Forum dyskusyjne miłośników twórczości J.R.R. Tolkiena
w sieci od 11/2001
 
Gospoda(0) | Zasady Forum | FAQ | Szukaj | Kalendarz |  Zarejestruj się |  Profil | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości | Zaloguj

Witryny zrzeszone w forum:
Hobbiton  Pod Rozbrykanym Balrogiem


"Poprzez mrok można czasem dotrzeć do światła." Gelmir, Niedokończone Opowieści


Temat: Fanfiki Geirve (Mantidy) (Strona 4 z 4)

Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4
  skocz na koniec strony
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum tolkienowskie -> Twórczość fanowska Wydruk
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Geirve
Weteran Bitwy Pięciu Armii


Dołączył(a): 10 Lip 2008
Wpisy: 459



Wysłany: 16-09-2015 13:13    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Będzie dalszy ciąg. (Poprawiłam trochę, bo Legolas umówił się o idiotycznej porze.)

Legolas początkowo zamierzał od razu zapukać do bram Góry i znaleźć Gimlego, jednak w tej sytuacji postanowił najpierw sprawdzić, jak wyglądają sprawy w Dale. Niezbyt dobrze, ale mogło być gorzej, stwierdził, idąc rankiem przez miasto i przyglądając się budynkom i ogrodom. Miasto zostało mocno zniszczone, aczkolwiek dużo już odbudowano. Dale nigdy nie miało rozbudowanych umocnień – w razie ataku ludzie i ich ruchomy dobytek mogli liczyć na schronienie w niezdobytych murach Ereboru. Tym razem też tak było, jednak zapłacili za to spaleniem wielu domów. Szczególnie przedmieścia od wschodu ucierpiały. O, proszę, nowy dom uzdrowień przetrwał, prawie nietknięty ogniem – księżycowy dąb, sam doglądał wycinki i obróbki. Gimli nie chciał wierzyć, a mówił mu, że budynek z tak przygotowanego drewna nie zajmie się łatwo płomieniem. Najeźdzcy używali na pewno katapult ze smołą i ognistych strzał, ale chyba nie tylko w wyniku walk doszło do pożarów: zniszczenia były zbyt rozległe. Musieli umyślnie podpalać miasto. Widać było wyraźnie, gdzie ich zatrzymano. Tego mieszkańcy Dale szybko im nie zapomną. Wyglądało jednak na to, że napastnicy nie palili zbóż i nie zarzynali zbyt wiele bydła. Armia Saurona szła na zachód i musiała zadbać o zaopatrzenie na przyszłych tyłach. Poza tym nie było tu orków, których nawet takie względy by nie powstrzymały – tych Nieprzyjaciel wysłał na Gondor. I na Mroczną Puszczę.

Padał deszcz i znacznie się oziębiło od poprzedniego dnia. Złota jesień dobiegała końca, nadchodziły słoty. Jak sobie radził w lesie ten chłopiec ze Wschodu? Ludzie źle znosili zimno. Może trzeba mu było jednak dać ciepły płaszcz? Tyle że wtedy zmniejszyłaby się szansa na jego dobrowolne przyjście do Dale, a i tak duża nie była. Jeszcze niechcący go dodatkowo wystraszył. Powinien był zorientować się po jego zachowaniu, że on nie miał pojęcia, iż jego rozmówca nie jest człowiekiem.

Mała dziewczynka siedząca na progu jednego z odbudowanych już domów pociągnęła za rękaw drugą, jeszcze mniejszą, pokazując go palcem i coś jej szeptem tłumacząc. Legolas uśmiechnął się do nich i pomachał im ręką. I uśmiech, i machanie odwzajemniono mu co najmniej dziesięciokrotnie. Wśród dorosłych nie wzbudzał szczególnego zainteresowania. Elf to elf, mówiły ich przelotne spojrzenia, widać ma tu jakiś interes. Jedna i druga reakcja była miłą odmianą po ostatnio odwiedzanych miastach ludzkich, w których wszyscy się na niego mniej lub bardziej otwarcie gapili, a niektórzy wręcz się go bali. Choć aż tak dziwacznych wyobrażeń na temat jego rasy jak tamten chłopak nie mieli nawet w Rohanie. Nie sądził też, by na ulicach Dale rozpoznawali w nim syna króla Thranduila. Za rzadko tu bywał, a ponadto już od dawna podejrzewał (a Gimli to kiedyś potwierdził), że ludzie i krasnoludowie mieli trudności z odróżnieniem jednego ciemnowłosego i szarookiego elfa od drugiego.

