chwilę zdumionym wzrokiem na miejsce gdzie jeszcze kilka sekund temu stał Mistrz Aller, przełożony Wojowników.
-Skąd on wiedział, że chcę się spotkać z synem? Umie czytać w myślach? Może oni wszyscy w tej zwariowanej Gildii są tacy…
I z tą myślą ruszył skrajem cmentarza wychodząc na trakt prowadzący na północ gdzie za niespełna pół sążni mieściło się jego domostwo. Noc była piękna aż do samego ranka. Całe to zgromadzenie, które czuwało nad zmarłym nie spodziewało się, że może z owego przedsięwzięcia wyniknąć większa skaza niż kiedykolwiek dotąd.

Widząc swój dom, na twarzy Erith’a pojawił się cień uśmiechu. Zawsze lubił wracać tam gdzie było mu najlepiej i tam gdzie zawsze ktoś go mile witał – Zresztą każdy lubi wracać do miejsca, w którym zaczął swą życiową podróż, tam gdzie się urodził i tam gdzie ma bliskich sercu ludzi.
Gdy doszedł do drzwi spostrzegł wielki stos równo ułożonych brył drewna, które jego syn wcześniej „poszatkował”. Otworzywszy drzwi dotarł do jego nozdrzy wspaniały zapach smażonych jajek na boczku i cebuli. Ściągną buty i zawiesił codzienną kufajkę na wieszaku, jednak w momencie gdy chciał to zrobić, zauważył że nie ma na sobie kufajki, a w dłoni ściska białą koszulę. Zdziwiło go to niezmiernie.
-Ach, muszę jutro wrócić na cmentarz, tam pewno zostawiłem swoją kurtkę.
Wszedł do kuchni i przywitał krzątającego się syna.
-Dzień Dobry Arneth’cie.
-Witaj Ojcze, jak było w mieście? –odparł młodziak. Miał na sobie codzienne, robocze spodnie i zmiętą koszulę przepasaną szelkami od spodni.
-Jak zwykle pełno intryg i kłopotów.
-A byłeś u kowala jak Cię prosiłem?
-Oczywiście synu, lecz nie wiem czy będzie nas stać na nowy łuk-odparł zatroskany ojciec, widząc jak syn marszczy czoło.
-To znaczy? Jaką cenę ustalił ten „Kradziej”?
-Dwieście Rinów, a poza tym, Arneth’cie prosiłem żebyś nikogo tak nie nazywał, to bardzo obraźliwe sformułowanie.
-Dwieście Rinów?! Przecież to niedorzeczność!- krzyknął Arneth, a jego dłoń tak zadrżała, że widelec przezeń trzymany wpadł do jajecznicy.
-No tak, to są cztery moje wypłaty jako grabarza- rzucił posępnie Erith. – idziesz dziś na polowanie?
-Oczywiście, dzisiaj będę polował na wilki ich skórę można drogo sprzedać Kerin’owi, czeladnikowi ze środkowej części Ilionu.
-A pamiętasz jak się ściąga skórę z wilka? Uczyłem Cię tego
-Oczywiście tato, przyszykowałem sobie już wszystko, chciałem Ci jedynie zrobić śniadanie wiem, że ciężko pracujesz, ach niedługo ja przejmę obowiązki ty musisz dużo teraz odpoczywać.
-Ależ synu nic mi nie jest, tylko czasem mam zawroty głowy- odparł naburmuszony ale dumny z syna.
-Może i masz rację ale jesteś już w podeszłym wieku, a wiesz dobrze że mam tylko ciebie.
-Może niedługo się to zmieni, hę? -rzucił z łobuzerskim uśmieszkiem Erith.
-Co masz na myśli?
-A choćby to, że jesteś przystojny i postawny, mężny i odważny. Może czas wybrać się do miasta na poszukiwania żony?
-Nie! Znaczy się ja… jeszcze… Mam jeszcze dużo czasu tato!
-Może tak, może nie. Wiedz jednak, że chciałbym być na ślubie mego syna, a nowotwór się szybko rozwija- Erith mówił teraz jakby przyciszonym głosem, a jego oblicze zmalało kilkakrotnie. Ojciec Arneth’a od dwóch lat chorował na nowotwór płuc, gdyż po śmierci żony zaczął szukać pocieszenia w Bulinie, narkotyku działającym jak nikotyna tyle, że wielokrotnie mocniejszym.
-Pewnie masz rację, ale to musi być ktoś wyjątkowy, osoba, którą będę kochał, a na razie żadna dziewczyna mnie tak nie omamiła. Chyba, że wolę chłopców? –stwierdził Arneth, a kąciki jego ust wykrzywiły się w nikłym uśmiechu spodziewając się reakcji ojca.
-Zwariowałeś do reszty?! Chcesz, żebym zmarł na zawał?! To niedorzeczność i absurd! Jakbyśmy wyglądali?! Wstyd na cały Aktyn!- krzyknął Erith.
-Dobra, dobra tylko żartowałem – odwrócił się by sprawdzić jajka na patelni, a w prawdzie chciał stłumić śmiech. –Wybiorę się dzisiaj do miasta, może uda mi się utargować sto Rinów.
-Możesz iść choć nie wiem czy to nie zbyteczne, sam dobrze wiesz jaki jest Vern, może i sprzedaje najlepsze klingi w promieniu dwudziestu mil ale za to drogo się ceni – odparł Erith siadając przy stole.
-Smacznego tato, ja już idę. Nie mogę czekać aż ktoś mnie ubiegnie i nie znajdę żadnego wilka. Hm, a może natrafię na Jurika! – krzyknął podekscytowany Arneth.
-Ale uważaj na siebie, Juriki to niebezpieczne stwory, najlepiej wleź na drzewo i strzelaj doń z łuku.
-Dobrze tato. Do zobaczenia wieczorem- i odszedł zostawiając ojca samego z jajecznicą i własnymi myślami. Ubrał płaszcz z ciemnego materiału i przypasał pochwę z „mieczykiem” oraz założył na plecy kołczan z strzałami. Wsunął mały nożyk do pochewki przypasanej do piszczeli, którym ściągało się skóry zwierzyny i wyszedł na zewnątrz z łukiem w lewej ręce.
Ranek był śliczny. Wspaniała pogoda na polowanie –pomyślał Arneth - dobra widoczność w podszycie lasu, a korony drzew skąpane w gęstej mgle. Nie wiał wiatr, co było korzystne dla chłopca gdyż żadna zwierzyna nie była w stanie go wyczuć.
Ruszył w stronę traktu, którym przyszedł Erith, a następnie skierował się na północ, gdzie dalej prowadziła nikła ścieżka, a trakt skręcał ostro w prawo. Szedł tak dwie może trzy godziny, a słońce zawisło nad jego głową chyląc się już ku kresowi. Dopiero teraz minąwszy niewielki próg skalny, z którego można było obejrzeć tereny aż po południowe krańce miasta, wkroczył do lasu z początku niewielkiego i rzadkiego, który wraz z każdym krokiem robił się ciemniejszy i mroczniejszy. Pnie drzew były grube i obszerne zdawało się jakby to same baobaby zagościły w Aktynie. Słońca ni nieba już nie można było dostrzec. Patrząc w górę Arneth widział jedynie korony drzew i ogony licznych wiewiórek chowających się po ciemnych kontach drzewa. Podążając dalej stracił orientację w terenie, a w uszach dudniło mu i pulsowało jakby od zmiany ciśnienia. Las ten zwany był Lasem Goryczy, albowiem rzadko się zdarzało by osoba doń wkraczająca wyszła ponownie na światło dnia. Jednak Arneth znał ten las albowiem często tu polował. Zwierząt było mnóstwo z przyczyn wiadomych. Bowiem, każdy omijał las szerokim łukiem.
-Dobrze, że nie powiedziałem ojcu dokąd idę, zmartwił bym go jedynie – pomyślał Arneth. W rzeczy samej chłopiec nigdy nie wspominał ojcu gdzie poluje, że przynosi wiele skór z niemal każdego polowania.
Arneth nigdy nie przynosił z lasu jedzenia, gdyż cechą łowcy było zbieranie trofeów na targ, nie pożywienia na konsumpcję. Gdy przeszedł jakieś dwie sążnie od wejścia w las, zatrzymał się nagle nasłuchując. Z oddali dobiegało niewyraźne lecz znajome warczenie jakby skomlenie. Wyprostował lewą rękę trzymając łuk przed sobą, a prawą wyciągnął z kołczanu strzałę. Napiął cięciwę i bezszelestnie podążył w stronę odgłosów przyrody. Szedł tak pięć, może dziesięć minut, zatrzymując się dopiero gdy dostrzegł niewielką polanę w środku lasu. Przykucnął za krzewem jarzębiny gęsto tu rosnącej i wychylił głowę nad jej gałązki. Zobaczywszy scenę rozgrywającą się przed jego posturą, oniemiał z przerażenia. Polana była wydeptana jakby armia Wojowników przeszła tędy wczorajszego wieczoru, pnie drzew suche i oszpecone niszczycielskim czasem spoglądały swym błędnym wzrokiem na środek polany. Arneth również zwrócił spojrzenie w owy kierunek i dostrzegł trzy ścierwa wilczych ciał. Nad jednym z nim, najbardziej wysuniętym w stronę chłopca, wisiała tajemnicza postać, odziana w ciemny płaszcz. Zakapturzona istota trzymała kark zwierzęcia, a wargi przyssane prawdopodobnie do tętnicy ssały krew. Słychać było donośne Hlip-Hlap, Hlop-Hlap, jakby wielkimi haustami stwór wdychał powietrze. Na widok tego, chłopiec cofnął się o krok i nie zamierzenie nadepnął na gałązkę, która przełamała się z trzaskiem na dwoje. Stwór, czy to człowiek podniósł twarz, a z brody i ust ściekała mu purpura. Jego wzrok spotkał się ze spojrzeniem Arneth’a, a twarz wykrzywił złowieszczy grymas. Nieznajomy wykonał dziwny znak przed sobą jakby elipsę, popychając go w stronę chłopca. Nie czekając zwłoki Arneth zerwał się na równe nogi i popędził w tył jak najszybciej potrafił. Zostawił za sobą całą scenę, polanę i tajemniczego nieznajomego. Mijając zwierzęta przyglądające się mu badawczo stwierdził, że las się rozrzedza aż stanął na jego obrzeżach dokładnie w tym samym miejscu, w którym doń wszedł.
Dzień był piękny choć zachodnie góry Aktynu sięgały już łapczywie swymi poszarpanymi graniami po oblicze słońca. Ptaki świergotały wesoło na gałązkach świerków jakby nieświadome tego co dzieje się w czeluściach lasu. Chłopiec odetchnął głęboko wciągając wielki haust powietrza.
-To tylko złudzenie. Muszę więcej sypiać!- stwierdził Arneth i ruszył ścieżką ku głównemu traktowi by następnie skierować się w stronę północnych bram miasta. Po kilki minutach minął skręt na własną farmę i przeszedł obok marmurowej kapliczki sterczącej tu na cześć Boga Oriona.
Arneth rozmyślał jeszcze o tym co zobaczył - To nie mógł być sen, przeto od rana wszystko układa się jak co dzień. Ta postać była autentyczna. Cóż to za stwór i czego szuka w tych okolicach!- jednak myśli ulotniły się w niepamięć w miarę jak zbliżał się do miasta. Znad kłosów zboża wychylały się już iglice fortyfikacji miasta. Dumnie sterczące baszty i wierze obserwacyjne połyskiwały w blasku słońca niczym diamenty, rzucając na podłoże obszerne cienie.
-Stać! Kto idzie?!
-Nazywam się Arneth, syn Erith’a z pobliskiej farmy, przybywam na targ- odparł Arneth, patrząc na wysokiego strażnika pilnującego północnej bramy. Od czasu gdy posiłki króla zacumowały statek w porcie miasta, ostrożność wzmogła się wielce. Wszyscy byli teraz przepytywani w bramie włącznie z gwardią i obywatelami.
