Forum dyskusyjne miłośników twórczości J.R.R. Tolkiena
w sieci od 11/2001
 
Gospoda(0) | Zasady Forum | FAQ | Szukaj | Kalendarz |  Zarejestruj się |  Profil | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości | Zaloguj

Witryny zrzeszone w forum:
Hobbiton  Pod Rozbrykanym Balrogiem


"Nie, mówiłem tylko głośno do siebie. To zwyczaj ludzi starych, ktorzy do rozmowy wybierają sobie najmądrzejszą osobę z obecnych." Gandalf, Władca Pierścieni


Temat: HoME nie tylko dla orłów (Strona 4 z 24)

Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5 ... 22, 23, 24  Następna
  skocz na koniec strony
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum tolkienowskie -> The History of Middle-earth Wydruk
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mellorn
Weteran Bitwy Pięciu Armii


Dołączył(a): 07 Paź 2004
Wpisy: 590



Wysłany: 17-11-2005 14:32    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Cytat:
Jakbyś jeszcze tylko zapytał tłumacza, byłoby w ogóle wszystko ok


Galu, z całą pewnością każdy tłumacz by chciał, aby jego tłumaczenie dotarło do jak największego grona odbiorców. Tak, więc skoro tłumaczenie jest dobre, tekst ciekawy, nie widzę powodu dlaczego tłumacz nie chciałby rozpowszechnić owoców swej pracy.

Na forach jest tak, że często w dyskusjach cytuje się fragmenty, większe lub mniejsze, nie pytając się autora o zdanie. Czy Ty, weźmy np. Odrzucony Obraz, pytałeś się pana Michała Hellera (autora artykułu) o to czy możesz zamieścić ten tekst na forum? Język

Ale ok Uśmiech , wysłałem mail do tłumacza, zobaczymy co odpisze, choć jestem skłonny sądzić iż jego zdanie na ten temat będzie podobne do Twojego i mojego.

Pozdrawiam Język

_________________
''Najpiękniejszą rzeczą są zagadki - albowiem to one są źródłem nauki.'

-Albert Einstein
Powrót do góry
 
 
Arco Coolbellows
Mieszkaniec Shire


Dołączył(a): 29 Paź 2003
Wpisy: 2
Skąd: Ciepłe Wody na Jelenim Wzgórzu


Wysłany: 17-11-2005 16:01    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Tu tłumacz. Dzięki za oklaski Uśmiech . Też nie mam nic na przeciw.
Powrót do góry
 
 
Mellorn
Weteran Bitwy Pięciu Armii


Dołączył(a): 07 Paź 2004
Wpisy: 590



Wysłany: 30-03-2006 17:58    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Myślę, że skoro temat tyczy się HoME po polsku ten post tu pasuje. Z przymrużeniem oka

Ostatnio przeglądając b. ciekawą bibliografię autorstwa pana Lichańskiego(szkoda, że uaktualnienia zostały zaniechane) (dostępną tu- http://tolkien.com.pl/hobbickanorka/inn.html ) natrafiłem na ciekawą pozycję:

Cytat:
10. Sauron Defeated (The History of Middle-Earth, t. IX); rozdz. XI The Epilogue (Epilog, tłum. Agnieszka Sylwanowicz, "Gwaihirzę" Nr 50 (VII-VIII 93) i Nr 51 (IX 93)


Proszę, mógłby mi ktoś pożyczyć/przesłać/zeskanować etc. dany tekst? Śmiech Z przymrużeniem oka Oczywiście o ile ktoś go posiada, a w to nie wątpię. Z przymrużeniem oka O kontakt proszę na PW, maila bądź gg. Uśmiech
Pozdrawiam Z przymrużeniem oka

_________________
''Najpiękniejszą rzeczą są zagadki - albowiem to one są źródłem nauki.'

-Albert Einstein
Powrót do góry
 
 
Elring
Weteran Bitwy Pięciu Armii


Dołączył(a): 18 Gru 2004
Wpisy: 284
Skąd: Z daleka, nie wiem, z piekła czyli z raju


Wysłany: 02-04-2006 14:10    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Postanowiłam wrzucić tu moje dawne tłumaczenia dwóch fragmentów V tomu HoMe. Pierwszy fragment to "Opowieść o królu Sheavie", stanowiąca część nieukończonej powieści Tolkiena pt. "The Lost Road".

Cytat:
Za dni minionych z głębi Oceanu
ku Longobardom mieszkającym w kraju,
który dzierżyli pośród wysp północy,
statek przypłynął jaśniejący cały,
bez wiosła, masztu, na wschód żeglujący.
Słońce poza nim w zachód zapadało,
ogień wznieciwszy na powierzchni wody.
Wiatr się przebudził. Nad krawędzią świata
z wolna się pięły szarohełme chmury
o rozpostartych niezmierzonych skrzydłach,
jakby potężne orły nadciągały,
wschodnim krainom przynosząc przesłanie.
Zdumieni ludzie wśród mgieł się kulili
na mrocznych wyspach, w otchłani przeszłości.
Nie znali śmiechu, światła ani wiedzy:
cień ich osnuwał, a potężne góry
trwały nad nimi czarne, nieruchome,
ziejące grozą. Wschód grążył się w mroku.

Statek do brzegu dobił i smuklejąc
spoczął na plaży, z dziobem wpartym w mokry
piach i kamienie. Wtedy zaszło słońce
i zimnym niebem zawładnęły chmury.

Zdjęci podziwem i lękiem zdążali
ludzie serc smutnych ku przybrzeżnym wodom,
by z bliska przyjrzeć się niezwykłej łodzi
o deskach lśniących w szarzejącym zmierzchu.
W środku ujrzeli uśpionego chłopca:
łagodne tchnienie pierś mu unosiło,
twarz miał prześliczną i wysmukłe ciało
białe jak śniegi, kruczoczarne sploty
przesnute złotem. Na cudnie rzeźbionym
i pozłacanym drewnie on spoczywał,
a połyskliwa woda w złotej misie
u stóp mu drżała. Harfa srebrnostruna
oprawna w złoto leżała tuż przy nim;
głowa śpiącego lekko się wspierała
na snopie zboża, co blado przeświecał
jak płowe złoto, przywożone z krain
hen na zachodzie. Ogarnął ich zachwyt.

Łódź wyciągnąwszy poza zasięg fali,
z dna lekkie brzemię łagodnymi dłońmi
wyjęli, chłopca nie budząc z uśpienia,
i do swych siedzib ubogich ponieśli,
we mgle pomiędzy morzem a pustkowiem
cicho stojących. A ponad chatami
dwór się drewniany wznosił, z dawien dawna
opustoszały, milczeniem przepełnion,
gdzie promień słońca nie zaglądał nigdy
ni gwiazd poświata. I tam go złożywszy,
zawarli wrota, by w głuchej ciemności
snu samotnego nikt odeń nie spłoszył.
Noc przeminęła. Dzień zbudził się nowy,
we mgłach - jak zawsze i wszędzie się budzi
nowy poranek. Drzwi były otwarte.
Zajrzawszy, ludzie na progu zamarli,
lęk i zdumienie przepełniły gawiedź,
bo dwór był pusty: dziwny chłopiec zniknął;
sen jego cichy nie wypełniał izby,
tylko na ziemi połyskliwa misa
sucha i pusta stała pośród kurzu.

Zatem gość odszedł... Żal nimi zawładnął,
w smutku szukali go, nim słońce wzeszło,
ponad wzgórzami niebios światło niosąc
ludzkim siedzibom. Wtedy wzrok podnieśli
i hen wysoko na wyniosłym wzgórzu
zoczyli chłopca. Złoto w jego włosach
lśniło z daleka, harfę trzymał w dłoni,
a u stóp jego, blado połyskując,
leżał snop zboża. Wówczas głosem czystym
pieśń śpiewać począł słodką, spoza świata,
o słowach dziwną powiązanych nutą
w nieznanej mowie. Trwały milcząc drzewa,
ludzie wsłuchani zastygli w zachwycie.

Przez wiele wieków nie znało Śródziemie
pieśni ni śpiewu, ani też tak ślicznym
widokiem oko śmiertelne się cieszyć
nie mogło, odkąd świat był jeszcze młody,
w tym smutnym kraju. Nie znano tam królów,
władców ni rady, tylko przyczajoną
w pustkowiach grozę, i cień, co po górach
krążył i lasy krył czarnymi skrzydły.
Strach był im panem. Milczący i mroczny,
od wieków czekał w niepamięci pyle
on dwór królewski, jak dom opuszczony,
bez blasku ognia.

_ _ _ _ _ _ _ _ _ Ludzie zostawili
ubogie chaty, otworzyli dźwierze,
wrota rozwarli. Zbudziła się radość.
By go pozdrowić, tłumnie pośpieszyli
ku stopom wzgórza. Kłaniali się nisko
sędziwi starcy, błogosławiąc chłopcu
i przyjściu jego. Młodzieńcy i panny,
dzieci, niewiasty, wszyscy go witali.
On zaś pieśń skończył. W milczeniu spoglądał
ku nim z pagórka. Nazwali go panem,
królem obrali. Koroną mu złoty
wieniec kłosiany. Jego szaty białe,
harfa mu berłem. W domu - jasny ogień
i mądrość mieszka. Strach nie ma doń wstępu.
Król rośnie w męstwie, mocy i mądrości.

"Snop", Sheave go zwali - dziwnego żeglarza -
i pod tym mianem w krainach północy
sławion był w pieśniach. Bo prawdziwe jego
imię okryte było tajemnicą,
w języku świętym, którego śmiertelne
nie posłyszało ucho, odkąd cały
świat się przemienił. Teraz przepomniane
słowo i imię.

_ _ _ _ _ _ _ _ On ich smutki koił,
odnowił prawa dawno porzucone,
mowy nauczył ich mądrej, nadobnej;
język ich wtedy muzyką i pieśnią
rozkwitł. Tajemną im runów potęgę
król Sheave objawił. Szczodrze ich obdarzył
srebrem i złotem - nagrodą za znoje:
za pracę z pługiem na swej żyznej ziemi,
za sianie ziarna i plonów zbieranie,
i gromadzenie ich w ogromnych spichrzach
na chwałę ludziom. Nieużyte lasy
cofnęły wówczas się ku ciemnym górom
i cień ustąpił; błyszcząca pszenica,
białymi kłosy na wietrze kołysząc,
rosła, gdzie ongiś rodził się głóg jeno.

