Forum dyskusyjne miłośników twórczości J.R.R. Tolkiena
w sieci od 11/2001
 
Gospoda(0) | Zasady Forum | FAQ | Szukaj | Kalendarz |  Zarejestruj się |  Profil | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości | Zaloguj

Witryny zrzeszone w forum:
Hobbiton  Pod Rozbrykanym Balrogiem


"Głupcem jest ten, kto wchodzi w układy z Morgothem." Hurin, Silmarillion


Temat: Fanfiki Geirve (Mantidy) (Strona 3 z 4)

Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4  Następna
  skocz na koniec strony
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum tolkienowskie -> Twórczość fanowska Wydruk
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Melinir
Członek Kompanii Thorina


Dołączył(a): 16 Mar 2003
Wpisy: 209
Skąd: Mar Vanwa Tyaliéva


Wysłany: 01-01-2009 23:04    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Geirve napisał(a) (zobacz wpis):

A owszem. Cytat z Kossak-Szczuckiej przecież nie jest doslowny. U mnie Maedhros ma osobisty interes w tym, że by ród Azaghala przetrwal do odpowiedniej chwili (patrz ostatni paragraf), więc musi to mieć na uwadze.


Pserwa Moja uwaga była trochę żartem. Zwłaszcza, że przez to nawiązanie do Krzyżowców mam przed oczami obraz Maedhrosa jako strzygi, ryżej w dodatku i nie mogę się od niego uwolnić, nawet pomimo Twojego pięknego opisu...Pserwa
Geirve napisał(a) (zobacz wpis):
Cytat:
Aulëmu. Ale Mandos użyczał lokalu, więc groty zasadniczo były jego (podejrzewam, że krasnoludowie mieli bardzo rozbudowane pojęcie własności Pserwa ).


Fakt. Aczkolwiek mam ochotę zadać trochę wredne pytanie czy owo rozbudowane pojęcie własności obejmowało tylko ich samych, jako plemię, czy także innych, obcoplemieńców... Ale to chyba dlatego, że stanął przed moimi oczami Nauglamir i Silmaril w tenże Nauglamir oprawiony i pewne, hmm, małe różnice zdań, co do kwestii własności...

_________________
" Gniewamy się mianowicie, gdy cierpimy, bo kto cierpi, ten czegoś pragnie"
( Arystoteles, Retoryka, 1379 a)
Powrót do góry
 
 
Niuchaczaus
Członek Kompanii Thorina


Dołączył(a): 07 Maj 2008
Wpisy: 212
Skąd: Beleriand (Ost-i-Sidhannui)
Nieobecny(a): Na Przełęczy

Wysłany: 02-01-2009 00:11    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Piękny tekst chwała wam, chylę czoła, dzięki Bardzo ciekawy pomysł, styl starej legendy, trochę surowy, chłodny. Pasuje jako opowieść przekazywana przez krasnoludów. Maedhros taki, jaki powinien być - jego opis wywołuje u mnie zimny dreszcz. Ten Elf jest inny niż większość wyobrażeń, z którymi się spotkałam, inny niż moja własna wizja, ale w jakiś dziwny sposób bardzo prawdziwy. Kiedy tekst naprawdę mi się podoba, z reguły nie umiem napisać nic bardziej konstruktywnego. Psieprasiam bardzo.

Melinir napisał(a) (zobacz wpis):

Pserwa Moja uwaga była trochę żartem. Zwłaszcza, że przez to nawiązanie do Krzyżowców mam przed oczami obraz Maedhrosa jako strzygi, ryżej w dodatku i nie mogę się od niego uwolnić, nawet pomimo Twojego pięknego opisu...Pserwa

Rudowłosa strzyga natrętnie kojarzy mi się z opowiadaniem Sapkowskiego (Wiedźmin, z tomu Ostatnie życzenie), niemniej od skojarzenia staram sie uwolnić Jestem rozwalony

_________________
Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.
(Augustyn z Hippony)

Honorowa Prezes PAS Przekleństwa
OSANwE - NMI6 Cool 3


Ostatnio zmieniony przez Niuchaczaus dnia 05-08-2009 00:41, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
 
 
Geirve
Weteran Bitwy Pięciu Armii


Dołączył(a): 10 Lip 2008
Wpisy: 459



Wysłany: 02-01-2009 12:17    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Niuchaczaus napisał(a) (zobacz wpis):
Piękny tekst


Dziękuję. Uśmiech

Niuchaczaus napisał(a) (zobacz wpis):

Melinir napisał(a) (zobacz wpis):

Pserwa Moja uwaga była trochę żartem. Zwłaszcza, że przez to nawiązanie do Krzyżowców mam przed oczami obraz Maedhrosa jako strzygi, ryżej w dodatku i nie mogę się od niego uwolnić, nawet pomimo Twojego pięknego opisu...Pserwa

Rudowłosa strzyga natrętnie kojarzy mi się z opowiadaniem Sapkowskiego (Wiedźmin, z tomu Ostatnie życzenie), niemniej od skojarzenia staram sie uwolnić Jestem rozwalony


Szszsz... Jak Alqualaure się dowie, że zbetowała nieświadomie opowiadanie szerzące obraz Maedhrosa jako ryżej strzygi, zwłaszcza takiej z Sapkowskiego, to chyba mi już nic więcej nie przeczyta. A ja chcę jeszcze 'O Durinie i Kibil-nali' wziąć na warsztat.

Melinir napisał(a) (zobacz wpis):

Fakt. Aczkolwiek mam ochotę zadać trochę wredne pytanie czy owo rozbudowane pojęcie własności obejmowało tylko ich samych, jako plemię, czy także innych, obcoplemieńców... Ale to chyba dlatego, że stanął przed moimi oczami Nauglamir i Silmaril w tenże Nauglamir oprawiony i pewne, hmm, małe różnice zdań, co do kwestii własności...


