Hurin, Morwen i Turin -czy naprawdę patologiczna rodzina?
Idź do strony 1, 2  Następna  :|=|:
Forum dyskusyjne miłośników twórczości J.R.R. Tolkiena -> Beren i Lúthien, Dzieci Hurina oraz Niedokończone Opowieści

#1: Hurin, Morwen i Turin -czy naprawdę patologiczna rodzina? Autor: NifrodelSkąd: Ossiriand WpisWysłany: Dzisiaj o
    ----
Na ostatnim spotkaniu klubu tolkienowskiego w Pile, Mortil wypowiedział ciekawą myśl: "Nie lubię Túrina za to, że nigdy nie myślał o swoim ojcu, nigdy nie starał się go odszukać, dowiedzieć się o nim czegoś i go uratować. Inny na jego miejscu, uwolnienie ojca uczyniłby życiową misją."
Niedawno M.L. żartobliwie skwitował opowieść o Dzieciach Húrina "historią o patologicznej rodzinie" Z przymrużeniem oka

Abstrahując od domniemanej patologiczności Z przymrużeniem oka zaczęłam się zastanawiać, dlaczego Túrin nigdy nie wspominał ojca Nie Nie A przecież niegdyś bardzo był z nim związany, podziwiał go....Miał 8 lat, kiedy ojciec wyruszył walczyć. Już wtedy nazwano młodego Túrinka Dziedzicem Dor-lóminu, kiedy ojciec wyruszał na wojnę, na cześć syna ludzie Húrina wznieśli miecze:

J.R.R Tolkien, Dzieci Húrina napisał(a):

Niech dziedzic rodu Hadora ujrzy blask waszych mieczy!
I słońce zalśniło w pięćdziesięciu klingach wyrwanych z pochew, a dziedziniec rozbrzmiał wojennym okrzykiem Edainów z Północy:
-Lacho calad! Drego morn! Płoń, Światło! Pierzchaj, nocy!


Túrin jednakże, wcale nie czuje się dziedzicem rodu Hadora Nie Nie , nawet jako dojrzały właściciel Smoczego Hełmu nie słychać, by posługiwał się wojennym okrzykiem Edainów hmmmm...

Dlaczego nie czuje odpowiedzialności za swój kraj? Dlaczego nie wspomina ojca? A może jest przekonany, że umarł? Chyba nie. Nie Nie

J.R.R Tolkien, Dzieci Húrina napisał(a):

Gdy Easterlingowie po raz pierwszy pojawili się w Dor-lóminie, zapytał:
- Kiedy wróci mój ojciec, by wypędzić tych niegodziwych złodziei? Dlaczego nie przybywa?
- Nie wiem - odpowiedziała Morwena.- Może poległ, a może został pojmany albo wycofał się daleko, że teraz nie zdoła się przedrzeć przez otaczających nieprzyjaciół.
- W takim razi sądzę, że nie żyje - rzekł Túrin, kryjąc przed matką łzy. - Bowiem, gdyby żył, nikt nie mógłby mu przeszkodzić w przyjściu nam z pomocą.
- Nie sądzę, by tak było, synu mój - odparła Morwen.


Jakiś czas później Túrin, zwracając się do Sadora, który chce zniszczyć przygotowany dla niego rzeźbiony fotel dla Húrina, mówi:

J.R.R Tolkien, Dzieci Húrina napisał(a):

Nie rąb go jeszcze - poprosił Túrin - Może ojciec wróci do domu, a wtedy ucieszy się, gdy zobaczy, co dla niego zrobiłeś.


Powyższe słowa wskazują, że opinia matki trafiła do jego serca, chciał wierzyć, że ojciec żyje. Jednak ojciec zdaje się być Wielkim Nieobecnym w życiu Túrina, zaś z matką chyba nie nawiązał uczuciowej relacji hmmmm... Uciekając z Doriath, pełnoletni Túrin stchórzył i nie poszedł do Dor-lóminu, rodzinnej krainy. Nie pomyślał ani nie zatęsknił za matką, nie pragnął jej choć na chwilę zobaczyć, sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku hmmmm... Wiedział przecież, że była w ciąży, kiedy odchodził Uśmiech Saurona ;D Nie zapytał też Elfów o ojca, a przecież Meliana, chyba jako jedyna mogła odgadnąć, co się z nim dzieje.