Domy i dwory wyciosane z drewna,
kamienne wieże krzepkie i wyniosłe
nad grodem władcy górowały dumnie,
lśniąc złotem szczytów. W zamku króla Sheave'a
rzeźbione drewno ozdabiało ściany;
wkoło błyszczące wisiały tkaniny,
wyszyte złotem, srebrem i szkarłatem,
na nich z odległych krain opowieści
nikle się snuły, nicią jak słowami
tkane wymyślnie. A u tronu władcy
lud odnajdywał pociechę, opiekę,
sąd sprawiedliwy. Dawał on im dary
łaskawą ręką. Jego chwała rosła.
W krajach północy wieść o nim płynęła,
sławiono imię słonecznego króla -
możnego Sheave'a - po morzach szerokich.

Siedmiu on synów - siedmiu książąt spłodził,
mężów mądrością słynących i mocą,
o dumnych sercach. Z domu jego plemię
władców się wiedzie - jak wieść głoszą pieśni:
ojcowie ojców, którzy ongiś ziemią
władali całą, przed wielu wiekami;
z nich się poczęły królestwa północy.
Synowie Sheave'a ludom byli tarczą:
Danom i Gotom, Szwedom i Normanom,
Frankom i Fryzom, i Brondingom bitnym,
Sasom i Swebom, Anglom, Alamanom
i Longobardom, co za lat minionych
potężne państwo, hen za Mroczną Puszczą,
w krainie włoskiej wzięli we władanie.
Tam syn Edwina AElfwine im królował,
w Italii modrej. To wszystko minęło.


___________________________


Kilka uwag do końcowego fragmentu przekładu:

1) Nie jestem pewna, czy tłumaczenie "Northmen" przez "Normanowie" dla tego okresu historycznego jest najszczęśliwsze, ale chyba lepsze niż "Norwegowie"...

2) W oryginale jest "Swordmen", a nie "Brondingowie", ale w przypisie na s.91 Christopher Tolkien przypuszcza, że określenie "Ludzie miecza" odnosi się właśnie do tego plemienia, znanego z Beowulfa.

3) Alamanów nie ma w oryginale, dodałam ich sobie dla aliteracji i żeby uzupełnić brakujące sylaby w wersie. Natomiast Anglików zmieniłam na Anglów...

4) W oryginale jest "Welsh countries", co przełożyłam jako "włoskie krainy". Jak wyjaśnia Ch. Tolkien w przypisie, jego ojciec użył tu Welsh nie we współczesnym znaczeniu 'walijski', ale w znaczeniu pierwotnym 'obcy, cudzoziemski; rzymski, galijski'. Wyrazy spokrewnione z pragermańskim *Walkhiskaz przewijają się przez wiele europejskich języków; pochodzą od zlatynizowanej nazwy wielkiego celtyckiego plemienia Volcae. W dawnych czasach nadawano je różnym ludom, mówiącym w jakimś języku celtyckim lub po łacinie. Stąd pochodzi zarówno angielskie Welsh, Wales 'walijski, Walia', jak i polskie Włoch, Włochy, włoski, ale także Wołoch, Wołoszczyzna, wołoski. Pozwoliłam sobie więc przetłumaczyć "Welsh" jako "włoskie", bo ma to sens zarówno we współczesnym znaczeniu (chodzi wszak o Italię), jak i w znaczeniu pierwotnym, w jakim użył tego przymiotnika Tolkien; a przy okazji oba wyrazy są spokrewnione.

_____________________


I jeszcze skrótowe info o samym królu, zwanym Sheave lub Sheaf: jest on bohaterem legendy znanej z Beowulfa oraz z kronik AEthelwearda (X w.) i Williama z Malmesbury (XII w.); drobna wzmianka o nim jest także w poemacie Widsith. Sheave/Sheaf miał być przodkiem angielskich królów, który jako chłopiec przypłynął śpiący w łodzi do germańskiej wyspy Scani, ze snopem zboża pod głową (według niektórych przekazów było to po prostu rozsypane ziarno) - stąd imię (ang. sheaf 'snop'). Historia tego motywu jest dość zawiła; Tolkien poświęcił temu bardzo dużo uwagi w trakcie swych studiów nad Beowulfem. Jego dociekania streszcza Christopher w "Lost Road".

W załączniku tekst oryginalny "Sheave'a", dla tych, którzy nie mają V tomu HoMe.

______________________


Drugi tekst pt. "Utracona droga" także pochodzi z tej nieukończonej powieści - jest to jej trzeci rozdział, jeden z moich ulubionych tekstów Tolkiena... Ma niesamowity nastrój.
To tłumaczenie wstawiam w postaci załącznika, bo jest trochę długie.

______________________


Konstruktywna krytyka obu przekładów jak najmilej widziana Uśmiech
Powrót do góry
 
 
M.L.
Uprzedzony, ujadający krzykacz / Administrator


Dołączył(a): 27 Cze 2002
Wpisy: 5871
Skąd: Mafiogród


Wysłany: 18-04-2006 14:22    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Elring napisał(a) (zobacz wpis):
Postanowiłam wrzucić tu moje dawne tłumaczenia dwóch fragmentów V tomu HoMe. Kilka uwag do końcowego fragmentu przekładu:

Podoba mi się. wieeeeeeeeeelgachny uśmiech

Cytat:
1) Nie jestem pewna, czy tłumaczenie "Northmen" przez "Normanowie" dla tego okresu historycznego jest najszczęśliwsze, ale chyba lepsze niż "Norwegowie"...

Zdecydowanie lepsze, można by odejśc od schematu Lud Północy na rzecz Wiking/Wikingowie, ale moim zdaniemk Normanowie jest lepsze. I pasuje do kontekstu.

Cytat:
4) W oryginale jest "Welsh countries", co przełożyłam jako "włoskie krainy". Jak wyjaśnia Ch. Tolkien w przypisie, jego ojciec użył tu Welsh nie we współczesnym znaczeniu 'walijski', ale w znaczeniu pierwotnym 'obcy, cudzoziemski; rzymski, galijski'. Wyrazy spokrewnione z pragermańskim *Walkhiskaz przewijają się przez wiele europejskich języków; pochodzą od zlatynizowanej nazwy wielkiego celtyckiego plemienia Volcae. W dawnych czasach nadawano je różnym ludom, mówiącym w jakimś języku celtyckim lub po łacinie. Stąd pochodzi zarówno angielskie Welsh, Wales 'walijski, Walia', jak i polskie Włoch, Włochy, włoski, ale także Wołoch, Wołoszczyzna, wołoski. Pozwoliłam sobie więc przetłumaczyć "Welsh" jako "włoskie", bo ma to sens zarówno we współczesnym znaczeniu (chodzi wszak o Italię), jak i w znaczeniu pierwotnym, w jakim użył tego przymiotnika Tolkien; a przy okazji oba wyrazy są spokrewnione.

Wyjasnienie jest sensowne i logiczne, ale myślę, ze decyzja bledna. W literaturze dziewiętnastowiecznej, ktorej Tolkien był w jakiejś mierze epigonem, walijski, byl bardzo często synonimem terminu celtycki, w rozumieniu, celtycki, ale nie iryjski. Tak jest np. u Williama Morrisa, na ktorym Tolkien we wczesnej fazie dośc mocno się wzorowal. Dlatego, ja bym jednak przetłumaczyl 'celtyckie/keltyckie krainy', bo włoskie jednak wprowadza nieco w błąd.

_________________
ēl sīla lūmena vomentienguo wieeeeeeeeeelgachny uśmiech
---------------------------------------
For the grace, for the might of our Lord
For the home of the holy
For the faith, for the way of the sword
Powrót do góry
 
 
Nellelórë
Weteran Bitwy Pięciu Armii


Dołączył(a): 19 Wrz 2003
Wpisy: 450



Wysłany: 25-07-2006 21:14    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Czytając Morgoth's Ring, natknęłam się na krótki tekst, którego nigdy wcześniej nie czytałam, a który jest ogromnie interesujący z różnych powodów. Nosi tytuł "Rozmowa Manwë i Eru" i powstał już po "Prawach i obyczajach wśród Eldarów". Tekst ten jest ostatecznym potwierdzeniem, że w zamyśle Eru elfie dusze i ciała miały być nierozdzielne, że elfy nie miały umierać, że takiej opcji w ogóle nie przewidziano przy ich stworzeniu, i że problem ten pojawił się dopiero, gdy Melkor skaził Ardę. Eru nie planował możliwości śmierci elfów. Na ten temat stoczono ongiś na forum długi bój ( http://forum.tolkien.com.pl/viewtopic.php?t=2114 ), w którym byłam za opcją taką właśnie - że elfy NIE MIAŁY umierać, ale nie mogłam znaleźć na to jednoznacznego dowodu, toteż tym większa jest moja satysfakcja, że dowód ten istnieje i że przypadkiem wpadł mi w ręce Elfik Z rozmowy tej jasno wynika, że gdy elfie dusze i ciała zaczęły się rozdzielać na skutek śmierci, zaskoczyło to Valarów, którzy nie wiedzieli, co dalej z tym robić, trzeba więc było udać się do Jedynego po pomoc i wskazówki. Oto, jak przebiegła ta konsultacja:


********************

ROZMOWA MANWE Z ERU


Manwë rzekł do Eru:

- Spójrz! Pojawiło się na Ardzie zło, którego nie znaliśmy: Dzieci Pierworodne, które uczyniłeś nieśmiertelnymi, cierpią teraz z powodu rozdzielenia ducha i ciała. Liczne fëar elfów w Śródziemiu są teraz bezdomne; jedna jest nawet w Amanie. Te bezdomne wzywamy do Amanu, by je trzymać z dala od Ciemności, i wszystkie, które słyszą nasz głos, przybywają i zamieszkują tu, oczekując. Co mamy czynić dalej? Czy nie ma sposobu, by przywrócić im życie, by mogły dalej kroczyć po ścieżkach, które Ty sam dla nich wytyczyłeś? I co z tymi osieroconymi, którzy opłakują tych, co odeszli?

Odparł Eru:

- Niech bezdomni odzyskają domy!

- Jak to uczynić? - zapytał Manwë.

Eru odpowiedział na to:

- Niechaj ciało, które zostało zniszczone, będzie odtworzone. Lub też niech naga fea odrodzi się jako dziecko.

Rzekł Manwë:

- Czy jest Twoją wolą, byśmy sami spróbowali to uczynić? Boimy się tak mieszać w sprawy Twoich Dzieci.