Wielki off-topic:

No, kwestia własności Mandosu dyskusji nie podlega (chyba żeby krasnoludy znały, że Aulemu jako prawie krasnoludowi 'się należy' Super śmiech ). A poważnie mówiąc, myślę, że krasnoludy miały szacunek do każdej własności (acz w pierwszym rzędzie faktycznie do swojej, którą bywało że rozumiały nieco szerzej, niż odpowiadało innym - patrz obie sprawy ze smoczymi skarbcami). Odnośnie historii z Nauglamirem, źle tu się opinii o krasnoludach przysłużył C. Tolkien. We wszystkich wersjach J.R.R. Tolkiena, Nauglamir był wykonany przez kowali z Nogrodu specjalnie do osadzenia w nim Silmarila, a nie podlegał recyclingowi (co to w ogóle za pomysł! barbarzyństwo). Nie twierdzę, że to były niewinne baranki, ale przyznasz, że ich stanowisko wygląda trochę poważniej, gdy Thingol dostarcza tylko surowce (a nie praktycznie gotowy naszyjnik) i robi problemy z zapłatą. A poza tym, niemal każdy głupiał, gdy w grę wchodził Silmaril.
Powrót do góry
 
 
Geirve
Weteran Bitwy Pięciu Armii


Dołączył(a): 10 Lip 2008
Wpisy: 459



Wysłany: 24-01-2009 23:06    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Następne tłumaczenie. Ciekawa jestem, co myślicie o samej koncepcji... Podziękowania dla Alqualaure i Gythy Ogg za zbetowanie.

O Durinie i Kibil-nâli

Gdy Durin przebudził się za snu, do którego złożył go Kowal, świat był wciąż młody, a światło niezbrukane. Durin wędrował pod gwiaździstym niebem, nadawał imiona górom i dolinom i kochał to, co widział. Wiosna kwitła na świecie i radowało się serce Durina.

Zatęsknił za swymi sześcioma braćmi, złożonymi do snu pod odległymi górami, i oto nadeszli oni ze wschodu i zachodu, by się z nim spotkać. Lecz gdy Durin ujrzał swych braci, wzburzyło się jego serce i nie zaznało więcej spokoju. Jako że u boku każdego z Ojców nadeszła Matka, a tylko Durin wciąż wędrował samotnie.

Gdy zamieszkał już w Khazad-dûm, nadal często wędrował pod gwiazdami. Raz w czasie takiej wyprawy ujrzał nieznany przedtem strumień i podążył w górę jego biegu. Gdy tak szedł, jego uszy napełniła pieśń, jakiej nigdy przedtem nie słyszał, brzmiąca jak muzyka strumienia, a jednak odmiennie od niej; pieśń budząca w jego sercu radość i pragnienie. Durin wyjął swą złotą harfę, by zawtórować muzyce i przyspieszył kroku, bardzo pragnąc poznać jej źródło. Tak dotarł do małej dolinki, gdzie strumień rozszerzał się w jezioro, nad którym szumiał wodospad. Lecz to nie tylko woda śpiewała.

Stała tam kobieta przedziwnej urody, wysoka i jasna jak kolumna z marmuru, z włosami lśniącymi w świetle gwiazd jak żyła srebra i to jej właśnie śpiew mieszał się z muzyką strumienia. Gdy zachrzęściły kamienie pod stopami Durina, przerwała pieśń i odwróciła się z przestrachem. Lecz gdy jej oczy spoczęły na nim, silnym i barczystym, z wieńcem z siedmiu gwiazd lśniącym nad jego ciemną głową, lęk opuścił jej spojrzenie. Spoglądali na siebie z zadziwieniem, ponieważ żadne z nich nie widziało przedtem nikogo z drugiego plemienia.

I coś więcej niż podziw pojawiło się w ich spojrzeniu: miłość i pożądanie. Żadne słowa nie padły między nimi, lecz żadnych nie potrzebowali, gdy śpiew Kibil-nâli i harfa Durina złączyły się we wspólnej muzyce. I zrozumiał Durin, dlaczego on jeden został złożony do snu samotnie. A ona pojęła, że nie przez przypadek odłączyła się od swoich, od Ludu Gwiazd, podróżujących wówczas ze Wschodu za Zachodnie Morze.

Takie oto było pierwsze spotkanie krasnoluda i elfa. I tak oto ta, którą Khazadowie zwą Kibil-nâla, Srebrna Żyła, została królową Khazad-dûm i matką rodu Sigin-tarâg, Długobrodych. Bowiem Kibil-nâla nigdy nie wróciła do swego ludu. Została z Durinem jako jego żona; jej głos napełniał muzyką komnaty Khazad-dûm i gdy dźwięczał śpiew Kibil-nâli, Durin pracował ze stukrotną siłą i żadne zło nie mogło zagrozić ich domowi.

Kibil-nâla powiła Durinowi dwóch synów. Ich imiona należą tylko do nich, lecz w swoich pieśniach Khazadowie zwą ich Dwerging i Alfing, Syn Krasnoluda i Syn Elfa. Starszy bowiem, Dwerging, miał ciało jak Durin: krępe, potężne, z szerokimi ramionami i silnymi nogami; młodszy zaś, Alfing, rósł smukły i wysoki, o wyglądzie Kibil-nâli we wszystkim poza jednym – miał brodę jak każdy z Khazadów. I w tym jednym byli bracia podobni – brody ich obu miały srebrzysty kolor włosów Kibil-nâli.

Dwerging miał mądrość i moc Durina, a łaska Mahala spoczywała na nim. Nikt, poza samym Durinem, nie prześcignął go w znajomości tajników kowalstwa czy w obróbce żywego kamienia. Alfinga Mahal obdarował równie szczodrze, lecz innymi darami. Nigdy się dwa kawałki drewna nie rozeszły po tym, jak złączył je Alfing, i żadna fala nie mogła przewrócić łodzi, którą zbudowały jego ręce.

Dwerging kochał podziemne groty i strumienie, błyszczące żyły drogich metali i klejnoty, i wszystko to, co wyszło spod rąk Kowala u zarania czasu. Lecz serce Alfinga kierowało się ku innym rzeczom niż te, które radują krasnoludów. Alfing kochał gwiazdy i wody płynące pod otwartym niebem, nasłuchiwał z tęsknotą głosów wiatrów, a jego oczy zawsze podążały za ptakami lecącymi na zachód. I zrozumieli Durin i Kibil-nâla, że los ich synów nie będzie jednaki.

Gdy czas się wypełnił, Dwerging wziął koronę Khazad-dûm z rąk Durina i rządził tam mądrze i przez wiele lat. Żył dłużej, niż inni Khazadowie, niewiele krócej niż sam Nieśmiertelny i tak samo jego dzieci i dzieci ich dzieci [1]. Napełnili oni głębokie sale Durina wieloma rzeczami pięknymi i cennymi, a chwała Khazad-dûmu rozniosła się szeroko po wszystkie krańce Śródziemia.