-Można wejść zatem! – rzucił ten sam strażnik, który teraz rzucił drwiące spojrzenie drugiemu nieco niższemu i tęższemu, a następnie oboje buchnęli ochrypłym śmiechem. Zawstydzony jak i poirytowany chłopiec przeszedł przez bramę i ruszył alejką w stronę Gmachu Głównego. Od dawna Arneth jak i jego ojciec byli uważani przez straż za wyrzutków i nieudaczników. Związane to było z wielką aferą rozegraną w ubiegłym roku gdy Erith handlował jeszcze miodem na targu. Wówczas to zasnął na krześle przy swoim straganie, a gdy się przebudził stanowisko przed nim było zrujnowane i ogołocone z towaru. Erith oskarżył człowieka z sąsiedniego straganu albowiem ten właśnie zlizywał miód z palców. Oczywiście ojciec Arneth miał rację gdyż pod jego nie uwagę podjechał powóz i zagarnął całość na prośbę tegoż właśnie człowieka. Jednak dowody były jednoznaczne, na dodatek wszyscy stanęli po stronie ów złodziejaszka jako, że Erith nie cieszył się poważaniem wśród reszty. Od tego momentu ojciec i syn stali się tematem kpin i szyderstw. Dziwna to sytuacja mająca miejsce w dziwnym mieście.
Mijając zabudowanie, Arneth przyglądał się ustrojowi miasta jako, że rzadko miał możność weń przebywania. Gdy doszedł do Gmachu- wielkiego budynku, prawdopodobnie najstarszego w mieście, gdzie załatwiano różnego rodzaju sprawy jakoby w Gminie – skierował się w lewo gdzie przed nim rozpościerał się już ogromny plac straganów i kramów różnej wielkości.
-Spójrzcie idzie syn zdziercy!- krzyczeli chłopcy wychylający głowy z okien Domu Uczniów, którego Arneth właśnie mijał. Nie zwróciwszy nań uwagi szedł dalej z wysoko uniesioną głową. Uniwersytet był w Ilionie największym budynkiem. Mieścił się po prawej stronie, w centrum miasta. W gospodzie mówiono dawniej, że został on wybudowany za czasów potężnych przedstawicieli magicznych. Mówiono również, że jego mury i fundament wzmacnia owy arkan sztuki. Dom Uczniów sprawował zasadniczą rolę mieszkań dla edukujących się dzieci z zamożnych i bogatych rodzin najczęściej arystokratów i gwardii królewskiej.
Gdy Arneth dotarł do wejścia na targ został dokładnie sprawdzony. Tradycja jak i powinność nakazywały by każdy został sprawdzony aby nie zdarzyły się kradzieże i innego rodzaju problemy. Przy wyjściu strażnicy sprawdzali również co wynosi, a gdy było to coś drogocennego obywatel był zobowiązany okazać kwitek lub innego rodzaju potwierdzenie zakupu przedmiotu.
Stragany były wypełnione różnorakimi drobiazgami jednymi bardziej innymi mniej cennymi. Jak zawsze w sobotę było wiele ludzi prawdopodobnie cała społeczność miasta. Soboty były bowiem dniem robienia zakupów na niedziele, święto, w którym się nie pracowało, a jedynym zajęciem był odpoczynek w gronie rodziny lub samotnie na polanie w blasku słońca.
Przechodząc tak przez tę krzątanie Arneth mógł dosłyszeć wiele zdań na temat cen jak i towarów. Niektórzy wyrażali głęboką radość z powodu niskiej wartości pieniężnej danego towaru inni wręcz przeciwnie. Na każdym targu jest jakiś zwyczaj, podobnie jest na targu w Ilionie. Jeżeli się chciało coś kupić trzeba było się targować inaczej sprzedawca miał możność odwrócenia się plecami i ignorowanie klienta. Popyt nigdy nie malał albowiem ceny były zawsze takie same ustalone już bardzo, bardzo dawno temu jeszcze gdy żył dziadek Arneth’a.
-Dzień Dobry!
-Witam młodzieńcze, coś podać – odparł handlarz bronią Arneth’owi, gdy ten podszedł do straganu.
-Chciałbym wiedzieć ile jest wart ten łuk, z cięciwą włosia Jurika. – rzucił zamyślony chłopiec wskazując na upięty do belki wspierającej baldachim łuk. Bardzo mu zależało by broń ta była tania gdyż u kowala mógł ją dostać za dwieście Rinów.
-Pięćdziesiąt Rinów chłopcze.
-Pięćdziesiąt! To oszałamiająco dużo, dam dwadzieścia pięć! – krzyknął z nadzieją
-Czterdzieści!
-Trzydzieści!
-Łuk ten sprowadzany z jaskiń Najemników, bardzo rzadki. Hm trzydzieści pięć – wyjaśnił sprzedawca, a zmarszczka na czole pogłębiła się znacząco.
-Trzydzieści pięć? Stoi – poważnie rzucił Arneth, ale w duchu czuł zadowolenie, że zakupił broń o sto sześćdziesiąt pięć Rinów taniej niż oferował kowal. Powoli włożył dłoń do kieszeni i wyciągną skurzaną sakwę z pieniędzmi. Wyliczył proponowaną sumę i oddał ją w ręce sędziwemu starcowi. Chwycił łuk i podniósł go na linię wzroku napinając pustą cięciwę. Łuk był giętki, a cięciwa luźno wykonywała ruchy w płaszczyźnie, bezszelestnie wracając na pierwotne miejsce gdy się ją wypuściło.
Chłopiec odszedł od straganu, trzymając broń w lewej ręce. Przechodząc obok straganu z miksturami i zwojami magicznymi, spostrzegł dwóch przygiętych starców szepczących do siebie i ukradkiem zerkających na różne strony. Arneth zapragnął dowiedzieć się o czym będzie rozmawiał z przyjacielem w podeszłym wieku. Podszedł bliżej udając, że zaciekawił go zwój Kamiennej Ręki. Przysłuchawszy się rozmowie dochodzącej od jego lewego boku stwierdził, że starcy przekazują sobie tajemnicze wieści.
-…ale wiem, że wyniknie z tego jakieś przekleństwo.
-Wytłumacz mi to jeszcze raz Ed, nie rozumiem jakim cudem mogło dojść do tak wielkiego przekleństwa! –rzucił drugi starzec, przybrany w domowy sweter koloru purpury i granatowe spodnie.
-Ależ ty jesteś zdrewniały jak ta laska, którą się wspierasz. Nie krzycz bo wszystko wyjdzie na jaw, co będzie jak wszyscy się dowiedzą i zacznie się panika. Nie potrzebna nam kolejna wojna domowa jak w zeszłym roku. –odparł stłumionym głosem pierwszy rozmówca, okryty jedynie płaszczem, w którym mieszkańcy miasta zwykli chodzić w domowym zaciszu. W rzeczy samej rok temu w Ilionie wybuchła panika będąca początkiem powszechnych zamieszek spowodowanych masowymi kradzieżami domostw. Stali za tym zbójcy z pobliskich jaskiń, których potem na zlecenie króla wyrżnięto, a jaskinie zasypano lub zawarto wielkimi głazami.
-No już dobrze, dobrze przepraszam ale powiedz o co chodzi Ci po głowie.
-Dziś rano jak byłem za miastem zbierać pieczarki dostrzegłem dziwne ślady jakby ktoś rozsypywał grudki ziemi co dwie stopy. Poszedłem biegiem owych śladów, zaprowadziły mnie na cmentarzysko, a tam co zdziwiło jak i przeraziło najbardziej dostrzegłem rozkopany grobowiec. Lecz nie był on rozkopany przez człowieka ni zwierzę nie było śladów grabieży.
Obejrzałem całe miejsce wzdłuż i w szerz i nic nie zwęszyłem prócz tego, że grób był pusty. Nie powiedziałem o tym nikomu boję się. Boję się, że to na mnie spadnie klątwa jako, że pierwszy zobaczyłem to co się stało. Co gorsza grób ten był grobem tego cudzoziemca, którego rzekomo przyniosły fale. A mówią, że pochowano go w pełnię, a sam wiesz drogi przyjacielu co się mówi o pogrzebach w nocy. Że zmarła osoba może powstać wzmocniona po stokroć ziemską mocą i siłą, która od wieków drzemie w zakamarkach śmierci. Jeśli on powstał, a z pewnością nie miał o sobie dobrego zdania za życia jak i po śmierci to wyniknie z tego większa groźba niźli kiedykolwiek dotąd. Co jeśli to jakiś…
Arneth nie dosłyszał już ostatnich słów gdyż szybkim krokiem szedł w stronę północnej bramy miasta, chciał jak najszybciej znaleźć się w ciepłym domu i porozmawiać z ojcem. Lęk wezbrał w nim wielki. Od samego rana towarzyszyły mu dziwne okoliczności to złamana klinka topora, którym ciupał drewno, to dziwna postać w lesie, a teraz jeszcze usłyszana rozmowa. Gdy przeszedł przez bramę północnej fortyfikacji miasta, strażnicy lekko kołyszący się ze znużenia odprowadzili go wzrokiem, aż zniknął za linią drzew przy pobliskim zakręcie.
Szedł tak patrząc na morze rozciągające się daleko po jego lewej stronie myśląc o tym wszystkim. Stanęła mu teraz przed oczyma scena rozegrana w Lesie Goryczy, tajemniczy mężczyzna, ścierwa wilków, krew ściekająca z jego warg, a potem ta rozmowa. Uświadomił sobie, że to wszystko może się łączyć, ale jakimże to sposobem pustelnik zmarły mógł powstać, czy przepowiednie z dawnych lat o mumifikacji i pochówku nocnym są prawdą. Wiele pytań nurtowało Arneth’a aż do samego domu, który stał już sennie na widnokręgu przed chłopcem. Do farmy prowadziła jedynie wydeptana ścieżka, którą nie kiedy przejeżdżali kupcy na swych wozach.
Po niespełna dwóch godzinach drogi z miasta Arneth otworzył drzwi domu, wszedł do środka i powiesił płaszcz na wieszaku, a uzbrojenie włożył do szafy. Poszedł dziarskim krokiem do salonu gdzie jego ojciec pykał fajkę w zamyśleniu, patrząc w przestrzeń rozpościerającą się za okiennicami. Gdy Arneth stanął przed fotelem Erith spojrzał na syna wybałuszając oczy.
-Co Ci się stało synu mój?!
-Ojcze… Ja… Nie mogę w to uwierzyć- szlochał chłopiec, a łzy popłynęły mu z oczu.
-Co się stało mów, że wreszcie!
-Ja podsłuchałem pewną rozmowę w mieście…
-Jaką rozmowę powiedz mi wszystko synu. – odparł zatroskany ojciec. Wstał teraz i odłożył fajkę, patrząc w dalszym ciągu na cyna.
-Byłem rano na polowaniu co sam wiesz dobrze, i zamiast iść do lasu nad naszą farmą poszedłem do Puszczy Goryczy i tam zobaczyłem straszną scenę. Jakiś stwór czy to człowiek klęczał nad ścierwem wilka i ssał krew z jego karku. Gdy mnie zauważył wykonał dziwny znak lecz nie z tych, które najczęściej używają magowie z Gildii ale inny mroczniejszy jakby. Uciekłem z miejsca akcji zostawiając polanę za sobą, wybiegłem na skraj lasu i poszedłem w stronę miasta.
Tam zaś w centralnej części targu dosłyszałem pewną rozmowę, dwóch starców rozprawiało o jakimś ważnym zdarzeniu. Mówili, że ktoś albo coś rozkopało jeden z grobów na cmentarzysku. I, że osoba weń leżąca…Ojcze dokąd idziesz!- krzyknął Arneth widząc, że ojciec jego poszedł do holu ubrał swój dzienny kubraczek i otworzył drzwi.
-Idę do miasta muszę to sprawdzić! Podejrzewałem, że coś takiego może się stać.
-Idę z Tobą!
-Nie zostań, musisz być w domu w razie jakby ktoś ze straży przyszedł szukać grabarza- uspokoił Erith syna, który już chwycił za płaszcz.
-Dobrze ale wracaj prędko cały i zdrów!- po tym krótkim pożegnaniu Erith wyszedł na zewnątrz i zatrzasnął za sobą drzwi. Arneth poszedł do kuchni i zaczął przygotowywać kolację.
Powrót do góry
 