Odparł na to Eru:

- Czy nie dałem Valarom mocy panowania nad Ardą i nad całą jej substancją, by ją kształtowali wedle swojej woli, w zgodzie z moją wolą? Nie omieszkaliście tej mocy wykorzystać. A jeśli mowa o Pierworodnych, czy nie zabraliście wielkiej ich liczby do Amanu ze Śródziemia, w którym ja ich umieściłem?

Odrzekł Manwë:

- Tak uczyniliśmy, ze strachu przed Melkorem, i w dobrej intencji, choć nie bez złych przeczuć. Jednak użyć tej mocy wobec ciał, które Ty sam stworzyłeś, by pomieściły dusze Twoich dzieci, nie możemy; nie mamy takiej władzy, nawet jeśli nie brakowałoby nam umiejętności.

Rzekł Eru:

- Daję wam władzę. Umiejętności już macie, jeśli się nad tym zastanowicie. Przyjrzyjcie się tylko dobrze i zobaczycie, że dusza każdego z Moich Dzieci zachowała w sobie pełne odbicie i pamięć swego domu; w nagości swojej jest przed wami otwarta, tak, że jasno możecie dostrzec wszystko, co w niej jest. Tym odbiciem się kierując, możecie znów uczynic dla niej dom, we wszystkich szczegółach jednaki z tym, jaki był, zanim dosięgło go zło. Wtedy możecie ją posłać z powrotem do krainy Żyjących.

Zapytał dalej Manwë:

- O Iluvatarze, czy nie mówiłeś też o odrodzeniu? Czy to także leży w naszej mocy i mamy władzę, by to uczynić?

Odparł na to Eru:

- Będziecie mieć władzę to uczynić, ale nie jest to w waszej mocy. Tych, o których wydacie sąd, że mogą się odrodzić, jeśli tego pragną i jasno rozumieją, co to oznacza, przekażecie Mnie; a ja podejmę decyzję.

KONIEC

***********************


Dla mnie to frapujący tekst. Równie interesujący jest komentarz Christophera (który może też się tu znajdzie Z przymrużeniem oka), który pisze między innymi, że Sale Mandosa prawdopodobnie wcale nie były od początku przeznaczone do tego, by gościć zmarłe elfy, lecz zostały do tego celu zaadaptowane po tym, jak dały o sobie znać nieoczekiwane skutki Skażenia Ardy i elfy zaczęły umierać. A nawet, że jest poszlaka, że przed tym Sale te nie istniały i zbudowano je dopiero, gdy nastąpił ten nieprzewidziany zwrot akcji.

Co za fascynujące znalezisko (niech mi wybaczą te zachwyty ci, co o tym wszystkim wcześniej dobrze wiedzieli Z przymrużeniem oka).
Powrót do góry
 
 
Galadhorn
Strażnik Północy


Dołączył(a): 03 Gru 2001
Wpisy: 892
Skąd: Bamfurlong (Moczary)


Wysłany: 12-08-2006 12:52    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Osoby, które jeszcze tam nie dotarły, zapraszam do części Niezapominki, w której znajduje się kilka tekstów z HoMe, z przeznaczeniem "nie tylko dla orłów" Uśmiech

http://home.agh.edu.pl/~evermind/jrrtolkien/jrrtolkien.htm

Więcej tekstów z HoMe (np. b. wiele z HoMe XII) znajduje się w ukrytym dziale Elendilich (z obawy przed Szpiegami z Krainy Praw Autorskich). Może kiedyś ukażą się one w podobnej formie, jak teksty tłumaczone w tym dziale Hobbitonu...

_________________
Odbicie piękna jak odbicie światła ma w sobie specyficzny urok – gdyby nie to, nie zostalibyśmy zapewne stworzeni.

J.R.R. Tolkien, Zapiski Klubu Mniemań
Powrót do góry
 
 
gandalf szary
Mieszkaniec Shire


Dołączył(a): 04 Maj 2007
Wpisy: 5



Wysłany: 25-08-2007 10:27    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

Za zgodą tłumacza wstawiam tekst Tal-Elmar.Opowiada o spotkaniu jakby dwu cywilizacji- Dzikich Ludzi oraz Numenorejczyków, którzy stali na o wiele wyższym stopniu ewolucji


Cytat:
Tal-Elmar

Jeśli chodzi o Historię Tal-Elmara, jest ona zachowana na zwiniętej karcie papieru i oznaczona datami z roku 1968. Znajduje się tutaj pospiesznie napisana przez mego ojca notatka:

Tal-Elmar.

Oto początki opowieści, w której widzimy Númenorejczyków oczyma Dzikich Ludzi. Napisano ją bez szczególnego przywiązania do kwestii geograficznych (bądź lokalizacji miejsc, jakie z kolei obserwujemy we „Władcy Pierścieni”). Całość należy traktować albo jako oddzielną opowieść, którą niewiele łączy z historią opisaną we „Władcy Pierścieni”, lub – i takie jest moje zdanie – jako zwykły opis podróży Númenorejczyków (Przyjaciół Elfów) w czasach przed Upadkiem, który wskazuje na dokonywany przez nich wybór miejsc pod budowę stałych przystani w Śródziemiu. Tym samym konieczne jest dopasowanie obecnych tu geograficznych detali do ówczesnego położenia ujścia Anduiny i Langstrandu.

Mój ojciec napisał ten fragment w trzynaście lat po tym, jak zaniechał kontynuowanie poniższej opowieści i nic nie wskazuje na to, by powrócił do jej pisania w ostatnich latach swego życia. Tego typu odejście od innych tematów narracyjnych dotyczących Śródziemia stanowi, mimo zwięzłości formy i pozornego braku kierunku narracji, być może odpowiednie zakończenie przedstawionej tu historii.
Tekst obejmuje dwie części. Na pierwszą składa się sześć stron maszynopisu, który urywa się w połowie zdania (str. 432); jednakowoż początek części pierwszej istnieje również na osobnej kartce, częściowo w formie maszynopisu, a po części rękopisu (patrz str. 5). Dalej całość opowieści znajduje się w początkowym stadium kompozycji. Część drugą tworzy rękopis, który ojciec zatytułował „Ciąg dalszy opowieści o Tal-Elmarze” i opatrzył datą ze stycznia 1955 roku; nic nie wskazuje na to, ile czasu upłynęło między powstaniem obu części, sądzę jednak, że maszynopis również należy datować na lata 50-te. Niezwykłym jest fakt, iż ojciec pracował nad tym tekstem, będąc pod ogromną presją, jaką musiał znosić w okresie pomiędzy ukazaniem się „Dwóch Wież” oraz „Powrotu Króla”. Rękopis ów podejmuje opowieść od momentu, w którym urywa się ona w maszynopisie, wszelako wspomniane wcześniej zdanie pozostaje niedokończone; całość staje się w trakcie lektury coraz trudniejsza do odczytania, a w przypadku jednego ustępu praktycznie nie daje się odcyfrować. W miarę zbliżania się do końca opowieści, narracja ulega rozdrobnieniu na eksperymentalne fragmenty opatrzone pytaniami na marginesie. Poza drobnymi wyjątkami nie zamieszczam w tekście naniesionych przez mego ojca poprawek, podaję natomiast późniejsze wersje opowieści, a w jednym bądź dwóch przypadkach uściślam użycie przestarzałego „tyś” na „ty”.