Niewiele jest dziś miłości między elfami i krasnoludami, lecz lud z Khazad-dûm nigdy nie zapomniał, z jakiego rodu przyszła ich Matka [2]. I do dziś w rodzie Durina rodzą się srebrnobrode dzieci [3], i wciąż wielu Sigin-tarâg woli pieśni od jadła i napoju.

Lecz los Alfinga związany jest do końca z rodzajem jego matki. Gdy osiągnął wiek dojrzały, nie mógł już znieść trapiącego go niepokoju. Pożegnał ze smutkiem rodziców i brata i opuścił ich. Powędrował na Zachód przez Góry Błękitne w poszukiwaniu elfów, a gdy ich znalazł, przyjęli go jak swego. W późniejszych czasach jego mądrość i wiedza przyniosła mu wśród nich sławę i przywództwo. I mimo że stał się obcy dla plemienia swego ojca, nigdy krew nie została przelana między ludem Alfinga i Khazadami – nawet wówczas, gdy mieszkańcy Tumunzahar [4] wyruszyli na wojnę przeciw krewnemu Kibil-nâli (bratu, jak mówią niektórzy), Elu Szaremu Płaszczowi [5] i przepaść nie do zasypania przegrodziła krasnoludów i elfów. Jednemu też zwyczajowi Khazadów pozostał Alfing wierny: do dziś dnia nikt, nawet jego elfi krewni, nie usłyszał jego prawdziwego imienia. Pośród elfów znany jest tylko jako Szkutnik, Círdan w ich języku.

Durin żył długo, dłużej niż jakikolwiek krasnolud po nim, ale nie wiecznie – wszystkim krasnoludom przeznaczona jest śmierć. Nie taki jest los elfów, lecz serca Durina i Kibil-nâli burzyły się na myśl o rozstaniu. A Kibil-nâli wstrętnym było oczekiwanie, aż żałoba po utracie małżonka strawi jej ciało, jak to się zdarza z jej plemieniem. Gdy zatem życie znużyło Durina i jego dusza zbierała się do wędrówki, ułożyli się do snu w tej samej dolinie, gdzie po raz pierwszy się ujrzeli i duch opuścił ich w tej samej chwili. Powiadają, że Kibil-nâla, jedyna spośród elfów, przeszła za zgodą Mandosa do komnat przygotowanych dla Khazadów i zasiada tam po prawicy Durina, z Dwergingiem siedzącym po jego lewicy. Lecz Alfing nie dołączy do nich, dopóki Jedyny nie rozkaże Kowalowi zebrać Khazadów w Dniu Ostatecznym.

[1] Dwarves of different 'breeds' vary in their longevity. Durin's race were originally long-lived... (HoME-12)

[2] Długobrodzi byli 'kindred most friendly to the Elves' (Silmarillion).

[3] Balin, syn Fundina, opisywany jest w Hobbicie jako siwobrody, mimo stosunkowo młodego (jak na krasnoluda) wieku 178 lat.

[4] Nogrod (Khuzdul)

[5] Ta rodzina miała nadzwyczaj silne skłonności do związków międzyrasowych.
Powrót do góry
 
 
Geirve
Weteran Bitwy Pięciu Armii


Dołączył(a): 10 Lip 2008
Wpisy: 459



Wysłany: 01-08-2009 09:34    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Podziękowania dla Alqualaure, Niuch i Gythy Ogg za zbetowanie.

Farazbund

Mûr bez specjalnego zapału rozglądał się po komnacie Menegrotu, którą Szary Płaszcz przeznaczył do ich użytku. Od początku miał mieszane uczucia wobec nowego zlecenia z Doriatu. Niektórzy w ich kompanii ekscytowali się bardzo perspektywą wykonania klejnotów dla Lúthien, najsłynniejszej piękności pośród Wyciągniętych, jednak Mûr był niewzruszony. Zadanie mogło być ciekawe, ale on przeżył niemal trzysta lat, długi czas przepracował między Wyciągniętymi, o nich i ich obyczajach wiedział więcej niż miał ochotę i wizja dalszego kontaktu wcale go nie cieszyła. Co więcej, droga z Gabilgatholu do Doriatu była długa i z każdym rokiem bardziej niebezpieczna, a on męczył się teraz coraz łatwiej. Ciągle jednak był mistrzem kowalstwa, zlecenie było zleceniem, a Szary Płaszcz zawsze płacił dobrze. A kiedy ktoś zaczynał „dbać o siebie”, jak niektórzy z tych smarkaczy śmieli mu sugerować, od razu mógł położyć się do grobu i załatwić sprawę raz na zawsze.

Pierwszy dzień był, jak zwykle, kompletnie stracony. Dzieciaki! Czy Wyciągnięci naprawdę nie mogli trzymać krócej swojego przychówku? Dorośli elfowie stronili od krasnoludów, ale ich dzieci zawsze sprawiały kłopoty. Niektóre tylko przychodziły i przypatrywały się trwożliwie z bezpiecznej odległości. Inne, śmielsze, podbiegały bliżej, czasem nawet dotykały przybyszów lub ich narzędzi, przekrzykiwały się jak stado szpaków i ciągle właziły pod nogi. Paru głupców w rodzaju młodego Manera, jego czeladnika, próbowało z nimi rozmawiać, ale starsi i mądrzejsi krasnoludowie z reguły nie zwracali na nich uwagi, wiedząc, że za parę godzin tak czy inaczej znudzą się i sobie pójdą. Jeden jednak tego nie zrobił.

Mûr po raz pierwszy zauważył chłopca, gdy przyszedł on z innymi dziećmi – drobniutki elfik, chudy, wielkooki i bosonogi jak one wszystkie. Ale podczas gdy inne biegały i paplały, ten stał spokojnie i w milczeniu, obserwując bacznie krasnoludów rozpakowujących swoje bagaże, a oczy biegały mu od narzędzi do próbek klejnotów. Był tak cicho, że Mûr o mało na niego nie nadepnął. I długo po tym, jak inne już poszły, ten pozostał, roztropnie przeniósłszy się do odległego kąta, i ciągle przypatrywał się im jak zaczarowany. Zupełnie, myślał Mûr, jakby pierwszy raz w życiu zobaczył złotników. Ale w końcu, tak zwani "kowale" z Doriatu byli śmiechu warci, a Noldorowie z Nargothrondu rzadko tu bywali teraz, gdy przerwane zostało oblężenie Żelaznej Wieży i dni na nowo się zamroczyły. Dziecko tak młode mogło nigdy przedtem nie widzieć rzemieślników z prawdziwego zdarzenia.

