Forum dyskusyjne miłośników twórczości J.R.R. Tolkiena
w sieci od 11/2001
 
Gospoda(0) | Zasady Forum | FAQ | Szukaj | Kalendarz |  Zarejestruj się |  Profil | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości | Zaloguj

Witryny zrzeszone w forum:
Hobbiton  Pod Rozbrykanym Balrogiem


"Widziałem trzy ery zachodniego świata, widziałem mnogie klęski i wiele bezowocnych zwycięstw." Elrond, Władca Pierścieni


Temat: HoME nie tylko dla orłów (Strona 1 z 24)

Idź do strony 1, 2, 3 ... 22, 23, 24  Następna
  skocz na koniec strony
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum tolkienowskie -> The History of Middle-earth Wydruk
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Adiemus
One Ring - One TolkFolk :)


Dołączył(a): 27 Kwi 2002
Wpisy: 1992
Skąd: Krakuff


Wysłany: 23-05-2005 09:16    Temat wpisu: HoME nie tylko dla orłów Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Mimo, że Historię Śródziemia znam bardzo fragmentarycznie (a tak naprawdę to tylko KZO po polsku wydane), zaglądam często do tej tabeli. Pisuje w niej tylko kilka osób, co świadczy o małej znajomości tematu w "Społeczeństwie" Pserwa
Na stronie Inny Świat możemy zapoznać się z krótkimi streszczeniami (w chwili obecnej 7 tomów) pióra Nifrodel chwała wam, chylę czoła, dzięki Oklaski Oklaski chwała wam, chylę czoła, dzięki , które powinny być drogowskazem dla każdej osoby chcącej wydać kilkadziesiąt złociszy na rozpoczęcie przygody z HoME i zastanawiającej się, od czego by tu zacząć Język - wszak w topiku W jakiej kolejności czytać historię Śródziemia? takiego "ułatwienia" nie znajdziemy Pserwa
Szkoda tylko, że te streszczenia (i dodane do nich tu i ówdzie komentarze) nie są trochę dłuższe (ale rozumiemy, że Nif nie ma za dużo czasu, wszak musi jeszcze i Adminować nam, maluczkim Jestem rozwalony i zarabiać na chlebek i -po prostu- żyć Elfik Może więc połączymy wspólnie siły i spróbujemy rozszerzyć "dla potomności" Z przymrużeniem oka naszą wspólną wiedzę o poszczególnych opowieściach Historii, zanim pokaże się po polsku? Fajnie byłoby, gdyby (między innymi dzięki takiej aktywności) wiedza Społeczeństwa Prstena Jestem rozwalony nie kończyła się tylko na WP i Silmarillionie Spox

_________________
Nadrektor Ridcully stuknął pięścią w bok aparatu, aż omniskop się zakołysał.
– Ciągle nie działa, panie Stibbons! – ryknął. – Znowu mamy to wielkie ogniste oko! Jestem rozwalony
Going Postal
Powrót do góry
 
 
Nifrodel
Alsílatiel / Administrator


Dołączył(a): 08 Lis 2001
Wpisy: 2724
Skąd: Ossiriand
Nieobecny(a): panta rhei...

Wysłany: 23-05-2005 09:48    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Dla tych, którzy chcą przeczytać fragmenty The History of Middle-earth, a kiepsko sobie radzą z językiem angielskim, wklejam tutaj dwa z moim zdaniem najważniejszych esejów Tolkiena, zatytułowane: Opowieść Adanel oraz Athrabeth Finrod an Andreth. Teksty wchodzą w skład X tomu HoMe, zatytułowanego: Morgoth's Ring (niedługo na Innym Świecie pojawi się obszerniejsze streszczenie tej ksiegi Elfik ) i tłumaczone sa przez Ryszarda Derdzińskiego Galadhorna. Można je przeczytać w sieci na stronie Niezapominki.


Oba teksty są niezwykle ważne dla zrozumienia statusu Ludzi i Elfów w tolkienowskim świecie. Pierwszy tekst, Opowieść Adanel, przedstawia najwcześniejszą historię Ludzi i ich zdeprawowania przez Melkora.

Opowieść Adanel


J.R.R Tolkien, HoMe, t. X, Opowieść Adanel napisał(a):
W końcu Andreth zachęcona przez Finroda rzekła: - Oto opowieść, którą usłyszałam od Adanel z Domu Hadora.

‘Powiadają, że Nieszczęście nadeszło u samych początków historii naszego ludu, nim umarł pierwszy człowiek. Przemawiał do nas Głos, a myśmy słuchali. Głos ów powiedział: Jesteście moimi dziećmi. Posłałem was byście tutaj zamieszkali. Z czasem weźmiecie w dziedzictwo całą Ziemię, wpierw jednak musicie być dziećmi i uczyć się. Wzywajcie mnie, a ja was wysłucham; bo ja czuwam nad wami.

W naszych sercach rozumieliśmy co mówił Głos, choć brak nam było jeszcze słów. A potem obudziło się w nas pragnienie mowy i poczęliśmy stwarzać słowa. Było nas jednak niewielu, a świat był wielki i nieznany. Mimo, iż bardzo pragnęliśmy zrozumieć, nauka była trudna, a stwarzanie słów było powolną pracą.

Wówczas też często wzywaliśmy owego Głosu, a on nam odpowiadał. Rzadko jednak odpowiadał na nasze pytania i mówił wtedy: Spróbujcie wpierw sami znaleźć odpowiedź. Albowiem będziecie mieć radość w znajdywaniu, i w ten sposób wyrośniecie z dziecięctwa i staniecie się mądrzejsi. Nie chciejcie przestać być dziećmi przed wyznaczonym czasem.

Ale myśmy się spieszyli i pragnęliśmy podporządkować wszystko naszej woli. I w naszych umysłach przebudziły się kształty wielu rzeczy, które pragnęliśmy tworzyć. A wtedy rozmawialiśmy coraz rzadziej i rzadziej z Głosem.



Wtedy pośród nas pojawił się on - z wyglądu jak my, ale potężniejszy i piękniejszy; i powiedział, że przybywa do nas ze współczucia. Nie powinno się was pozostawiać samych, bez wskazówek - powiedział. Świat jest pełen cudownych bogactw, których rozum nie ogarnie. Moglibyście mieć pożywienie bardziej obfite i smakowitsze niż te ubogie rzeczy, które teraz spożywacie. Moglibyście mieć domostwa wygodne, w których utrzymywalibyście światło i z których wyrzucilibyście noc. Moglibyście nawet nosić takie szaty jak ja.

Wtedy spojrzeliśmy i oto nosił on świetliste szaty, które połyskiwały jak srebro i złoto, a na głowie nosił on koronę i drogocenne kamienie we włosach. Jeśli chcecie być jak ja - powiedział - ja będę was nauczał. I obraliśmy go sobie za nauczyciela.

Nie był tak skory, jak mieliśmy nadzieję, do nauczania nas sposobów odkrywania i tworzenia dla siebie rzeczy, których pragnęliśmy, choć rozbudził w naszych sercach wiele pragnień. Ale gdy u kogoś rodziła się nieufność bądź niecierpliwość, on przynosił i stawiał przed nami wszystko czego chcieliśmy. Jam jest Dawcą Darów - mówił - i darom nie będzie końca dopóki pokładacie we mnie ufność.

A zatem obdarzyliśmy go czcią, a on nas zniewolił. I zaczęliśmy zależeć od jego darów, bo obawialiśmy się powrotu do życia ich pozbawionego, które teraz zdawało nam się ubogie i trudne. I wierzyliśmy wszystkim jego naukom. Bo bardzo pragnęliśmy mieć wiedzę o świecie i jego istocie: o czworonogach i ptakach, i o roślinach, które porastają Ziemię, o naszych własnych początkach, o świetle z nieba i o niezliczonych gwiazdach, i o Ciemności, w której są one osadzone.

Wszystko, czego nauczał zdawało się dobre, bo posiadał on wielką wiedzę. Ale wciąż więcej i więcej opowiadał o Ciemności. Najpotężniejsza ze wszystkiego jest Ciemność - mówił - bo nie ma ona granic. Ja przyszedłem z Ciemności, ale to ja jestem Jej panem. Albowiem to ja stworzyłem Światło. Ja stworzyłem Słońce i Księżyc i niezliczone gwiazdy. Będę ochraniał was przed Ciemnością, która mogła by was pochłonąć.

Wtedy zwróciliśmy się ku Głosowi. Ale twarz naszego mistrza zmieniła się strasznie; był on bowiem zagniewany. Głupcy! – rzekł – To Głos Ciemności. Chce on nas rozdzielić, bo pragnie was pożreć.



I wtedy odszedł i nie widzieliśmy go przez długi czas, a bez jego darów byliśmy ubodzy. I nadszedł kiedyś dzień, gdy nagle blask Słońca począł blednąć, aż zgasł całkowicie, a wtedy wielki cień spowił cały świat; wszystkie zwierzęta i ptaki były w trwodze. Wtedy on powrócił, idąc poprzez mrok jak jasny ogień.

Upadliśmy na twarz. Są wśród was wciąż tacy, którzy słuchają Głosu - powiedział - i dlatego jest On coraz bliżej. Wybierajcie! Możecie mieć Ciemność za swego Pana, albo możecie mieć Mnie. Ale jeśli nie obierzecie sobie Mnie za waszego Pana i nie przysięgniecie Mi służyć, odejdę i opuszczę was - albowiem mam też inne królestwa i inne siedziby, i nie potrzeba mi Ziemi ani was.

Wtedy w przerażeniu powiedzieliśmy wszystko tak, jak on nakazał: Tyś naszym Panem; Tobie tylko będziem służyć. Wyrzekamy się Głosu i nigdy więcej go nie posłuchamy.

Niech też tak będzie! - powiedział on - Teraz zbudujcie mi dom na wzniesieniu i nazwijcie go Domem Pana. Tam też będę przybywał, gdy tylko będę chciał. Tam też będziecie Mnie wzywać i kierować do Mnie wasze prośby.

A kiedyśmy pobudowali wielkie domostwo, on przyszedł i stanął przed wysokim siedziskiem, a dom ogarnęły jakby jasne płomienie. Teraz - powiedział - niech wystąpią ci, którzy wciąż słuchają Głosu!

Było kilku takich, ale ze strachu pozostali cisi i nic nie odrzekli. – Teraz pokłońcie Mi się i złóżcie mi hołd! - powiedział. I wszyscy mu się pokłonili aż do ziemi mówiąc: Tyś jest Jedynym Potężnym, a my do Ciebie należymy.

A wtedy on wzniósł się jakby w wielkim ogniu i dymie, a nas oparzyła fala gorąca. I nagle on zniknął i stało się ciemniej niż nocą; i uciekliśmy z Domu.



Odtąd zawsze żyliśmy w wielkim strachu przed Ciemnością. On zaś rzadko nas nawiedzał w pięknej postaci i rzadko przynosił nowe dary. Gdy w wielkiej potrzebie odważyliśmy się przyjść do Domu, by błagać go o pomoc, słyszeliśmy jego głos i otrzymywaliśmy polecenia. Ale teraz kazał on nam zawsze coś uczynić albo przynieść mu jakiś dar, zanim on wysłucha nasze prośby. I polecenia te stawały się coraz okropniejsze, a dary trudniejsze do zdobycia.

Nigdy więcej nie usłyszeliśmy już pierwszego Głosu, z jednym wyjątkiem. W ciszy nocy przemówił On tymi słowy: Wyrzekliście się Mnie, ale Moimi pozostajecie. Ja dałem wam życie. Teraz stanie się ono krótsze, a każdy z was po chwili przybędzie do Mnie, aby dowiedzieć się kto jest waszym Panem - czy ten, którego czcicie, czy Ja, którym go stworzył.