W dniach panowania Mrocznych Królów, kiedy to wciąż można było przemierzyć suchą stopą obszary od miejsca, gdzie wschodziło Słońce do miejsca jego zachodu za Morzem, w odgrodzonym palisadą mieście pośród zielonych wzgórz Agaru żył starzec o imieniu Hazad Długobrody.(1) Dwie rzeczy napełniały go dumą: liczba synów (których miał siedemnastu) oraz długość brody (która mierzyła pięć stóp); bardziej wszak radowała go broda. Ta bowiem nigdy go nie opuszczała, miękka była i łatwo poddawała się zabiegom dłoni, ci zaś, którzy towarzyszyli Hazadowi bądź znajdowali się w pobliżu, twardzi byli a nigdy ulegli. W rzeczy samej przypominali oni Hazada w dniach jego młodości: barczyści, smagli, niewielkiego wzrostu, mocni, o ciętym języku, surowi i skorzy do bitki – wszyscy prócz najmłodszego z synów. Ojciec nazwał go Tal-elmarem. Chłopak miał dopiero osiemnaście lat, mieszkał z ojcem i dwoma starszymi braćmi. Wysoki był, cerę miał bladą, a w chwilach gniewu w jego oczach płonął niespokojny ogień. A chociaż młodzian rzadko się unosił i nigdy nie czynił tego bez powodu, należało wystrzegać się jego gniewu. Ci, którzy go doświadczyli, określali chłopaka mianem Oko z Krzemienia i czuli doń respekt, nawet jeśli nie darzyli go miłością. Będąc człowiekiem smukłym, Tal-elmar sprawiał wrażenie, jakoby natura poskąpiła mu tak cenionej wśród jego ludu siły nóg i karku; wszelako śmiałek, któremu przyszło zmierzyć się z młodzieńcem, rychło odkrywał, jak gibkim jest jego przeciwnik, toteż trudno było się z nim mocować, a jeszcze trudniej uniknąć jego ciosów.
Chłopak obdarzony był pięknym głosem, tak i przemawiając w języku swego ludu, nadawał mu słodkie brzmienie; Tal-elmar nie był wszak człowiekiem rozmownym i często zdarzało mu się zachowywać powściągliwie, chociaż inni z zapałem rozprawiali wokoło. Przybierał wówczas osobliwy wyraz twarzy, w której ludzie słusznie doszukiwali się dumy, nie była to jednak zarozumiałość pana wobec sługi, a raczej duma, jaka towarzyszy cudzoziemcowi, którego los rzucił między nikczemników i pogrążył w niedoli. Tal-elmar istotnie ciężko pracował, imając się niewdzięcznych zajęć, był bowiem najmłodszym z synów Hazada, ten zaś niewieloma mógł się poszczycić rzeczami poza brodą i reputacją mędrca. Pomimo tego chłopak wiernie służył swemu ojcu i szczerze go kochał, bardziej nawet niż synowie tego kraju mieli w zwyczaju kochać swych ojców. I właśnie stając w obronie ojca, Oko z Krzemienia najczęściej unosił się gniewem. Tal-elmar żył bowiem w przekonaniu, iż starszych należy traktować życzliwie i z szacunkiem, by dzięki temu mogli przeżyć pozostałą im resztę lat we względnym spokoju. Skąd mu się to wzięło – trudno orzec. ‘Jeśli już musicie im życie uprzykrzać,’ mawiał, ‘miejcie choć odrobinę ogłady; albowiem starcy przeżyli więcej wiosen niż wy i bez porównania częściej stawiali czoła złu, które my, niedoświadczeni, napotykamy na swej drodze. Nie żałujcie im też jadła i ciepłego kąta, gdyż niegdyś więcej od was harowali, a za swój wysiłek poniewczasie otrzymują należną im zapłatę.’ I choć te słowa wydawały się ludziom wymysłem głupca i niewiele sobie z nich robili, w domu Tal-elmara miały one moc obowiązującego prawa; minęły właśnie dwa lata, w czasie których żaden z braci młodzieńca nie odważył się go naruszyć.(2)
Hazad miłością odpowiadał na miłość najmłodszego syna, miał wszak jeszcze jeden powód takiego doń stosunku: twarz i głos młodzieńca przypominały staremu o kimś, kogo dawno mu brakowało. Był bowiem Hazad najmłodszym synem swej matki, która zmarła, gdy był jeszcze chłopcem, a nie należała ona do ludzi tego plemienia. Przypadkiem usłyszał kiedyś historię jej życia, jako że nikt nie ważył się mówić o tym otwarcie, gdyż żadnej nie przynosiła ona ludziom chluby. Matka Hazada pochodziła z obcego plemienia, ludu pełnego nienawiści i dumy, o którym w zachodnich krajach krążyły liczne pogłoski. Powiadano, że ludzie ci przybyli ze Wschodu. Był to lud piękny i smukły, z oczyma barwy krzemienia, a posługiwali się oni błyszczącą bronią, wykutą przez demony z ognistych wzgórz. Powoli przemieszczali się w stronę brzegów Morza, wypędzając pradawnych mieszkańców tamtych ziem z ich siedzib.
Ci ostatni stawiali najeźdźcom opór. Na rozległych terenach wschodnich trwały wojny, a ponieważ pierwotni mieszkańcy tych ziem byli liczniejsi, przybysze doznawali niekiedy ciężkich strat i zmuszeni byli się wycofywać. Niewiele o nich słyszano na Wzgórzach Agaru, daleko na zachodzie, przez wiek cały, to jest od czasu wielkiej bitwy, której wspomnienie wciąż można było usłyszeć w pieśniach. Uczeni wśród ludu powiadali, że miała ona miejsce w dolinie Ishmalogu, gdzie w wąskim przesmyku skalnym wielkie zastępy Straszliwego Ludu wpadły w zasadzkę i tam zostały wycięte w pień. Tego dnia wzięto wielu jeńców; nie był to bowiem zwykły, przygraniczny atak ze strony Straszliwego Ludu czy też potyczka z udziałem nacierającej straży przedniej: cała rzesza najeźdźców znajdowała się w ruchu, przemieszczając się na wozach, a towarzyszyły im ich kobiety oraz bydło.
Zdarzyło się, że Buldar, ojciec Hazada, walczył w szeregach wojsk Króla Północy (3), które zgromadziły się pod Ishmalogiem (4), a po powrocie z kampanii wojennej przywiózł z sobą pamiątki w postaci rany, miecza i kobiety. Ta zaś miała szczęście, albowiem większość jeńców czekał szybki i okrutny koniec, Buldar jednak ocalił ją, pojmując biedaczkę za żonę. Była piękną niewiastą, toteż ujrzawszy ją, Buldar porzucił myśl o poślubieniu kobiety ze swego plemienia. W owym czasie uchodził za człowieka majętnego i potężnego, a postępował według własnej woli i za nic miał sobie pogardę ze strony sąsiadów. Kiedy zaś Elmar, jego żona, opanowała należycie mowę krewnych męża, rzekła pewnego dnia do Buldara: ‘Winnam ci szczere podziękowania, panie; nie licz wszak na mą miłość. Albowiem siłą rozdzieliłeś mnie i moich bliskich, męża, którego kochałam i dziecko, które mu urodziłam. Zawsze już będę za nimi tęskniła i nikogo innego nie obdarzę miłością. Nigdy więcej nie zaznam też radości, a przynajmniej dopóty pozostanę tutaj jako niewolnica, której przyszło żyć pośród obcych, pozbawionych uczuć nikczemników.’
‘Niech tak będzie,’ odparł Buldar. ‘Nie do pomyślenia jest wszakże, bym miał cię puścić wolno. Albowiem w moich oczach wielką jest twoja wartość. Zważ również i na to: wszelkie próby ucieczki okażą się tu daremne. Długa droga powrotna dzieli cię od twego ludu, jeśli ludzie ci jeszcze nie pomarli; niewiele też oddaliłabyś się od Wzgórz Agaru, zanim dosięgłaby cię śmierć bądź spotkał żywot gorszy niż ten, jakiego zaznajesz w mym domostwie. Mówisz, że jesteśmy ludem pozbawionych uczuć nikczemników. Być to może. Prawdą jest jednak, iż także twój lud tworzą nikczemnicy, ludzie wyjęci spod prawa i darzący przyjaźnią demony. Wielcy z was złodzieje, albowiem zamieszkujemy te ziemie od wieków, twoi ludzie natomiast pragnęli wywalczyć je od nas ogniem i mieczem. Człowiek o białym licu i jasnych oczach nie powinien dopuszczać się podobnych czynów.’
‘Czyżby?’ odrzekła Elmar. ‘A zatem podobnie rzecz się ma w przypadku człeka o masywnych nogach i szerokich barach. Bo też jakim sposobem zdobyliście ziemie, którymi się teraz chlubicie? I czy nie jest prawdą to, co mówią twoi pobratymcy, jakoby w górskich jaskiniach przemieszkiwali dzicy ludzie, którzy przemierzali te ziemie nie niepokojeni przez nikogo do czasu, aż przybył tutaj twój lud i zaczął tropić ich jak dziką zwierzynę? Nie mówiłam bowiem o prawach, lecz o smutku i miłości. Będę żyła w tym miejscu jedynie dlatego, gdyż zostałam zmuszona do takiego życia twoją decyzją, wiedz jednak, iż moje myśli w inną kierują się stronę. Moja zemsta polegać zaś będzie na tym, że jak długo me ciało pozostanie w kraju wygnania, tak długo warunki życia twego ludu będą się pogarszać, a twoje w szczególności; kiedy zaś moje ciało spocznie w obcej ziemi, a umysł uwolni się od myśli o niej, wówczas wyjdzie z twego ludu człowiek, który do mnie tylko będzie przynależał. Wraz z jego nadejściem nastąpi kres twego ludu, a waszego króla spotka rychły upadek.’
Elmar nie poruszała tego tematu w przyszłości, a jak długo żyła, z jej ust padło niewiele słów, chyba że kierowała je do swych synów. Kiedy nikogo nie było w pobliżu, kobieta wiele rozmawiała ze swymi dziećmi i śpiewała im pieśni w przecudnym, obcym języku. One jednak nie zważały na to bądź prędko zapominały, wszystkie z wyjątkiem najmłodszego, Hazada. I mimo, że podobnie jak bracia nie odziedziczył po matce urody, chłopaka łączyła z nią szczególna więź. Gdy dorósł, szybko zapomniał pieśni oraz słowa obcej mowy, lecz na zawsze zachował pamięć o matce; późno się też ożenił, gdyż żadna z niewiast jego plemienia nie sprawiała wrażenia tej jedynej, która skrywa we wnętrzu tajemnice kobiecego piękna. (5)
Jednak niewiele kobiet reagowało na jego umizgi, albowiem, jak przepowiedziała to Elmar, z upływem lat lud Agaru począł karleć, czy to z powodu zmian klimatu, czy działania szkodników, największe wszak nieszczęścia spotykały Buldara i jego synów. W końcu dosięgło ich ubóstwo, a przedstawiciele innych rodzin odebrali im władzę. Hazad nic jednak nie wiedział o przepowiedni swej matki, a pielęgnując w sercu pamięć o niej, pokochał Tal-elmara, któremu nadał to imię przy narodzinach.