 
Beleneth
Mieszkaniec Shire


Dołączył(a): 24 Paź 2011
Wpisy: 36



Wysłany: 23-03-2012 21:28    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

II

Erith szedł szybkim krokiem w blasku zachodzącego słońca, w stronę miasta. Jego fortyfikacja piętrzyła się już na horyzoncie, a wieże niczym stalowe iglice sterczały bezwiednie drapiąc chmury przebiegające nad ich krańcami. Popołudniowy wietrzyk zmienił się w zimny powiew zachodu niosącego zwały bryzy morskiej. Ptaki niczym mewy z dalekiego oceanu przelatywały raz po raz nad głową starca wyśpiewując różnorakie melodie.
-Wiedziałem, że wyniknie z tego groźba, wiedziałem. To była niedorzeczność grzebać człowieka w północ!
Z takimi myślami dotarł do północnych bram, a strażnicy nucący sobie melodie z dalekiego wschodu nie zatrzymali go wiedząc o posadzie ignorowanego w mieście farmera. Gdy Erith przeszedł przez bramy miasta i znalazł się na głównym dziedzińcu przed gmachem głównym podszedł do niego jeden z Wojowników.
-Witamy w Ilionie mości Erith’cie. Pójdziesz ze mną! – po tych słowach, Wojownik chwycił starca pod rękę i poprowadził go brukowaną ścieżką ku górnemu miastu i gmachowi, oraz siedzibie Przełożonego Wojowników. Erith nie mógł nawet przypuszczać, że sprawy przybiorą tak dramatyczny kierunek, nie wiedział dlaczego go zatrzymano i co z nim się dalej stanie. Lęk wziął górę nad jego umysłem, a zwątpienie dało się we znaki.
Słońce zaszło już za szczytami gór, a ostatnie promienie prześlizgnęły się po wschodniej fortyfikacji miasta. Wiatr zmienił się na południowy, a mróz okolił okiennice licznych domów.
Erith prowadzony przez Wojownika stanął przed domem Przełożonego Wojowników, za nim położony był staw z błękitną wodą, a po jego środku sterczał posąg króla, wyniosłego i dumnego, po mimo, że z kamienia to nader realnego i jakby żywego. Jedną ręką wskazywał odległy zachód gdzie mieściła się wyspa, na której panował niepodzielnie król i władca wszystkich wysp zjednoczonych. Dumna postać Króla spoglądała bystrymi oczyma, a jasne włosy rozpływały się na ramionach monarchy. Ze złotej korony umieszczonej na głowie władcy wystrzeliwały cztery strumienie srebrzystej wody, dokładnie na cztery strony świata. Przechodząc obok posągu Erith przyglądał się ustrojowi Dziedzińca Centralnego gdyż jeszcze nigdy nie był w tej części miasta.
Do drzwi domu Przełożonego prowadziła brukowane schody, a po lewej i prawej stronie widniały budynki, stojące tu odkąd Wojownicy przypłynęli do miasta. Zamieszkali w nim tworząc koszary i kuźnie, wprowadzając cywilizację i rozpowszechniając kulturę. Na czele Wojowników przypłynął mag lecz rzadko widywano go w szeregach Wojowników, mówiono za to, że mieszka w dziczy i przeprowadza dziwne doświadczenia.
-Kogo prowadzicie?!- krzyknął władczo strażnik wejścia do domu Przełożonego.
-Erith’a, grabarza w mieście i farmera z okolic miasta. Jest podejrzany o zbrodnie jaka wydarzyła się dzisiejszej nocy. – odparł Wojownik, który prowadził starca. Strażnicy żyli w sojuszu i pokoju z Wojownikami z oczywistych przyczyn. Byli co prawda liczniejsi ale Wojowników wychowano na prawdziwych bohaterów, każdy z nich trzymał się żelaznych zasad. Mówi się, że każdy Wojownik z wyspy Gardy szkolony był od dziecka, że każde niemowlę w owym kraju zostaje poddane próbie, dzieci zdrowe i silne zostają w przyszłości Wojownikami, słabi i piękni urzędnikami, a dzieci okaleczone i oszpecone porzucano na pastwę losu.
W wieku siedmiu lat chłopiec, który mieszka w Gardzie zostaje poddany próbie, wysyła się go w dzicz na dwa lata. Jeśli przeżyje i powróci do miasta zostaje odznaczony mianem Wojownika i szkolony, naucza się go by nigdy się nie poddawał, by nigdy nie odpuszczał, naucza się honoru i chwały, dobra i oddania za ojczyznę. Wydaje się, że to są karygodne wręcz okrutne prawa, lecz mieszkańcy tej wyspy co roku bronią tysiące ludzi przed zagrożeniami naturalnymi i wyrządzonymi przez człowieka. Są oni główną armią Króla i jego gwardią przyboczną.
-Nasz wódz już na was czeka, proszę!-odparł strażnik i ukłonił się pod spojrzeniem Wojownika.
Po wejściu, do nozdrzy Erith’a dostał się drażniący ale przyjemny zapach jakby pieczonego kurczaka. Rozejrzał się po ścianach. Po prawej stronie wznosiły się schody wyłożone panelami, prowadzące na drugie piętro do sypialń Przełożonego. Na ścianach widniały obrazy walk i wizerunki króla. Gdzieniegdzie wisiały miecze i łuki pięknie zdobione jakby nie z tej wyspy. Rynsztunek owych przedmiotów oczarował niezmiernie Erith’a. Gdy przeszli do następnego pomieszczenie, zobaczyli kilka osób stojących pod ścianami na baczność, a po środku sali rosłego mężczyznę w pięknie zdobionej zbroi, z mieczem przypasanym do lewego boku i łukiem na plecach.
-Dobry wieczór! Przyprowadziłem Erith’a, grabarza w mieście. – wyjaśnił i przedstawił zarazem Erith’a, Wojownik. Erith dopiero teraz dojrzał twarz Wojownika. Była mizerna lecz dumna, oczy spoglądały bystro w twarz Przełożonego, lecz źrenice jakby lekko drgały, wywołane to było- jak sądził Erith- przestrachem i grozą, która biła od barczystego dowódcy zamorskich kamratów.
-Dziękuję Ci Variad’zie, możesz odejść! –rzekł donośnie Przełożony i usiadł na krześle przed stołem, na którym rozłożone były różne mapy i kroniki. Bystre oczy Erith’a, dojrzały weń stare, bardzo stare przekłady języka elfickiego, zwanego Alphenionem. Była to rzadko spotykana księga, przywieziona- jak sądził Erith- z wyspy króla gdzie mieszczą się bogate zasoby ksiąg w tamtejszych bibliotekach, a możę z Gildii Magów, do której nie mają wstępu zwykli obywatele miasta i okolic. Księga ta była jedynym słownikiem języka elfów z pradawnych lat, które odpłynęły za morze po Wielkiej Bitwie Potęg, która rozegrała się za czasów praojców, praojców najstarszych starców w Ilionie. Wówczas gdy „Apocalips” złowrogi wysłaniec zła nakazał zniszczyć wszelakie oznaki bytu dobra w Luwirii- dawnym świecie- tylko owa księga została przechowana przez Eriana, który potem zmarł jako ostatni król miasta Nordiath i całej Qardy. Lecz ta wzmianka nie należy do owej historii.
– Wiesz dlaczego cię aresztowaliśmy?
-Nie Panie.- odparł ściszonym głosem starzec lekko drgając z lęku.
-Aresztowaliśmy Cię albowiem ostatniej nocy zdarzyło się coś niesamowitego na cmentarzu za miastem.
-Cóż takiego?- zapytał Erith udając nieświadomego.
-Hm. Dziś rano znaleziono rozkopany grób, w którym wczorajszej nocy pogrzebano zabalsamowane ciało nieznajomego człowieka.- Wyjaśnił Wojownik, a jego oczy rozbłysły widząc jak wzrok Erith’a biegał tu i tam po ścianach. Przełożony Wojowników dobrze wiedział, że Erith jest powiernikiem wielu cennych informacji dotyczącej owej nocy, jednak nie chciał naciskać by nie zszargać przesłuchania na samym jego początku.
-Ależ Panie ja…
-Mów co wiesz, a wyjdziesz na tym lepiej niźli możesz się spodziewać! –odparł donośnym głosem, a jego czoło zostało przeorane głęboką zmarszczką. Po mimo, że wygląd temu przeczył, Przełożony bym bardzo starym człowiekiem, wywodziło się to z ojczyzny Wojowników, którzy-jak już wspomniałem wcześniej- trzymali się żelaznych zasad, ale ich lód był nader wytrzymały. Mówiono tu i tam, że Wojownicy pochodzą od samego Haraklsesa, że są nader mocni i żyją długie wieki bez oznaki fizycznej. –Ja sam nie wiem ile Wojownik, przed, którym stał Erith ma lat, ale czytałem w bibliotece Ilionu, że Król Aktynu i Wysp Zjednoczonych, wywodzący się z tego samego rodu, w obecnej chwili ma dwieście czternaście lat i włada Aktynem od siedemdziesięciu czterech.
-Ale… Dobrze Panie. Wczorajszej nocy gdy zostałem wezwany do komnat świątyni miasta, byłem świadkiem mumifikacji.- Erith wymawiając to słowo zląkł się, a obecnym w sali dreszcz przebiegł po plecach, niektórzy w rezultacie spuścili wzrok inni dokończywszy wartę wyszli w pośpiechu. – Jednak nikt z tam obecnych nie wiedział kim jest zmarły, więc ja zabrałem głos i powiedziałem, co wiem na ów temat, oczywiście nie obeszło się bez kpin i wzgard- Erith opowiedział całą historię Przełożonemu, który w połowie opowieści usiadł na swym krześle o pięknych zdobieniach i oparł głowę na dłoni, wpatrując się monotonnie w starca. Dopiero gdy Erith wspomniał o cmentarzu Wojownik podniósł głowę i umieścił bystry wzrok pełen podejrzliwości na starcu. -… i tak patrzyłem jak Przełożona Uzdronandzieli…
-Uzdrowicieli!- poprawił go Wojownik, patrząc dalej w twarz starca.
-Tak, Uzdrowicieli wykopała, a raczej użyła magii do wykopania grobu dla zmarłego, unosząc jego ciało i składając w ziemi, a następnie zasypując nią. Mówiłem im, że nie roztropnie jest…
-Nie widzę w tym nic podejrzanego, prócz tego, że to ty byłeś na miejscu zdarzenia gdy magowie odeszli do Gildii…
-Ale panie, ja…
-Milcz! Znaleziono na miejscu zdarzenia twój kubraczek, w którym widziano Cię poprzedniego dnia w mieście! –rzucił oskarżeniem Wojownik. Teraz dopiero Erith, zrozumiał, że inni Wojownicy nie wzdragali się jego siły lecz bezczelności i umiejętności manipulacji ludźmi.
-Ale, Panie, proszę… mogę skończyć?
-To bez znaczenia co powiesz w tej chwili, wszystko sprzysięga się przeciw Tobie! Z tą chwilą zostajesz aresztowany, na mocy prawa nadanego mi przez Króla Aktynu i Wysp Zjednoczonych! Zabierzcie go!- W tej chwili Wojownicy stojący pod ścianą na baczność, ruszyli w stronę starca i chwycili go pod rękę, prowadząc ku wyjściu.
Jasne było, że Erith jest niewinny, lecz kto śmiał by się sprzeciwiać głowie miasta i drugiej z kolei, prawej ręce Króla Aktynu. Wychodząc z domu Przełożonego, Erith czuł znużenie smutkiem jak i wielki żal. Żal wywołany niemocą. Nie mógł się sprzeciwić Królowi, a negując słowo Przełożonego właśnie się pod tym podpisywał.