Wtedy nasza trwoga przed Ciemnością wzrosła. Bo uwierzyliśmy, że Głos ten pochodził z Ciemności spoza gwiazd. I niektórzy z nas umierali w strachu i mękach, obawiając się odejścia w Ciemność. Wtedy wezwaliśmy naszego Mistrza, aby wybawił nas od śmierci, ale on nie odpowiedział. Gdyśmy jednak przyszli do Domu i wszyscyśmy się tam pokłonili, on w końcu przybył, potężny i wielki, ale twarz jego był a okrutna i próżna.

- Teraz do Mnie należycie i musicie wykonywać Moją wolę - powiedział - Cóż Mnie obchodzi, że umieracie, i że odchodzicie by zaspokoić głód Ciemności. Inaczej zbytnio byście się namnożyli, pełzając po Ziemi jak wszy. Ale jeśli nie będziecie spełniać mojej woli, spotka was mój gniew i pomrzecie jeszcze szybciej, bo ja was pozabijam.



Odtąd dotykały nas ciągle straszne nieszczęścia: słabość, głód i choroba, a Ziemia i wszystko, co jest na niej, obróciło się przeciw nam. Ogień i Woda zbuntowały się przeciwko nam. Ptaki i zwierzęta trzymały się od nas z dala, a gdy bywały na tyle silne, atakowały nas. Rośliny zaczęły wydawać przeciw nam trucizny, i z obawą spoglądaliśmy w cienie pod drzewami.

Wtedy poczęliśmy tęsknić za takim życiem, jakie było naszym udziałem nim nasz Mistrz się pojawił. I znienawidziliśmy go, ale obawialiśmy się go tak samo jak Ciemności. I wykonywaliśmy jego nakazy, a nawet więcej. Czyniliśmy wszystko, choć było to złe, gdy tylko zdawało nam się, że go to zadowoli, w nadziei, że uśmierzy on nasze cierpienia, albo co najmniej, że nas nie pozabija.

Dla wielu z nas wysiłki te okazały się próżne. Ale niektórych począł on wyróżniać: tych najsilniejszych i najbardziej okrutnych i tych, którzy najczęściej przybywali do Domu. Obdarzał ich dobrami i wiedzą, którą utrzymywali w sekrecie. I odtąd byli oni potężni i pyszni, i zniewolili nas oni tak, że nie było dla nas spoczynku od prac pośród naszego nieszczęścia.

Wtedy powstali pośród nas tacy, którzy otwarcie w rozpaczy mówili: Teraz w końcu wiemy kto kłamał i kto pragnął nas pochłonąć. Nie był to pierwszy Głos. To ów Mistrz, któregośmy sobie obrali jest Ciemnościami. I nie opuścił on ich, jak powiedział, bo on wciąż w nich mieszka. Nie będziemy służyć mu już nigdy więcej! On jest naszym Nieprzyjacielem.

Wtedy ze strachu, aby on ich nie usłyszał i nie ukarał nas wszystkich, pozabijaliśmy tych, których zdołaliśmy złapać. Na tych zaś, co uciekli urządziliśmy łowy, a gdyśmy kogo złapali, nasi zwierzchnicy, jego przyjaciele, nakazali zaprowadzić takiego do Domu i tam zadać mu śmierć w ogniu. To miało go zadowolić, jak mówili jego przyjaciele. I zaprawdę zdało się przez chwilę, że uśmierzono nasze cierpienia.



Ale powiadają, że było kilku, którzy nam umknęli, i odeszli ku odległym krainom uciekając przed cieniem. Ale nie umknęli oni gniewowi Głosu; albowiem to oni też budowali Dom i przed nim się kłaniali. I w końcu przybyli oni ku krawędzi lądu i ku brzegom nieprzekraczalnych wód; ale spójrzcie! Nieprzyjaciel był tam już przed nimi.’