W dzień później chłopiec znowu się pojawił, tyle że zmienił miejsce. Zamiast w kącie, Mûr zastał go na wysokim parapecie okna tuż obok jego warsztatu, przycupniętego w bardzo osobliwej zdaniem Mûra pozycji, z rękoma owiniętymi wokół kolan, a kolanami wciśniętymi pod podbródek. Wielkie szaroniebieskie oczy patrzące spod złotej grzywki nie odrywały się od rąk starego krasnoluda. Po początkowym przypływie irytacji Mûrowi ta milcząca obecność zaczęła nawet schlebiać. No proszę! Elf, a poznał się, kto tu jest najlepszym złotnikiem.

Farazbunda*, jak Mûr zaczął w myślach nazywać małego elfa, nie było następnego ranka na swoim miejscu. Mûr poczuł się tym dziwnie rozczarowany i zwymyślał się w duchu od starych durni. Dzieciak zwyczajnie znudził się, tylko zajęło mu to więcej czasu niż innym. Rzeczywiście, powód do żałoby!

Wieczorem, kiedy większość krasnoludów udała się już na spoczynek, Mûr jeszcze pozostał. Naszyjnik... Początkowo miał wątpliwości, do których sam przed sobą się ledwie przyznawał, czy jest jeszcze w stanie tworzyć klejnoty godne swego imienia. Teraz jednak, po tym, jak ujrzał Lúthien we własnej osobie, czuł, jak jego dawna moc rozpala się w nim na nowo. Lúthien, duch przedświtu, boginka ciemności zwiastującej nowy dzień... Już niemal widział przed sobą naszyjnik: delikatną siatkę z najcieńszego srebrnego drutu, tu jasną, tu przyciemnioną jak pajęczyna o poranku, z białymi diamentami lśniącymi jak krople rosy. To pewnie będzie jego ostatnie dzieło, lecz takie, które przechowa pamięć o nim. Lúthien do tej pory wykazywała niewielkie zainteresowanie swym przyszłym podarunkiem (Mûr podejrzewał, że w ogóle nie chciała żadnych klejnotów, ale nie potrafiła odmówić ojcu przyjemności ich ofiarowania), ale nawet ona nie pozostanie obojętna, gdy zobaczy taką robotę. W każdym razie miał na to nadzieję. Powinien zacząć obróbkę drutu już teraz, gdy jeszcze obraz naszyjnika jawił się wyraźnie w jego umyśle.

Przymocował przeciągadło do kowadła, sięgnął do skrzynki, gdzie zwykle trzymano srebrne pręty i zaklął ze złości na samego siebie. Cienki srebrny drut? A z czego niby miał go zrobić? Co tu ukrywać, zaczynał już zapominać: srebro leżało na stole po drugiej stronie komnaty, a skrzynka była praktycznie pusta. Teraz będzie musiał przerwać pracę, wstać i przynieść pręty, bo Maner, rzecz jasna, szybko skorzystał z pozwolenia i skończył robotę na dzisiaj. Ech, ta dzisiejsza młodzież!

Wstał ciężko, obrócił się i zatrzymał w pół ruchu. Nie słyszał, by Farazbund się poruszył, w ogóle nie zdawał sobie sprawy z obecności chłopca, ale oto miał przed sobą pręty, podawane w drobnej, białej dłoni. Mûr wziął je, skwitował pomoc chrząknięciem i dostał w zamian promienny uśmiech.

To musiała być wina tego uśmiechu, że złamał swoją zasadę unikania niepotrzebnego spoufalania się z Wyciągniętymi. A może tęsknego, zauroczonego spojrzenia Farazbunda.

– Jak przyjdziesz jutro, będziesz mógł zrobić coś dla siebie.

Mały wyglądał, jakby mu ktoś ofiarował wszystkie bogactwa Khazad-dûmu.

– Mogę? Mogę naprawdę? – wyszeptał z przejęciem. – O, dziękuję! Tak bardzo dziękuję. Ja...

Mûr prychnął. Co elf, to elf! Nigdy nie użyje jednego słowa, jak może dziesięciu!

– Tak, możesz naprawdę – potwierdził sarkastycznie. – A teraz uciekaj. Czas spać.

Wątpliwe było jednak, zdaniem Mûra, by elfik w ogóle usnął tej nocy. Stary krasnolud przyszedł do pracy, jak zwykle, przed innymi, ale Farazbund już tam był, niemal tańcząc z podniecenia.

Potrafił jednak, trzeba przyznać, opanować się na tyle, by z uwagą wysłuchać lakonicznych pouczeń Mûra. Gdy pojawili się inni kowale, Farazbund już bobrował w szkatułce ze szklanymi paciorkami i półszlachetnymi kamieniami. Mûr przyjął zdumione spojrzenia z kamienną twarzą i usiłował wyglądać, jakby obecność małego elfa przy jego warsztacie była najzwyklejszą rzeczą na świecie.

Mûr dał mu trochę miedzianego drutu, kleszczyki i małe cążki. Ciekawiło go, co też chłopiec z nimi zrobi. Wiele się po nim nie spodziewał. Farazbund był oczywiście chętny, ale Wyciągnięci z Doriatu – poza, oczywiście, słynnym Eölem z Czarnego Lasu – byli przysłowiowo słabymi kowalami. Z drugiej strony, sądząc po jego włosach, żółtych jak płynne złoto, Farazbund mógł mieć i noldorską krew w żyłach**. Mûr nigdy przedtem nie widział takich włosów poza Nagrothrondem.

Po pewnym czasie spojrzał na rezultat pracy chłopca i prawie roześmiał się w głos z radości. Farazbund pracował z miedzią, jakby się do tego urodził, przewlekając i owijając drut wokół paciorków szybkimi, oszczędnymi ruchami, a spod jego rąk wychodziły miedziano-szklane owady: biedronka, pszczoła i zielona gąsienica. Prościutkie, naiwne, a mimo to prawie jak żywe.

Nie on jeden to zauważył.

– Popatrz na niego – usłyszał za sobą pełen szacunku szept. – To dziecko dotknął Kowal.