Wyprowadzono Erith’a z domu Przełożonego i poprowadzono do Dolnego Miasta. Dolnego albowiem miasto składało się z trzech warstw: „Nędzna Dzielnica”, było to miejsce gdzie mieszkała najbiedniejsza część społeczności Ilionu, to tam załatwiano wszystkie problemy w sposób niekoniecznie zgodny z prawem i zasadami obowiązującymi w mieście i tam też handlowano „Buliną”. Drugą warstwą było „Dolne Miasto” gdzie mieściły się budynki mieszkalne, Uniwersytet, Gmach Główny i targi oraz świątynia i Dzielnica Portowa. Ostatnią warstwą było „Górne Miasto” czyli siedziba Wojowników.
Przechodnie obserwowali tę dziwną procesję z wielkim zdziwieniem jak i oburzeniem. Niebawem gdy zrozumiano, że prowadzony starzec jest winny nocnej zbrodni, zaczęto wyzywać go od najgorszych i spluwać na ziemię pod jego adresem. Przeklęty przez społeczeństwo i zszargany przez straż, szedł główną drogą obok Uniwersytetu, dalej w stronę Gmachu Głównego, za którym znajdowały się koszary i więzienie dla złoczyńców.
Starzec martwił się przede wszystkim o swego syna Arneth’a, który ma dopiero piętnaście lat, martwił się o to, że chłopiec nie poradzi sobie sam ze wszystkim, a co gorsza, bardzo możliwe, że Wojownicy upomną się i o niego. „Obiecałem mej żonie, że się nim zaopiekuję, a jednak nie dotrzymam słowa”, z tą myślą w głowie szedł obserwowany przez setki par oczy. Jednak nie mógł się o to obwiniać gdyż był całkowicie nie winny, no może prócz tego, że napił się kieliszek brandy gdyż nie mógł zasnąć w nocy.
Wreszcie po dziesięciominutowym marszu, pełnym obelg i drwin, doszli do więzienia gdzie napotkali straż.
-Witam! Co was tu sprowadza? Brakło pracy dla was w domu Przełożonego?- przywitał ich jeden ze strażników, patrząc na Wojowników- A myślałem, że jest wam tam dobrze. „W domu Przełożonego mamy tyle pracy, a jak dobrze płacą”- wyrecytował strażnik z drwiną- Czekajcie, kiedy ja to słyszałem? A tak, wczorajszego wieczoru w jednym z pokoi w Domu Rozkoszy. Może mam donieść Przełożonemu gdzie się pałętacie w godzinach pracy?
-Zamknij się! Chyba, że chcesz abym skrócił Ci ten rozpustny język! Jeśli komuś powiesz, że widziałeś mnie w „Redlan’ie” to nie poszczędzę ostrza na twój kark, głupcze!- krzyknął wyższy z Wojowników. Stosunki między Wojownikami, a Strażnikami miasta były dość chłodne jednak żadne z stron nie wchodziło sobie w drogę. „redlan” był to burdel mieszczący się w „Dzielnicy Portowej”, miejsce nietypowe jak dla Wojowników i straży jednak cieszące się sławą gdyż to co błogie uzależnia niezmiernie.- Prowadzimy Erith’a farmera z pobliskiej wsi i grabarza w mieście. Jest on oskarżony o zbrodnie, która wydarzyła się w tę noc! Pod waszą strażą ma czekać na wyrok, który zapadnie w ciągu dwudziestu czterech godzin.
-Dobrze! Wprowadźcie więc go do środka i ostudźcie swe języki, bo to ja mogę coś komuś przekazać czy zgłosić!- odparł drugi strażnik strzegący wejścia do koszar.
Erith w eskorcie dwóch Wojowników przeszedł pod łukiem murowanej z kamienia bramy, otwartej na północ ku odległym puszczą i górą. Następnie udali się kamienną drogą w głąb koszar by przejść przez plac treningowy na, którym ćwiczyli swe sztuki wojenne strażnicy i stanąć przed dowódcą koszar i więzienia.
-Wszystko już wiem, przysłano do mnie posłańca od Przełożonego Wojowników z informacjami o całej sprawie.- Przywitał ich- Wprowadźcie go do środka, umieśćcie w celi numer trzy.- Po wprowadzeniu starca do celi Wojownicy wrócili do swych zajęć.