tłumaczył Ryszard Derdziński

_________________
Gwiazdy były dalekie...
Niebo się otwarło
jak gdyby dłoń nieśmiała,
blask się do niej garnął...

~~~~~~~~
Almanach Tolkienowski Aiglos
Eldalairië
Powrót do góry
 
 
Nifrodel
Alsílatiel / Administrator


Dołączył(a): 08 Lis 2001
Wpisy: 2724
Skąd: Ossiriand
Nieobecny(a): panta rhei...

Wysłany: 23-05-2005 09:58    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Drugi z tych tekstów jest moim zdaniem jeszcze wazniejszy, bowiem przedstawia relacje między Elfami a Ludźmi, opowiada o nadziei Dzieci Eru i przeznaczeniu Ludzi, a także o nieszczęsliwej miłości ludzkiej kobiety Andreth (Saelind) do Elfa Aegnora.

Athrabeth Finrod an Andreth

J.R.R Tolkien, HoMe,Morgoth's Ring, t.10, Athrabeth Finrod an Andreth napisał(a):

Zdarzyło się raz tak, że wiosenną porą * Finrod czas jakiś gościł w domu Belemira; i wdał się w rozprawę z Andreth Wiedzącą o Ludziach i ich przeznaczeniu. Było to wkrótce po tym, jak tuż po Godach zmarł Boron, Władca ludu Beora, i Finrod pogrążon był w żalu.
- Smutnym dla mnie, Andreth - powiedział - że lud twój tak szybko odchodzi. Bo oto życie Borona, ojca twego ojca właśnie przeminęło; i chociaż był już stary, jak mawiacie, gdy Człowiek dojdzie swego wieku ** , ja znałem go nazbyt krótko. Krótką chwilą zaledwie były lata, które minęły od dnia, gdy zobaczyłem *** Bëora we wschodniej części tej oto krainy, a teraz nie ma już go między nami, i nie ma synów jego, a także syna jego syna.

- To już więcej niż sto lat - rzekła Andreth - gdy przekroczyliśmy Góry; a i Bëor, i Baran, i Boron przeżyli przecież po lat dziewięćdziesiąt. Śmierć znajdowała nas jeszcze szybciej zanim znaleźliśmy tę oto krainę.

- Czyście tu zatem szczęśliwsi? - spytał Finrod.

- Szczęśliwsi? - rzekła Andreth - Serce Człowieka nigdy nie znajduje szczęścia. Każda śmierć i odejście to dla niego smutek. Ale gdy uwiąd przyjdzie trochę później, to jest to mała pociecha - tak jakby podnieść na chwilę ciężki Cień.

- Cóż masz, pani, na myśli? - spytał Finrod.

- Pewnam, że dobrze wiesz, mój panie! - odpowiedziała Andreth - Mówię o ciemnościach, które uwięzione dziś na Północy, ale kiedyś... - Tu przerwała, pociemniały jej oczy, jakby w duchu powróciła ku mrocznym dniom, na dobre już zapomnianym - Bo niegdyś pokrywały one całe Śródziemie, gdy wy kosztowaliście waszego szczęścia.

- Nie pytam o taki cień, pani - rzekł Finrod - Co masz na myśli mówiąc o dźwiganiu Cienia? I w jaki sposób gwałtowny los człowieczy związan jest z nim? Wy także, o tym wiemy (pouczeni przez Moce, co znają prawdę), jesteście Dziećmi Eru, a wasze przeznaczenie i natura w Nim mają początki.

- Widzę - rzekła Andreth - że nie różnicie się wiele wy, Elfy Wysokie, od waszych pośledniejszych krewniaków, których spotkaliśmy na tym świecie, choć ci nigdy nie mieszkali w Światłości. Elfy - wy wszyscy - uważacie, że szybka śmierć przypisana jest naszej naturze. Że nasze życie kruche i krótkie, gdy wyście mocni i trwali. Być może jesteśmy "Dziećmi Eru", jak dowodzi tego wasza wiedza, ale i wam zdajemy się być dziećmi. Może i kochanymi odrobinę, ale stworzeniami niższej wartości, na które możecie spoglądać z wyżyn waszej potęgi i wiedzy, z uśmiechem na twarzach, lub z politowaniem, albo kręcąc z żałości głowami.

- Niestety, słowa twe nie są dalekie od prawdy - rzekł Finrod - tak myśli wielu z mojego plemienia, nie wszyscy jednak, a na pewno nie ja sam. Lecz rozważ to dobrze, Andreth. Gdy nazywamy was "Dziećmi Eru", nie ważymy sobie lekce naszych słów; bo imienia tego nigdy nie wymawiamy dla żartu i bez głębokiego rozmysłu. Jeśli tak mówimy, słowa nasze pochodzą ze znajomości rzeczy, nie z czczych przekazów. W ten sposób ogłaszamy, żeście tego samego rodu, co my, złączeni z nami więzami krwi znacznie mocniejszymi (zarówno w hröa, jak i w fëa) od tych, które łączą razem wszelkie inne stworzenia Ardy, a nas z nimi.

W Śródziemiu kochamy i inne stworzenia z ich ograniczeniami i we wszystkich gatunkach: zwierzęta i ptaki, które są przyjaciółmi naszymi, i drzewa, a nawet piękne kwiaty, które przemijają szybciej jeszcze niż Ludzie. Przeżywamy ich śmierć jak stratę; ale wierzymy, że to część ich natury, tak jak kształty ich i barwa.

Ale przecież nasz żal za wami, naszymi najbliższymi krewnymi, jest stokroć silniejszy. Jeżeli dostrzegamy, że życie jest tak krótkie w całym Śródziemiu, to czy nie wolno nam się domyślać, że pospieszna śmierć jest również udziałem waszej natury? Czyż i twój lud, o pani, nie myśli tak samo? A jednak z gorzkich słów odgaduję, że twoim zdaniem ja błądzę.

- Myślę, że błądzisz i ty panie, i wszyscy, którzy mówią jak ty - rzekła Andreth - i że Cień jest źródłem owego błędu. Mówiąc zaś o Ludziach, jedni powiadają tak, drudzy inaczej. Większość, nie namyślając się wiele, rzecze, że krótki pobyt na tym świecie był ich udziałem od zawsze, pozostanie taki również w przyszłości, czy ktoś tego chce, czy też nie chce. Są jednak i tacy, którzy myślą inaczej. Ludzie zwą ich "Wiedzącymi", nie poważają jednak ich słów. Brak bowiem Wiedzącym pewności, i nie mówią oni jednym głosem, nie posiadając jasnej wiedzy, którą wy tak się chlubicie. Z konieczności muszą polegać na "ludzkiej" wiedzy, a by odnaleźć prawdę (o ile to w ogóle możliwe) muszą przesiewać to, co wiedzą. Za każdym razem w przesianym ziarnie znajduje się też trochę plew i niewątpliwie trochę prawdy pozostaje też wśród tych plew, które się odrzuca.

Ale wśród mego własnego ludu Wiedzący bez udziału ciemności przekazuje kolejnemu Wiedzącemu słowa o tym, że Ludzie nie są dziś tacy, jakimi byli u zarania. Zaś szczególnie wiele w tej materii powiedzieć mogą Wiedzący Ludu Maracha, którzy zachowali w pamięci imię Tego, którego wy zwiecie Eru, choć lud mój właściwie o Nim zapomniał. Zaś moja wiedza pochodzi od Adanel. Ci jasno twierdzą, że Ludzie krótkowiecznymi są nie ze swej natury, ale stali się tacy za sprawą zła Pana Ciemności, którego imienia się nie wypowiada.

- Mogę z łatwością uwierzyć - powiedział Finrod - że ciała wasze cierpią w jakiejś mierze za sprawą zła Melkora. Zamieszkujecie przecież, jak i my Skażoną Ardę, a cała materia Ardy stała się zepsutą przez niego, nim wyście lub myśmy się tutaj pojawili i otrzymali nasze hröar. Cała Arda z wyjątkiem może Amanu, zanim on tam wreszcie przybył. Ale niechaj ci będzie wiadomym, że nie inaczej stało się z samymi Quendi - stan ich ciał i postać uległy pomniejszeniu. Bo oto już teraz ci z nas, którzy zamieszkują Śródziemie, a i ci nawet, co do niego powrócili, odkrywają, że zmiana w ich ciałach następuje szybciej niż u samych początków. A to, jak sądzę, zapowiedź, że stać się muszą w końcu słabsi niż było to im zapisane, choć może się to nie ujawniać przez wiele długich lat.

I podobnie jak to jest z hröar Ludzi, nasze ciała są słabsze niż być powinny. Tak oto tu na Zachodzie, dokąd moc jego z dawna przychodziła z trudem, są one zdrowsze, jako żeś i ty, pani, rzekła.

- Ach nie, nie! - rzecze Andreth - Nie rozumiesz mych słów. Bo myśli wasze podążają zawsze tymi samymi drogami, panie mój: Elfy to Elfy zaś Ludzie to Ludzie, i choć wspólny nasz Wróg, który obydwoje zranił, to wciąż przepaść ustanowiona pomiędzy pany i uniżonymi, pierwej przybyłymi na ich wysokościach a tymi co cierpią, owych następcami skromności niskiej oraz służby krótkiej.

To nie ten głos, który nasi Mędrcy słyszą w ciemnościach i poza nimi. Nie, panie, bo Mądrzy pośród Ludzi mówią: "Nie dla śmierci nas stworzono, nie narodziliśmy się, aby umrzeć. Śmierć nam narzucono". I spójrz! Obawa śmierci zawsze jest pośród nas obecna, i ciągle uciekamy przed nią jako jeleń przed myśliwym. Ja zaś uważam, że pośród tego świata my przed nią nie uciekniemy, choćbyśmy poszli ku Światłu poza Morzem, ku Amanowi, o którym tak wiele mówicie. Z tą nadzieją rozpoczęliśmy daleką podróż i wędrowaliśmy tak długo, aż przeminęło wiele ludzkich pokoleń. Ale nadzieja okazała się daremna. Tak mówili Wiedzący, to jednak nie powstrzymało wędrowców, bo jako rzekłam, lekce waży się ich słowa. I niestety! Uciekliśmy przed Cieniem ku ostatnim brzegom Śródziemia by odkryć, że oto Cień był tu już przed nami!

Finrod zamilkł, po chwili rzekł jednak - Słowa twe brzmią obco i strasznie. Przepełnionaś goryczą człowieka, którego dumę poniżono i który w zamian pragnie ranić tych, którzy go słuchają. Jeśli wszyscy Wiedzący pośród Ludzi nauczają w ten sposób, to dużo łatwiej uwierzyć mi, że rzeczywiście cierpicie okrutnie zranieni. Nie za przyczyną mego plemienia jednak, Andreth, ni za sprawą żadnych innych Quendi. Że jesteśmy, jacy jesteśmy, i że wyście tacy, jakimi was widzimy, to nie z naszej przyczyny, i nie jest to naszym pragnieniem. Wasz smutek nas nie raduje i nie syci naszej dumy. Jeden tylko mógłby tak powiedzieć - to ów Wróg, którego imienia nie wymawiacie.

Bacz na plewy wśród twego ziarna, Andreth! Bo te okażą się śmiercionośne - kłamstwa Nieprzyjaciela, które wyrastając z zawiści zaowocują nienawiścią. Nie wszystkie głosy, co pochodzą spoza ciemności niosą prawdę tym, którzy nadstawiają uszu na nowe wieści.

Któż jednak tak was zranił? Któż wam narzucił śmierć? Melkor, rzeklibyście zapewne, jakkolwiek zwiecie go w tajemnicy. Albowiem mówisz o śmierci i o jego cieniu, jakby chodziło o jedno i to samo, i jakby umykać Cieniowi było też ucieczką przed Śmiercią.

Dwie te rzeczy to jednak nie to samo, Andreth. Tak myślę, inaczej bowiem nie powinno wcale być śmierci na tym świecie, bo nie tamten go stworzył ale Ktoś Inny. Nie, śmierć jest niczym innym jak nazwą nadaną czemuś co tamten skaził, stąd brzmi dla nas jak zło. Ale nazwa nieskażonej byłaby dla nas dobra.

- Co ty, panie, wiesz o śmierci? Nie boisz się jej, bo jej nie znasz - powiedziała Andreth.

- Widzieliśmy ją, boimy się jej także - odpowiedział Finrod - My również możemy umrzeć, Andreth. I zaprawdę umieramy. Ojciec mego ojca został okrutnie zamordowany, i wielu podążyło za nim, wygnańcy nocy, pośród okrutnych lodów, w zaborczych wodach morza. I w Śródziemiu umieraliśmy, w płomieniach i w dymie, zabici jadem lub okrutnymi ostrzami bitew. Nie żyje Fëanor, a Fingolphin stratowan pod stopami Morgotha.

I w jakim celu? Aby zwyciężyć Cień, a jeśli to niemożliwe, by powstrzymać go przed ponownym zagarnięciem całego Śródziemia; by chronić Dzieci Eru, Andreth, wszystkie Dzieci, nie tylko pysznych Eldarów!

- Słyszałam - rzecze Andreth - że dla odzyskania waszego skarbu, który posiadł wasz Nieprzyjaciel. A może Dom Finarphina nie jest sprzymierzony z Synami Fëanora. Niezależnie jednak od waszych zasług ja powtarzam: "cóż wy wiecie o śmierci?". Dla was może być cierpieniem, może być goryczą i stratą - ale tylko na pewien czas - drobna ofiara z przysługującej wam obfitości; a może mówię nieprawdę? Bo wyście pewni, że umierając nie opuszczacie świata, że możecie powrócić do życia.

Inaczej jest z nami: umierając umieramy naprawdę i odchodzimy bezpowrotnie. Śmierć to jest ostateczny koniec, utrata niepowetowana. I jest to ohydne, bo to zło, które się nam zadaje.

- Jestem świadom tej różnicy - powiedział Finrod - Czyżbyś rzekła, że są dwie śmierci: jedna to krzywda i strata, a jednak nie koniec, druga to koniec niepowetowany, a Quendi cierpią tylko z powodu pierwszej?

- Tak, jest jednak jeszcze inna różnica - rzecze Andreth - pierwsza śmierć to tylko zachwianie szans w tym świecie, którego siłacz, szybki i posiadający łut szczęścia może mieć nadzieję uniknąć. Druga to śmierć nieodwołalna. To śmiercionośny łowca, przed którym nie ma ostatecznie ucieczki. Niechaj Człowiek będzie silny, szybki, czy odważny; niech będzie mądry albo głupi, niechaj będzie zły, albo we wszystkich swych doczesnych czynach sprawiedliwy i miłosierny, pozwólmy kochać mu ten świat albo czuć do niego wstręt - musi on umrzeć, musi ten świat opuścić - musi stać się truchłem, które ludzie z obowiązku chowają lub palą.

- I wśród tylu przesłanek brak Ludziom nadziei? - spytał Finrod.

- Nie mają oni żadnej pewności czy wiedzy, jedynie strach, albo nocne zwidy - odpowiedziała Andreth - Czy zaś nadzieję? Nadzieja to całkiem inna materia, o której nawet Mędrcy mówią bardzo rzadko - teraz jej głos stał się spokojny i przyjazny - A zatem, Panie Finrodzie z Domu Finarphina, spośród szlachetnych i potężnych Elfów, może porozmawiamy teraz o nadziei, ty i ja.

- Dobrze - rzekł Finrod - bo jak dotąd wędrujemy pośród cieni nieufności. W tej chwili świadom już jestem, że głęboka różnica między Elfami i Ludźmi polega na tym, jak szybko nadchodzi nasz koniec. Na tym jedynie. Bo jeśli sądzisz, że Quendim nie jest pisana śmierć ostateczna, to jesteś w błędzie.