Mûr fuknął w odpowiedzi i, odwróciwszy się, spojrzał surowo na mówiącego. „Dotknął Kowal”, no patrzcie państwo. Zupełnie jakby sam tego nie widział i potrzebował pouczenia od młodziaka w rodzaju Uzaghâna, który ledwie pierwszą setkę przekroczył!

Tej nocy Mûr nie zmrużył oka. Potrzebował teraz coraz mniej snu, a jego myśli jego zaprzątały plany i nadzieje, które do tej chwili uważał za coś należącego do przeszłości. Prawdziwie utalentowani krasnoludowie nie wybierali praktyk u mistrza stojącego na krawędzi grobu, nawet gdy ów mistrz był uczniem samego Telchara. Z Manera był dobry chłopak, z głową i sercem na właściwym miejscu, ale brakowało mu tego wewnętrznego ognia, którym Kowal obdarzał tylko swych nielicznych wybrańców. Mûr powiedział mu to od razu i w zamian dostał równie szczerą odpowiedź: Manera naprawdę pociągał handel i podróże, nie zaś praca w metalu. Z czasem pewnie będzie z niego dobry kupiec, ale nigdy prawdziwy twórca. Natomiast Farazbund... Mûr postanowił, że musi w pewnym momencie porozmawiać z jego rodzicami. Prawda, to było jeszcze małe dziecko, a Wyciągnięci mieli długie lata na naukę, ale Mûrowi wydawało się strasznym marnotrawstwem czekać, aż Farazbund dorośnie na tyle, by móc udać się do Nargothrondu i uczyć się tam od mistrzów własnej rasy. Może zezwoliliby chłopcu brać regularne lekcje u niego?

Wkrótce wypracowali sobie stały plan dnia. Farazbund przychodził wcześnie, wychodził późno i był bardzo chętny do nauki. Mûr, zadowolony z jego postępów, pozwolił mu pracować nad srebrną broszą w kształcie liścia, na której elfikowi bardzo zależało, i nawet czasami powierzał mu pewne drobne zadania, mając rozsądną dozę pewności, że mały niczego nie upuści i nie zepsuje. Inni kowale zaczynali się do niego przyzwyczajać, a Maner, sam ledwo wyrośnięty z lat chłopięcych, był ewidentnie zafascynowany małym elfem. Mûr patrzył na to z pobłażaniem: jeśli Maner ma handlować z Wyciągniętymi, dobrze mu zrobi wprawienie się w ich języku. Nawet gdyby miał przy okazji napychać się słodyczami, które Farazbund ukradkiem mu przynosił, i niekiedy oddawać się pogaduszkom w czasie pracy. Jak teraz.

– Dobrze sobie radzisz z broszą. To będzie liść buku?

Farazbund stanowczo pokręcił głową, robiąc ostatnie poprawki w woskowym modelu do odlewu.

– Dębowy. Bukowe są tylko dla króla.

– Sam więc ją będziesz nosił? – dopytywał się znowu Maner.

– Nie, to dla mojego ojca. Poluje teraz daleko w lasach – oświadczył z westchnieniem – ale – dodał pogodniej – niedługo wróci.

Powiedziane to było z tak jawną miłością i tęsknotą, że Mûr poczuł, jak wilgotnieją mu oczy. Jego dzieci też tak o nim mówiły, kiedyś. Teraz... Kiedy i gdzie się to wszystko podziało? Barazburg, oficer w armii lorda Azaghâla, był zawsze poza domem. Kibilân, jego ukochana córka i niegdyś jedna z najzdolniejszych uczennic, przeniosła się po ślubie do Tumunzahar i ostatni raz widzieli się na pogrzebie jej matki. „Brak czasu” – pisała zawsze. Mûr w końcu przestał pytać.

Maner nie zauważył – lub udał, że nie zauważa – nagłego przypływu smutku Mûra. Ale Farazbund był inny.

– Mistrzu, chciałbym kiedyś zrobić coś dla ciebie – powiedział nieśmiało. – Mogę?

– Możesz – odpowiedział Mûr ochrypłym głosem.

Nie było to jednak im dane.

Pobyt krasnoludów w Doriacie zbliżał się ku końcowi. Mûr wstał wczesnym rankiem, zamierzając wyszlifować w kształt kropel diamenty do naszyjnika, gdy zaskoczyła go obecność obcego. Niemile widzianego obcego. Gość uosabiał wszystko, co odpychało Mûra u Wyciągniętych. Był przystojny i wyglądał na szlachetnie urodzonego, z długimi srebrzystymi włosami, sugerującymi pokrewieństwo z Szarym Płaszczem, ale jego pogardliwy, niemal wrogi wyraz twarzy, gdy rozglądał się po pracowni krasnoludów, obracał wniwecz jego urodę.

Wyciągnięty robił wrażenie, jakby czegoś szukał i nie mógł znaleźć. Mûr chciał zapytać go o cel wizyty, ale powstrzymał się. Elf nie powitał go, nie zwrócił w ogóle na niego uwagi, zupełnie jakby stary krasnolud był częścią umeblowania. Niech więc sobie szuka.

Drzwi się otworzyły i Farazbund, jak zwykle wcześnie, wpadł w podskokach do komnaty. Gdy zobaczył srebrnowłosego elfa, zatrzymał się na ułamek chwili i cały aż się rozpromienił.

– Ojcze! – zawołał i rzucił się w ramiona gościa. – Ojcze, wróciłeś. Tak za tobą tęskniłem!

Błysk radości rozświetlił i złagodził wzgardliwe rysy i nagle Mûr dostrzegł podobieństwo między nimi – teraz był w stanie uwierzyć, że to jest ojciec Farazbunda.

– I ja ciebie witam, Thranduilu – roześmiał się elf, oddając uścisk. – Ja też za tobą tęskniłem. Ale co ty tutaj robisz? – zapytał, rozglądając się wokół, jakby dopiero teraz w pełni połączył ze sobą otoczenie i obecność w nim Farazbunda. Mûr, już spięty, widział, jak radość na twarzy obcego zmienia się w zdumienie. I w jeszcze coś innego, mniej spodziewanego. Strach.

Farazbund nie zauważył, że coś jest nie w porządku. Podbiegł do stołu, wziął z niego zapinkę w kształcie liścia, starannie odwijając ją z kawałka giemzy, i podał ją ojcu z szerokim uśmiechem.

– Popatrz, co dla ciebie zrobiłem!