-Wyślijcie posłańca do koszar aby przygotowano cale dla więźnia Erith’a.- Powiedział donośnym głosem Przełożony Wojowników do swej gwardii przybocznej, która w mgnieniu oka pospieszyła aby wykonać zadanie.- Wezwać Polton’a!
Po kilku minutach do sali wszedł wysoki mężczyzna o twarzy podobnej do Przełożonego jednak nie tak bardzo dumny i barczysty. Podszedł do stołu i stanął naprzeciw Przełożonego.
-Witaj, bracie mój!- Przywitał go dowódca.
-Dzień Dobry. Słyszałem, że znalazłeś winowajcę zła jakie przyniósł nam ten ranek.
-Tak, jest to Erith farmer i grabarz w mieście.
-Dlaczegóż to farmer miał by odkopywać i plądrować grób zmarłego?
-Choćby dlatego, że zmarły był obcy? Kto wie czy nie pochowano go z różnorakimi skarbami.- Rzucił posępnie Przełożony, a na jego twarzy malował się chytry uśmieszek.
-Widzę, że dalej trzymają się ciebie żarty. Dorośnij wreszcie.- odparł Polton. Był młodszy od swego brata lecz zawsze bardziej rozsądny i racjonalny. To on miał zostać Przełożonym lecz nie przybył na wezwanie króla, gdyż jego żona urodziła mu wtem dziedzica rodu, czego nie omieszkał jego starszy brat. Zatruł umysł króla swymi słowami i zawładnął dziedziną Wojowników.
-Daj spokój, o co znów Ci chodzi? Cały czas masz coś przeciw mym zmaganiom ze skazą tego miasta.
-Może to ty jesteś skazą swego rodzaju? A jakież to argumenty przedstawił na swą obronę ten farmer?-zapytał Polton
-Zaiste żadne, wmawiał mi, że wszystko odbyło się planowo i, że odszedł zaraz po tym jak Magowie teleportowali się do Gildii.
-To dlaczego od razu stawiasz na to, że on jest winien wszystkiemu?
-Widziałem to w jego oczach.-odparł Przełożony.
-W jego oczach? A widzisz irytację twym zachowaniem w mych?
-Ach, bracie nie kłóćmy się, mam dla ciebie zadanie!
-O co chodzi?
-A chcesz wziąć je na swe barki?
-Po co pytasz i tak nie mam innego wyjścia…
-Doszły do mnie słuchy, że ów Erith ma syna o imieniu Arneth, przebywa on teraz na farmie ojca. Za wszelką cenę chcę go mieć przed swym obliczem!- rzucił Przełożony, a w jego oczach pojawiło się coś nowego, coś czego jego brat nigdy nie widział. To coś przerodziło się momentalnie w nienawiść i pogardę jednocześnie.
-Po jakie licho Ci on…
-Bo czuję, że odziedziczył po ojcu sztukę złodziejstwa, a poza tym chcę go mieć pod kluczem. Zresztą to teraz sierota, jak mogli byśmy go pozostawić na pastwę tego okrutnego świata.
-Jak sobie życzysz.- Odparł Polton i ruszył w stronę wyjścia nie zauważając, jak jego brat uśmiecha się drwiąco, a oczy rozpala ogień.
Minęła dziewiętnasta i mrok zapadał nad Ilionem, a słońce zaszło z daleką gładzią oceanu ustępując miejsca księżycu. Gwiazdy roziskrzyły się na niebie zwiastując mroźną noc, które w Aktynie często gościły.
Gdy Polton schodził po kamiennych schodach z Górnego do Dolnego Miasta, Erith patrzył przez zakratowane okiennice w nicość na niebie i światła bijące z domowego zacisza budynków. Rozmyślał nad swym synem i krzywdami jakie mogą go teraz spotkać. Rozmyślał nad tym, jaki koniec go spotka, nie wiedział jednak, że koniec przyjdzie w dalekiej przyszłości, a wymierzy go sam, sobie.

Arneth obudził się o brzasku i wyszedł z łóżka. Przeszedł wszystkie korytarze i zajrzał do wszystkich pokoi w domu. Jego ojca jeszcze nie było. Zmartwiło to niezmiernie chłopca, gdyż przez całą noc nie dostał żadnej informacji o ojcu lub od niego samego. Ubrał się i poszedł do kuchni. Zjadł śniadanie przez siebie wcześniej zrobione. Za okiennicami, zwróconymi na zachód, rozpościerała się mżawka, która z każdą chwilą zmieniała się w piękną pogodę. Wnet niebo się oczyściło i szron zszedł z roślin i szyb.
Po zjedzeniu śniadania udał się do holu pełnego cieni i półcieni. Ubrał płaszcz i całe uzbrojenie, które zawsze towarzyszyło mu na polowaniach i wyszedł na zewnątrz. Patrząc tak w niebo nabrał wielki haust powietrza i udał się na polowanie by nazbierać dużą ilość wilczych futer, które następnie zamierzał sprzedać na targu i kupić za uzyskane pieniądze jedzenie. Ruszył więc na północ od domu w stronę Puszczy Goryczy, która znajdowała się jakieś dwadzieścia pięć mil od Ilionu. Arneth lubił tam polować gdyż zawsze roiło się od zwierząt.
Szedł tak długo, że nogi zaczęły go boleć, lecz widział już przed sobą skraj puszczy i miejsce, którym zawsze wstępował doń.
Gdy stanął na skraju lasu poczuł dziwne mrowienie w nogach jak gdyby chciały dalej podążać na północ nie wkraczając wcale do puszczy. Nie mógł się powstrzymać i odegnać ciekawości co do tego, co też może się znajdować dalej, tam gdzie nie sięgała nawet jego myśl. Nie czekając dłużej, ruszył na północ tą samą polną ścieżką, którą tutaj dotarł. Wnet zorientował się, że polna ścieżka dobiegła końca przemieniając się w kamienną. Ta zaś prowadziła jeszcze niespełna pół mili dalej gdzie nad linią lasu widniało coś dziwnego, coś w rodzaju spiczastego dachu jakiejś wieżycy w stylu Gotyckim.
Zaciekawiony odkryciem- Arneth- ruszył w nowo wyznaczonym kierunku. Słońce wzeszło na najwyższy punkt nieboskłonu i już miało mijać zenit gdy ciemna, mroczna chmura przyćmiła jego tarczę i wówczas, Arneth stanął na północnym skraju lasu, patrząc na ciemną i mroczną, zarazem wieżę, sterczącą z kamiennego podłoża niczym iglica zmarłego miasta.
Wieża była wysoka i obszerna w całej swej okazałości. Sterczała na kamiennym podwyższeniu, które wystawało z trawiastej ziemi niczym ogromny postument. Ciemne szpony wierzchołka wieży drapały jasne chmury na błękitnym oceanie niczym wieżowce w wyjątkowo zaludnionym mieście. W połowie wieży jak i na jej czubku, malowały się kamienne kolce wystające z jej wnętrza jak gdyby przeznaczone do obrony swej pani. Cień wieży przysłaniał tarcze słońca, a jasność się jej nie imała. Ścieżka, którą zawędrował tu Arneth, biegła dalej wpijając się w środek podstawy lśniącej czernią iglicy, tworząc wejście z wysokim kamiennym łukiem. Było ono wysokie lecz wąskie. Ściany widniejące w wejściu były grube i ciężkie co świadczyło o warowności ów kamiennej rzeźby. Arneth czuł coś dziwnego, jakby magiczną aurę bijącą z wewnątrz wieży. Nie wątpliwe było to, że do zbudowania ów wieżycy przyczyniła się nad naturalna moc. Na wysokości górnego łuku wejścia widniały dwie pochodnie, które roziskrzone płonęły bezwiednymi ognikami, rzucającymi mdłą poświatę.
Arneth nie mógł już dłużej wytrzymać napięcia, czuł że rozum ostrzega go przed wejściem w nieznane lochy lecz serce wyraźnie pożądało wiedzy. Chłopiec nie mógł opierać się dłużej. Zrobił krok…Drugi…Trzeci i już stał przed wejściem, patrząc w mrok malujący się wewnątrz. Oparł prawą rękę o ścianę, która zwieńczona była runami. Przeszedł próg i coś jakby go odurzyło. Nie był to narkotyk czy coś tego pochodzenia. Było to wyraźnie nienaturalne jak by nie z tej czasoprzestrzeni. Arneth nie mógł się oprzeć. Wszedł dalej, przechodząc długim korytarzem. Momentalnie znalazł się w pomieszczeniu podobnym do holu. Po prawej stronie miał wejście na kamienne, spiralne schody, a po lewej duże pomieszczenie, a raczej komnatę lub loch.
Z kamiennego, ciemnego sufitu, wpieranego potężnymi filarami, zwisały grube, stalowe łańcuchy. Tu i tam leżała otwarta bądź zamknięta klatka, a weń rozrzucone kości najprawdopodobniej goblina, lecz czy aby na pewno…? Widząc to wszystko- Arneth- przeraził się niezmiernie i odwrócił wzrok w drugą stronę gdzie na ścianie wisiało przybite do krzyża ciało mężczyzny. Mężczyzny młodego i rosłego. Muskularne bary i ramiona wyciągnięte na twardym drewnie wykręciły się w nie naturalny sposób.
Arneth zakrył sobie usta dłonią i wyskoczył przerażony z ów komnaty nie patrząc gdzie go nogi niosą. Wnet znalazł się na kamiennych schodach i biegnąc w górę wieży zapomniał o wszystkich niebezpieczeństwach, które mogły czyhać za rogiem.
Wreszcie po długim biegu znalazł się na szczycie wieży upadając z łoskotem na… Purpurowy dywan. Chłopiec znajdował się teraz w niewielkim pomieszczeniu lecz nie przypominającym lochu czy komnaty. Znajdował się w pokoju mieszkalnym o kamiennych ścianach i sklepieniu. Na podłodze położone były równolegle dwa dywany, a na jednym z nich brązowy , skórzany fotel postawiony naprzeciw dużego kominka, w którym wesoło huczał ogień. Za fotelem znajdował się niewielki stół, a na nim różnego rodzaju zwoje i mapy oraz przekłady prastarych ksiąg z czasów elfich władców, w chaotycznym układzie, w których Arneth dopatrzył się tytuły: „Czarna Magia w Praktyce”, „Smoki i ich Serca”, „Zło w Czystej Postaci”, „Pentagramy Bieżącej Czasoprzestrzeni”, „Arkany Sztuki”, „Metaforyczne Znaczenie Magii” i wiele innych.
Na drugim dywanie, stało łoże z baldachimem, a obok niego nocna półka i szafa. Nad łożem wisiał duży obraz przedstawiający wymarsz ogromnej armii z pięknego miasta o złotych iglicach i blankach. Między dywanami znajdowało się przejście do innego pomieszczenia. Arneth ruszył w jego kierunku. Cicho na palcach podkradł się pod sam łuk przejścia i spostrzegł coś niesamowitego.
Pomieszczenie było duże i obszerne, ściany kamienne, a sklepienie podpierane pięknie zdobionymi filarami. W centrum pomieszczenia na podłożu znajdował się dziwny okrąg nakreślony krwią, a w jego wnętrzu krwawa, pięcioramienna gwiazda, na podobieństwo pentagramu. Każde ramię gwiazdy wskazywało kamienne postumenty, na których widniały rozwarte na dwoje księgi.
Z lewej strony obok postumentu z księgą, stał stół alchemiczny, a po prawej postać odziana w czerń. Z początku do Arneth’a nie dotarło to co widzi. Po kilku minutach wpatrywania się w kark Czarnoksiężnika- Chłopiec- cofnął się pod ścianę i przywarł doń sparaliżowany strachem. Czarnoksiężnik unosił ręce ku górze, a dłonie jaśniały mu niebieską poświatą.
-Słyszę bicie twego serca młodzieńcze- przemówił po chwili mężczyzna jakby do siebie albowiem cały czas był odwrócony plecami do Arneth’a. Chłopiec dopiero po minucie bądź dwóch ocknął się z przerażenia i stwierdził, że jego serce łomocze niczym orkowy bęben – Powiedz mi, jak się tu dostałeś i czego szukasz?
Po tych słowach Arneth czuł jakby mu coś zmroziło krew w żyłach, a gardło związały stalowe pęta.- Nie ładnie jest nie odpowiadać na pytania starszego.- powiedział spokojnie Czarnoksiężnik, nadal zwrócony plecami do chłopca. Wtem Arneth poczuł jak jego nogi złączają się, a ręce rozwierają na boki. Czuł jakby związano jego ciało bardzo mocnymi więzami. Nie mógł się ruszyć. Jego ciało uniosło się ku górze i zawisło na ścianie bezwiednie. Dopiero teraz Czarnoksiężnik zwrócił swe oblicze w stronę sparaliżowanego trwogą intruza.
Twarz jego była stara i zbutwiała. Siwizna na głowie kontrastowała z białą bródką. Oczy jarzyły się płomieniem. Stał tak w swym majestacie przybrany w długą szatę maga zwieńczoną licznymi runami.
-Czego tu szukasz, mów prędko!- Krzyknął, a uprzejmość, z którą jeszcze przed chwila witał swego gościa ulotniła się bezpowrotnie. Dopiero teraz Arneth dopatrzył się długiej, głębokiej blizny na jego twarzy biorącej swój początek w okolicy ust, a kończąc bieg na lewym oku.- Niechżesz odpowiadać? Nie krzątaj się! Zaraz skończą się twe męki! Mam nadzieję, że pożegnałeś ojca i matkę w kurhanie, albowiem zaraz do niej dołączysz!- Słysząc to Arneth napiął wszystkie mięśnie. Więzy nie puściły. Zły ściekły mu policzkiem, czuł żal, że nie spotkał się ostatni raz z ojcem, że go nie pożegnał. Zaraz zginie. Właśnie w tej chwili uświadomił sobie jak drogie jest mu życie, robienie co dzień ojcu śniadania, pomaganie mu w gospodarstwie, chodzenie razem do miasta i oczywiście częste pogawędki w ogrodzie pełne żartów i śmiechu. Wspomniał ostatnie słowa ojca „Jesteś przystojny i postawny, mężny i odważny. Może czas wybrać się do miasta na poszukiwania żony?”, Arneth’owi stanęło przed oczyma dotychczasowe życie. Przecież ma dopiero piętnaście lat, jeszcze tyle dobra go czeka. „Nie chce umierać”- pomyślał- „Chciałem być namiestnikiem jak nie królem Ilionu, mieć żonę i ciepły szczęśliwy dom, w którym wrzeszczały by dzieci. Przecież ja jeszcze nawet nie zaznałem ciepła kobiecego ciała! Ach, no cóż, jeśli taki ma być mój los. Trudno”.
-Ojcze pomóż mi!- wykrzyczał na co Czarnoksiężnik roześmiał się nienawistnie. Z nikąd nie można było się spodziewać pomocy. Arneth czuł, że opada z sił. Oczy zaszły mu mgłą i lekko się przymknęły.- Ageorm’ie, ześlij mi pomoc i obdarz swą łaską!- Wydusił z siebie ostatnimi sił. Zemdlał.