Pewnego wiosennego poranka zdarzyło się, że gdy jego starsi synowie udali się do pracy, Hazad wezwał Tal-elmara do siebie i razem ruszyli na przechadzkę, by po jakimś czasie usiąść na szczycie wzgórza, z którego rozpościerał się widok na ich rodzinne miasto. Stamtąd skierowali wzrok na południe i zachód, gdzie na horyzoncie można było dostrzec wielką zatokę Morza wdzierającą się głęboko w ląd i mieniącą jak posrebrzany kryształ. Oczy Hazada stawały się z wiekiem coraz słabsze, jednak Tal-elmar obdarzony był bystrym wzrokiem i zdało mu się, że w promieniach Słońca widzi osobliwe sylwetki trzech białych ptaków unoszących się na tafli wody, a zachodni wiatr znosił je w stronę lądu. Chłopaka zdumiało, że ptaki dryfują po morzu i nawet nie zbierają się do lotu.
‘Ojcze, widzę trzy ptaki unoszące się na powierzchni morza,’ rzekł chłopak. ‘Wyglądają zupełnie inaczej niż te, którem widział do tej pory.’
‘Może i bystrym dysponujesz wzrokiem, synu,’ odparł Hazad, ‘lecz niemożliwym jest, byś z tego miejsca dostrzegał ptaki na wodzie. Od najbliższych brzegów Morza dzielą nas trzy staje. Pewnie promienie słoneczne cię oślepiają lub jakieś marzenie opanowało twój umysł.’
‘Nie, słońce znajduje się za moimi plecami,’ odrzekł Tal-elmar. ‘Wiem, co widzę. A jeśli nie są to ptaki, to cóż takiego? Muszą być doprawdy olbrzymie, większe nawet od Łabędzi Gorbelgodu (6), o których mówią legendy. Ach! Widzę jeszcze jednego, który zbliża się z oddali, ale już nie tak wyraźnie, gdyż czarne są jego skrzydła.’
Hazad zmartwił się, słysząc te słowa. ‘Jakem mówił, marzenie opanowało twój umysł, synu,’ odparł, ‘lecz złe to marzenie. Czy życie w tych stronach nie jest wystarczająco ciężkie, byś z początkiem wiosny stwarzał wizję niczym z ponurej przeszłości, gdy zima w lodowym uścisku trzymała ziemię?’
‘Zapominasz wszak, ojcze,’ rzekł Tal-elmar, ‘żem jest twym najmłodszym synem i chociaż na próżno karmiłeś uszy moich braci dawnymi mądrościami, mnie samemu ich poskąpiłeś. Nie wiem zatem, jakie myśli skrywa twój umysł.’
‘Doprawdy?’ spytał Hazad, uderzając się w czoło w czasie, gdy patrzył w stronę Morza. ‘Być może zbyt wiele czasu upłynęło, gdym o tym mówił; to zaledwie cień myśli ukrytej pośród wielu innych. Wrogów znajdziemy w dzikich ludziach z gór i lasów; lecz tych muszą się obawiać tylko ci, co błąkają się samotnie w dziczy. Jest jeszcze Straszliwy Lud ze Wschodu. Dzieli nas od nich wielka odległość, a chociaż nie wątpię, iż ludzie ci są krewnymi mej matki, na nic zda się powoływanie na więzy pokrewieństwa, skoro tylko zjawią się tutaj uzbrojeni w miecze. I wreszcie Wielcy Ludzie Morza… Tych istotnie należy lękać się jak śmierci. Albowiem cześć oddają Śmierci i dokonują okrutnych mordów dla chwały bogów Ciemności. Przybyli zza Morza i nawet jeśli przed dotarciem do zachodnich lądów posiadali własny kraj, nie mamy pojęcia, gdzie mógłby on leżeć. Mroczne opowieści docierają do nas z północnych i południowych nabrzeży, gdzie ludzie ci pobudowali swe czarne twierdze i grobowce. Wszelako od czasów mego ojca nie nawiedzili tych terenów, a wówczas czynili to jedynie po to, by atakować miasta, zdobyć jeńców i ruszyć w drogę powrotną. A jak wyglądało ich przybycie? Przypływali na łodziach, lecz nie takich, jakich używają ludzie z naszego plemienia, którzy osiedlili się w pobliżu wielkich rzek i jezior, a które służą rybołówstwu oraz do przewożenia dóbr. Łodzie Go-hillegów większe są bowiem niż potężne domy, zdolne pomieścić mnóstwo dóbr i rzeszę ludzi, a mimo to wiatry bez trudu niosą je w dal. Albowiem Ludzie Morza rozpościerają na pokładzie swych łodzi wielkie płachty, które wyłapują każdy powiew wiatru, i umieszczają je na słupach strzelistych jak leśne drzewa. W ten sposób docierają oni do brzegu morza w miejscu, gdzie znaleźć można schronienie lub tam, gdzie pas lądu sprawia takie wrażenie; wysyłają wówczas mniejsze łodzie, z których każda obładowana jest dobrami oraz osobliwymi przedmiotami – część z nich piękna, a część użyteczna – jakich nasi ludzie pragną w głębi serc. Następnie sprzedają je nam za niewielką cenę lub obdarowują podarkami, udając przyjaźń i litując się nad nami. Czas jakiś mieszkają na naszych ziemiach, by z pomocą szpiegów móc rozeznać się w szczegółach krajobrazu i liczbie ludności; następnie odchodzą. Ludzie mogą być wdzięczni, jeśli tamci nie wracają. Jeśli zaś ma to miejsce, Ludzie Morza przybywają pod innym przebraniem. Nadciąga wtedy wielka rzesza: dwa okręty lub więcej, które przewożą nie dobra, lecz ludzi, a jeden z przeklętych statków unosi się na skrzydłach z czerni. Oto jest Okręt Ciemności, a na jego pokładzie odpływają za Morze liczne łupy, dowód nikczemności ich zdobywców, oraz jeńcy przewożeni jak bydło – najpiękniejsze kobiety i dzieci lub młodzi mężczyźni o nieskazitelnej urodzie – i jest to ich ostatnia podróż. Niektórzy z naszych powiadają, iż jeńców zarzyna się na mięso i zjada; inni twierdzą, że tamci są mordowani na czarnych płytach ołtarzy, a wszystko ku czci Ciemności. Być może obie strony mają rację. Ohydnych skrzydeł Ludzi Morza nie widziano w tych stronach od wielu lat; wszelako krzyk wyrwał się z mej piersi na wspomnienie cienia strachu z przeszłości i wciąż jeszcze nie zamarł: czy nasze życie nie jest wystarczająco ciężkie i bez wizji czarnego skrzydła unoszącego się ponad połacią lśniących wód morza?’
‘Ciężkim jest istotnie,’ odparł Tal-elmar, ‘lecz nie na tyle, bym miał je rychło porzucić. Nuże! Jeśli prawdą jest to, co rzeczesz, trzeba nam wracać do miasta i ostrzec innych, a następnie gotować się do obrony bądź ucieczki.’
‘Tak uczynimy.’ rzekł Hazad, ‘Niech jednak nie ogarnie cię zdumienie, jeśli ludzie wyśmieją starego głupca. Gotowi są bowiem uwierzyć jedynie w to, co spotkało ich za dni ich żywota. Strzeż się, mój synu! Niewielkie grozi mi niebezpieczeństwo poza śmiercią głodową w opustoszałym mieście pełnym oszalałych z trwogi oraz starców. Ciebie jednak załoga Czarnego Statku zaciągnie na pokład szybciej niż innych. Nie podejmuj przeto pochopnych decyzji przed bitwą, która może się tu wywiązać.’
‘Czas pokaże, co będzie,’ odrzekł Tal-elmar. ‘A jednak w tym mieście, które niewielką darzę miłością, ciebie przede wszystkim pragnę otoczyć opieką. Jeśli przyjdzie się nam rozstać, odbędzie się to wbrew mej woli. Wszelako uważam to miasto za swój dom, mniemam też, iż ci, którzy są z nim związani, staną w jego obronie.’
I tak Hazad wraz z synem ruszyli zboczem wzgórza w drogę powrotną, a było już południe. W samym mieście pozostało niewielu mieszkańców, z wyjątkiem starych kobiet i dzieci, reszta bowiem zajęta była pracą na roli, jak to ma miejsce na wiosnę. Nie wystawiono straży, gdyż Wzgórza Agaru zbyt wielka dzieliła odległość od granic królestwa złowrogiego Czwartego Króla (7). Rządca miasta, imieniem Mogru, siedział w słońcu nieopodal drzwi swego domu i wydawało się, że drzemie lub podgląda ptaki, które zbierały kawałki drewna tkwiące w ubitym, błotnistym podłożu na otwartej przestrzeni między domostwami.
‘Bądź pozdrowiony, Rządco Agaru!’ zakrzyknął Hazad, po czym skłonił się nisko, lecz rządca, człek otyły z oczyma jak u jaszczurki, przymknął tylko powieki i nie odpowiedział na pozdrowienie.
‘Nie wstawaj, Rządco! Obyś długo mógł cieszyć się chwilą odpoczynku!’ z błyskiem w oku dodał Tal-elmar. ‘Nie nam zakłócać twój sen lub czas, kiedy rozmyślasz, przynosimy jednak wieści, których powinieneś wysłuchać. Nigdzie nie widzę straży i źle to, gdyż wracamy właśnie ze wzgórza, skąd dostrzegliśmy w oddali złowróżbne ptaki unoszące się na wodach morza.’
‘To łodzie Go-hillegów,’ rzekł Hazad, ‘z ich potężnymi płachtami. Widzieliśmy trzy białe i jeden czarny.’
Rządca ziewnął przeciągle. ‘Jeśli idzie o ciebie, starcze,’ odparł, ‘twoje ślepia nie odróżniłyby morza od chmury. A co się tyczy tego obiboka, jakie może on mieć pojęcie o łodziach i płachtach prócz wiedzy, którą wpoił mu jakiś szaleniec? Podziel się swą opowieścią z tutejszymi knaperami (8) i nie zawracaj mi głowy głupstwami. Czekają mnie bowiem sprawy większej wagi.’
Hazad zdusił w sobie uczucie gniewu, gdyż Rządca był człowiekiem potężnym i nie darzył go miłością; Tal-elmar jednak nie krył oburzenia. ‘Zaprawdę umysł tak wielkiego pana zaprzątać muszą konkretne myśli,’ rzekł spokojnie, ‘lecz trudno mi sobie wyobrazić, jaka wiadomość mogłaby przerwać spoczynek tego, który dba głównie o swój zewłok. Albowiem okaże się, że straci on swych ludzi lub obróci się w stertę kości u stóp pagórka, jeśli wzgardzi słowami mądrości, które pochodzą z ust Hazada, syna Buldara. Wiedz nadto, że jego zapuchnięte ślepia potrafią dostrzec więcej niż oczy tłuściocha zmorzonego snem.’
Po zalanej twarzy Mogru przebiegł cień gniewu, a krew nabiegła mu do oczu. Nienawidził Tal-elmara, choć do tej pory młodzieniec nie dał mu powodu do gniewu, a w jego obecności nie okazywał lęku. Teraz jednak przyszła pora, by chłopak zapłacił za swą bezczelność.
Mogru klasnął w dłonie, lecz zaraz przypomniał sobie, iż nie ma w pobliżu nikogo, kto gotów byłby pochwycić Tal-elmara, a zadanie to przerastało nawet trzech mężów. Gdy to do niego dotarło, rządca dostrzegł błysk w oku młodzieńca. Zaraz też zbladł, a słowa ‘Synu niewolnicy i ty, jego bękarcie’ zamarły w jego ustach.
