"Nikt nie może sobie rościć pretensji, że to on jest sprawcą wielkich zdarzeń; bohater odgrywa w nich tylko skromną rolę." Elrond, Władca Pierścieni
| Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
| Autor |
Wiadomość |
Necro Mieszkaniec Shire

Dołączył(a): 11 Lip 2006 Wpisy: 13 Skąd: Nowy Sącz
|
 Wysłany: 17-07-2007 22:16 Temat wpisu: |
|
|
| Kristof napisał(a) (zobacz wpis): |
(...)
Dziękuję:
KOSZMAROWI, NECROWI, KUBIE oraz TELPERIONOWI |
A ja dziękuję Tobie za przygarnięcie mnie i danie szansy pomachania całkiem fajnym młotkiem, zrobienia niezłego zamieszania na bitwie, a reszcie chłopaków za stanie tam ramię w ramię ze mną.
Co do samego TFu - było świetnie. Ale to przecież wie każdy. Mimo chwili zwątpienia zaraz po przyjeździe do Bielawy, gdy zostałem przywitany deszczem to jednak nie poddałem się. Nie umiem tego opisać dokładnie, ale wieziony na pole namiotowe czułem jak wracają wspomnienia i całego mnie przepełniają pozytywne fluidy. I potem już na polu, zwątpienie całkowicie wyparowało - znalazłem się wśród ludzi poznanych rok temu i znowu miałem okazję z nimi pogadać. Cały rok tęskniłem za nocnymi rozmowami i śpiewami przy ognisku i znów dane mi było tego uświadczyć, za co dziękuję wszystkim, którzy odważyli się wymienić ze mną chociaż kilka słów.
Z atrakcji należących stricte do planu TFu bardzo mile wspominam piątek, a dokładnie odśpiewanie przez Adama i Tami arii z Leithian. Ich występ po prostu mnie urzekł. Sobota - wiadomo, bitwa o Gondolin super sprawa, zwłaszcza, że jak na spontaniczny występ (może nie dla wszystkich, ale zdecydowanej większości) wyszła bardzo sensownie i przyzwoicie, a przynajmniej tak mi się zdaje. Mimo tego, że wymieniłem tylko te dwa elementy, to uważam cały tegoroczny TF za o wiele lepszy niż zeszłoroczny, a przynajmniej dla mnie było on o wiele bardziej udany.
Na samym końcu chciałbym jeszcze raz podziękować wszystkim za mile spędzony w naszym bielawskim Śródziemiu czas i życzyć sobie jak i Wam spotkania w przyszłym roku w tym samym, albo nawet liczniejszym gronie.
A na sam koniec: Złoooo! Złoooo! Madafaka Złoooo! Wybaczcie, ale się powstrzymać nie mogłem... : ) _________________ "And the story ends, insanity said coldy
still waiting for the chance, so out of nowhere it will rise
oh, and another journey starts into insanity's claws." |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Telperion Mieszkaniec Shire
Dołączył(a): 21 Cze 2007 Wpisy: 29
|
 Wysłany: 17-07-2007 22:20 Temat wpisu: |
|
|
To tez byl pierwszy TF dla mnie (a to moj pierwszy post na forum:-). Chcialem podziekowac za niepowtarzalny klimat jaki potrafiliscie stworzyc, wyjazd dostarczyl mi moc wrazen, i byl swietna okazja do poznania nowych interesujacych ludzi. Special Thx dla Elka, za serdeczne przyjecie i dla Kristofa za opieke nad nowicjuszem tolkfolkowym elfy dzieki za wspolne strzelanie z luku, Ringu- za pogadanke o fotografii, Bâku- za poharatanie mi plecow podczas bitwy (mam trzy potezne szramy na wysokosci lopatki
Bylo swietnie!!!
Dziekuje i mam nadzieje do zobaczenia za rok...