Zastanawiający jest dla mnie fragment, w którym Túrin dowiaduje się, że jego ojciec jest niewolnikiem Morgotha:

J.R.R Tolkien, Dzieci Húrina napisał(a):

-Widziałeś zatem Húrina, syna Galdora, wojownika z Dor-lóminu?
-Nie widziałem go - odparł Gwindor. - Lecz po Angbandzie kraży pogłoska, że wciąż opiera się Morgothowi, który rzucił klątwę na niego i cały jego ród.
-W to potrafię uwierzyć - rzekł Túrin.


I w zasadzie nie robi nic z tą wiedzą, ani nie pragnie odnaleźć ojca, nawet nie przychodzi mu myśl o uwolnieniu go do głowy Nie Nie , ani też nie myśli przy tej okazji, co może dziać się z matką. W zasadzie jest zajęty cały czas sobą Spox

#2:  Autor: M.L.Skąd: Mafiogród WpisWysłany: Dzisiaj o
    ----
Postawa Turina jest zastanawiająca i trudna do wyjaśnienia, zwłaszcza, że trudno go uznać za wzór rozsądku. Bo rozsądek mógłby być tutaj kluczem.
Być może jednak Turin nie czuje się zbyt mocno związany z ojcem. Hurin, to jednak ojciec częściej nieobecny niż obecny. Co więcej Turin wydaje sie być silniej związany z matką, a wreszcie przez znaczną część życia wychowuje się bez obojga rodziców. Ale to nie zmienia faktu, że postawa Turina wobec ojca jest zastanawiająca.

#3:  Autor: RamandurSkąd: Opole WpisWysłany: Dzisiaj o
    ----
Nifrodel napisał(a) (zobacz wpis):

J.R.R Tolkien, Dzieci Húrina napisał(a):

Gdy Easterlingowie po raz pierwszy pojawili się w Dor-lóminie, zapytał:
- Kiedy wróci mój ojciec, by wypędzić tych niegodziwych złodziei? Dlaczego nie przybywa?
- Nie wiem - odpowiedziała Morwena.- Może poległ, a może został pojmany albo wycofał się daleko, że teraz nie zdoła się przedrzeć przez otaczających nieprzyjaciół.
- W takim razi sądzę, że nie żyje - rzekł Túrin, kryjąc przed matką łzy. - Bowiem, gdyby żył, nikt nie mógłby mu przeszkodzić w przyjściu nam z pomocą.
- Nie sądzę, by tak było, synu mój - odparła Morwen.


Wydaje mi się, iż Turin mógł mieć żal do ojca będąc przekonanym, że Hurin wróciłby z pewnością gdyby tylko żył. Latami czękając jego powrotu zapewne się zniecierpliwił, zaczął sobie wmawiać różne rzeczy, aż w końcu postanowił być obojętny na los ojca. Zapewne dlatego nie pytał się o niego Meliany - nie interesował się losem ojca, albo nie chciał się interesować. Mimo to pyta się o niego Gwindora.

Zapewno zabolało o to iż dla ojca walka z wrogiem była ważniejsza od rodziny. Hurin mógł szybko zginąć podczas bitwy, mógł się wycofać (jak mu powiedziała matka), ten jednak stawiał opór Morgothowi cierpiąc samotnie daleko od żony i syna. Swoją postawą ojciec zrzucił na niego (jako, że Turin był bardzo samolubny, to nie na jego rodzinę, tylko na niego samego) klątwę, przez co musi teraz cierpieć. Wszystkie przygody, które do tej pory spotkały Turina stały się winą ojca.