Przez następne chwile Mûr czuł się jak w dziwnym, koszmarnym śnie, w którym wiesz, co zaraz się stanie, i nie jesteś w stanie nic zrobić, by temu zapobiec.

– Nie! - krzyknął obcy i rzucił klejnot, jakby go oparzył. – Nie ty! Przekleństwo na pokrewieństwo z Eölem i noldorską krew twojej matki! Chcesz skończyć jak oni?!

Farazbund zastygł w miejscu i patrzył na ojca zdumionymi, przestraszonymi oczami.

– Nie rozumiem – powiedział cichym, przerywanym głosem. – Dlaczego na mnie krzyczysz? Co ja złego zrobiłem?

– Złego?!

Elf chwycił syna za ramię i, trzeba mu to przyznać, wyraźnie starał się uspokoić.

– Ach, dziecko, jesteś za młody, by to zrozumieć, ale musisz być posłuszny. Przepraszam, że podniosłem na ciebie głos. Ja się nie gniewam na ciebie – ja się o ciebie boję. To, co robisz, jest... złe. To nie jest dla elfów. Ci, którzy zajmują się takimi sztukami, robią złe rzeczy. Okropne rzeczy. Nie wolno ci więcej tknąć się kowalstwa. Słyszysz, co mówię?

– Tak – wyszlochał chłopiec. – Ale...

Mûr nie mógł tego zmilczeć.

– Twój syn jest urodzonym kowalem – powiedział ze sztucznym spokojem. – Żądasz od niego, by wyrzekł się części samego siebie?

Po raz pierwszy jego obecność została zauważona.

– Milcz, nogoth! – Mûr wstrząśnięty był jadem w jego głosie. – Nie będziesz więcej zatruwać umysłu mojego syna!

Mûr zacisnął zęby i zmusił się do milczenia. Ten głupiec był ojcem Farazbunda. Nie będzie się z nim kłócił w obecności chłopca. I, choć ciężko było się z tym pogodzić, ojciec miał prawo decydować o przyszłości syna.

Chłopiec jednak również to usłyszał. Spojrzał na ojca z bolesnym zdziwieniem, strząsnął jego dłoń z ramienia, podbiegł do Mûra i wtulił zalaną łzami twarzyczkę w jego brodę.

– Dziękuję, mistrzu – wyszeptał. – Dziękuję za wszystko.

– Żegnaj, Farazbundzie – odpowiedział Mûr miękko.

– Thranduilu, chodź do mnie natychmiast!

Chłopiec zawahał się, lecz w końcu usłuchał.

Mûr pozostał przy warsztacie, obracając w palcach srebrny listek, rzucony jak śmieć na ziemię i połamany, patrzył na pusty kraniec swojego stołu i ciągle widział przed sobą szaroniebieskie oczy napełniające się łzami. Nie pamiętał, by kiedyś przedtem czuł taką gorycz i niesmak.

Następnego ranka Mûra znaleziono przy warsztacie martwego. Rzemieślnicy z Gabilgatholu szczycili się tym, że zawsze wypełniali zlecenia, zatem naszyjnik został wykończony przez Uzaghâna z taką pomocą, jakiej był w stanie udzielić mu Maner. Pracowali jednak z gorzkim przekonaniem, że będzie to tylko blady cień wizji starego mistrza. Mûr nie dożył ukończenia swojego ostatniego arcydzieła.

Może jednak Mûr miał szczęście? Nie poznał losu swego syna, wojownika poległego w obronie Noldorów na krwawych polach Bitwy Nieprzeliczonych Łez. Nigdy się nie dowiedział, że wiele lat później jego jedyny wnuk, syn jego ukochanej Kibilân, zginął przeszyty elfią strzałą w nieroztropnym ataku armii Nogrodu na Doriath. Ani że łucznik miał szaroniebieskie oczy i włosy barwy płynnego złota.

* Farazbund – „złotowłosy”, dosłownie „złota głowa”. „Bund” (głowa) jest potwierdzonym słowem khuzdulskim. „Faraz” jest prywatną ekstrapolacją autorki adunaickiego „pharaz” (złoto). Wiemy, że khuzdulski wywarł wielki wpływ na adunaicki, i można z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że określenia metali były zapożyczeniami z języka krasnoludów. Imiona dzieci Mûra pochodzą od potwierdzonych (o tyle, o ile) słów khuzdulskich: Barazburg – „Czerwony Topór”, Kibilân – „Srebrna Rzeka”.

** Autorka wie, że złote włosy są atrybutem Vanyarów, nie Noldorów. Nie musiał jednak wiedzieć o tym Mûr. A nawet gdyby wiedział, z jego punktu widzenia było to obojętne.
Powrót do góry
 
 
Sirielle
Ontalómë / Administrator


Dołączył(a): 15 Cze 2004
Wpisy: 3807
Skąd: Himring / Midgard


Wysłany: 29-09-2014 16:42    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Geirve, jeśli masz jakieś opowiadania umieszczone tylko w archiwum HASA, to koniecznie ej przenieś do końca grudnia, bo wtedy HASA zostanie zlikwidowane:
http://www.henneth-annun.net/about/news.cfm

_________________
Portfolio|dA|Last.fm
Á mahta Valarauko! Áva usë! Aaaaaaaarrrgh, á entula!!!

Nelyafinwë żyje! I już zna Zasady forum (MiniFAQ), a Ty?

Przymierze AntySzczerbowe
Powrót do góry
 
 
Geirve
Weteran Bitwy Pięciu Armii


Dołączył(a): 10 Lip 2008
Wpisy: 459



Wysłany: 13-09-2015 21:43    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Coś po polsku. Niebetowane.

Wilczek

Akim od zapadnięcia zmroku siedział skulony w krzakach przy polance. Bał się. Ten mężczyzna przyszedł ścieżką z zachodu, a tam w lasach mieszkały tylko Białe Upiory i wielkie pająki – pamiętał, co mówił setnik. Jeśli on przeszedł przez tę puszczę, musiał być potężnym wojownikiem. Co prawda był szczupły i chyba nie starszy od Nimura, lecz wyglądał na silnego i zwinnego. Broń też miał dobrą: łuk i długi nóż. Myśliwy?