Telperion
Ostatnio zmieniony przez Telperion dnia 18-07-2007 20:18, w całości zmieniany 2 razy |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Tarutaned Mieszkaniec Shire

Dołączył(a): 10 Lip 2006 Wpisy: 15 Skąd: okolice Krakowa
|
 Wysłany: 17-07-2007 23:44 Temat wpisu: |
|
|
Pierwszy wniosek po drugim w życiu TFie - co rok, to lepiej Bo i więcej atrakcji, i pogoda bardziej urozmaicona, i LARP fajniejszy, i więcej ludzi już kojarzyłam (z których część już też pamiętała mnie ), i... w ogóle oby tak dalej Najlepsze z całości było oczywiście "orkowanie" w Upadku Gondolinu, a tu oprócz samej walki wliczam też radosne paćkanie się czarnymi farbkami, bajki opowiadane przed bitwą przez dziadka Morgotha, śpiewanie "Always look at the dark side of life! (We have cookies!)" i kilkukrotne ćwiczenie ginięcia z ręki młociarzy, które w bitewnym zamieszaniu i tak wyszło inaczej niż zaplanowane A poza tym warto było zostać przynajmniej jeden dzień po zakończeniu TF, choćby po to, żeby jeszcze raz popodziwiać niesamowite nocne niebo nad Bielawą, albo też być świadkiem bitwy Bąku vs. Dexter, gdzie funkcję amunicji pełniło wszystko od parasolek z drinków, po kulki ziemniaczane i frytki
Podsumowując, wielkie podziękowania dla Elka za to, że TF w ogóle istnieje; dla Kristofa, Smoczycy i Agaty, dzięki którym zaczęłam na TFie bywać; dla wszystkich tfowiczów naraz za to, że na TolkFolk chce się wracać i bardzo się nie chce po nim wyjeżdżać do domu  _________________ Gdybym miał niebios haftowaną szatę
(...)
Rozpostarłbym ci tę szatę pod stopy
Lecz biedny jestem, me skarby - w marzeniach
Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy
Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach
W. B. Yeats |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Achika Weteran Bitwy Pięciu Armii
Dołączył(a): 23 Lut 2004 Wpisy: 446 Skąd: Lublin
|
 Wysłany: 17-07-2007 23:58 Temat wpisu: |
|
|
Co robi człowiek po spędzeniu dziesięciu godzin w potwornie gorącym pociągu jadącym ponad pół tysiąca kilometrów? Oczywiście loguje się na forum.
Zacznę tradycyjnie od podziękowań.
Dziękuję:
- Ewie i Ringowi za daszki przeciwdeszczowo-przeciwsłoneczne, które nas uratowały (mieliśmy zrobić zrzutę, żeby Ringowi zwrócić koszta, bo on te daszki zostawił, ale jakoś rozeszło się po kościach, ech...)
- Ewie za matkowanie niemal całemu obozowisku, organizowanie składek dla chłopców, którym w mieście poginęły pieniądze, strofowanie coponiektórych za używanie zbyt orkowego języka, cerowanie rozdartego namiotu Tymka i Kuby, wspieranie moralne, obdzielanie nas jajecznicą swoich dzieci i ogólnie bycie wspaniałą osobą, która z każdym niezależnie od wieku pogada, kiedy trzeba to przytuli, a kiedy trzeba - ochrzani.
- Basi i Adiemusowi - za jak zwykle przepiękne granie ("Żale Szeloby" rzondzom - śpiewam ja przynajmniej raz dziennie!)
- Kristofowi - za odpowiedzialność, organizacyjność i wsparcie duchowe. Rangę Strażnika Ithilien proponuję nadać mu dożywotnio, bo naprawdę się sprawdził.
EDIT: Ojej, zapomniałam o podziękowaniu za korzystanie z kultowego pomarańczowego czajniczka! Ale za to to akurat wiele osób powinno podziękować.
- Samowi - za rozpalanie i pilnowanie ognia.
Pewnie nagryzmolę jakieś sprawozdanie, jak zwykle, na razie przeżywam tęsknotę za widokiem z drogi nad zbiornik (fioletowoniebieski masyw Ślęży widoczny nad polami pszenicy), za spaniem na trawie pod wygwieżdżonym niebem z Drogą Mleczną, za ciepłym nocnym wiatrem targającym płachty namiotów, za myciem garnków piaskiem w strumieniu... Hm, zdaje się, że rok temu pisałam dokładnie to samo...
Na razie najbardziej pasujący do sytuacji jest cytat z jednej z naszych ulubionych piosenek śpiewanych przez Basię:
Znowu w drogę, w drogę trzeba iść, w życie się zanurzyć... _________________ Dlaczego nie lubimy SF?
Ostatnio zmieniony przez Achika dnia 18-07-2007 19:57, w całości zmieniany 1 raz |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Gandi Mieszkaniec Shire

Dołączył(a): 11 Gru 2004 Wpisy: 24 Skąd: Kraków
|
 Wysłany: 18-07-2007 00:06 Temat wpisu: |
|
|
Relacja będzie później, a na razie...