-Bezrozumny pyszałek!- stwierdził Czarnoksiężnik, wstając z ziemi. Rzucił okiem na swą komnatę i jeszcze raz przeklął Arneth’a. Pomieszczenie było doszczętnie zniszczone. Tu i tam walały się deski po niegdysiejszej szafie, a na ziemi- rozlane wywary lecznicze, parowały żrąc dywan. Większa część ściany pod, którą wisiał Arneth kilka minut wcześniej, była zburzona, a przez otwór stworzony wybuchem, wpadały zwały chłodnego, świeżego powietrza.- Jak to możliwe, że użył magii, przecież mieszkańcy Ilionu i okolic nie posiadają predyspozycji do życia magicznego.- Rzucił do siebie z odrazą.
W chwili gdy resztkami sił, Arneth wezwał Boga słońca, Ageorm’a wyzwoliła się w jego sercu moc magiczna kumulowana od piętnastu lat. Moc o dużej sile, której nawet tajemniczy Czarnoksiężnik się nie spodziewał. Od wielu lat w Ilionie nie było podobnego przypadku narodzin dziecka z predyspozycją magiczną. Populację Gildii wzbogacały dzieci z rodzin magicznych, aż tu nagle pojawił się mag z rodziny żyjącej na farmie.
-Jak ja to wszystko posprzątam. Ach, zajmę się tym później. Muszę za wszelką cenę odnaleźć chłopca. Jego moc jest niewyobrażalnie duża, w przyszłości może przewyższać moc członków Gildii razem wziętych. To on może pomóc mi w zadaniu nadanym mi przez króla.- Powiedział do siebie. W jego oczach zabłysła iskra świadcząca o nowo obranej drodze. Droga ta miała w późniejszych czasach zapoczątkować nową erę świata, opłaconą wieloma krzywdami.
Powrót do góry
 
 
Beleneth
Mieszkaniec Shire


Dołączył(a): 24 Paź 2011
Wpisy: 36



Wysłany: 23-03-2012 21:29    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