Jego broni nie uda mu się wziąć – podróżny trzymał ją przy sobie – ale może przynajmniej jedzenie? Widać było, że miał go dużo. Jadł i nawet nie schował reszty do torby, niedbale zostawił przy ognisku obok podbitego futrem płaszcza. Przecież wilgoć je chwyci. A on prawie umierał z głodu. Nie całkiem jeszcze – to nie były złe lasy, póki nie zapuściło się za bardzo na zachód, pełne jagód i orzechów, lecz była już późna jesień i wszystko powoli się kończyło. A jego miecz był bezużyteczny do polowania. Bez rzemieni czy końskiego włosia trudno też było robić dobre wnyki, zresztą mogli je odkryć. I z pieczeniem miał trudności – bał się, że ktoś zauważy dym.

Podszedł ostrożnie. Gałązka w żarzącym się ognisku trzasnęła, zajmując się ogniem i Akim odskoczył z powrotem w ciemność. Płomień przez chwilę oświetlił twarz siedzącego przy ognisku, młodą, piękną jak u dziewczyny, tylko z ostrzejszymi rysami, ale obcy ani drgnął. Spał. Musiał spać.

Odczekał chwilę i znowu się zbliżył, wstrzymując dech. Chwycił szybko suszone owoce i chleb. Chleb! Jak dawno nie jadł chleba. Wszystko w nim krzyczało, by na tym poprzestać, ale ciepły płaszcz kusił. W takim ubraniu może by udało mu się przeżyć zimę? A może nawet dotrzeć do domu?

Cały czas obserwował podróżnego, ale nic mu to nie dało. Ledwie zauważył ruch, zanim znalazł się na ziemi z wykręconą ręką.

– Nie mam nic przeciwko podzieleniu się jedzeniem, choć mógłbyś poprosić. Tego płaszcza jednak sam będę potrzebował.

Akim zesztywniał i zacisnął mocno oczy, ale obcy nie sięgnął po nóż. I nie bił. Nawet nie krzyczał. Trzymał go tak, by nie zadać bólu, obejrzał go sobie uważnie, a po chwili puścił.

– Zjedz, co wziąłeś, lecz nie uciekaj. Chcę z tobą porozmawiać.

Posłuchał. I tak by nie dał rady mu uciec. Był bardzo zmęczony, z głodu kręciło mu się w głowie, a ten tu mógł sobie wyglądać jak dziewczyna, jednak miał stalowy uścisk i szybkość ruchów dzikiego kota.

Zjadł łapczywie owoce, odgryzł połowę chleba i schował resztę pod ubranie. Wstyd mu było tak robić z poczęstunkiem (no... prawie poczęstunkiem), ale nie wiedział, czy jutro zdobędzie coś do jedzenia.

– Jesteś ze wschodu, prawda? Przyszedłeś tu z armią z Rhûn pod Dale i Erebor.

Kiwnął głową. Nie było co zaprzeczać. Obcy patrzył na jego miecz. Był wyszczerbiony od cięcia drewna i ostrzenia o kamienie, zresztą od początku był nienajlepszy – dobrego by mu nie dali – lecz widać było na rękojeści godło Czerwonego Oka. Poza tym tutejsi ludzie mieli na ogół jasne włosy i oczy. Ten też miał, ale nie był stąd – oni zupełnie inaczej mówili. Pewnie dlatego nie chciał go zabić.

– Zdezerterowałeś?

– Nie! – Akim z oburzeniem potrząsnał głową. – Służyłem w sotni Czarnych Ogierów, później Wilków Stepowych, lecz żadnej z nich już nie ma. Nie jestem dezerterem.

– Bez obrazy, ale na wilka to ty nie wyglądasz. Jeszcze z ciebie szczenię. Ile masz lat, piętnaście?

Nieco urażony Akim miał ochotę powiedzieć, że jego rozmówca nawet cienia zarostu nie ma i tak dużo starszy być nie może, ale zmilczał. Lepiej nie prowokować kogoś, kto właśnie przyłapał cię na próbie kradzieży.

– Prawie. Ale naprawdę jestem żołnierzem.

– Wszyscy wojownicy z Rhûn, jakich kiedykolwiek widziałem, byli starsi.

– No bo zwykle są... – przyznał niechętnie. – Ale z każdego domu brali po jednym mężczyźnie, a mój ojczym... Musiał im chyba zapłacić, bo powiedzieli, że ja mogę być.

– Kiedy to było?

– W zimie.

– To niedługo byłeś w armii. Od czasu pokonania was żyjesz tu w lesie?

– Tak.

Nieznajomy przyjrzał się mu uważnie dziwnie świetlistymi, hipnotyzującymi oczami.

– To nie ma sensu. Jeśli nic gorszego na sumieniu nie masz niż drobne kradzieże, chodź ze mną do koszar w Dale. Ludzie z Dale i plemię Durina nie traktują jeńców źle. Musisz dobrze sobie radzić w lesie, jeśli od czasu bitwy nikt cię nie znalazł, ale zima będzie ostra, a mrozy przyjdą niedługo. Żaden człowiek bez dobrego schronienia i zapasu żywności ich nie przeżyje. Nawet ktoś z mojego plemienia miałby kłopoty.

To było kuszące. Bardzo kuszące. Ale nie mógł. Po prostu nie mógł. Nie z nadmiaru dumy, ta zdecydowanie przegrywała z pustym żołądkiem. Ze strachu.

– Zabiją mnie!

– Na pewno nie.

– Wszystkich zabili.

Obcy popatrzył na niego raz jeszcze, znowu tym przeszywajacym spojrzeniem.

– Jeńców? Kto? Kiedy?

Mówić o tym było czystą, samobójczą głupotą. Ale tak dawno z nikim nie rozmawiał. I taką straszną ochotę miał opowiedzieć komuś, co się stało. A ten tu chyba nie życzył mu źle. W końcu nie był stąd, więc nie miał powodu go nienawidzić.

– Już było po bitwie, uciekaliśmy. Otoczyli nas. Ale nie atakowali, nie strzelali. Nas było wielu, prawie cała sotnia, mieliśmy broń, konie... Chcieli rozmawiać, kapitan się zgodził. Przyszli... Dwóch ludzi, dwóch krasnoludów. Myślałem, że wszystko będzie dobrze. Złożymy broń i pozwolą nam odjechać. I wtedy... Kapitan wyciągnął miecz i kazał zaatakować. Posłów! Bez broni! Nie wiem, nie wiem, dlaczego! Nie rozumiem. Jednemu przyłożył miecz do gardła, widziałem, człowiekowi, drugiego i krasnoludów chyba zabili od razu. Rozkaz był się przebić. Ale ich było za wielu...

Zorientował się, że płacze.