Było genialnie! Zdecydowanie najlepszy z moich dotychczasowych Tolk Folków. Może pod względem mojego podejścia do imprezy (bycie jak najbardziej otwartym na ludzi), może pod względem długości trwania... czyli dla mnie ponad tygodnia.
Dla tych (podobno tacy istnieją), którzy nie widzą Turisia:
Ogólny wygląd Kajmana: Wikipedia
A tak mniej więcej wygląda Turiś, bo chyba jest to Kajman Okularowy, ale nie jestem pewien. Trzeba będzie spytać jakiegoś zoologa, albo kogoś takiego...
Dekiel zajął już honorowe miejsce w avatarze (jutro będzie ładniejsze zdjęcie), a jutro także zajmie honorowe miejsce na ścianie, a nie chcę się tłuc młotkiem po nocy
Dobra, skoro wszyscy ipszą podziękowania, to ja nie będę inny...
A więc dziękuję:
- Necrowi - za nocleg, z którego cały jeden raz korzystałem. No ale i tak wykorzystywałem Cię pod względem bagaży.
- Klucznikowi - za udział w współtworzeniu Turisia.
- Koshiemu - ZA MIESZANKĘ STUDENCKĄ I różne dziwne fazy
- Kristofowi - za wspólną walkę i za mizianie po dłoni
- Baronowi - za bycie dowódcą i piękną fazę przy tworzeniu z Bąka zamachowcy-samobójcy przebranego za smoka
- Milowi - za wzięcie mnie na barana przy wieszaniu sztandaru
- Adiemusowi - za śpiew przy ognisku.
- Kapitule Dekla - za przyznanie mi tej nagrody
- Całemu Złu - za to, że pewnej (nie)pamiętnej nocy nie dali mi umrzeć.
- Oparowi i Agacie - za umilenie podróży powrotnej.
- Aragornowi - za wychędożenie
- Oparowi - za organizację przyjazdu Kleina z żoną.
- Lalaith - za odnawianie rodzinki.
- Turinowi, Lali, Dexterowi i Milowi - za stworzenie wspaniałego Larpa.
- Bąkowi i Aragornowi - co tu dużo mówić... Bez nich Tolk Folk nie byłby tym samym, co teraz.
- Turinowi - za transport, wspólne śpiewanie, inspirację na imię dla kajmana i przyzwyczajanie mojego umysłu do wypaczonych (ale śmiesznych) żartów
- Samowi - za całodzienne łażenie po Bielawie, kukurydzę, wspólne picie (które teraz już pamiętam ) i dużą ilość śmiechu.
- Sophie - tego będzie dużo... Za strój, bycie siostrą-demonem, za dużą ilość faz i śmiechu, za wygranie ze mną konkursu na strój, opiekę nad aparatem, no i za bycie moją starszą siostrzyczką ;]
- no i Paulinie, głównej współtworzycielce Turisia - za dwudniowe oprowadzanie po Bielawie, za smycz i obrożę, za ogrzewanie, gdy było zimno, za wspólny śpiew (tylko nie poruszaj znowu kwestii, że nie umiesz śpiewać ), za spicie się wodą mineralną, za zgranie zdjęć (i kwiatuszka ), za organizację (w pewnej części) Tolk Folku oraz za naprawdę ogromną ilość śmiechu i dobrej zabawy.
A poza tym Elkowi, wiadomo za co i ogólnie wszystkim, za to że także byli na tolk folku, czyli w pewnym sensie też go tworzyli. Bo każdy z nas zostawia tam jakąś cząstkę siebie.
Z pewnością kogoś jeszcze pominąłem, z pewnością o czymś zapomniałem... Kolejność jest, jaka jest... Najwyżej będę jeszcze coś dopisywał, bo słabo teraz u mnie z koncentracją...
A za chwilę wreszcie idę spać... To straszne, jak przez te półtora tygodnia rozstroił mi się zegar biologiczny
A relacji oczekujcie w najbliższych dniach  _________________ The fool escaped from paradise will look over his shoulder and cry
Sit and chew on daffodils and stuggle to answer why? |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Achika Weteran Bitwy Pięciu Armii
Dołączył(a): 23 Lut 2004 Wpisy: 446 Skąd: Lublin
|
 Wysłany: 19-07-2007 14:20 Temat wpisu: |
|
|
Zdrada Gondolinu czyli 10 w skali Beauforta.