‘Hazadzie, synu Buldara, i ty, Tal-elmarze z domu Hazada, nie ważcie się przemawiać tym tonem do rządcy waszego miasta,’ powiedział. ‘Straż postawiono, chociaż wam, którzy nie sprawujecie władzy w mieście, może się wydawać, że jest inaczej. Zaczekam na wieści od zaufanych zwiadowców, którzy przekażą mi, czy rzeczywiście mamy się czego lękać. Skoro jednak pali was gorączka, zbierzcie ludzi pracujących w polu.’
Tal-elmar obserwował rządcę w czasie, gdy ten mówił, toteż rychło odgadł jego zamiary. ‘Nareszcie widzę, iż mój ojciec się nie mylił,’ pomyślał sobie w duszy, ‘gdyż mniejsze zło wyrządzi nam bitwa niż nienawiść Mogru. Postawiono straż? Chyba tylko po to, by słudzy tłuściocha mogli śledzić każdy krok mieszkańców miasta. W chwili, gdy udam się na pola, jego człowiek sprowadzi innych służących uzbrojonych w pałki. Wielkiem dziś zło wyrządził memu ojcu. Nic to. Ten, kto sięga po motykę, winien ją odłożyć dopiero po przekopaniu grządki.’
Następnie przemówił głosem wciąż pełnym gniewu i wzgardy. ‘Sam rozmów się z knaperami,’ rzekł, ‘gdyż ich pomocna dłoń i opowieści służą ci najlepiej, gdy ich potrzebujesz. Nie będziesz jednak szydził bezkarnie z mego ojca, jak długo stoję u jego boku. Być może już znaleźliśmy się w niebezpieczeństwie. Udaj się więc z nami na szczyt wzgórza i sam oceń to, co ujrzą twe oczy. A jeśli dojrzysz coś niepokojącego, wezwij ludzi na Wzgórze Narady. Będę twoim posłańcem.’
Spod przymkniętych powiek dostrzegł Mogru twarz Tal-elmara, gdy ten jeszcze mówił, i odgadł, że młodzieniec nie ucieknie się do przemocy, jeśli tym razem rządca ustąpi. Wszelako serce Morgu przepełniła trucizna, a myśl o konieczności wspinaczki na wzgórze wydała mu się nad wyraz nieprzyjemna. Powoli stanął na nogach.
‘Pójdę z wami w to miejsce,’ rzekł, ‘lecz jeśli okaże się, że mój czas i wysiłek zostały zmarnowane, nie liczcie na wybaczenie. Użycz mi ramienia, młodzieńcze, bowiem słudzy moi pracują w polu.’ To mówiąc, chwycił Tal-elmara za ramię i oparł się na nim ciężko.
‘Mój ojciec jest starszy od ciebie,’ rzekł Tal-elmar, ‘a droga niedaleka. Prowadź, Rządco, a my ruszym za tobą. Oto twa laska!’ To powiedziawszy, uwolnił się z uścisku Mogru i podał mu jego laskę, która stała oparta o drzwi domu, a wziąwszy ojca pod ramię, czekał, aż rządca będzie gotów do drogi. Spojrzenie jaszczurczych oczu pełne było zawiści, lecz błysk w oku Tal-elmara przyćmił gniewny wzrok rządcy. Wiele czasu upłynęło, od kiedy Mogru przemierzał odległość, która dzieliła jego dom od bramy z podobną szybkością, co teraz; a jeszcze więcej, odkąd jego brzuszysko sunęło w górę wzgórza położonego za groblą. Gdy w końcu cała trójka dotarła na szczyt wzgórza, rządca sapał i dyszał jak pies.
Wówczas Tal-elmar jeszcze raz wytężył wzrok; lecz na horyzoncie wzburzone morze świeciło pustkami, a młodzieniec stał w milczeniu. Mogru wytarł spoconą twarz i odprowadził wzrokiem jego spojrzenie.
‘Pytam się was: z jakiego powodu wyciągnęliście swego Rządcę z jego domostwa i sprowadziliście tutaj?’ warknął. ‘Morze nie zmieniło swego położenia i wciąż jest puste. Cóż to ma znaczyć?’
‘Zachowaj cierpliwość i przyjrzyj się uważnie,’ odparł Tal-elmar. Daleko na zachodzie pasma wysokich wzgórz przysłaniały swym ogromem wszystko z wyjątkiem morza, a podchodząc do podnóża Złotego Wzgórza, wspinały się wzdłuż jego zbocza w kierunku szczytu, by następnie opaść w dół, gdzie w głębokiej rozpadlinie u stóp wzgórz dało się dostrzec wielką zatokę, której północny brzeg omywały morskie fale. ‘Wiatr zaczął silniej dąć, odkąd byliśmy tu ostatnim razem,’ rzekł Tal-elmar. ‘Przybysze są teraz bliżej.’ – to powiedziawszy, wyciągnął rękę przed siebie. ‘Tam zobaczysz ich skrzydła, a raczej wietrzne płachty – nazywaj je, jak chcesz. Jaka będzie twoja rada? Bo czyż nie jest stosownym, aby Rządca widział podobne sprawy własnymi oczyma?’
Mogru spojrzał nań zdziwiony i próbował złapać oddech, nie tylko z lęku, ale również z powodu wysiłku, jaki spowodowała u niego wspinaczka na wzgórze, a chociaż był człowiekiem chełpliwym, w młodości usłyszał od starych kobiet szereg mrocznych opowieści o Go-hillegach. Jednakże w jego sercu kryła się przebiegłość i zimny gniew. Zerknął tedy z ukosa na Hazada, a następnie na jego syna; oblizał usta, lecz nie pozwolił, by wystąpił na nich uśmiech.
‘Pragnąłeś zostać mym posłańcem,’ powiedział, ‘niech więc tak będzie. Ruszaj i każ ludziom zebrać się na Wzgórzu Narady. Jednak twe zadanie tutaj się nie kończy,’ dodał, widząc, że Tal-elmar szykuje się do drogi. ‘Wprost z pól udasz się najszybciej, jak to możliwe, na Wybrzeże, tam bowiem zakotwiczyć muszą statki, któreś rzekomo widział, a ich załoga zejdzie na ląd. Dowiedz się wszystkiego, co zdołasz, o tych przybyszach oraz ich zamiarach. Następnie wracaj, ale dopiero, gdy zbierzesz informacje, które pomogą nam podjąć stosowne decyzje. Ruszaj i nie oszczędzaj swych sił! Oto mój rozkaz. Nad naszym miastem zawisło nowe niebezpieczeństwo.’
W tym momencie Hazad chciał zaprotestować, lecz zamiast tego skłonił nisko głowę, nic nie mówiąc, wiedział bowiem, że słowami nic nie wskóra. Tal-elmar stał chwilę bez ruchu, lustrując Mogru wzrokiem, jak człowiek, który obserwuje pełzającego węża. Wiedział jednak, że przebiegłość Rządcy przewyższała jego własną. Już wcześniej wpadł w pułapkę, gdyż Mogru, korzystając z należnych mu przywilejów, ogłosił w mieście stan wyjątkowy. Niezastosowanie się do jego poleceń karano śmiercią. I nawet gdyby Tal-elmar nie zgłosił chęci posłużenia za posłańca (nie chciał bowiem, aby sekretne wieści doszły do uszu sług Rządcy), wszyscy uznaliby jego wybór za najbardziej słuszny. Należało wysłać zwiadowcę, a kto lepiej nadaje się do tej roli, jeśli nie chyży młodzian, silny i mężny? Wszelako w całej sprawie dało się dostrzec podstęp, albowiem po odejściu posłańca Hazad pozostawał bez obrońcy. Nie można było liczyć na braci młodzieńca – chłopów tęgich, lecz niezdolnych do sprzeciwu wobec kogokolwiek z wyjątkiem własnego ojca. Istniało też ryzyko, że Tal-elmar nie wróci. Niebezpieczeństwo czyhało ze wszystkich stron.
Tal-elmar raz jeszcze spojrzał na Rządcę, a potem na ojca; wreszcie jego wzrok padł na laskę Mogru. W oczach młodzieńca pojawił się matowy blask, zaś w sercu obudziło pragnienie mordu. Dostrzegł to Mogru i zadrżał.
‘Ruszaj zaraz!’ krzyknął. ‘Dałem ci rozkaz. Wielki z ciebie szczekacz, lecz marny myśliwy. W drogę!’
‘Ruszaj, synu!’ rzekł Hazad. ‘Nie ignoruj nakazów Rządcy. Tutaj ma on bowiem słuszność. Jeśli się mu przeciwstawisz, to jakbyś rzucał wyzwanie całemu miastu. Gdybym ja był Rządcą, również wybrałbym ciebie, choć jesteś mi drogi, gdyż nie opuszcza cię szczęście, a w twej piersi bije serce gorętsze niż u kogokolwiek ze znanych mi ludzi. Wracaj jednak i nie pozwól, by załoga Czarnego Statku zwabiła cię na swój pokład. Bądź ostrożny! Albowiem lepiej będzie, gdy otrzymamy złe wieści od żywego posłańca niż niespodziewany cios od Ludzi Morza.’
Tal-elmar skinął głową swemu ojcu w geście posłuszeństwa, lecz Rządcę zignorował, po czym ruszył szybkim krokiem. Wcześniej jednak odwrócił się w stronę mężczyzn. ‘Wysłuchaj mnie, Mogru, ty, którego prosty lud wybrał w swej głupocie na wodza,’ rzekł potężnym głosem. ‘Być może wbrew temu, czego pragniesz, uda mi się powrócić. Pozostawiam ojca twej opiece. Jeśli zatem wrócę, czy to z pokojowymi wieściami, czy z wrogiem u bram miasta, a okaże się, że mego ojca spotkała krzywda lub hańba, którym mogłeś zapobiec, wówczas twa władza i żywot dobiegną końca. Na nic zdadzą się noże i pałki twych łachmytów. Gołymi rękoma ukręcę ci tłusty łeb, jeśli na to zasłużysz, lub będę ścigał twój zewłok przez pustkowia aż do mrocznych stawów.’ Gdy to powiedział, nowa myśl zaświtała mu w głowie, podszedł tedy śpiesznie do Rządcy i położył dłonie na jego lasce.
Mogru skulił się i wyrzucił w górę ramię, jakby chciał uniknąć ciosu. ‘Opętało cię dziś szaleństwo,’ wydusił z siebie. ‘Nie czyń mi krzywdy albo zapłacisz za to głową. Czyś nie słyszał, co powiedział twój ojciec?’
‘Słyszałem i zastosuję się do tego,’ odparł Tal-elmar. ‘Najpierw jednak udam się na pola, a pośpiech jest dziś konieczny. Ci ludzie niewiele mnie szanują, głównie z racji pogardy, jaką nas darzysz. Czy zatem zechcą wysłuchać bękartów Niewolnicy – bo tak nas nazywasz, gdy nie ma mnie w pobliżu – gdy ci nakażą im (9) zebrać się na Wzgórzu Narady, powołując się przy tym jedynie na słowa rządcy? Twa laska posłuży za dowód, kto mnie przysłał. Ludzie ją znają. Nie lękaj się! Jeszcze ci nią skóry nie złoję.’
To rzekłszy, wyrwał laskę Mogru z jego dłoni i pomknął w dół stoku, a wciąż jeszcze kipiał gniewem, toteż niewiele myślał o niebezpieczeństwie, jakie może go czekać. Kiedy wszak przemówił do zdumionych ludzi, którzy pracowali w polu na południowych zboczach, i cisnął laskę rządcy pod ich stopy, nakazując im pośpiech, ruszył zaraz w dół zbocza wzgórza i dalej przez łąki, aż dotarł do miejsca, gdzie rosła kępa drzew. Spoglądały nań ponuro w dolinie między Agarem a nadbrzeżnym krajobrazem wzgórz. Nie minął jeszcze poranek, a do południa została ponad godzina. Znalazłszy się pod osłoną drzew, Tal-elmar zatrzymał się na chwilę i począł rozmyślać. Wstrząsnął nim dreszcz strachu. Rzadko kiedy zapuszczał się poza linię wzgórz okalających jego dom ani w leśne ostępy, nigdy też nie robił tego w pojedynkę, gdyż jego lud czuł lęk przed lasami. (10)