– Nie brali jeńców. Nimur rzucił miecz, ale i tak go zabili. Wszystkich zabili.

– Jak ty ocalałeś?

– Udałem martwego. Krew mi leciała z ucha, dużo krwi, to chyba strzała była, całą twarz miałem we krwi. Leżałem... Nie pamiętam. Jak zbierali ciała, już się zmierzchało. Odtoczyłem się na bok, w krzaki. Nikt nie widział.

Obcy westchnął.

– Teraz rozumiem, dlaczego się boisz. Jednak to było w bitwie i kiedy jeszcze byli gorący z gniewu. Teraz zdążyli ostygnąć. Nie sądzę, by ktoś chciał cię skrzywdzić.

– Skąd możesz wiedzieć? Nie jesteś stąd. Znasz ich?

Podróżny uśmiechnął się.

– Rzeczywiście, nie jestem. Nie przedstawiłem się. Jestem Legolas, z Leśnego Królestwa.

Akim uświadomił sobie, że też nie powiedział mu swojego imienia i nadrobił to.

– Widzisz Akimie, mimo że jestem tu obcy, rzeczywiście znam ludzi z Dale. I mam dobrego przyjaciela w Ereborze.

Przyjaciela-krasnoluda? To nie była dobra wiadomość. Ojciec, jak jeszcze żył, mówił mu po cichu, że to nieprawda, co głosili kapłani o krasnoludach, ale że byli oni straszliwymi w gniewie wojownikami – tak, to się zgadzało.

– Leśne Królestwo, gdzie to jest, daleko?

– Niezbyt – Legolas (dziwne imię, ale tu wszystko było dziwne) obrócił głowę na zachód. – Tam. W Mrocznej Puszczy.

– To tam ktoś mieszka? – W wojsku mówili, że nie, mogli jednak kłamać. Nie wszystko, co mu powiedzieli, było prawdą. Na przykład mówili, że ludzie tu służą krasnoludom i Białym Upiorom, a tak nie było. Krasnoludom – może, choć wyglądało raczej, że byli ich sojusznikami, nie sługami – ale żadnego upiora Akim nigdy nie widział.

– Oczywiście. Mój lud tam mieszka od bardzo dawnych czasów – dawnych nawet dla mnie, cóż dopiero dla ciebie. Dwa i pół dnia drogi stąd jest dom mojego ojca.

Akim poczuł przypływ nadziei. Jeśli wszyscy oni byli tacy jak ten...

– Proszę cię, zabierz mnie tam! Będę pracował! Robił co chcecie. Pracowałem przy koniach. Umiem też wyplatać kosze. Szybko się uczę. – Przełknął ślinę – Siedem lat wam odsłużę, a jeśli chcecie więcej... Nie ucieknę.

– Och, chłopcze – westchnął Legolas. – My nie trzymamy niewolników. Zresztą obawiam się, że nie mogę cię tam wprowadzić. Ludzi, jeśli gościmy, to tylko na krótko.

Czyli na nic. Tam nie było schronienia. Znowu łzy zakręciły mu się w oczach. Cały skupił się na tym, by nie wybuchnąć otwarcie płaczem i może dlatego dopiero po chwili jego uszy przekazały umysłowi, jakie dokładnie słowa właśnie do nich dotarły.

– Jak to "ludzi"? – Serce Akima mało nie wyskoczyło mu z gardła, w głowie mu zaszumiało. Mroczna Puszcza... I te oczy...

– Jesteś przecież człowiekiem, prawda?

– Tak – Akim potwierdził zduszonym głosem, z trudem opanowując ogarniający go paniczny strach. Zbierając resztki odwagi, zacisnął pięści i spytał, znając już odpowiedź. – Ale ty... nie?

– Jestem elfem. Myślałem, że wiesz. Nie bój się! – głos przybrał nagle rozkazujący ton. – Cokolwiek ci o nas mówili, to były kłamstwa. Elfy nie piją krwi i nie jedzą dzieci. Nic ci nie grozi.

– Nie jestem dzieckiem! – O nie, czemu on zawsze mówił takie głupoty, jak się bał?

Elf roześmial się.

– Zatem tym bardziej. Nic ci nie zrobię. Możesz w każdej chwili pójść sobie, jeśli chcesz. Nie zmuszę cię do niczego, choć, przyznaję, mam wielką ochotę zaciągnąć cię do Dale choćby siłą. Ale najlepiej zjedz coś jeszcze, prześpij się przy ogniu, a jutro rano sam zdecyduj, co robić dalej.

Przez moment Akim omal się nie zgodził. Tak, zje i prześpi się. Po chwili jednak sam nie mógł uwierzyć, że mu coś takiego przyszło do głowy. Po to przeżył wojnę i ponad dwa miesiące sam w lesie, żeby teraz iść spać przy Białym Upiorze?

Uciekł. Biały go nie gonił. Krzyknął tylko za nim:

– Będę tu znowu pojutrze rano! Przyjdź!


Ostatnio zmieniony przez Geirve dnia 16-09-2015 13:08, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
 
 
Mara
Członek Kompanii Thorina


Dołączył(a): 30 Kwi 2013
Wpisy: 142
Skąd: Szara Przystań (Gdynia)


Wysłany: 16-09-2015 08:30    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Ładne.
Zwłaszcza wzmianki o propagandzie, jaką karmiono szeregowych żołnierzy ze Wschodu (Elfy jedzące dzieci i pijące krew. Jakoś kojarzą mi się doniesienia z czasów wojny w Kosowie o krwiożerczych Serbach grających w piłkę nożną odciętymi głowami Albańczyków. Mechanizm straszenia i odczłowieczania wroga ten sam.)
Będzie ciąg dalszy, czy to jednostrzałowiec?

_________________
"Nie na zawsze przykuci jesteśmy do okręgów świata, poza nimi zaś istnieje coś więcej niż wspomnienie."

Członek LOS - Ligi Obrońców Szczerby (Maglora)
Powrót do góry
 
 
Wyświetl wpisy z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum tolkienowskie -> Twórczość fanowska Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4  Następna

Temat: Fanfiki Geirve (Mantidy) (Strona 3 z 4)

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich wpisów
Nie możesz usuwać swoich wpisów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dodawać załączników w tym dziale
Nie możesz ściągać plików w tym dziale

Powered by phpBB2
Copyright © tolkien.com.pl Wszystkie prawa zastrzeżone.