W sobotę wczesnym przedpołudniem bielawska taksówka wioząca Dextera, mnie i furę bagażu wyhamowala ze zgrzytem na wysypanym żwirem podwórzu państwa Jedoniów. Dom świeżutko otynkowany na lekki różyk, z zabudowanym gankiem i balkonem wyglądał tak odmiennie, że – przysięgam – przez sekundę myślałam, że kierowca pomylił adres... Kolejną zmianą był płot odgradzający około 1/3 łąki; jak się okazało, gospodarze sprzedali ten kawałek ziemi na działkę rekreacyjną, na razie bez prawa zabudowy. Reszta wyglądała tak samo jak zawsze: drzewa, strumyk, pokryte rzęsą jeziorko Czatownika... Pod lasem niczym kolorowe kwiaty rosło już kilka namiotów, wśród których szczególnie rzucała się w oczy wielka, biało-różowo-błękitna czwórka, która wkrótce dorobiła się miana Różowej Landrynki.
Mały traktorek akurat kończył kosić łąkę, więc zaczęłam zbierać ościste łodygi traw celem podesłania ich pod namiot, żeby było miękko. Cześć obecnych (Balduran, Hithlome, Sam) na ten widok również zaczęła znosić naręcza słomy, gromadząc je na kupę w pobliżu ogniska. Żałuję teraz, że nie zrobiłam zdjęcia, bo można by je podpisać: „Ci z tolkfolkowiczów, których nie było stać na opłacenie noclegu, mogli go odpracować w polu u gospodarza”.
Później były różne wesołe fazy: Sam zrobił sobie krawat z kawałka biało-czerwonej taśmy odgradzającej Czatownika i mówił, że to Samoobrona , było też SAMobójstwo SAMuraja i inne takie wygłupy. W niedzielę poszliśmy na pizzę – wygłodniali chłopcy, widząc pokrywy od studzienek kanalizacyjnych podzielone metalowymi żeberkami na 6 części stwierdzili, że to szlak wskazujący drogę. W ogródku pizzerii „Rodos” (lokal zajmuje cały piętrowy domek, a szczególnie fascynująca jest damska łazienka, wyposażona w dżakuzi) zestawiliśmy trzy stoły, Dexter i Kristof rozłożyli cieniodajny parasol, a ja pstryknęłam im przy tym fotkę pasującą do ich ulubionej piosenki o łysym bosmanie. Zdjęcie ma tytuł „Dalej, chłopcy, ciągnąć fały”, ale na razie nie mogę go wrzucić na forum, bo ma ciut za duży rozmiar.
Czas upływał na witaniu nowo przybyłych ludzi, wyprawach do sklepu, nad zalew. strzelaniu z łuku i walczeniu na miecze. Kiedy przyjechała Basia z gitarą, mogliśmy wreszcie pośpiewać przy ognisku – dla mnie to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy na Tolk Folku. Ogień i śpiew dają niezwykłe poczucie wspólnoty, a iskry ulatujące w rozgwieżdżone bielawskie niebo z wyraźnie widoczną Drogą Mleczną to widok, który się zapamiętuje na zawsze.
Po odśpiewaniu „Elek in the Jar”.
Paulina: Tolk Folk został oficjalnie otwarty.
Po paru dniach przyjechał też Adiemus, przywożąc „Żale Szeloby”, które tak mi się spodobały, że już po dwóch czy trzech odśpiewaniach pamiętałam 3/4 tekstu. „Przyszli, oślepili, pokłuli, pobili, a jeszcze podarli mi sieci.” Śliczne. Słyszałam też, jak Adi w sektorze Kompanii Boromira grał „Żale Bombadila” i też były cudne, ale później już tej piosenki nie słyszałam (czemu?).
Jak zawsze, dwa razy dziennie przez łąkę przechodziło stado rudych krów, tym razem z wyraźnie większą liczbą małych cielaczków niż w poprzednich latach. Ogromny, tłusty byk wyglądał jak góra mięsa na czterech nogach, a jedna w tym czerwonym stadzie czarno-biała holenderka sprawiała wrażenie zwierzaka z innej bajki. Podsumowałam, że wygląda jak student na wymianę.
W sobotę i niedzielę była piękna pogoda, poniedziałek wstał pochmurny, a o piątej po południu, prawie jak w piosence:
„O pokład statku uderzył deszcz i padał tak do rana...”