Nikt z nas dziś nie wie, choć wiedzieć o tym mogą Valarowie, jaka jest przyszłość Ardy, czy też jak długo pisane jej jest trwać. Albowiem nie będzie ona trwać wiecznie. Została stworzona przez Eru, ten jednak w niej nie przebywa. Tylko Jedyny nie jest niczym ograniczony. Arda, a także sama Eä, muszą zatem być zawarte w swoich granicach. Nas Quendich wciąż jeszcze widzicie w początkach naszego istnienia, a koniec jest odległy. Tak jak nam teraz, tak komuś młodemu spośród was i w sile wieku jawić się może śmierć - z tą różnicą, że za nami już wiele lat życia i myśli. Ale kres nadejdzie. Tego wszyscyśmy pewni. A wtedy przyjdzie nam umrzeć, a zatem zginąć ostatecznie, jak się zdaje, bo należymy do Ardy (z naszym hröa i fëa). A ponad to - co? "Odejście bez powrotu" - jak mówisz - "ostateczny koniec, utrata niepowetowana"?

Nasz myśliwiec nadchodzi powoli, nigdy jednak nie traci tropu. O tym, co poza dniem, gdy zagra on na rogu oznajmiając swe ostateczne zwycięstwo, nie posiadamy ani pewności ani żadnej wiedzy. I nikt nie niesie nam słów nadziei.

- O tym nie wiedziałam - rzekła Andreth - a jednak...

- A jednak, jak powiesz zapewne, naszego łowcy krok powolny? - wtrącił Finrod - To prawda. Nie wiadomo jednak czy los spodziewany a długo odwlekany lżejszym brzemieniem jest od szybkiego losu wypełnienia. Jeśli zrozumiałem właściwie dotychczasowe twe słowa, wy nie wierzycie, że różnica między nami zamyśloną była od samego początku. Waszym przeznaczeniem nie było z razu umierać szybko.

Wiele by można rzec o tym wierzeniu (prawdziwym ono jest domysłem czy też błędnym). Lecz wpierw zapytam: jak też, twoim pani zdaniem, śmierć do was przyszła? Zgaduję, że za sprawą Melkora, a ty, pani nie przeczysz. Teraz jednak widzę, że nie masz na myśli choroby, z powodu której cierpi wszystko, co żyje w Skażonej Ardzie, że mówisz o pewnym wyjątkowym uderzeniu wrogości skierowanym przeciwko twemu ludowi, przeciw Ludziom jako Ludziom samym. Czyż nie tak?

- Tak jest zaprawdę - odrzekła Andreth.

- A zatem tu o lęk chodzi - powiedział Finrod - Znamy Melkora, Morgotha, i wiemy, że jest potężny. Zaprawdę, sam go widziałem i słyszałem jego głos. I stałem ślepy w mrokach nocy, która jest sercem jego cienia, a o którym ty, Andreth, nie wiesz nic za wyjątkiem pogłosek i tego, co spamiętał twój lud. Ale nigdy, nawet w mrokach nocy, nie dalibyśmy wiary, że może on przezwyciężyć Dzieci Eru. Te jest mocen okłamać, tamte może nawet zdeprawować; ale jeśli potrafi zmienić przeznaczenie całego plemienia Dzieci, obrabować je z dziedzictwa, nawet wobec samego Eru, to jest on dużo większy i straszniejszy niż dotąd przypuszczaliśmy. A tak całe męstwo Noldorów to tylko buta i szaleństwo - niestety, Valinor i Góry Pelóri wybudowano na piasku.

- Spójrz - rzekła Andreth - czym nie mówiła, że nie znacie śmierci? Och! Zaledwie stajecie przed nią w myśli, jak my przez całe życie na jawie i w myśli, a już pogrążacie się w rozpaczy. My wiemy, w przeciwieństwie do was, że Nienazwany jest Władcą Świata, a wasze męstwo, i nasze też, to szaleństwo. Lub, że jest ono co najmniej bezowocne.

- Uważaj! - rzekł Finrod - Uważaj bo wypowiadasz słowa, które paść nie powinny - czy to świadomie, czy w nieświadomości - myląc Eru z Nieprzyjacielem, który pochwalił by cię za to, pani. Władcą Tego Świata nie on jest a Jedyny, ten który go stworzył. Zaś Zarządcą jego Manwë, Odwieczny Król Ardy, błogosławiony.

O nie, Andreth, pogrążacie wasze umysły w mroku i szaleństwie. Kłaniać się a wciąż nienawidzić, uciekać i nie odrzucić, kochać ciało i jednocześnie nim gardzić, wstręt padliny: to wszystko może pochodzić od Morgotha, zaprawdę. Ale skazywać to, co nieśmiertelne na śmierć, od ojca po syna, i jeszcze pozostawić im pamięć odebranego dziedzictwa i pragnienie tego, co utracone - czy Morgoth mógłby tego dokonać? Nie, powiadam nie. To dlatego rzekłem, iż jeśli twoja opowieść jest prawdziwa, to wszystko, co znajduje się na Ardzie jest daremne, od wierzchołka Oiolossë po najgłębszą otchłań. Bo ja nie wierzę w twą opowieść. Nikt nie mógłby dokonać tych rzeczy prócz Jedynego.

Dlatego też pytam cię, Andreth, coście uczynili, wy Ludzie, przed wiekami w ciemnościach? W jaki sposób zagniewaliście Eru? Inaczej wszystkie wasze opowieści nie są niczym innym, jak tylko snem stworzonym w Ciemnym Umyśle. Czy powiesz, o czym wiesz lub cóżeś usłyszała?

- Nie - powiedziała Andreth - nie opowiadamy tego tym, którzy należą do innych szczepów. Ale też i Mędrcy nie są w tej materii pewni i mówią sprzecznymi głosy; bo cokolwiek wydarzyło się przed wiekami, uciekliśmy od tego; próbowaliśmy zapomnieć, i robiliśmy to tak długo, że nie pamiętamy już tych czasów, gdy byliśmy inni niż dziś - z wyjątkiem tych legend, które mówią o dniach, gdy śmierć nadchodziła znacznie później i czas naszego życia był dużo dłuższy, ale już wtedy panowała śmierć.

- Nie pamiętacie? - spytał Finrod - Czyż nie ma opowieści o waszym życiu sprzed panowania śmierci, nawet tych, które ukrywacie przed obcymi?

- Może są takie - powiedziała Andreth - Jeśli nie pośród mego ludu, to może wśród ludu Adanel - umilkła wpatrując się teraz w płomienie.

- Czy myślisz, pani, że już nikt prócz was nie posiada tej wiedzy? - spytał Finrod - A Valarowie?

Andreth podniosła głowę, a jej oczy pociemniały - Valarowie? - podjęła - Skąd mogę wiedzieć o tym ja, czy ktoś z ludzkiego rodu? Wasi Valarowie nie kłopoczą nas swą opieką czy wskazówką. Nie posyłają nam też żadnych wezwań.

- Cóż zatem o nich wiecie? - spytał Finrod - Ja ich widywałem i mieszkałem pośród nich, i razem z Manwë i Vardą stałem w Świetle. Nie mów o nich zatem, ani o innych rzeczach, które są wysoko ponad tobą. Takie słowa bowiem padły wpierw z Ust Kłamliwych.

Czy nigdy nie pomyślałaś Andreth, że może w tych minionych czasach, przed wiekami uciekliście spod ich pieczy i stanęliście poza zasięgiem ich pomocy? Albo, żeście wy, Dzieci Eru, nie byli w ich władzy? Boście byli zbyt potężni. Tak, o tym myślę, i nie chcę wcale pochlebiać waszej dumie - zbyt potężni. Jedyni panowie samych siebie, pod pieczą samego Jedynego. Uważaj zatem jak przemawiasz! Jeśli nie chcecie mówić innym o waszej ranie i o tym, jak wam ją zadano, baczcie byście źle nie ocenili tej rany, czy w pysze nie kładli błędnie winy na kimś sprawiedliwym.

Przejdźmy jednak do innych pytań, bo tu nie powiesz mi już nic więcej nowego. Chciałbym rozważyć stan wasz pierwotny, zanim zadano wam ranę. Bo to, co mówisz budzi i we mnie zdziwienie i trudno mi to zrozumieć. Powiadasz: "Nie dla śmierci nas stworzono, nie narodziliśmy się aby umrzeć". Co masz na myśli - czyście byli niegdyś jako my, czy też inni?

- Ta wiedza was nie obejmuje - powiedziała Andreth - bo my nic o Eldarach nie wiedzieliśmy. Rozróżnialiśmy tylko to, co umiera i co nie umiera. O życiu, które trwa tak długo jak świat, nie dłużej, nigdyśmy nie słyszeli; zaprawdę dopiero dziś zdobyłam tę wiedzę.

- Prawdę mówiąc, - rzekł Finrod - myślałem, iż wasza wiara w to, żeście nie byli stworzeni dla śmierci, była tylko złudą waszej pychy, zrodzoną z zazdrości do Quendich, aby im dorównać lub też ich przewyższyć. Powiesz, że tak nie jest. Ale przecież wieki temu, nim wkroczyliście do tej krainy, spotykaliście inne ludy Quendich, i wielu was wspomogło. Czyż nie byliście śmiertelni już wtedy? I czyż nigdy nie rozmawialiście z nimi o sprawach życia i śmierci? A nawet bez słów, mogli oni szybko odkryć waszą śmiertelność, a wy dużo wcześniej, że oni nie umierają.

- Zaprawdę powiadam: to nie tak - rzekła Andreth - byliśmy zapewne już śmiertelni, gdy po raz pierwszy daleko stąd spotkaliśmy Elfy, a może nie - takiej wiedzy nie przechowujemy, w każdym razie nie mówi o tym wiedza, którą mi przekazano. Ale mieliśmy już wtedy własną tradycję i nie potrzebowaliśmy wiedzy od Elfów. Wiedzieliśmy już wtedy, że w naszych początkach narodziliśmy się aby nigdy nie umrzeć. I przez to rozumieliśmy, mój panie, że narodziliśmy się do życia wiecznego, bez najmniejszego cienia jakiegoś kresu.

- Czy wasi Mędrcy wiedzą jak zdumiewająca jest prawdziwa natura Atanich, którą oni głoszą? - spytał Finrod.

- Jestże ona tak bardzo dziwna? - rzekła Andreth - Wielu Mędrców rzecze, że w swej prawdziwej naturze żadna żywa istota nie powinna umrzeć.

- Tu Eldarowie powiedzą, że wasi Mędrcy błądzą - powiedział Finrod - Los Ludzi, który głosicie zdumiewa nas, i zaprawdę trudno nam takie słowa przyjąć, a to z dwóch powodów. Wasze słowa, o ile w ogóle je rozumiecie, mówią o niezniszczalnych ciałach, których nie ograniczają kręgi Ardy, choć pochodzą one z jej materii i są przez nią podtrzymywane. Głosicie też (choć możeście tego nie spostrzegli), że mieliście hröar i fëar, które od początku były w niezgodzie z harmonią. Bo harmonia hröa i fëa jest jak wierzymy podstawą prawdziwej natury wszystkich nieskażonych Wcielonych - Mirröanwi jak nazywamy Dzieci Eru.

- Dostrzegam tę pierwszą trudność - powiedziała Andreth - i nasi Mędrcy mają na nią własną odpowiedź. Drugiej, jak trafnie zgadłeś, nie zauważam.

- Nie zauważasz? - spytał Finrod - Nie widzicie zatem wyraźnie samych siebie. Zdarza się tak często, że przyjaciel albo krewny widzi wyraźnie pewne rzeczy, które zakryte są przed drugim.

A my, Eldarowie, jesteśmy waszymi krewnymi, a także waszymi przyjaciółmi (czy w to wierzycie, czy nie), i przeminęły już pośród was trzy ludzkie pokolenia, odkąd wam się przypatrujemy z miłością i uwagą, ale i z wielką zadumą. Tegośmy pewni bez dyskusji, albo cała nasza wiedza to marność: fëar Ludzi, choć blisko spokrewnione z fëar Quendich, nie są jednak tym samym. To dla nas niezwykłe, ale widzimy jasno, że fëar Ludzi nie są - jak nasze - ograniczone ramami Ardy, nie Arda jest ich domem.

Czy i temu zaprzeczysz? Bo my, Eldarowie, nie przeczymy, że wy też kochacie Ardę i wszystko, co jest w jej obrębie (na tyle, na ile nie jesteście we władaniu Cienia), może nawet tak mocno jak my. A jednak w sposób jakże inny. Każdy z naszych ludów postrzega Ardę odmiennie i wychwala jej piękno na różną modłę i w innym stopniu. Dlaczego tak mówię? Odmienność owa jest dla mnie jak różnica pomiędzy kimś, kto odwiedza obcą krainę, i zamieszkuje w niej przez chwilę (choć nie musi) i kimś, kto mieszkał w tym kraju od zawsze (i musi w nim mieszkać). Pierwszemu wszystko, co widzi zdaje się nowe i tajemnicze, i dlatego ukochane. Dla drugiego wszystkie rzeczy są znajome, wszystko to co jest na ziemi, i dlatego też tak cenne.

- Powiadasz, zatem, że jesteśmy gośćmi - rzekła Andreth.

- To ty użyłaś tego słowa - odpowiedział Finrod - jest to imię, które wam nadaliśmy.

- Wyniośli jak zawsze - powiedziała Andreth - Ale nawet jeśli jesteśmy tylko gośćmi w krainie, gdzie wszystko do was należy, jak mówicie moi państwo, powiedz mi jaki inny kraj znać mamy i jakież inne rzeczy?

- Nie pytaj mnie o to! - odrzekł Finrod - Bo jeśli wy tego nie wiecie, jakżeż my mamy wiedzieć. Czyś słyszała jednak, że Eldarowie mówią o Ludziach, iż ci nie spoglądają na rzeczy dla nich samych jedynie; że jeśli je poznają, robią to dla odkrycia czegoś więcej; że jeśli je pokochali, to dlatego, że (jak się wydaje) przypominają im o innej rzeczy znacznie droższej? Z czym jednak to porównanie? Gdzież owe inne rzeczy?

Wszyscy, Elfy i Ludzie, jesteśmy w obrębie Ardy i z Ardy pochodzimy. Wiedza, którą posiadają Ludzie jest z Ardy (czy też tak się ona jawi). Skąd zatem pochodzi ta pamięć, którą niesiecie ze sobą, nawet jeśli jej nie pojmujecie?

Nie pochodzi ona z innych krain Ardy, z których tu przywędrowaliście. Myśmy też przybyli z daleka. Gdybym razem z tobą powędrował w dal na wschód do waszych starożytnych siedzib, rozpoznałbym rzeczy tam obecne jako część mojego własnego domu, ale w twoich oczach dojrzałbym to samo zdumienie i pęd do porównania, jaki widziałem w oczach Ludzi z Beleriandu, którzy tutaj się narodzili.

- Dziwneś rzeczy rzekł, Finrodzie - powiedziała Andreth - o których nigdy wcześniej nie słyszałam. A jednak serce me drży poruszone jakąś prawdą, którą serce poznaje, choć jej nie rozumie. Ale ulotna to pamięć, zanika nim zdołasz ją pochwycić. A wtedy wzrastamy ślepi. Ci spośród nas, którzy poznali Eldarów, i być może ich pokochali, mówią do siebie nawzajem: "Nie ma znużenia w spojrzeniu Elfów". I odkrywamy, że nie rozumieją Elfy powiedzenia, które się błąka pośród Ludzi: zbyt często widzieć to nie zobaczyć nigdy więcej. I dziwią się, że w mowie Ludzi to samo słowo znaczyć może zarówno "długo-znany" jak i "przestarzały".

Myśleliśmy, że jest tak dlatego, gdyż Elfy żyją wiecznie i posiadają niespożyte siły. "Wyrośnięte dzieci" - tak my, owi goście, nazywamy was, mój panie. Tymczasem - tymczasem jeśli nic w obrębie Ardy nie ma dla nas trwałego smaku, a wszystkie jasne rzeczy wzrastają zaciemnione, to co z tego wynika? Czy nie jest to za sprawą Cienia, który mieszka w naszych sercach? Czy też powiesz, że taka była już zawsze nasza natura, nawet przed zadaniem nam rany.