Koszary były na zachód od domu uzdrowień i tu ogień nie dotarł. Kwatermistrza, którego Legolas znał, już od kilkunastu lat nie było w służbie (niestety, dla śmiertelników czas płynął za szybko), ale jego następca był równie przyjaźnie nastawiony, a zdecydowanie bardziej gadatliwy.

– Jeńcy? Niezbyt wielu ich mamy, ale kłopotów z niektórymi co nie miara. Nie ze wszystkimi, rozumiesz, panie Legolasie, tam różni byli. Tych, co dręczyli naszych, którzy nie zdołali się schronić – pogodna twarz nagle stężała – powiesiliśmy od razu. Za mało, jakby kto mnie pytał, ale świadków nie było. I teraz nie wiadomo, co z takimi robić, bo to widać, że nóż w plecy wbiją, jak się ich na moment z oka spuści. Pod kluczem siedzą. Będziemy musieli ich wypuścić za niecały rok, prawo takie, ale to jakby wilki między owce wypuścić. Może królowie coś wymyślą. Ale są i na przykład chłopaki ze wschodniego Dorwinionu, których w kajdanach do wojska zaciągnęli. Ci wolni chodzą i mogliby odejść, ale na zimę nijak. Pracują między nami i dobrze się mają. Jeden nawet mnie wczoraj pytał, co trzeba zrobić, by osiedlić się w Dale na stałe. Ci są w porządku, ale reszta... No i jeść im trzeba dać, i spać gdzieś muszą. A krasnoludowie się wywinęli jak zawsze, że niby jak ludzcy jeńcy, to u nas mają być, bo traktat. Sprytne, nie? Jak stoją Dale i Góra, żadnych krasnoludów nikt nigdy w niewolę nie wziął.

Legolas wydał z siebie współczujący pomruk, przezornie unikając bardziej artykułowanej odpowiedzi. Ludzie z Dale mogli narzekać na krasnoludów, krasnoludowie na ludzi z Dale, ale każdy obcy, który ośmieliłby się do narzekań przyłączyć, gorzko by tego pożałował.

Zapytał o potyczkę, która miała miejsce już po głównej bitwie. Oficer zacisnął zęby.

– Tak się kończy paktowanie ze sługami Nieprzyjaciela. Choć kto mógł wiedzieć... Na ogół i ci ze wschodu przestrzegają rozejmów.

– Zemściliście się.

– Ano tak. Niektórzy co tam byli żałowali, jak już ochłonęli, bo co zwykli żołnierze winni... Ale co się stało, to się nie odstanie.

– Nie wiadomo, czemu do tego doszło?

– Nie. Może, niektórzy mówili, jakoś przez tego krasnoluda z Rhûn, który poszedł jako jeden z posłów... Żelaznoręki. Może się znali z tym ich przeklętym kapitanem.

Legolas drgnął. Gimli opowiadał mu o swoim przyjacielu Nahunie, uciekinierze ze wschodu. Ilu Żelaznorękich mogło być w Ereborze?

– Ten Żelaznoręki... Czy on za czasów pokoju nie pracował w kamieniu przy budowie fontann i akweduktów? Razem z Gimlim z rodu Durina? Synem Glóina?

– Tak. A co, aż w pałacu Leśnego Króla słychać było, jak stary Glóin wrzeszczał, że jego syn jest skończonym głupcem, który wchodzi w spółkę z przybłędą bez grosza? – roześmiał się, ale zaraz spoważniał. – Szkoda tego Żelaznorękiego. Na początku byli tacy, co na niego krzywo patrzyli, że to podobno kiedyś, przed wiekami, jego klan służył Nieprzyjacielowi, ale to był porządny krasnolud i dobry wojownik. I żonę z dziećmi zostawił.

Legolas podziękował za rozmowę, pożegnał się i wyszedł, kierując się w stronę Góry. Sprawy się skomplikowały. Oczywiście to, by Gimli, choćby nie wiem jak rozgniewany i w żałobie mógł skrzywdzić bezbronnego lub odmówić pomocy dziecku było czymś absolutnie nie do wyobrażenia, ale dla obu stron sytuacja będzie trudniejsza, niż się spodziewał.
Powrót do góry
 
 
Wyświetl wpisy z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum tolkienowskie -> Twórczość fanowska Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4

Temat: Fanfiki Geirve (Mantidy) (Strona 4 z 4)

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich wpisów
Nie możesz usuwać swoich wpisów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dodawać załączników w tym dziale
Nie możesz ściągać plików w tym dziale

Powered by phpBB2
Copyright © tolkien.com.pl Wszystkie prawa zastrzeżone.