Tyle, że deszcz się rano nie skończył i przepadał jeszcze przez cały wtorek. Gdyby nie ogrodowe daszki, z których jeden przywiozła Ewa Gajda, a dwa Ring zakupił w Dzierżoniowie, nie dałoby się w ogóle wytrzymać, bo z dużych, kwadratowych namiotów harcerskich, które jak zwykle wypożyczyli nam gospodarze, jeden silnie przeciekał a w drugim zalęgło się ZUO. Dzięki daszkom mogliśmy siedzieć jak cywilizowani ludzie przy stołach, a dzięki pomarańczowemu czajniczkowi Kristofa nigdy nie brakło nam gorącej herbaty. We wtorkowy wieczór herbata okazała się płynem niedostatecznie rozgrzewającym i uczestnicy sięgnęli po inne, ale pominę ten fragment milczeniem.
Ewa (siedzi i pracowicie szydełkuje złoty rękaw do swojej nowej szaty).
Sam: Nitka się kończy.
Ewa: Jest jeszcze druga.
Sam: Eryk się nią bawił.
Baśka: Jest druga nitka. Sięga stąd do zalewu Sudety.
W czwartek miasteczko namiotowe rosło w oczach, Kristof wskazywał miejsca do rozbijania namiotów a ja, kiedy tylko mogłam, witałam „tych, którzy pierwszy raz”, szczególnie tych dowożonych przez rodziców, i udzielałam wszystkich możliwych wskazówek. Strażnicy Północy pomalowali i wkopali Białe Drzewo, na którym zawisł ich niebieski sztandar (mam zdjęcie niepomalowanego jeszcze drzewa leżącego samotnie w półmroku namiotu-beczki, co wygląda jak jakaś osobliwa instalacja artystyczna).
O 19:00 odbyło się oficjalne otwarcie, tym razem bez niebieskiego daszku, ale wobec pięknej (znów) pogody nie był potrzebny, a nawet bez niego było lepiej, bo nasi dyżurni paparazzi mogli spokojnie pstrykać ujęcia z dowolnych miejsc. Elek przedstawił planowane punkty programu, przedstawił Adama Kleina z żoną, którzy mieli poprowadzić warsztaty wokalne (bardzo mili ludzie), Anita przedstawiła plan bitwy, Elek oficjalnie namaścił Kristofa na Strażnika Ithilien a mnie na jego zastępcę, na koniec odczytałam pocztówkę z Ofordu, którą Sylwia Wesoła Elfka przysłała na adres gospodarzy z zaznaczeniem, że to do wszystkich tolkfolkowiczów.
Po zapadnięciu zmroku wokół ogniska stłoczyli się ludzie piekący kiełbasy na patykach. Po zaspokojeniu głodu zaczęliśmy śpiewać, tradycyjnie przyjacielsko rywalizując z ekipą Czechów. Brakowało nam wsparcia, bo Adiemus bardzo długo siedział w namiocie-beczce słuchając fanfików tolkienowskich czytanych przez Ringa, mONĘ i inne osoby, i nie chciał się dać wywabić. W końcu jednak wyszedł i wtedy zaczęło się naprawdę fantastyczne śpiewanie.
W piątek w palącym jak na pustyni słońcu odbywały się ćwiczenia szermiercze do bitwy oraz warsztaty wokalne (tłumaczone z angielskiego przez Opara), w trakcie których dowiedzieliśmy się m.in., jaki jest związek między ziewaniem i prawidłową emisją głosu oraz co oznacza śpiewanie przez nos otwarty i zamknięty. Po południu w MOKiS-ie miały miejsce wykłady i inne atrakcje, ale to niech opisze ktoś inny, bo ja, niestety, w nich nie uczestniczyłam.
W sobotę nadal w palącym jak na pustyni słońcu nadal odbywały się ćwiczenia szermiercze do bitwy, natomiast warsztaty wokalne zostały przeniesione nad strumień, gdzie była odrobina cienia. Chóralne odśpiewanie „Gondolin zdradzony” brzmiało naprawdę imponująco, żałowałam tylko, że na wieczornym występie z pewnością nagłośnienie będzie takie, że i tak nic nie usłyszymy (tak też się stało – jedyną osobą, której muzyka nie zagłuszyła, był sam Klein, w końcu profesjonalista).