III

Arneth obudził się w ciemnym lesie gdzieś na granicy swych myśli. Wstał z wilgotnej ziemi, kompletnie nie wiedząc gdzie się znajduje. Głowa bolała go okropnie i czuł, że ścieka mu coś po karku. Była to krew. Rozejrzał się oszołomiony. W okolicy były tylko drzewa i paprocie liczne w tym rejonie. Spojrzał na swe ubranie gdyż czuł chłód na brzuchu. Okazało się, że połowa białej, starannie wyprasowanej koszuli była przypalona, a spodnie i miejsce, w którym leżał osmolone.
Suce na niebie było już wysoko, kiedy Arneth ruszył przed siebie. Nie miał pojęcia gdzie jest więc nic by nie dało rozmyślanie nad drogą. Nie wiedział też co się stało w wieży Czarnoksiężnika, lecz wiedział, że się zeń wydostał i że musi uciekać. Postanowił ukrywać się przez resztę swego życia albowiem za nic nie chciał wrócić do wieży. Nie mógł się w tej chwili nawet cieszyć z faktu, że wciąż żyje, nadal czuł strach, po mimo tego, że leżał w ciemnej gęstwinie kilka godzin.
Idąc przez las, próbował przypomnieć sobie coś z momentu gdy wezwał Boga słońca bo to wówczas stracił przytomność. „Wisiałem na ścianie, nad stołem z tymi dziwnymi butelkami i poprosiłem ojca o pomoc, nic się nie stało więc poprosiłem o łaskę Ageorm’a i… i… nie pamiętam. Ach, no nie ważne, ważne, że wydostałem się z tej okropnej wieży. Muszę uciekać i ukryć się gdzieś. Ciekawe jak długo tu leżałem i ciekawe czy ów mężczyzna mnie szuka czy też nie chce zawracać sobie głowy pyszałkiem z małej farmy. Ale skąd ten był u kurz oraz ślady spalenizny?”. W głowie Arneth’a kłębiło się mnóstwo pytań, a niemal wszystkie dotyczące Czarnoksiężnika. „Skąd on się tam wziął? Co tam robi? Czym się zajmuję? Dlaczego nie jest w Gildii z resztą magicznych osób?”. Znał odpowiedź tylko na jedno jedyne pytanie. „Czy on jest po stronie zła?”, „Oczywiście, że tak, dobrzy magowie nie torturują intruzów i młodych chłopców. Nie dorzeczność, a może skontaktować się z Gildią i uświadomić im, że istnieje Mag czy Czarnoksiężnik na wolności. Z resztą jaka jest różnica między Magiem, a Czarnoksiężnikiem? Czyżby Magowie praktykowali czystą magię, a Czarnoksiężnicy coś ponad tym wszystkim czego nauczają w Gildii?”. Tyle pytań i na żadne nie ma odpowiedzi. Arneth nie wiedział jednak, jak bardzo może się mylić piętnastolatek.
Nagle dosłyszał trzask jakby łamanego drewna i odległy lecz donośny głos mężczyzny:
-Jedna bestia mniej!
Arneth ruszył w kierunku głosu, skradając się przez zarośla. Trzask drewna był coraz wyraźniejszy, zdawało się mu jakby zaraz obok niego paliło się ognisko i ktoś dorzucał doń opału. Szedł patrząc przed siebie w dal kiedy…
-Dzień dobry chłopcze.- Powiedział młody mężczyzna siedzący przy ognisku po prawej stronie Arneth’a. Chłopiec wyprostował się z wdziękiem i przywitał nieznajomego.
-Dzień dobry. Co pan tu robi?- zapytał zawstydzony dostojeństwem „przyjaciela”.
-Jaki pan, nazywam się Rakun, a wracając do twojego pytania… To Ci dopiero niezła historia.- Arneth podszedł bliżej do Rakun’a i usiadł naprzeciw niego po drugiej stronie ogniska. Wpatrzywszy się w jego twarz dojrzał wyraźne oznaki zmęczenia i wiele blizn na czole, policzkach i dłoniach splecionych przy brodzie.- Po upadku bariery, przez długi czas błąkałem się po okolicy, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Przez kolejne kilka dni przedzierałem się przez lasy, aż wreszcie znalazłem te kotlinkę. Sulet, Isshat i Uleri nadal są w Dolinie Karakath, tak mi się w każdym razie wydaje.- opowiadał Rakun, a Arneth nie wiedział o czym ten obcy mówi. Co to za bariera, kim są mężczyźni przezeń wspomniani, jaki upadek.
-Yyy…
-Po upadku Ghaos’a, cale Bractwo wpadło w szał, bez swojego pana nie wiedzieli co mają robić dalej. Ze mną było podobnie, miałem koszmary, nawet halucynację ale gdy tylko jako tako doszedłem do siebie dałem nogę. Raz wydawało mi się nawet, że widzę wielki cień rzucający się na grupę uciekinierów i spadającą na nich wielką chmurę ognia. Przez moment myślałem, że mam przed sobą… Smoka…
-Przepraszam bardzo, ale ja nie wiem o czym ty mówisz.- Przerwał mówcy chłopiec. Arneth czuł się nie swojo w towarzystwie obcej osoby i do tego opowiadającej takie karygodne brednie nie z tego świata. Arneth niestety nie wiedział jak bardzo się mylił.- A jak długo tu przebywasz?
-Nie wiem dokładnie tydzień, może dwa, ale jest jeszcze coś. Kiedy tu przybyłem wieczorem, spojrzałem na szczyt tej góry i było tam tylko kilka drzew. Ale jak się obudziłem następnego dnia stała tam wieża, mógłbym przysiąc, że wcześniej jej nie było. Od tamtej pory nie ruszał się stąd na krok.
-Wieża? Ach, mniej więcej wiem co masz na myśli.- odpowiedział zamyślony, lecz głębi serca czuł strach przed samym słowem „wieża”.- Co możesz mi powiedzieć o pobliskich terenach?
-Zabłądziłeś co? Nie martw się naprowadzę Cię. Idąc w dół tej ścieżki, dojdziesz do farmy, za nią leży miasto. Tylko uważaj na siebie, w pobliżu czają się groźniejsze bestie niż wilki i szczury. Jest tu sporo gobelinów i bandytów.
-Bardzo Ci dziękuję i mam jeszcze jedno pytanie.
-Słucham.
-Mógłbym zostać tu jeszcze jakiś czas i troszkę się posilić? Nie jadłem od wielu godzin.
-Oczywiście, proszę, proszę bierz co tylko chcesz, mam tu sporo, boczku i suchego chleba. A przy okazji możesz mi opowiedzieć pokrótce swoją historię, dawno z nikim nie rozmawiałem, z chęcią dowiem się czegoś nowego z szerokiego świata.
-Dziękuję. A wiec od czego by tu zacząć…
-Nie chcę się wymądrzać, ale najlepiej od początku.
-No więc wyszedłem wczorajszego ranka na polowanie i…- I tak siedzieli przy cieple tańczących płomieni jedząc, pijąc i śmiejąc się to z historii Arneth’a to z samych siebie. Chłopiec opowiedział Rakun’owi całą swą historię rozegraną od wczorajszego ranka, opijając szerokim łukiem kwestię wieży i mrocznego Czarnoksiężnika.- i gdy już wracałem z polowania, natknąłem na ślad Topielca i poszedłem jego tropem. Lecz ślad kończył się nad tamtym urwiskiem- i Arneth wskazał prawicą wysoki stok i urwisko w lesie obok, którego stała wieża.- wychyliłem się aż nazbyt i spadłem razem z wielką gródkom ziemi. Obudziłem się dziś rano wiec zapewne straciłem przytomność.
-A gdzie twój łuk czy kusza, wspominałeś, że z tym rodzajem broni polowałeś.- zapytał podejrzliwie Rakun.
-Y… Nie wiem, kusza musiała mi się odpiąć jak spadałem i została gdzieś na skarpie.
-Jeżeli chcesz to możemy jej poszukać.
-Nie, nie. Nie była nawet warta dwudziestu Rinów. Zresztą leży gdzieś pewno zakopana pod zwałami gruzu i żużlu.
-Twoja broń, twoja decyzja.- Ach, piękna była to opowieść. Idę teraz na spoczynek. Jeśli chcesz częstuj się jadłem i nie żałuj opału, zostań tyle ile zechcesz.
-Dziękuję bardzo za gościnę i miłą pogawędkę, ale musze ruszać w drogę. Ojciec się pewnie o mnie martwi.
-Jak sobie chcesz. Więc do prędkiego zobaczenia.
-Nie sądzę by pisane nam było wtórne spotkanie.
-Nigdy nic nie wiadomo.- I z uśmiechem na twarzy Rakun zapadł w głęboki sen. Arneth przyglądał się chwilę mężczyźnie. Był biednie ubrany gdzie nie gdzie poszarpane ubrania zwisały z niego niczym z zapałczanego człowieka. „Musiał dużo przejść. Ciekawe czy to co opowiadał było prawdą czy też bluźnierstwem. Bariera, Bractwo… Smoki… Smoki, przecież one już dawno wyginęły jeszcze za czasów Apocalips’a.” Z tymi myślami, Arneth obrócił się na pięcie i ruszył w dalszą drogę nieomylnie wpadając na trakt, który go tu przywiódł.
W mgnieniu oka zalazł się na własnej farmie i z krzykiem wpadł do domu, lecz poczuł dziwne wrażenie, że czegoś tu brakuję. „Drzwi”- pomyślał. Istotnie w wejściu frontowym brakowało drzwi, a zawiasy były wyłamane. Ewidentnie wszystko wskazywało na to, że do mieszkania ktoś się włamał. Tylko kto? Arneth poszedł dalej ciemnym tunelem holu. Wszedł do kuchni, a tam na stole dostrzegł skrawek pergaminu, przygwożdżony krótkim nożem myśliwskim. Pismo było staranne, lecz pochyłe i z wieloma wywijasami. Widać było, że pisała to osoba szacowna i wyniosła.



Witam!

Z rozkazu Przełożonego Wojowników, Dowódcy miasta Ilion, jego Namiestnika i terenów pogranicznych oraz Wysp Zjednoczonych, a także prawej ręki Króla Aktynu informuję, że młodzieniec o imieniu Arneth jest zobowiązany do rychłego wstawienia się przed oblicze jego mości w dniu najbliższym. Zignorowanie wezwania, bądź aroganckie lub ordynarne postępowanie wobec powyższych instrukcji będzie surowo karane.

PS. Z powodu waszej nieobecności zostawiamy ten list.
PPS. Proszę o wybaczenie za wtargnięcie na pańską posiadłość oraz za pogwałcenie i zniszczenie blatu stołu oraz drzwi wejściowych. Koszta będą zwrócone w miarę pańskiej przychylności do treści i tematu powyższego listu.

Z wyrazami szacunku
Namiestnik Przełożonych Wojowników,
Prawa ręka Głównego Dowódcy oraz
Przewodniczący straży miejskiej

Polton


„Czego oni ode mnie mogą chcieć? Czyżby… Czyżby mag, którego… któremu uciekłem wczorajszego wieczoru przedstawił całą sytuację straży miejskiej? A może samemu Przełożonemu…”. Myślał gorączkowo Arneth. Nie wiedział bowiem, że Wojownicy, a raczej ich Przełożony chcę go pojmać i zabić w niedalekiej przyszłości. Nie wiedział, że jego ojciec jest teraz w więzieniu. Nie wiedział, że mag… Czarny mag dokonuję wielkich starań by go odnaleźć.
Chłopiec bał się iść do miasta, ale nie mógł też tutaj pozostać. Przecież wkrótce straż może się o niego upomnieć. „Co robić?”. Takie pytania go nurtowały, gdy siedział na stołku przed stołem na, którym nadal spoczywał list. Za oknami słońce chyliło się ku kresowi. Nie mógł tu zostać. Musiał uciekać. „Ale dokąd?”. „Jak… Tak, jak najdalej stąd!”. Wstał gwałtownie przewracając stołek. Poszedł do holu założył na siebie ciemny płaszcz sięgający aż po same kostki z kapturem. Do boku przypiął sobie miecz ojca, który wisiał na ścianie nie dotykany już od wielu lat, z powodu osłabienia fizycznej postury Erith’a. Poszedł do kuchni i z półki nad zlewem wyciągnął kałamarz i pióro. Pochylił się nad stołem i zamoczył stalówkę w atramencie spoglądając na pergamin.


…jeżeli mnie chcecie, to mnie znajdźcie!


Nigdy jednak nie dowiedział się jakie konsekwencję miały przynieść te słowa albowiem odwracając się zahaczył końcem pochwy miecza o kałamarz, który zrobił niewielkiego kleksa na pergaminie zatapiając owe słowa, z których pozostało mniej więcej tyle „… j… … chce… … m… zna…!”.
Wystrzelił z domu jak strzała i podążył traktem na północ zapominając dokąd droga ta prowadzi. Gdy ściemniło się na dobre Doszedł na skraj Puszczy Goryczy gdzie zwykle wtapiał się w gąszcz. Usiadł na trawie pod drzewem i stwierdził, że jest głodny jak wilk. Ale przecież w pośpiechu nie zabrał ze sobą nic prócz miecza. Wiedział, że tą decyzją skazał się na możliwość rychłej śmierci. Głowa zaczęła mu ciążyć powieki się przymykać. Zasnął. Spał przez całą noc, pod jesionem nieopodal ścieżki. Tragiczne rozpoczęcie wielkiej podróży.
Spał tak, a na niebie księżyc oświetlał ziemie Aktynu bladą poświatą w majestacie tysiąca gwiazd. Do snu Arneth’a dostał się koszmar. Lecz bardzo dziwny, lekko zabawny ale…
Śniło mu się, że biega po zielonych łąkach z ojcem. Następnie łąka zamieniła się w kuchnię, a tam zobaczył swego ojca wiszącego pod ścianą na grubym sznurze. Wydał okrzyk, jego ojciec się powiesił- Dlaczego? Poczuł wielki ból w głowie, ból rozprzestrzenił się i wypełniał już całe ciało chłopca. Poczuł senność przepełnioną napięciem. Cząsteczki powietrza wokół niego zaczęły się poruszać, aż krążyły szybko by w końcu gwałtownie wybuchnąć. Arneth zobaczył oślepiający błysk jasnego światła i wówczas się obudził w ciemnym pomieszczeniu. W wieży!