W tym miejscu tekst maszynopisu urywa się przed końcem strony, a zaczyna fragment rękopisu zatytułowany ‘Ciąg dalszy opowieści o Tal-Elmarze’ (w takiej formie pisane jest odtąd imię głównego bohatera) – zob. str. 422.

Łatwo było przemierzyć wzrokiem pas wybrzeża, trudniej natomiast przebyć go pieszo; sam dystans zaś wydawał się większy, niż można by sądzić. Drzewa stały ciemne, panowała mroczna aura, zaś pomiędzy wzgórzami Agaru a pasmem nadbrzeżnym można było natrafić na stojące wody; tam też żyło wiele węży. Cisza panowała wokoło, gdyż mimo, że była wiosna, niewiele ptaków pobudowało gniazda lub zatrzymało się w tych stronach w czasie swojej podróży ku terenom nadmorskim. W tutejszych lasach znalazły sobie siedzibę mroczne zjawy, które nienawiścią darzyły ludzi – tak przynajmniej głosiły stare opowieści. Stojąc w cieniu drzew, Tal-Elmar rozmyślał o wężach, bagnach i leśnych demonach; szybko jednak doszedł do wniosku, że powrót okaże się dlań bardziej ryzykowny niż stawienie im czoła, młodzieniec chciał bowiem uniknąć wymówek i kłamstw, którymi wówczas musiałby karmić uszy Rządcy i jego ludu.
Tak więc powodowany dumą ruszył w dalszą drogę. A kiedy szukał wyjścia z labiryntu bagien i zarośli, przyszła mu do głowy pewna myśl. ‘Co takiego wiem ja, mój ojciec lub ktokolwiek z naszego ludu o Go-hillegach i ich skrzydlatych łodziach? Może się okazać, iż ja – obcy we własnym mieście – odkryję w tych przybyszach ludzi bardziej serdecznych niż Mogru i jemu podobni.’
Później ta myśl już go nie opuszczała i w końcu poczuł się nie jak szpieg, który pragnie poznać zamysły wroga, lecz człowiek, który rusza na spotkanie przyjaciół i krewnych. Chłopak bez problemu pokonał leśne ostępy i zbliżył się do pasma nadmorskich wzgórz, a następnie rozpoczął wspinaczkę. Obrał drogę zboczem jednego ze wzgórz, tu bowiem gęsto rosły krzewy, a szczyt upstrzony był kępą niskich drzew. Tal-Elmar dotarł w to miejsce, po czym przekradł się nad krawędź zbocza i zerknął w dół. Okazało się, że jego wspinaczka trwała długo, gdyż poruszał się powoli. Minęło już południe, a słońce poczęło zachodzić, przesuwając się po niebie w stronę Morza. Chłopak poczuł głód, lecz nie zwracał nań uwagi, gdyż dawno przywykł do tej niedogodności i potrafił wytrzymać bez posiłku cały dzień pracy. Zbocze wzgórza wznosiło się z wolna, by następnie opaść stromizną w kierunku plaży. U stóp wzgórza rozciągały się tereny zielone, a ich skraj wyznaczał żwirowy brzeg morza, za którym wody ujścia rzeki mieniły się w promieniach zachodzącego słońca. Pośrodku ławicy, omywane niespokojnym, morskim prądem, cumowały trzy wielkie okręty – lecz Tal-Elmar nie znał w swym języku słów, aby je nazwać. Kotwice olbrzymów zostały opuszczone, a ich żagle zwinięte. Po czwartym statku, Czarnym Okręcie, nie było ani śladu. Na pasie zieleni, zdala od nadbrzeżnych skał, rozstawiono namioty, a w ich pobliżu stały wyciągnięte na brzeg łodzie. Pośród nich stali bądź przechadzali się wysocy ludzie. Na pokładzie zacumowanych statków Tal-Elmar dostrzegł [?innych] pełniących straż; co jakiś czas kątem oka wyłapywał też błysk broni ręcznej, kiedy przybysze poruszali się w słońcu. Dreszcz go ogarnął, albowiem opowieści o ‘klingach mieczy’ Okrutnych Ludzi opowiadano często, gdy był jeszcze dzieckiem.
Tal-Elmar patrzył długo i w końcu dotarło do niego, jak beznadziejna przypadła mu misja. Mógł przecież tak patrzyć aż do zapadnięcia zmierzchu, nie był jednak w stanie dokładnie określić liczby przybyszów. Nie potrafił również odgadnąć ich zamiarów i planów. I nawet gdyby starczyło mu odwagi lub szczęścia, aby wyminąć straże, niczego by nie osiągnął, gdyż nie znał ani słowa w ich języku.
Wtem przypomniał sobie kolejną (jak sądził) z podjętych przez Mogru prób, by się go pozbyć, choć swego czasu uważał decyzję rządcy za wielki zaszczyt. Rok wcześniej bowiem, gdy miastu Agar zagrażali rabusie z osady Udul leżącej w głębi lądu (11), mieszkańcy miasta obawiali się rychłej napaści, gdyż Agar uważano za miejsce mniej zasobne w wodę i nadające się do życia, trudniej też było je bronić (tak przynajmniej mówili jego mieszkańcy). Tal-Elmar został wówczas wybrany, by jako szpieg udał się do krainy Udulu, był bowiem ‘młody, odważny i znał tamte strony’. Tak twierdził Mogru i chyba słusznie, gdyż mieszkańców Agaru cechowała nieśmiałość, a ludzie ci rzadko zapuszczali się w nieznane i lękali mroków nocy otulającej zacisza ich domostw. Tymczasem kiedy tylko nadarzała się sposobność, Tal-Elmar wędrował poza miasto i chociaż od małego czuł strach przed ciemnością, podczas licznych wędrówek noc zaskoczyła go więcej niż raz, a ludzie wiedzieli, że sam jeden wspinał się nocą na wzgórze strażnicze.
Inną rzeczą było zapuszczenie się po zmroku na wrogie terytoria Udulu. A jednak młodzieniec ośmielił się tego dokonać i zbliżył do jednej z wrogich stróżówek tak blisko, że słyszał rozmawiających w środku mężczyzn – lecz wszystko na próżno. Nie pojął znaczenia ich słów, choć ton ich głosów zdawał się przepełniony smutkiem i lękiem (12) – jak to miało miejsce nocną porą w przypadku wszystkich ludzi, mniemał – i rozpoznał zaledwie parę słów, za mało jednak, by zrozumieć, o czym rozmawiali. Wszelako lud Udulu był najbliższym sąsiadem Agarczyków, mimo iż ci zapomnieli o tym i wielu innych rzeczach, jakie łączyły oba spokrewnione plemiona w dawnych czasach pokoju. Tal-Elmar nie miał tedy nadziei, że rozpozna którekolwiek z usłyszanych słów czy nawet prawidłowo oceni ton głosów ludzi, którzy posługiwali się mową tak odmienną od języka jego ludu od niepamiętnych czasów. Jego ludu? ‘Mego ludu? Przecież to nie jest mój lud,’ pomyślał młodzieniec. ‘Tylko ojciec jest mi bliski.’ A jednak nie opuszczało go uczucie, że jako chłopak nieświadomy swego pochodzenia oraz urodzony i wychowany przez na wpół dzikich ludzi spotka wkrótce nie obcych, lecz przybywających z daleka krewniaków i przyjaciół.
Mimo to w głębi serca pozostał mieszkańcem swej osady, toteż ogarnięty strachem poruszył się dopiero po dłuższej chwili. Wreszcie jednak spojrzał w górę. Po jego prawej stronie słońce poczęło zachodzić, a między pniami dwóch drzew dało się dostrzec kawałek morza przypominającego płonącą żagiew, którą spowijała czerwona mgiełka, kiedy zaś oczy młodzieńca zrównały się z płomieniem tej pochodni, morska woda zaczęła mienić się ognistym złotem.
Już kiedyś zdarzało mu się widywać, jak słońce kryje się za morzem, lecz po raz pierwszy widok ten tak go ujął. W nagłym olśnieniu – jak gdyby rozpalił je dostrzeżony wcześniej płomień – chłopak zrozumiał, że oto widzi rzecz niezwykłą [? a nazywany był] (13), coś, co oznacza więcej niż nadejście ‘czasu Króla’ – okresu ciemności. (14) Powstał tedy i wiedziony tajemniczą siłą ruszył żwawo w dół zbocza wzgórza, a następnie minął pas zieleni i dotarł do miejsca, gdzie na kamienistym brzegu rozstawiono namioty.

Gdyby w tym momencie siebie widział, Tal-Elmara napełniłoby zdumienie nie mniejsze niż to, jakie towarzyszyło obserwującym go z brzegu przybyszom. Jego naga skóra – nosił bowiem tylko przepaskę na biodrach oraz krótką opończę z… futra zarzuconą na plecy i przypiętą rzemykiem do ramienia – mieniła się złotem w świetle [? zachodzącego słońca], podobnie jego jasne włosy, a krok młodzieńca był lekki i swobodny.
‘Spójrz!’ krzyknął jeden z wartowników do swego kompana. ‘Widzisz to samo, co ja? Czyżby jeden z leśnych Eldarów pragnął się z nami rozmówić?’
‘Tak, widzę,’ odparł ten, ‘lecz jeśli nie jest to zjawa znad skraju [? pełzającego] mroku [? w tej przeklętej krainie], nie widzimy nikogo z Pięknego Ludu. Znajdujemy się daleko na południu, gdzie nie mieszkają elfowie. Pragnąłbym, abyśmy kotwiczyli teraz [bardziej na północy, blisko Przystani].’
‘Któż zna ścieżki Eldarów?’ rzekł wartownik. ‘Milcz jednak! Nasz gość się zbliża. Niech przemówi pierwszy.’
Stali zatem bez ruchu i w czasie, gdy Tal-Elmar się zbliżał, nie czynili doń żadnych znaków. Kiedy jednak dzieliło młodzieńca od przybyszów jakieś dwadzieścia stóp, na nowo ogarnął go strach. Zatrzymał się tedy, opuścił ramiona i pokazał obcym puste dłonie. Zrozumienie tego gestu nie wymagało słów.
Wówczas widząc, że przybysze nie poruszyli się ani sięgnęli po broń, chłopak zebrał się na odwagę i przemówił:
‘Witajcie, skrzydlaci Ludzie morza! Dlaczegoście tutaj przybyli? Czy w celach pokojowych? Jam jest Tal-Elmar, syn Hazada z plemienia Agaru. Jakie są wasze imiona?’
Głos miał czysty i dźwięczny, lecz mowa, którą się posługiwał, stanowiła jedną z form języków na wpół dzikich Ludzi Mroku, jak nazywali ich Żeglarze. Wartownik poruszył się.
‘Jeden z Eldarów?’ rzekł. ‘Elfowie nie używają takiego języka.’ Wypowiedział to zdanie na głos i w tym momencie z namiotów wybiegła reszta ludzi. Sam wartownik dobył miecza, a jego kompan nałożył strzałę na cięciwę. Nim Tal-Elmara ogarnęło przerażenie lub choćby myśl o ucieczce – szczęśliwie dla niego, nic bowiem nie wiedział o łukach i niechybnie padłby martwy, zanim znalazłby się poza zasięgiem strzału – otoczony został przez uzbrojonych ludzi. Pochwycili go, lecz bez gwałtownych ruchów, gdyż spostrzegli, że młodzieniec nie ma broni i zachowuje się ulegle. Następnie zaprowadzili go do namiotu przywódcy.