Po obiedzie ZUO poobwijało się „pokrwawionymi” bandażami, sformowało swój pochód w wersji ocenzurowanej (cenzura dotyczyła głownie piosenek, nie wiem, czy zrezygnowali z osmalonego mięsa i poodcinanych kończyn, bo widziałam ich tylko z daleka, wracając znad zalewu) i wyruszyło do parku, gdzie udali się również pozostali uczestnicy, ubrani w swoje najładniejsze stroje. Kiedy tam dotarłam po piątej, zabawa trwała już na całego, rozpoczął się Bieg Hobbicki (spóźniłam się na rejestrację, niestety), w budkach sprzedawano smakowitą gotowaną kukurydzę, popcorn i kiełbaski, a także rozmaite odpustowe zabawki, dzieciaki woziły się na wielkim, kasztanowatym koniu i skakały po nadmuchiwanym zamku.
Bieg Hobbicki w tym roku został podzielony na wersję dziecinną i dorosłą, co wydaje się dobrym pomysłem. Tym razem teren nie był ogrodzony, dzięki czemu można było z bliska robić zdjęcia uczestnikom – ale również przez to byli oni częściowo zasłaniani. Potem był turniej łuczniczy (Aragorn i Bąku jako dwaj trędowaci paralitycy zostali nagrodzeni dzikimi wybuchami śmiechu, a generalnie wszyscy uczestnicy pięknie wyglądali w promieniach zniżającego się słońca) i bicie rekordu w tańcu hobbickim. Trzy lata temu tańczyliśmy go w ośmioosobowych grupkach, tym razem członkowie zespołu Comhlan (Comlahn?) ustawili nas w gigantyczne koło i kazali odliczać, żeby sprawdzić, czy rekord (80 osób) zostanie pobity. Musieliśmy wezwać posiłki w postaci Elka, który zresztą przypłacił taniec kontuzją nogi.
Dziewczyna z zespołu: Zróbcie takie wielkie koło i niech wszyscy wezmą się za ręce.
(wszyscy robią, co kazała).
D.z.z: A teraz stańcie na jednej nodze.
(wszyscy stają).
D.z.z.: I podskoczcie.
(wszyscy skaczą).
D.z.z. (cichutko): Mam władzę absolutną...
Rzecz jasna, hobbicki taniec tańczy się boso, więc było wiele radości przy pokonywaniu wysypanej drobnym, kłującym żwirkiem dróżki przecinającej parkową łączkę. Obite nogi można było za to ochłodzić w miniaturowym bagienku, które utworzyło się w miejscu, gdzie obsługa techniczna beztrosko wylała wodę z baseniku będącego w Biegu Hobbickim przeprawą przez Anduinę. Zapadaliśmy się po kostki... Na koniec byliśmy niemożebnie zziajani, ale bardzo zadowoleni.
Potem nastąpiła przerwa techniczna i próby (można było wyskoczyć coś zjeść), a o 22:00, w całkowitej już ciemności, zgromadziliśmy się, aby obejrzeć spektakl (lub – w przypadku części osób – w nim zagrać). Mój adoptowany syn paradował w czymś w rodzaju atłasowego szlafroka i wielce błyszczącej koronie na głowie, Maeglin był krótko ostrzyżonym blondynem (ku rozpaczy Kasiopei, którą o tym fakcie poinformowałam esemesowo – zasugerowała ufarbowanie go pastą do butów...), Tuor miał fajny strój, reszty postaci niestety nie kojarzę (wiem, że jakąś ważną rolę miała Anita, ale zabijcie mnie, nie powiem, kogo).
Scena wyglądała w taki sposób, że w poprzek parkowej łąki rozstawiono płotki i taśmy, oddzielając część, na której stały dekoracje: wielki, biały ekran, estrada, pełniąca rolę królewskiego zamku (wcześniej służyła m.in. do wręczania nagród zwycięzcom poszczególnych konkursów i turniejów), fontanna z pomalowanego styropianu, drewniany mostek, solidna brama grodu z dwiema wieżyczkami i czarno-czerwona wisząca płachta symbolizująca Angband, z drzemiącym pod nią smokiem.