- Zaprawdę, tak też i twierdzę - odpowiedział Finrod - Cień spowił wasz niepokój przynosząc szybkie znużenie i obracając ów niepokój w coś godnego pogardy. A jednak był on w was od zawsze, tak myślę. A jeśli tak, to czy nie dostrzegasz teraz owej dysharmonii, o której mówię. Czy rzeczywiście Mądrość wasza zawierała wiedzę podobną naszej, ucząc że Mirröanwi stworzeni są z połączenia ciała i umysłu, z hröa i fëa, albo jak mówimy bardziej obrazowo z Domu i jego Mieszkańca.

Bo czymże jest śmierć, którą opłakujecie, jak nie rozdzieleniem tych dwojga? I czym jest "nieśmiertelność", którą utraciliście, jak nie faktem, że obydwoje mają pozostać ze sobą na zawsze?

I co myśleć należy o tym zjednoczeniu w Człowieku: o pewnym Mieszkańcu, który nie jest niczym więcej, jak gościem na Ardzie i tutaj nie mieszka, i o Domu, który zbudowano z materii Ardy, a co za tym idzie, który musi (jak przypuszczamy) tutaj pozostać?

Ktoś mógłby najwyżej utracić nadzieję, że Dom ten żyć będzie dłużej niż Arda, której jest on częścią. Ale wy mówicie, że ten Dom był również nieśmiertelny, czyż nie tak? Ja wierzę raczej, że taka fëa ze swej własnej natury mogłaby w swoim czasie opuścić domostwo swojego tutaj pobytu, nawet jeśli ten pobyt miałby być kiedyś dłuższy niż to teraz dozwolone. Wtedy słowo "śmierć" brzmiało by dla was całkiem inaczej: niczym odpoczynek, albo powrót... Nie! Jak droga do domu! Ale wy w to nie wierzycie, czy źle mi się wydaje?

- Rzeczywiście, nie wierzę w to - powiedziała Andreth - bo byłaby to pogarda względem ciała. Jest to myśl pochodząca z Ciemności, nienaturalna w przypadku Wcielonych, których życie nie jest zdeprawowane jednością miłości wzajemnej. Ciało nie jest gospodą oczekującą z ciepłym noclegiem gościa nim ten wyruszy w dalszą drogę, aby potem przyjąć następnego przybysza. Jest ono domem przygotowanym dla jednego tylko mieszkańca, a tak naprawdę nie domem tylko a szatą. Nie jest dla mnie jasne, dlaczego mamy mówić tylko o szatach dopasowanych do tego, który je nosi, a nie o nim jako o kimś dopasowanym do swych szat.

A zatem wnoszę, że źle myślą ci, co twierdzą, iż rozdzielenie tych dwóch elementów może być traktowane jako zgodne z prawdziwą naturą Człowieka. Gdyby "naturalnym" dla ciała było odrzucenie i śmierć, zaś "naturalnym" dla fëa miałoby być dalsze życie, to doprawdy w Człowieku tkwiłaby dysharmonia, a jego elementów nie jednoczyłaby miłość. W najlepszym przypadku jego ciało byłoby przeszkodą, albo okowami. Nakazem zaprawdę, nie zaś darem. Ale jest tylko jeden, który nakazuje i który stwarza okowy, i gdyby taka była nasza natura od początku, to powinniśmy ją wywodzić od niego - ale jak powiadasz, tak mówić nie wolno.

Niestety! Mimo to ludzie w ciemnościach tak właśnie mówią, choć Atani jak wiecie, panie, teraz tak nie czynią. Twierdzę, że w tej materii jesteśmy jako wy sami, prawdziwi Wcieleni, i że nie żyjemy zgodnie z naszą właściwą naturą i w jej pełni, nie w jedności miłości i pokoju pomiędzy Domem i Mieszkańcem. Gdziekolwiek pojawi się śmierć, która je rozdziela, jest ona dla obydwu cierpieniem.

- Coraz bardziej zadziwiasz mnie, Andreth, - powiedział Finrod - bo jeśli twe słowa są prawdą, to biada! Fëa, która jest tutaj jedynie pielgrzymem nierozerwalnie poślubia hröa pochodzące z Ardy. Rozdzielać je jest ciężką raną, a mimo podziału każde musi wypełniać swą właściwą naturę bez wzajemnego przymusu. A zatem musi zajść, co następuje: odchodząca fëa musi zabrać ze sobą hröa. A czy nie oznacza to, że fëa ma władzę podnieść z martwych hröa jako swego wiecznego małżonka i towarzysza ku nieskończonemu trwaniu poza Eä i poza Czasem? A zatem Arda, lub jej część, ma być uzdrowiona nie tylko od Melkorowego skażenia, ale także uwolniona od ograniczeń nadanych jej w "Wizji Eru", o której mówią Valarowie.

Powiadam, zatem: jeśli to wszystko prawda, to po Eru zaprawdę wielcy byli Ludzie w swych początkach. Strasznym ponad inne potworności było zmienić ten pierwotny stan.

Czy zatem ludzkie fëar porównują to, co widzą tutaj z wizją stanu dopełnionej Ardy - żywych stworzeń, a nawet samych lądów i mórz Ardy stworzonych jako wieczne i niezniszczalne, na zawsze piękne i nowe? Czy też jest gdzieś jakiś inny świat, którego cieniem i wspomnieniem tylko są rzeczy, które my widzimy, wszystko, co znają Elfy i Ludzie?

- Jeśli tak jest, to jak mniemam wie o tym tylko Eru - powiedziała Andreth - Jakże my tutaj, pośród mgieł Skażonej Ardy, mamy znaleźć odpowiedź na takie pytania? Byłoby inaczej gdybyśmy nie ulegli przemianie - ale będąc, jacy jesteśmy, a pośród nas nawet nasi Mędrcy, za mało myśli poświęciliśmy samej Ardzie albo innym istotom tu zamieszkującym. Najwięcej myśleliśmy o samych sobie - o tym jak nasze hröar i fëar mogłyby żyć razem w szczęściu na zawsze i o nieprzeniknionych ciemnościach, które teraz na nas oczekują.

- A zatem nie tylko Wysocy Eldarowie łatwo zapominają o swym plemieniu! - powiedział Finrod - Wydaje mi się to takie dziwne, i jak twoje serce zadrżało gdym mówił o waszym niepokoju, tak moje poderwało się wobec tak dobrej nowiny.

Takie więc, co tu ogłaszam, było zadanie Ludzi, nie następców, ale dziedziców i tych co mają wszystko wypełnić: mieli oni uzdrowić Skażoną Ardę, już zaciemnioną przed stworzeniem Ludzi; a nawet dokonać więcej jako pośrednicy wspaniałości Eru - mieli oni rozwinąć Muzykę i przekroczyć Wizję Świata!

Dlatego Arda Uzdrowiona nie ma być Ardą Nieskażoną, ale czymś trzecim i wspanialszym, choć wciąż tym samym. Rozprawiałem kiedyś z Valarami, którzy obecni byli przy stwarzaniu Muzyki, nim poczęło się istnienie Świata. I teraz się zastanawiam, czy dosłyszeli oni koniec Muzyki? Czy nie było jeszcze czegoś w ostatecznych akordach Eru, lub poza nimi, co wówczas zakryte umknęło uwadze Valarów?

Czy też może Eru, wiecznie wolny, nie stworzył żadnej Muzyki i nie ukazał żadnej Wizji od pewnego wyznaczonego punktu. Ponad tą chwilę nie możemy nic zobaczyć ani się dowiedzieć, aż zmierzając naszymi drogami sami tam dojdziemy - Valarowie lub Eldarowie lub Ludzie.

Podobnie zdolny gawędziarz może ukryć wspanialszą część swojej opowieści zanim nie dojdzie do niej z tokiem akcji. Można ją wprawdzie w pewnym stopniu odgadnąć, gdy ktoś słucha pełnią swego serca i umysłu - tego jednak pragnie sam narrator. Gdy słucha człek pełen mądrości, jego zachwyt i zdumienie sztuką gawędziarza nie doznaje uszczerbku, bo w ten sposób można mieć swój udział w jego autorstwie. Nie byłoby tak, gdyby o wszystkim powiedziano nam już w przedmowie, nim jeszcze weszliśmy w tę opowieść!

- Czymże jest mój panie ta chwila, którą zatrzymał w swej wiedzy Eru? - zapytała Andreth.

- Och! Mądra niewiasto! - odrzekł Finrod - Jam jest Elda i znowuż rozmyślałem o swoim ludzie. Nie zaś o pozostałych Dzieciach Eru. Pomyślałem, że dzięki Drugim Dzieciom moglibyśmy zostać wyswobodzeni od śmierci. Bo ilekroć mówiliśmy tutaj o śmierci jako o rozdzieleniu tego co zjednoczone, ja w sercu swoim myślałem o niej odmiennie - jako o kresie obydwu elementów. Bo oto co leży przed nami - na ile pozwala nam to pojąć nasz rozum - wypełnienie się losu Ardy i jej koniec, a zatem także i koniec nas, dzieci Ardy. Taki koniec, gdy długie życie Elfów należeć będzie całkowicie do przeszłości.

I wtedy ujrzałem nagle wizję Ardy Odtworzonej; a tam Eldarowie, którzy osiągną swoją doskonałość, nie zaś swój koniec, żyć będą w teraźniejszości na zawsze i wędrować będą, być może, z Dziećmi Człowieczymi, ich wybawcami, i śpiewać im będą takie pieśni, które nawet w Szczęściu ponad szczęście rozdźwięczą zielone doliny i sprawią, że odwieczne szczyty gór zagrają jak struny harf.

Wtedy Andreth spojrzała na Finroda spod swoich brwi. - A co powiedzielibyście nam, gdybyście już zaśpiewali? - spytała.

Finrod zaśmiał się. - Mogę tylko zgadywać - powiedział. - Ale, mądra pani, myślę że powinniśmy opowiedzieć wam o Przeszłości i o takiej Ardzie jaka była Wcześniej, o niebezpieczeństwach i wielkich czynach, i o stworzeniu Silmarilów! Wtedy to byliśmy zaprawdę wielcy! Zaś wy, wy bylibyście wówczas w swoim domu spoglądając na wszystko wnikliwie jak na waszą własność. Wy bylibyście wtedy wielcy. "Oczy Elfów zdają się myśleć zawsze o czymś innym" - mawialibyście wówczas. Ale wiedzielibyście wtedy o tym, o czym przypomnielibyśmy wam: o dniach naszego pierwszego spotkania, gdy dotknęły się nasze dłonie w ciemnościach nocy. Poza Końcem Świata nie ulegniemy przemianie. Bo w pamięci spoczywają nasze wielkie zdolności, co ujrzymy jeszcze wyraźniej, gdy ery Ardy przeminą - obawiam się, że to wielkie brzemię, ale w czasach, o których mówimy będzie to wielki skarb.

Wtedy Finrod zamilkł, bo zobaczył, że Andreth cichutko popłakuje.

- Och mój panie! - powiedziała - Cóż nam teraz począć? Bo mówimy tak, jakby to wszystko już było, albo jakby miało na pewno nastąpić. Ale Ludzie utracili swą wielkość a ich moc została odebrana. My nie szukamy Ardy Odtworzonej - przed nami leżą ciemności, w które na próżno się wpatrujemy. Jeśli nawet z naszą pomocą powstaną wasze wieczyste siedziby, nie zbudujemy ich już teraz.

- Czy brak wam zatem nadziei? - spytał Finrod.

- Czymże jest nadzieja? - powiedziała Andreth. - Oczekiwaniem dobra, które choć niepewne ma pewne podstawy w tym, co jest znane? Jeśli tak, to brak nam nadziei.

- Oto pewne pojęcie, które Ludzie nazywają "nadzieją" - powiedział Finrod. - My nazywamy to Amdir "wypatrywanie". Jest jednak coś jeszcze, coś znacznie głębszego. My nazywamy taką nadzieję Estel, co znaczy "ufność". Tej nie unicestwią drogi tego świata, bo nie pochodzi ona z doświadczenia, ale z samej naszej natury i pierwotnej istoty. Jeśli zaprawdę jesteśmy Eruhin, Dziećmi Jedynego, to On nie pozwoli Sobie, by ktoś Go wydziedziczył, czy to Nieprzyjaciel, czy my sami. To ostatni fundament Estel, którego trzymamy się nawet wtedy, gdy rozpamiętujemy Koniec: celem wszystkich Jego dzieł jest radość Jego Dzieci. Jak mówisz brak wam Amdir. Czy i Estel nie ma w was wcale?

- Być może - powiedziała Andreth. - A jednak nie! Czy nie widzisz, że częścią rany nam zadanej jest to, że i Estel poddaje się wątpliwościom a jej fundamenty wstrząsom? Czyśmy Dziećmi Jedynego? Czyż nie porzucono nas ostatecznie? Czyśmy, zatem zawsze tacy byli? Czyż nie Nienazwany jest Panem tego Świata?

- Tak nie mów nawet zadając pytania! - odparł Finrod.

- Tych słów nie można nie wypowiedzieć - powiedziała Andreth - gdy ktoś zrozumie rozpacz, z jaką wędrujemy. Czy z którą podąża większość Ludzi. Pośród Atanich, jak nas nazywacie, albo Szukających, jak my mówimy - pośród tych, którzy opuścili krainy rozpaczy i Ludzi ciemności i powędrowali na zachód w próżnej nadziei - wierzy się, że możemy odnaleźć uzdrowienie, że jest zatem jakaś droga ucieczki. Czy jednak jest to prawdziwa Estel? Czy to nie Amdir raczej - bez racji - złudna podróż w sny, a przebudzenie jest jedno: nie ma ucieczki przed ciemnościami i śmiercią?

Złudna podróż w sny powiadasz - odrzekł Finrod - w snach wyjawia się wiele naszych pragnień, a pragnienie może być ostatnim przebłyskiem Estel. Ale ty nie masz na myśli snów, Andreth. W twych słowach sen i przebudzenie to nadzieja i przekonanie, dla pogłębienia wątpliwości co do tej pierwszej i dla dodania pewności drugiemu. Czy Ludzie śpią zatem mówiąc o ucieczce i uzdrowieniu?

- Śpiący czy przebudzeni o niczym nie mówią jasno - odpowiedziała Andreth. - Jak i kiedy nadejdzie uzdrowienie? W jaki sposób odtworzeni będą ci, co owego czasu dożyją? I co z tymi, którzy wcześniej odeszli w ciemności nie uzdrowieni? Na te pytania tylko ci "Dawnej Nadziei" (jak siebie samych nazywają) znajdują jakąś odpowiedź.

- Ci Dawnej Nadziei? - spytał Finrod - Kimże oni są?

- Jest ich niewielu - ona odpowiedziała - ale ich liczba wzrasta od kiedyśmy przybyli do tej krainy, a widzą oni, że można pokonać (jak im się zdaje) Nienazwanego. Są to jednak złe przesłanki. Pokonanie go nie zniszczy jego starożytnych dzieł. I jeśli desperacja Eldarów tutaj zawiedzie, to rozpacz ich będzie jeszcze większa. Bo nie w mocy Ludzi, czy jakiegokolwiek innego plemienia Ardy pokładało się dawną nadzieję.

- Czy wiesz zatem czymże była owa nadzieja? - spytał Finrod.

- Powiadają - odpowiedziała Andreth - powiadają, że to sam Jedyny wstąpi w Ardę i uzdrowi Ludzi i wszystkich, którzy ulegli Skażeniu, od początku aż do samego końca. O tym mówią także, albo może zmyślili to sobie, a to plotka, która pochodzi sprzed nieprzeliczonych lat, może nawet z czasów naszego nieszczęścia.