III

Arneth przymknął lekko oczy. Znajdował się w wieży lecz jakby w innym pomieszczeniu. Leżał na miękkim łożu posłanym białą, puchową pościelą. Pomieszczenie było niewielkie lecz czuć było staroć. Na ścianach wisiały liczne obrazy, nie jak w innych pomieszczeniach książki. Nikogo nie było w pokoju. Arneth odetchnął z ulgą. „Jak ja się tu znalazłem?” pytał siebie zaskoczony. Istotnie nie miał pojęcia co tu robi. Spróbował dźwignąć się lecz ból brzucha nie pozwalał mu na to.
-Dzień Dobry!- Powiedział mężczyzna w czarnej szacie maga, stojący przy drzwiach.- Długo spałeś.
W pierwszej chwili Arneth nie wiedział co powiedzieć, jednak udawanie, niemowy nienajlepiej mu wychodziła, a mag mógł się zorientować. Wszystko wychodziło na niekorzyść chłopca, z nikąd ratunku, nie ma okien, nie ma jak się wydostać z owej pułapki.
-Kim jesteś?!- krzyknął Arneth, jednak jego głos był cichy i chrapliwy, strach wziął górę nad chłopcem. Nieznajomy patrzył na chłopca dłuższą chwilę po czym stwierdził.
-Masz w sobie coś czego szukałem od bardzo dawna, coś co pozwoli mi dotrzeć do celu. Jednak teraz odpoczywaj, jesteś skrajnie wyczerpany. Ja natomiast idę odbudować mą wierzę.- Mag zbliżył się do chłopca, który przywarł do ściany jak spłoszone zwierze. Położywszy na ziemi tacę z jedzeniem, wyszedł przez te same drzwi, prze które wcześniej tu wszedł.
Arnath dopiero po dłuższej chwili spostrzegł, że jest niesamowicie głodny, a strawa przyszykowana przez nieznajomego, nie wyglądała aż tak niedbale jak mógł sądzić. W rezultacie okazało się, że w smaku sprostała by dworskim stołom przyszykowanym na bal królewski. Chłopiec jad łapczywie wszystko co leżało na tacy. Wnet zniknął cały bochenek chleba, bekon, jajka smażone i dziwny trunek, którego nazwy Arneth nie znał. Smakował jak wino, z miejskich winnic, jednak był słodsze i głębsze.
Po zjedzeniu sytej kolacji, choć na dworze panował ranek, Arneth wyszedł z łóżka i przeszedł się po pokoju. Patrzył na obrazy, jedne przedstawiały, magów stojących wokół wysokiego postumentu na, którym jaśniał klejnot, o szmaragdowym oczku i złotej obręczy. Inne ukazywały dzielnych i mężnych wojowników idących na rzeź w tereny, których chłopiec nie widział nigdy, i nigdy widzieć nie miał. Najbardziej zaciekawił Arneth obraz wiszący centralnie nad łóżkiem na, którym spał. Obraz był namalowany na białym płótnie, okolony złotym obramowaniem. Przedstawiał ziemię, ziemię spustoszoną, i spaloną. Ziemia ta była we wnętrzu kręgu utworzonego z magów przybranych w niebieskie szaty. Miała co najmniej dwieście pięćdziesiąt mil szerokości i tyle samo długości. Liczby magów nie dało się określić, ale stojąc tak z wyciągniętymi rękami w przód, kreślili nad ziemią, dziwną kopułę, o błękitnej barwie i przezroczystym odcieniu. Kopuła usadowiła się na tej obszernej ziemi, i rozciągała się coraz dalej i dalej. Obraz podpisany był jako „Noc Błękitu roku 4523 V ery”.
Zaintrygowało to niezmiernie Arneth’a gdyż nigdy nie uczęszczał na żadne lekcje, ni studiował na Uniwersytecie w mieście. Nie znał się na historii i nie umiał obliczać dat. Czytać nauczył go ojciec, dawno temu kiedy Arneth miał jeszcze dziewięć lat. Arneth nie wiedział bowiem, że żyje obecnie w VI erze świata, nie wiedział również jak wielkie przedsięwzięcie zostało ukazane na obrazie i jak wielkie konsekwencje ono poniosło.
Gdy tak patrzył na obraz, do sali wszedł ten sam mężczyzna, w tej samej szacie. Uśmiechnął się lekko widząc zainteresowanie chłopca przeszłością świata. Arneth widząc go, uskoczył pod ścianę, stojąc jak szeregowiec.
-Dlaczego się mnie lękasz?- zadał mu pytanie mag, podchodząc do obrazu.
-Ja… Chciałeś mnie zabić!- krzyknął jednak jego głos jakby zgasł przyćmiony aurą maga.
-Tak sądzisz? A niby dlaczegóż to miałbym cię zabijać?
-Bo… bo… bo wszedłem na twój teren i zobaczyłem zapewne coś czego zobaczyć nie było mi dane. Dobrze pamiętam ten dzień, w którym mnie przyszpiliłeś do ściany swej wierzy mimo, że wydaje się on tak odległy.- Wyjaśnił Arneth zakłopotany swą gwarą. Jednak dostrzegł w oczach maga dziwne płomyki gdy ten zerkał na chłopca.
-Uczyniłem to ponieważ chciałeś uciekać. A ja nie lubię szpiegów.
-Nie jestem szpiegiem. Jestem…
-Wiem kim jesteś.- Przerwał mu mag.- Wyczytałem to z twego umysłu.
-Z mojego… Jak to… Ja… Co?- Rzucił jąkając się Arneth. Nie mógł ulec wrażeniu, że po mimo krzywd jakie wyrządził mu mag, bije odeń dziwna woń, jakby dobroci plączącej się z nienawiścią.
-Tak umiem czytać w myślach osób, które znajdują się w mym otoczeniu. Dlatego też nie nauczam już na Uniwersytecie, nie mieszkam w Gildii, nie chodzę na targi. Umiejętność ta jest bardzo rzadka, magowie modląc się o nią, nie zawsze ją otrzymują. Ja mam owy dar chodź od wielu lat uważam, że to przekleństwo.
-Przekleństwo? Przecież możesz wyczytać myśli króla wiedzieć jaką taktykę wykorzysta na wojnie, znać jego przeszłość i teraźniejszość!- Wydusił podekscytowany chłopiec. Ojciec Arneth’a, zawsze powtarzał, że jest on zbyt łatwowierny i ufny, kiedyś go to zgubi. I tak to pochopna ufność do maga ozwała się teraz. Jednak, Arneth nie wiedział jeszcze na kogo trafił i gdzie go to doprowadzi.
-Tak mogę. Lecz bacz na to, że wsłuchiwanie się w czyjeś cierpienia, czyjeś żale i smutki, nie zawsze bywa szczęściem. Kiedyś chodząc po ulicach miasta byłem obarczony brzemieniem klęsk i żywiołów poczynając od zwykłych domowych usterek, kończąc na wielkich klęskach wojennych pochłaniających masę wojowników. Nie! Przeniosłem się tutaj w odosobnieniu. Żyję zdany na siebie. Nikt nie wie, że t mieszkam i niech tak pozostanie dopóty, dopóki zło chadza po naszych ziemiach.
-Zło? Jakie zło?
-Nie ściągnąłem Cię tutaj by cię zabić lub torturować. Jesteś mi potrzebny do wielkich planów jakimi zostałem obarczony przez króla Aktynu. Jednak dowiesz się wszystkiego w odpowiednim czasie. Jednak nie bój się mnie nie zrobię ci krzywdy, chyba że zrobisz coś nieprzemyślanego.- Stwierdził mag, a na jego twarzy malował się wyraz tryumfu.
-A co jeśli nie chcę Ci pomóc, jeśli chcę byś dał mi spokój?- Zapytał Arneth, choć nie spodziewał się pozytywnej odpowiedzi.
-Wówczas pozwolę Ci odejść, jednak bacz na to, że w twych rękach niebawem znajdzie się los naszej ziemi i istnień po niech chadzających. Zresztą widzę w twych oczach smutek, znam odpowiedzi na pytanie, które nurtują cię odkąd opuściłeś mą wierzę. Wiem, też wszystko to co opowiedział Ci Rakun.
-Skąd wiesz o nim?
-Tak jak wspominałem umiem czytać w myślach.- odparł mag z zadowoleniem.- Bardzo dobre miejsce na obóz. Hm, blisko miasta i straży oraz wierzy pewnego okrutnego maga.- Zachichotał mężczyzna.- Powiadają bowiem, że im bliżej zagrożenia tym dalej od zranienia. Ciekawe czy i w tym przypadku tak będzie. Czas wyjść na spacer. Odpoczywaj chłopcze.- I z tymi słowami mag wyszedł z komnaty nie bacząc już na to co chciał powiedzieć Arneth. W głowie chłopca toczyła się walka, między milionem pytań. „Gdzie poszedł?”, „Co zrobi jak spotka Rakun’a?”, „Wystawiłem przyjaciela na zagrożenie i gniew maga?”. To tylko kilka z tym, na które nie znał odpowiedzi. Nie zdawał sobie jednak sprawy jak łatwo można nim manipulować.
Powrót do góry
 
 
Wyświetl wpisy z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum tolkienowskie -> Twórczość fanowska Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)

Temat: Beleneth - Powieść (Strona 1 z 1)

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich wpisów
Nie możesz usuwać swoich wpisów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dodawać załączników w tym dziale
Nie możesz ściągać plików w tym dziale

Powered by phpBB2
Copyright © tolkien.com.pl Wszystkie prawa zastrzeżone.