Przed spektaklem wysłuchaliśmy „Gondolinu zdradzonego” w wykonaniu Adama Kleina i chóru tolkfolkowiczów, Tadeusz Olszański i Małgorzata Pudlik z ŚKF-u wręczyli Elkowi Śląkfę, którą otrzymał w kategorii Fana Roku (szkoda tylko, że nie zrobili tego na podium, ale tuż przy płotku, w takim miejscu, że może z 10 najbliżej stojących osób mogło cokolwiek widzieć). Potem z głośników odezwała się muzyka i głos Elka, będącego narratorem poszczególnych wydarzeń. Obejrzeliśmy przybycie Tuora do Gondolinu, początek znajomości z... eee, nie pamiętam tego imienia na I, ślub, zazdrość Maeglina... kiedy Maeglin wyszedł z grodu i został schwytany przez orków, porzuciłam moje całkiem niezłe miejsce obserwacyjne naprzeciwko fontanny i przeniosłam się na prawo, sądząc, że bitwa rozegra się pod groźnie i „mordorsko” wyglądającymi dekoracjami (poza tym nagłośnienie było takie, że bałam się, że przy natężeniu bitewnym rozsadzi mi głowę). Nie było to dobrym posunięciem, bo całą bitwę widziałam z daleka, a topienia Balroga w fontannie – wcale. Tym niemniej to, co widziałam, bardzo mi się podobało, zwłaszcza pląsy dwórek i bitwa. Szkoda, że przestrzenny układ dekoracji sprawiał, że widzowie stojący dalej nie mieli szans zobaczyć wielu szczegółów. Poza tym często nie było wiadomo, gdzie patrzeć, bo światło reflektorów nie podkreślało, w którym miejscu rozgrywa się coś szczególnie ważnego (np. widziałam odbicie zaatakowanej przez Maeglina rodziny Tuora, ale śmierci Maeglina już nie, zresztą tego więcej osób nie widziało, bo chyba walka częściowo ich zasłoniła).
Szumnie zapowiadane fajerwerki ograniczyły się do zimnych ogni tryskających ze smoczej paszczy (smok był od środka poruszany przez Bąka na zasadzie taczek, a Baron szedł przy pysku, co momentami wyglądało jak prowadzenie konia za uzdę) i kilku dość nędznych tulej wbitych w ziemię. Mając w pamięci pokazy fajerwerków na Tolk Folkach w latach 1999 i 2000, spodziewałam się czegoś innego... Taniec z ogniem też był mało efektowny w porównaniu z tym, co widziałam choćby na jubileuszu XXV-lecia ŚKF-u. Natomiast ekipa grająca orków i elfów zdecydowanie dała z siebie wszystko. A jak fajnie się później słuchało ich opowieści!...
Po zakończeniu spektaklu Elek podziękował wszystkim, a wszyscy Elkowi, i podstawiono autobus, który zawiózł nas w okolice pola namiotowego. Część wariatów poszła na nocną kąpiel w zalewie, część zgromadziła się przy ognisku, a niektórzy, jak z boku podpisana, padli spać.
W niedzielę Elek przyjechał na pole namiotowe, rozdał uczestnikom bitwy pamiątkowe koszulki, a reszcie – metalowe znaczki i pożegnał się. Aragorn uroczyście przekazał Nagrodę Dekla tegorocznemu laureatowi, którym został Gandi – za pomysł z niewidzialnym kajmanem. Wręczenie odbyło się w ten sposób, że zakuli nagrodzonego w dyby (z komentarzami: „No to pa, do przyszłego roku!...”), a Dekla włożyli mu na głowę.
W niedzielę wieczorem część ekipy udała się w strojach i z mieczami do kościoła, gdzie odmówili po łacinie „Ojcze nasz” i wyszli. Trochę żałuję, że tego nie widziałam, choć na podstawie ich opowieści jestem w stanie dość plastycznie to sobie wyobrazić.
Większość ludzi rozjechała się w niedzielę i w poniedziałek panowała już niemrawa i dekadencka atmosfera, wzmagana jeszcze tropikalnym upałem (daszek Ewy uległ zniszczeniu w czasie jednej z nawiedzających obozowisko straszliwych porannych wichur, a daszki Ringa w czasie innej wichury złożono, bo groziło im, że pofruną), w wyniku czego koczowaliśmy pod jedynym na polu drzewkiem i częściowo w cieniu większych drzew, nie przejmując się tym, że cień ów pada wyłącznie w pobliżu kibelka i zasobników na śmieci. Młodzież z nudów wchodziła w kolejne fazy, na przykład pisanie sobie markerem różnych rzeczy na różnych częściach ciała (zdecydowanie najlepszy był napis „Nike” pod blizną na żebrach Dextera, dokładnie w kształcie logo tej firmy) i fotografowanie się w pozach „aniołków Charliego” (fajne też było robienie zdjęcia z niewidzialnym kajmanem: „Jeszcze jedno, bo pysk odwrócił!”). Poza tym chodziliśmy pływać w zalewie o różnych porach doby (tuż po zachodzie słońca było po prostu bosko... woda srebrno-fioletowa jak rtęć i gładka jak aksamit...), a mnie się udała wycieczka z Olą na Trzy Buki (taka góra).