(następuje zmiana stylu narracji – przyp. tłum.)
Tal-Elmarowi wydaje się, że zna język przybyszów, a tylko znaczenie poszczególnych słów jest przed nim ukryte.
Kapitan stwierdza, że Tal-Elmar musi być Númenorejczykiem lub człowiekiem z którejś z pokrewnych im ras. Należy przeto potraktować go życzliwie. Kapitan zgaduje, że młodzieńca uczyniono niewolnikiem, gdy był małym dzieckiem, albo że urodził się w rodzinie niewolników.
‘Uciekł, by pozostać z nami,’ rzekł przywódca. ‘Wielka szkoda, że nie pamięta ni słowa z naszego języka.’ ‘Szybko się nauczy,’ dodał inny. ‘Być może, lecz długo to potrwa. Gdyby posługiwał się tą mową, mógłby nam teraz powiedzieć wszystko, co pomogłoby przyspieszyć naszą misję lub zmniejszyło towarzyszące jej niebezpieczeństwa.’
Nareszcie udaje im się wytłumaczyć Tal-Elmarowi, że chcieliby poznać liczbę okolicznej ludności oraz czy ludzie ci są przyjaźnie nastawieni i podobni do niego.
Númenorejczycy pragną zająć te tereny oraz wejść w sojusz z ‘Okrutnikami’ z Północy, aby z ich pomocą wypędzić Mrocznych Ludzi i założyć osadę, z której będzie można zagrozić ich Królowi. (Czy ma to miejsce w czasie, gdy Sauron przebywa w Númenorze?) Znajdujemy się u ujścia Iseny lub Morthondu.

Tal-Elmar potrafił policzyć i objąć rozumem liczbę ludności, lecz jego mowa była niewyraźna. A może rozumiał númenorejski? [Dodane później: Eldarin – posługiwali się nim Przyjaciele Elfów] Gdy usłyszał, jak żeglarze rozmawiają ze sobą, rzekł: ‘Dziwna to rzecz, gdyż mówicie językiem z moich snów. A przecież stoję tu przed wami i nie śnię, prawda?’ Ogarnęło ich wówczas zdumienie i rzekli: ‘Dlaczego wcześniej nie rozmawiałeś z nami w tym języku? Używałeś mowy ludzi Mroku, naszych wrogów i sług Nieprzyjaciela?’ Tal-Elmar odpowiedział im na to: ‘Wasz język przebudził się w mym umyśle dopiero wtedy, gdym usłyszał, jak się nim posługujecie; skąd mogłem przypuszczać, że pojmiecie słowa tej mowy, którą słyszałem w snach? A jednak nie przypominacie ludzi z moich snów. Chyba tylko odrobinę, tamtych bowiem przepełniała radość i byli od was piękniejsi.’ Słysząc to, przybysze zdumieli się jeszcze bardziej i rzekli: ‘Wygląda na to, iż miałeś okazję rozmawiać z Eldarami, na jawie czy też we śnie.’
‘Kim są Eldarowie?’ zapytał Tal-Elmar. ‘Nie słyszałem tego miana w swych snach.’
‘Jeśli do nas przystaniesz, być może będzie ci dane ich spotkać.’
W tym momencie lęk ogarnął Tal-Elmara i chłopak zadrżał, gdyż w jego umyśle obudziło się wspomnienie dawnych opowieści. ‘Co chcecie mi zrobić?’ krzyknął. ‘Zwabicie mnie na pokład łodzi o czarnych skrzydłach i złożycie w ofierze bogom Ciemności?’
‘Ty i twój lud służycie Ciemności.’ odpowiedzieli tamci. ‘Dlaczego jednak mówisz w ten sposób o czarnych żaglach? Są one w naszych oczach symbolem honoru, który odczytujemy jako piękną noc przed nadejściem Nieprzyjaciela, a na czarnym firmamencie rozsiane są srebrzyste gwiazdy Elbereth. Czarne żagle okrętu naszego kapitana niosą jego statek dalej w morze.’
Tal-Elmar wciąż jednak czuł strach, gdyż nie był w stanie wyobrazić sobie, by czerń mogła symbolizować coś innego prócz mroków nocy. Mimo to zebrał się w sobie i przemówił: ‘Nie wszyscy jesteśmy tacy. Lękamy się wprawdzie Ciemności, lecz ani myślimy służyć jej lub darzyć miłością. A na pewno część z nas tak myśli, wśród nich mój ojciec. Kocham go szczerze i nie zostawię, nawet gdybym w zamian za to mógł ujrzeć Eldarów.’
‘Niestety!’ rzekli tamci. ‘Czas twego pobytu na tych wzgórzach dobiegł końca. Tutaj bowiem ludzie Zachodu postanowili się osiedlić, a mroczny lud będzie musiał stąd odejść – lub polec z naszej ręki.’
Tal-Elmar ofiaruje się jako zakładnik.

Tutaj tekst się kończy. Na dole strony ojciec dwa razy napisał imię Tal-Elmara oraz własne; znalazły się tam również podtytuły: ‘Tal-Elmar w Rhovannionie’, ‘Dzikie Kraje’, ‘Wielka Rzeka Anduina’, ‘Morze Rhun’ oraz ‘Bagna Etten’.


PRZYPISY

1. W odrzuconej wersji pierwszego fragmentu tekstu historia rozpoczyna się od słów: ‘W dniach panowania Wielkich Królów, kiedy to wciąż można było przemierzyć suchą stopą obszary od Rzymu do Yorku (choć miasta te jeszcze wtedy nie istniały), w mieście pośród wzgórz Agaru żył starzec o imieniu Tal-argan Długobrody’. Imię ‘Tal-argan’ pozostało w tej formie na całej stronie odrzuconego fragmentu. W drugiej wersji tekstu zachowali się ‘Wielcy Królowie’, a ich zamiana na ‘Mrocznych Królów’ została wprowadzona później.
2. Ten akapit znalazł się później w kwadratowym nawiasie.
3. W obu wersjach pojawia się ‘Czwarty Król’, a w drugiej zostaje on poprawiony na ‘Króla Północy’ w tym samym czasie, gdy ‘Wielcy Królowie’ stają się ‘Mrocznymi Królami’.
4. W odrzuconej wersji tekstu ojciec Tal-argana (Hazada) nosił imię Tal-Bulda, zaś miejscem bitwy była dolina Rishmalog.
5. W tym miejscu kończy się tekst odrzuconej strony pierwszej, a opowieść przybiera swą zasadniczą strukturę. Naniesiona ołówkiem notatka u góry zastępczej strony sugeruje, by usunąć z tekstu Buldara, ojca Hazada i że to Hazad poślubia cudzoziemkę o imieniu Elmar (której imię nie pojawia się w odrzuconej wersji tekstu.)
6. Napisaną na maszynie nazwą było ‘Dur nor-Belgoth’, poprawione później na ‘Gorbelgod’.
7. Miano ‘Czwarty Król’ nie zostało tutaj poprawione. Patrz: przypis 3.
8. Słowo ‘knaper’ oznacza człowieka zajmującego się rozłupywaniem głazów i krzemieni. W tym fragmencie ‘knaperzy’ zastąpili ‘druciarzy’ i pojawiają się w dalszej części tekstu.
9. Pozostawiłem ten fragment tekstu w niezmienionej formie.
10. Zamieszczona na marginesie notatka głosi, że Tal-elmar nie posiadał ‘żadnej broni prócz kamieni w torbie’.
11. W tym miejscu fragment tekstu ‘w głębi lądu, mieszkańcy miasta obawiali się’ został poprawiony na ‘w głębi lądu, wszyscy mieszkańcy miasta obawiali się’. Dokonałem zmiany w tym fragmencie, by zdanie nabrało całościowego charakteru, lecz mój ojciec (który pisał ten ustęp w wielkim pośpiechu) z pewnością nie miał takiego zamiaru i stosownie przerobiłby ów fragment po powrocie do pracy nad całością opowieści.
12. Ojciec napisał na marginesie, że mieszkańców osady Udul dziesiątkowała zaraza, a zdesperowani rabusie tak naprawdę szukali tylko pożywienia.
13. Zakończenie tekstu istnieje w urywkach zachowanych w kompletnie nieczytelnej formie, zaś podane przeze mnie słowa ‘a nazywany był’ budzą wątpliwości. Nie wiem jednak, w jaki inny sposób mógłbym je tutaj interpretować.
14. Powyżej słów ‘lękali [się] mroków nocy otulającej zacisza ich domostw’ na stronie 434. ojciec napisał: ‘Mroczny jest „czas nadejścia Króla”.’ Jak wynika z fragmentu na stronie 436., królem tym był Sauron.

Tłumaczenie: Noatar
Powrót do góry
 
 
Wyświetl wpisy z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum tolkienowskie -> The History of Middle-earth Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5 ... 22, 23, 24  Następna

Temat: HoME nie tylko dla orłów (Strona 4 z 24)

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich wpisów
Nie możesz usuwać swoich wpisów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dodawać załączników w tym dziale
Nie możesz ściągać plików w tym dziale

Powered by phpBB2
Copyright © tolkien.com.pl Wszystkie prawa zastrzeżone.