- Oni powiadają, oni zmyślili to sobie? - rzekł Finrod - Czyś ty nie jest zatem jedną z nich?

- Jakżeż mogłabym być, panie? Cała wiedza jest przeciwko nim. Kim jest Jedyny, którego nazywacie Eru? Jeśli wyłączymy tych Ludzi, którzy służą Nienazwanemu, jak to wielu czyni w Śródziemiu, wciąż dla wielu Ludzi świat jest tylko wojną między równymi sobie Światłem i Ciemnością. Ty jednak powiesz: nie, to Manwë i Melkor; Eru jest ponad nimi. Czy zatem Eru jest jedynie najpotężniejszym z Valarów, wielkim bogiem pośród bogów - jak powiedziałaby większość Ludzi, nawet pośród Atanich - królem co mieszka z dala od swego królestwa i pozostawił je w rękach swoich mniej znaczących książąt, którym zezwolił działać zgodnie ze swą wolą? Ale ty powiesz znowu: nie, Eru to Jedyny, sam bez równego sobie, i stworzył On Eä, i jest poza nią; a Valarowie choć potężniejsi od nas, nie są wcale bliżej Jego majestatu. Czyż nie?

- Zaprawdę - powiedział Finrod - Tak mówimy, a znamy też Valarów, którzy mówią to samo, wszyscy prócz jednego. Kto jednak, pomyśl, jest bardziej skłonny kłamać: czy ci, którzy się uniżają w pokorze, czy ten, który siebie wynosi nad wszystko?

- Nie mam żadnej wątpliwości - powiedziała Andreth, - i z tego powodu mówienie o Nadziei przekracza me zrozumienie. Jakże Eru mógłby wejść w świat, który sam stworzył, On który jest ponad miarę większy? Czy śpiewak może wkroczyć w swą opowieść a twórca w wykonany przez siebie wizerunek?

- On już jest w nim, tak samo jak i poza nim - powiedział Finrod - choć oczywiście "zamieszkiwanie w" i "życie poza" to rzeczy całkiem różne.

- Rzeczywiście - powiedziała Andreth - w ten sposób Eru może być obecny w Eä, która pochodzi od Niego. Ale oni mówią o Samym Eru, który wstąpi w Ardę, a to rzecz całkiem inna. Jakże On większy mógłby tego dokonać? Czy nie rozpadłaby się wtedy Arda, albo może i cała Eä?

- Nie mnie o to pytaj - powiedział Finrod. - Te rzeczy są poza zasięgiem wiedzy Eldarów, a może nawet i Valarów. Sądzę jednak, że mylą nas nasze słowa, i że mówiąc "większy" myślisz o rozmiarach Ardy, i o tym że większe naczynie nie może pomieścić się w mniejszym.

Słów tych jednak nie należy używać w stosunku do Niezmierzonego. Gdyby Eru tak zechciał, to nie mam wątpliwości, że znalazłby drogę aby tego dokonać, choć nie mogę przewidzieć w jaki sposób. Bo, jak mi się zdaje, nawet gdyby miał On Sam w Sobie wejść w świat, musiałby także wciąż pozostać Tym kim On jest: Autorem spoza. A jednak, Andreth, w całej pokorze nie mogę pojąć jakże dokona się owo uzdrowienie. Albowiem Eru na pewno nie zniesie by Melkor pokierował światem zgodnie ze swą wolą i by w końcu zatryumfował. Nie można sobie jednak wyobrazić potęgi większej niż Melkor - z wyjątkiem samego Eru. W rezultacie Eru, o ile nie przekaże Swego dzieła Melkorowi, który wciąż jeszcze zmierza do potęgi, musi tu przybyć aby go pokonać.

Powiem więcej: nawet gdy Melkor (czy też Morgoth, którym ten się stał) w jakiś sposób zostanie strącony czy zepchnięty z Ardy, to wciąż pozostanie Cień, a zło którego wiele naczynił i rozsiał je jak ziarno, wzrośnie i się namnoży. I jeżeli jest na to wszystko jakiś środek, zanim wszystko się skończy, jakieś nowe światło przeciwko cieniowi albo lekarstwo dla zaleczenia ran, to musi ono, jak sądzę, przyjść z zewnątrz.

- Panie - powiedziała Andreth ze zdziwieniem w oczach - czy ty wierzysz w ową Nadzieję?

- Nie pytaj mnie o to jeszcze, - odpowiedział - bo jest to dla mnie wciąż niezwykła nowina, którą przyniesiono z daleka. Nigdy nie mówiono Quendim o takiej nadziei. Posłano tę nowinę wam tylko. I to dzięki wam możemy o niej usłyszeć i wznieść nasze serca - Tu umilkł na chwilę, a potem spojrzawszy z powagą na Andreth powiedział: - Mądra niewiasto, kto wie czy nie za czyjąś sprawą my - Quendi i wy - Atani spotkaliśmy się, zanim jeszcze młody jest wiek świata, by przynieść sobie nawzajem nowiny - i w tą drogą my mieliśmy dowiedzieć się od was o Nadziei. Być może pisane nam było, że ty i ja siedzimy tu razem, Andreth, i wspólnie rozprawiamy, ponad przepaścią, która rozdziela nasze plemiona, abyśmy w czasie gdy Cień spoczywa na Północy nie żyli w ciągłym strachu.

- Ponad przepaścią, która rozdziela nasze plemiona! - powiedziała Andreth. - Czy nie ma innego mostu niż tylko czcze słowa? - I poczęła znów płakać.

- Być może. Dla niektórych. Nie wiem tego - powiedział. - Ta przepaść rozciąga się raczej pomiędzy naszym losem i waszym, bośmy przecie blisko ze sobą spokrewnieni, bliżej niż jakiekolwiek inne stworzenia na ziemi. Ale niebezpiecznie jest przekraczać przepaść ustanowioną przeznaczeniem, i nikt tego robić nie powinien, bo nie radość znajdą po drugiej stronie, ale rozpacz dla obydwojga. Tak myślę.

Czemuś powiedziała "czcze słowa"? Czy nie słowa pozwalają pokonać przepaść między jednym i drugim życiem? Czyśmy naprawdę nie przekazali sobie nic więcej niż tylko pusty dźwięk? Czyśmy się do siebie w ogóle nie przybliżyli? Ale to, jak mi się zdaje, mała dla ciebie pociecha.

- Nie prosiłam o pocieszenie - odrzekła Andreth. - Czemuż miałabym go potrzebować?

- Bo dotknęło cię jako kobietę przeznaczenie Człowiecze - powiedział Finrod. - Czy myślisz pani, że nie wiem o niczym? Czyż nie brat mój pokochanym tak gorąco? Aegnor - Aikanár, Ostry-płomień, bystry i rozpalony. Ileż lat minęło od pierwszego waszego spotkania, gdy dotknięto twych dłoni w tych ciemnościach. Ale wtedy byłaś młodym dziewczęciem, odważnym i rozpłomienionym, o wczesnym poranku pośród wysokich wzgórz Dorthonionu.

- Mów dalej! - rzekła Andreth - Powiedz: dziewczęciem, które dziś jest tylko mądrą niewiastą, samotną kobietą, a lata, które jego wcale nie dotknęły bielą się zimową szarością w twoich włosach! Nie mów jednak do mnie pani, bo to on tak niegdyś się do mnie zwracał.

- Ach! - krzyknął Finrod - Gorzkie są twe słowa, ukochana adaneth, kobieto człowiecza, czyż nie? Od samego początku takie były. Gdybym mógł cię pocieszyć, uznałabyś to za wyniosłość kogoś, kto żyje po mojej stronie dzielącego nas przeznaczenia. Cóż jednak mogę rzec, prócz przypomnienia ci o Nadziei, którąś sama mi ukazała?

- Nigdym nie rzekła, że to moja nadzieja - odpowiedziała Andreth. - A nawet gdyby tak było, nie przestałabym płakać - czemuż ranę tę zadano tu i teraz? Dlaczego powinniśmy was kochać, i czemuż wy powinniście kochać nas (o ile kochacie), i wciąż pogłębiać tę przepaść pomiędzy nami?

- Bo tak nas stworzono, blisko sobie pokrewnymi - powiedział Finrod. - Ale to nie my siebie stworzyliśmy i dlatego to nie my, Eldarowie, rozciągnęliśmy między nami tę przepaść. Nie, adaneth, nie jesteśmy w tym wyniośli, aleśmy pełni współczucia. Nie spodoba ci się to słowo. Ale współczucie może być dwojakie: po pierwsze współczucie z powodu rozpoznanego pokrewieństwa, i to jest bliskie miłości. Inne jest współczucie z powodu odmienności uświadomionego losu - to bliskie jest pysze. Ja mówię o tym pierwszym.

- O żadnym nie mów! - powiedziała Andreth. - Ja nie żadnego pragnę. Byłam młoda i wpatrywałam się w jego płomień, a teraz jestem stara i zagubiona. On był młody, a jego płomień skakał w moim kierunku, ale odszedł i wciąż jest młody. Czy świeca lituje się nad ćmą?

- Albo ćma nad świecą, kiedy wiatr ją zdmuchnie? - rzekł Finrod. - Adaneth, zaprawdę powiadam ci, Aikanár Ostry-płomień kochał cię. To dla ciebie nie weźmie on już teraz nigdy ręki innej panny ze swego własnego rodu, żyć zaś będzie samotnie aż do końca wspominając ów poranek pośród wzgórz Dorthonionu. I zbyt wcześnie wiatr z Północy zdmuchnie jego płomień! Eldarowie posiadają dar proroczy w wielu sprawach, które nie są odległe, choć rzadko radosne. I powiadam ci, że będziesz żyła długo według rachuby twojego plemienia, a on odejdzie przed tobą i nie będzie chciał powrócić.

Wtedy Andreth powstała i wyciągnęła swe dłonie ku ogniu - Dlaczego zatem odszedł? Czemu opuścił mnie, gdy miałam przed sobą kilka dobrych lat?

- Niestety! - rzekł Finrod. - Obawiam się, że prawda cię nie zadowoli. Eldarowie są jednego rodzaju, a wy drugiego; i każdy rodzaj sądzi inny wedle swojej miary - aż się lepiej poznają, a to jest udziałem niewielu. Mamy czas wojny, Andreth, a gdy nadchodzą takie dni, Elfowie nie zawierają ślubów i nie płodzą potomstwa, ale gotują się do śmierci - albo do ucieczki. Aegnor nie pokłada ufności (podobnie jak i ja) w oblężeniu Angbandu, że potrwa ono dłużej, a co stanie się z tymi krainami? Gdyby posłuchał serca, zechciałby zabrać cię ze sobą i uciec daleko na wschód lub na południe, porzucając swoje plemię, podobnie jak i twoje. Miłość i lojalność trzymają go przy jego ludzie. Co o tobie i twoim plemieniu? Wmówiłaś sobie, że nie ma ucieczki pośród granic świata.

- Za jeden rok, za jeden dzień płomienia oddałabym całe moje plemię, młodość i samą nadzieję - jam jest adaneth - powiedziała Andreth.

- On wiedział o tym - powiedział Finrod - i wycofał się, i nie podjął tego, co leżało na jego dłoni - on jest elda. Bo w zamian zapłatą jest cierpienie, którego nie sposób przewidzieć, dopóki samo nie nadejdzie.

- O nie, adaneth, jeśli dojdzie do małżeństwa pomiędzy naszym plemieniem i twoim, to tylko z ważnej przyczyny dla dokonania się Przeznaczenia. Krótkie ono będzie i u kresu trudne. Zaprawdę, najmniej okrutnym losem byłaby wtedy szybko kończąca je śmierć.

- Ależ koniec zawsze jest okrutny - dla Ludzi - powiedziała Andreth. - Nie kłopotałabym go u kresu mej krótkiej młodości. Nie kuśtykałabym jak starucha podążając za jego lekką stopą, gdybym nie mogła biec już koło niego!

- Być może - powiedział Finrod - tak czujesz dziś. Ale czy myślisz o nim? On nie chciałby biec przed tobą. Pozostałby przy tobie aby cię podtrzymać. Każda godzina wypełniona by była litością, litością od której nie sposób uciec. On nie chciałby widzieć ciebie tak upokorzoną.

Andreth adaneth, życie i miłość Eldarów zamieszkują długo w naszej pamięci; i my (jeśli wy nie) wolelibyśmy mieć wspomnienia miłe, nie kończące się nigdy, niż takie, które zmierzają ku tragicznemu końcowi. On już na zawsze zapamięta cię w słońcu poranka i wiecznie już będzie miał w pamięci ten ostatni wieczór nad wodami Aeluin, w których odbiciu widział po raz ostatni twą twarz i gwiazdę zaplątaną w twe włosy - na zawsze, aż wicher z Północy przyniesie noc jego światłu jego płomienia. O tak, a także potem, siedząc w Domu Mandosa w Salach Oczekiwania aż do końca Ardy.

- A co ja powinnam zapamiętać? - zapytała - A kiedy wyruszę, ku którym salom mam się udać? Czy ku ciemnościom, w których nawet wspomnienie ostrego płomienia zagaśnie? Nawet wspomnienie bycia odrzuconą. Co najmniej ono.

Finrod westchnął i powstał - Eldarowie nie znają słów, które mogą uzdrowić od takich myśli, adaneth - powiedział - Ale czy chciałabyś by Elfy i Ludzie nigdy się nie spotkali? Czyż blask płomienia, którego byś w inny sposób nie ujrzała, nie ma żadnej wartości właśnie teraz? Czy myślisz o sobie z pogardą? Odrzuć wreszcie te myśli, które pochodzą z Ciemności, a wtedy nasza rozmowa nie pójdzie całkiem na marne. Zegnaj!

Mrok spowił pokój. Finrod ujął jej dłoń w blasku ognia.

- Dokąd idziesz? - spytała.

- Na Północ - powiedział - ku mieczom, ku oblężeniu i ku murom obrony - aby jeszcze przez chwilę rzeki Beleriandu płynęły niezmącone, rozwijały się pąki liści i aby ptaki mogły budować swe gniazda - nim Noc nadejdzie.

- Czy i on tam będzie, jasny i smukły, wiatr zaś w jego włosach? Powiedz mu... Powiedz mu by nie postępował nierozważnie. By nie szukał niebezpieczeństwa ponad potrzebę!

- Powiem - rzekł Finrod - Ale równie dobrze mógłbym ciebie prosić, abyś nie płakała. On jest wojownikiem, Andreth, i jest także duchem gniewu. Z każdym zadanym ciosem widzi Nieprzyjaciela, który dawno temu tak cię zranił.

Ale tyś nie dla Ardy. Znajdź światło tam, dokąd zmierzasz. I czekaj tam na nas, na mego brata - i na mnie.





tłumaczył Ryszard Derdziński

* Mogło to być około roku 409, podczas Długiego Pokoju (260-455). Belemir i Adanel byli wtedy starzy latami człowieczymi, przeżywszy już około siedemdziesiąt zim. Jednak Andreth była jeszcze w sile wieku nie przekroczywszy pięćdziesięciu lat (miała ich 48). Była niezamężna, co nie zdawało się czymś niezwykłym wśród Wiedzących Kobiet rodzaju ludzkiego.

** Miał 93 lata

*** W roku 310, około sto lat przed akcją opowieści.



Ciekawym tekstem Tolkiena, późnym i nie wchodzącym w skład HoMe, ale bardzo istotnym, jest także Ósanwe-kenta. Studia na komunikacja myślową. Opisuje go obszernie M.L. tutaj:
http://forum.tolkien.com.pl/viewtopic.php?t=2307

_________________
Gwiazdy były dalekie...
Niebo się otwarło
jak gdyby dłoń nieśmiała,
blask się do niej garnął...