***
Tyle raportu, mam nadzieję, że nic nie poprzekręcałam. _________________ Dlaczego nie lubimy SF? |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Adiemus One Ring - One TolkFolk :)

Dołączył(a): 27 Kwi 2002 Wpisy: 1963 Skąd: Krakuff
|
 Wysłany: 19-07-2007 16:09 Temat wpisu: |
|
|
| Achika napisał(a): |
| mam nadzieję, że nic nie poprzekręcałam. |
Tylko jedno (z tego, co pamiętam
| Cytat: |
| Przed spektaklem wysłuchaliśmy „Gondolinu zdradzonego” w wykonaniu Adama Kleina i chóru tolkfolkowiczów |
Adam i Tami śpiewali, a my wyliśmy (Bąk ryczał ) po spektaclum, nie przed
Zostałem dwa razy wywołany do tablicy, trza się wytłumaczyć
| Cytat: |
| Słyszałam też, jak Adi w sektorze Kompanii Boromira grał „Żale Bombadila” i też były cudne, ale później już tej piosenki nie słyszałam (czemu?). |
Bo nie dam rady śpiewać jej bez supportu. Z powodu nojej wady wymowy konieczne tam "didle didle" brzmi jak "dide dide"
| Cytat: |
| Brakowało nam wsparcia, bo Adiemus bardzo długo siedział w namiocie-beczce słuchając fanfików tolkienowskich czytanych przez Ringa, mONĘ i inne osoby, i nie chciał się dać wywabić. W końcu jednak wyszedł. |
To jest eufemizm - został wywleczony za uszy przez Ewę w połowie wypowiedzi
No, co ja mam bidny zrobić? Nie poszedłem na wieczór pierwszy (Ringoczytanie ), bo wiedziałem, że koniecznie śpiewać będziecie chcieli. Ale panelu fanfikowego nie mogłem sobie odpuścić (a i tak przyszli, oślepili, wywlekli, zmusili...) _________________ Nadrektor Ridcully stuknął pięścią w bok aparatu, aż omniskop się zakołysał.
– Ciągle nie działa, panie Stibbons! – ryknął. – Znowu mamy to wielkie ogniste oko!
Going Postal
półeczka na Deviancie... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Sirielle Ontalómë

Dołączył(a): 15 Cze 2004 Wpisy: 1887 Skąd: Himring (Szczecin)
|
 Wysłany: 19-07-2007 16:10 Temat wpisu: |
|
|
Achika - Tylko tyle, że śpiewaliśmy z Adamem i Tami Gondolin Zdradzony po spektaklu, a nie przed (przed były próby). Ciekawa relacja
Edit. O, Adiemus mnie ubiegł.
Ja napiszę coś więcej, jak się pozbieram Jeśli chodzi o wrażenia, to od TF 2004 się tak dobrze nie bawiłam, jak teraz, to był naprawdę udany konwent
Miriel - też się cieszę z naszej nieplanowanej i ciekawej pogawędki, szkoda, że nie było ich więcej.Bardzo mi było miło Cię poznać osobiście!
Tego mi na TFie najbardziej brakuje - rozmów o twórczości Tolkiena, dlatego cieszy mnie bardzo panel z wykładami i panel fanfikowy (gdybym tylko się nań nie spóźniła!). Trochę więcej takich atrakcji by się przydało.
Kilka słów później, muszę min. o bitwie pomówić. Ale na razie cicho sza! _________________ Sirielle.com|dA portfolio|Last.fm| Galeria RotN
Á mahta Valarauko! Áva usë! Aaaaaaaarrrgh, á entula!!! |
|
| Powrót do góry |
|
 |
|
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich wpisów Nie możesz usuwać swoich wpisów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz dodawać załączników w tym dziale Nie możesz ściągać plików w tym dziale
|
|