~~~~~~~~
Almanach Tolkienowski Aiglos
Eldalairië
Powrót do góry
 
 
Mellorn
Weteran Bitwy Pięciu Armii


Dołączył(a): 07 Paź 2004
Wpisy: 590



Wysłany: 23-05-2005 12:14    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Nifrodel dzięki Wielkie, teksty są świetne chwała wam, chylę czoła, dzięki chwała wam, chylę czoła, dzięki
A macie może esej z XII tomu HoME o reinkarnacji Glorfindela ?

_________________
''Najpiękniejszą rzeczą są zagadki - albowiem to one są źródłem nauki.'

-Albert Einstein
Powrót do góry
 
 
Adiemus
One Ring - One TolkFolk :)


Dołączył(a): 27 Kwi 2002
Wpisy: 1992
Skąd: Krakuff


Wysłany: 23-05-2005 13:57    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Nif, chwała wam, chylę czoła, dzięki - o taki mniej więcej rozwój tego tematu mi chodziło, kiedy go zakładałem Uśmiech
Wydaje mi się, że dawno temu gdzieś ktoś na forumie rzucił hasłem, że najlepiej zacząć czytać Historię od "Morgoths Ring" (tom X), ale jakoś nie mogę tego posta znaleźć...

_________________
Nadrektor Ridcully stuknął pięścią w bok aparatu, aż omniskop się zakołysał.
– Ciągle nie działa, panie Stibbons! – ryknął. – Znowu mamy to wielkie ogniste oko! Jestem rozwalony
Going Postal
Powrót do góry
 
 
Nifrodel
Alsílatiel / Administrator


Dołączył(a): 08 Lis 2001
Wpisy: 2724
Skąd: Ossiriand
Nieobecny(a): panta rhei...

Wysłany: 23-05-2005 15:15    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Adiemus napisał(a) (zobacz wpis):
Nif, chwała wam, chylę czoła, dzięki - o taki mniej więcej rozwój tego tematu mi chodziło, kiedy go zakładałem Uśmiech
Wydaje mi się, że dawno temu gdzieś ktoś na forumie rzucił hasłem, że najlepiej zacząć czytać Historię od "Morgoths Ring" (tom X), ale jakoś nie mogę tego posta znaleźć...


Warto zacząć od dziesiątki (Morgoth's Ring) i kupować potem tomy wzwyż. Morgoth's Ring z uwagi na to, że tam sa najciekawsze teksty. m.inn Laws and Customs among the Eldar - gdzie Tolkien obszernie wyjaśnia prawa i zwyczaje wśród Quendich, Myth's Transformed, gdzie z kolei zamieszczona jest kosmologiczna wizja świata (nieukończona) oraz rozwazania nad naturą Melkora i Saurona,The Later Quenta Silmarillion oraz Ainulindalë - czyli jedne z najważniejszych tekstów "składowych" Sillmarillionu, oraz rzecz jasna Athrabeth... i Tale of Adanel.

Bardzo ciekawy jest także The Peoples of Middle-earth. Znajdują się tam np. kalendarze, esej o lembasach, Dangweth Pengoloþ (o językach), The New Shadow - (tekst przetłumaczony, dyskusja znajduje się tu: http://forum.tolkien.com.pl/viewtopic.php?t=735&postdays=0&postorder=as c&&start=8 , The Problem of Ros - gdzie między innymi porusza się problem Glorfindela Uśmiech oraz Last Writiings.

W XI The War of the Jewells z kolei polecam znakomite Quendi and Eldar z Cuivienenyarną Uśmiech oraz The Grey Annals.

Mellorn napisał(a):

A macie może esej z XII tomu HoME o reinkarnacji Glorfindela ?


AFAIR, nikt tego tekstu jeszcze nie tłumaczył. Uśmiech Saurona ;D

_________________
Gwiazdy były dalekie...
Niebo się otwarło
jak gdyby dłoń nieśmiała,
blask się do niej garnął...

~~~~~~~~
Almanach Tolkienowski Aiglos
Eldalairië
Powrót do góry
 
 
Nifrodel
Alsílatiel / Administrator


Dołączył(a): 08 Lis 2001
Wpisy: 2724
Skąd: Ossiriand
Nieobecny(a): panta rhei...

Wysłany: 23-05-2005 15:23    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Z jedenastego tomu HoMe - Cuivienenyarna- warto jednak pamiętać, że ta opowieść ma charakter legendy Elfów i służyła raczej do nauczenia małych Elfiątek rachowania. Trudno ją uznawac za dobre źródło w świetle innych, wiarygodniejszych tekstów - jak choćby Quendi a Eldar.

Tekst możecie znaleźć także tu:
http://www.lodz.tpsa.pl/bez/Tolkien/cuiv.html

J.R.R Tolkien, HoMe, The War of the Jewells, t.XI, Legenda o Przebudzeniu Quendich -Cuivienyarna- napisał(a):


W czasie, kiedy Ich ciala powstawaly z prochow Ardy, Quendi [1] spali w lonie ziemi, pod murawa, a zbudzili sie dopiero, gdy byli w pelni rozwinieci. Ale Pierwsze Elfy (zwane rowniez Niezrodzonymi i Poczetymi z Eru) nie obudzily sie wszystkie razem. Eru rozporzadzil tak, by kazdy z nich lezal obok przeznaczonego sobie wspolmalzonka. Lecz trzy Elfy zbudzily sie pierwsze ze wszystkich i byly One mezczyznami, gdyz sa oni silniejsi, oraz mniej boja sie odwiedzac dziwne miejsca, i sa ich bardziej ciekawi. Tych trzech ojcow Elfow nazywa sie w starozytnych opowiesciach Imin, Tata i Enel. Przebudzili sie oni w tej kolejnosci, w malych odstepach czasu i od nich, jak powiadaja Eldarowie, pochodza slowa oznaczajace jeden, dwa, i trzy - najstarsze ze wszystkich cyfr. [2]

Imin, Tata i Enel przebudzili sie przed swoimi malzonkami i pierwsza rzecza jaka zobaczyli byly gwiazdy, albowiem obudzili sie oni w polmroku przed brzaskiem. A nastepna rzecza, jaka ujrzeli, byly ich zony spiace na trawie u ich bokow. Wtedy tak zachwycili sie ich pieknem, ze obudzilo sie w nich pragnienie mowienia, i zaczeli wymyslac slowa, ktorych mogliby uzywac w mowie, i spiewie. I byli tak niecierpliwi, ze nie mogac czekac dluzej obudzili swe malzonki. W ten sposob, mowia Eldarowie, pierwsza rzecza, jaka zobaczyla kazda z kobiet, byl jej malzonek, i jej milosc do niego byla jej pierwsza miloscia, a milosc i podziw dla cudow Ardy przyszly pozniej.

Kiedy juz spedzili ze soba troche czasu i stworzyli wiele slow, Imin i Iminye, Tata i Tatie oraz Enel i Enelye wedrowali razem, i opuscili zielona doline w ktorej obudzili sie do zycia, i wkrotce dotarli do wiekszej doliny, gdzie znalezli szesc par spiacych Quendich, i znowu gwiazdy jasno swiecily przed brzaskiem, a mezczyzni wlasnie sie budzili.

Wtedy Imin rzekl, ze ze wzgledu na to, iz jest najstarszy z nich, ma prawo pierwszenstwa wyboru. I powiedzial: "Wybieram tych dwanascioro na mych towarzyszy". Wtedy mezczyzni obudzili swe malzonki. Kiedy grupa osiemnasciorga Elfow spedzila ze soba troche czasu i nauczyli sie Oni wielu slow, i stworzyli jeszcze wiecej, razem podazyli dalej, i niebawem znalezli dziewiec par Quendich w jeszcze glebszej i szerszej kotlinie, gdzie mezczyzni wlasnie obudzili sie w swietle gwiazd.

Wtedy Tata rzekl, ze ma prawo wybierania jako drugi, i powiedzial: "Wybieram tych osiemnascioro na mych towarzyszy." I znowu mezczyzni obudzili swe zony, i zyli Oni, i rozmawiali razem, i stworzyli duzo nowych dzwiekow i dluzszych slow. Wtedy cala trzydziestka szostka ponownie ruszyla w nieznane, i wedrowala, dopoki nie doszla do brzozowego gaju rosnacego nad brzegiem strumyka. Tam znalezli oni dwanascie par Quendich. Mezczyzni wlasnie wstawali i patrzyli na gwiazdy poprzez korony brzoz.

Wtedy Enel rzekl, iz bedzie wybieral jako trzeci i powiedzial: "Wybieram tych dwadziescia czworo na mych towarzyszy". I znow mezczyzni obudzili swe zony, i przez wiele dni szescdziesiecioro Elfow mieszkalo nad strumieniem, a wkrotce zaczelo ukladac wiersze i piosenki do melodii wody.

W koncu znow wyruszyli razem. A Imin spostrzegl, ze za kazdym razem znajdowali wiecej Quendich niz poprzednio i pomyslal: "Mam tylko dwanascioro towarzyszy (chociaz jestem najstarszy). Nastepnym razem ponownie dokonam wyboru." I wkrotce dotarli oni do pachnacego lasu sosnowego, rosnacego na zboczu wzgorza, i znalezli tam osiemnascie par, spiacych jeszcze, Quendich. Byla noc, a niebo przysloniete bylo chmurami. Ale przed switem zadal wiatr i obudzil mezczyzn. A kiedy wstali i ujrzeli gwiazdy, zdumieli sie, bo wiatr przewial chmury, i gwiazdy blyszczaly na niebie od Wschodu do Zachodu. I przez dlugi czas osiemnastu napotkanych Quendich nie zwracalo uwagi na przybyszow, ale patrzylo na swiatla Menelu. A kiedy wreszcie zwrocili Oni swe oczy z powrotem ku ziemi, spostrzegli swe zony. Wtedy zbudzili je, by spojrzaly na gwiazdy, krzyczac do nich elen, elen! I tak gwiazdy dostaly swe imie.

Wtedy Imin rzekl: "Tym razem nie bede jeszcze wybieral" i Tata wybral owych trzydziestu szesciu na swych towarzyszy. I byli oni wysocy i ciemnowlosi, i tak silni jak sosny. Od nich pochodzila pozniej wiekszosc Noldorow.

Dziewiecdziesieciu szesciu Quendich rozmawialo teraz razem, a ci ktorzy sie ostatni obudzili, wynalezli wiele nowych i pieknych slow, i wiele przemyslnych form mowy. I weselili sie, i tanczyli na wzgorzu, az zapragneli znalezc wiecej towarzyszy. Wtedy wszyscy Oni ponownie wyruszyli, wedrujac do chwili, w ktorej dotarli w polmroku do ciemnego o tej porze jeziora. Na jego wschodnim brzegu stala wielka skala, z ktorej splywal wodospad. Na jego pianie polyskiwaly gwiazdy. Pod wodospadem kapali sie mezczyzni, obudziwszy juz swe wybranki. Bylo ich dwadziescia cztery pary, lecz nie utworzyli jeszcze mowy, lecz spiewali pieknie, a Ich glosy odbijaly sie od skal mieszajac z hukiem wody.

Imin znow wstrzymal sie, myslac: "Nastepnym razem znajdziemy wieksza grupe". A Enel rzekl: "Wybieram tych czterdziestu osmiu? na mych towarzyszy".I sto czterdziestu czterech Quendich zylo razem nad jeziorem, az upodobnili sie do siebie w mysli i slowie, i byli zadowoleni z tego.

Po jakims czasie Imin powiedzial: "Czas juz bysmy wyruszyli w poszukiwaniu nowych towarzyszy." Ale wiekszosc Elfow byla juz zadowolona. Tak wiec Imin i Iminye, wraz z dwanasciorgiem towarzyszy wyruszyli na dluga wedrowke, idac za dnia i w mroku przez kraine otaczajaca jezioro, w ktorej przebudzili sie wszyscy Quendi, z ktorego to powodu nazywa sie ono Cuivienen. Ale nigdy nie znalezli Oni wiecej towarzyszy, gdyz opowiesc o Pierwszych Elfach dobiegla juz do swego konca.

I tak Quendi zawsze liczyli dwunastkami, a 144 dlugo bylo ich najwieksza liczba, tak, ze w zadnym z Ich pozniejszych jezykow nie bylo slowa oznaczajacego wieksza liczbe. I tak tez stalo sie, ze "Towarzysze Imina", albo Najstarsza Kompania (od ktorych wywodza sie Vanyarowie) liczyla w sumie tylko czternastu?, bedac najmniejsza grupa. A "Towarzysze Taty" (z ktorych wywodza sie Noldorowie) liczyli w sumie piecdziesieciu szesciu. Natomiast "Towarzysze Enela", mimo iz byli Najmlodsza Kompania, liczyli najwiecej. Od nich wywodza sie Teleri (lub Lindarowie), a na poczatku bylo Ich w sumie siedemdziesieciu czterech.

Quendi kochali wszystkie czesci Ardy, ktore ujrzeli, a zielone rosliny oraz letnie slonce napawaly Ich radoscia. Jednak zawsze najbardziej wzruszaly Ich Gwiazdy, a kiedy panowal mrok, a pogoda byla ladna, wtedy cieszyli sie najbardziej. Albowiem o tej porze, wiosna, obudzili sie Oni do zycia na Ardzie. Ale Lindarowie, najbardziej z wszystkich Quendich, od poczatku kochali wode i spiewali zanim nauczyli sie mowic.

[1] Do Quendich odnosze sie w formie meskiej, albowiem Quendi oznacza w Quenyi mowiacy. - przyp. tlum.

[2] Eldarinskie slowa o ktorych mowa to Min, Atta (czy Tata), Nel. W rzeczywistosci bylo zapewne na odwrot. Tych troje nie mialo imion dopoki nie rozwineli jezyka i nadano im je (badz sami je przyjeli) po wynalezieniu cyfr (lub przynajmniej pierwszych dwunastu). - przyp. autora.


Tlum. Marek Golebiowski

_________________
Gwiazdy były dalekie...
Niebo się otwarło
jak gdyby dłoń nieśmiała,
blask się do niej garnął...

~~~~~~~~
Almanach Tolkienowski Aiglos
Eldalairië
Powrót do góry
 
 
Adiemus
One Ring - One TolkFolk :)


Dołączył(a): 27 Kwi 2002
Wpisy: 1992
Skąd: Krakuff


Wysłany: 24-05-2005 13:01    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Zacząłem tłumaczyć wspomniany powyżej esej o Glorfindelu...
Heh, chyba jednak porywam się z motyką na słońce Pserwa
Jednak mój angielski ma jeszcze za duże dziury, żeby tłumaczyć HoME...
Porównajcie zresztą sami załączone fragmenciki; możecie je zmieszać z błockiem (najlepiej w PRK, szkoda tutaj miejsca na pomidorem go! )

edited: jakimś cudem wlazł mi prawie pusty załącznik wszystko mi się pomieszało -już wrzucam właściwy.
Nellelore- dzięki za zwrócenie uwagi chwała wam, chylę czoła, dzięki

_________________
Nadrektor Ridcully stuknął pięścią w bok aparatu, aż omniskop się zakołysał.
– Ciągle nie działa, panie Stibbons! – ryknął. – Znowu mamy to wielkie ogniste oko! Jestem rozwalony
Going Postal
Powrót do góry
 
 
Wyświetl wpisy z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum tolkienowskie -> The History of Middle-earth Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2, 3 ... 22, 23, 24  Następna

Temat: HoME nie tylko dla orłów (Strona 1 z 24)

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich wpisów
Nie możesz usuwać swoich wpisów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dodawać załączników w tym dziale
Nie możesz ściągać plików w tym dziale

Powered by phpBB2
Copyright © tolkien.com.pl Wszystkie prawa zastrzeżone.