Jest to oczywiście moje zdanie, możliwym jest też, że Turin chciał zrobić to, co nie udało się ojcu. Chciał atakować Morgotha, robił to jednak z zawziętości, nie z chcęci ratowania Śródziemia czy z rozwagi. Prawdopodobnym jest też to, że Turin chciał pomścić ojca wszystkimi atakami na wroga, jednak o samym wyzwoleniu Hurina nie myślał bojąc się spotkania z ojcem lub uważając to za wyczyn niemożliwy.

#4: Re: Hurin, Morwen i Turin -czy naprawdę patologiczna rodzina Autor: AdamSkąd: Łódź WpisWysłany: Dzisiaj o
    ----
Nifrodel napisał(a):
Túrin jednakże, wcale nie czuje się dziedzicem rodu Hadora Nie Nie , nawet jako dojrzały właściciel Smoczego Hełmu nie słychać, by posługiwał się wojennym okrzykiem Edainów hmmmm...


Bo jest dziedzicem niczego.

Jest dziedzicem kraju w którym "łby porosły wilczą sierścią", kraju w którym jego dawni mieszkańcy są niewolnikami gorszych od siebie.

Nifrodel napisał(a):
Dlaczego nie czuje odpowiedzialności za swój kraj? Dlaczego nie wspomina ojca? A może jest przekonany, że umarł? Chyba nie. Nie Nie


Bo nie ma za bardzo za co czuć odpowiedzialności - kraju nie ma - mężowie padli w bitwie wszyscy - o losie ojca niewiele wiadomo, żeby nie powiedzieć, że nic.

Nifrodel napisał(a):
Wiedział przecież, że była w ciąży, kiedy odchodził Uśmiech Saurona ;D Nie zapytał też Elfów o ojca, a przecież Meliana, chyba jako jedyna mogła odgadnąć, co się z nim dzieje.


A zauważ ile miał lat Turin gdy odchodził...

Poza tym może tu też działać zła wola Morgotha...

Nifrodel napisał(a):
I w zasadzie nie robi nic z tą wiedzą, ani nie pragnie odnaleźć ojca, nawet nie przychodzi mu myśl o uwolnieniu go do głowy Nie Nie , ani też nie myśli przy tej okazji, co może dziać się z matką. W zasadzie jest zajęty cały czas sobą Spox


Bo na tym zajęciu się sobą też w jakiejś mierze polega klątwa jaką Morgoth go osnuł.

Jak miałby Turin odnaleźć ojca?

W conanowskim stylu?

Nająć się jako najemnik do Morgotha (który oczywiście niczego nie świadom go nie poznał), w międzyczasie uśpić czujność Morgotha łojąc elfów jak Beleriand długi i szeroki (w tym przynosząc Morgothowi spreparowaną głowę Karanthira Śmiech ) po czym gdy już został Wielkim Generałem Morgotha nagle
!surprise! Turin stacza epicki pojedynek z Gothmogiem, strąca go ze szczytu Tanghorodrimu, po czym ojciec i syn odlatują na Smaugu. Śmiech

Cholera, nie wiadomo czy Smaug miał skrzydła Śmiech

Dobra, a już poważniej to nie zgodzę się, że Turin niewiele robił.

Po pierwsze to po prostu nic nie mógł zrobić dla swego ojca.

Po drugie to jednak był wrogiem Morgotha i wiele krwi mu zniszczył i wojsk chociażby walcząc w Dimbarze czy potem jako wódz banitów, już nie wspominając o tym jak był wodzem w Nargothrondzie Uśmiech

#5: Re: Hurin, Morwen i Turin -czy naprawdę patologiczna rodzina Autor: NifrodelSkąd: Ossiriand WpisWysłany: Dzisiaj o
    ----
Adam napisał(a) (zobacz wpis):

Bo jest dziedzicem niczego.Jest dziedzicem kraju w którym "łby porosły wilczą sierścią", kraju w którym jego dawni mieszkańcy są niewolnikami gorszych od siebie.


Nie takiego "niczego" Z przymrużeniem oka Nawet zniewolony Dor-Lómin jest krainą, której przydałby się taki wojownik, jak Túrin. Być może swoich uciemiężonych poddanych zachęciłby do walki? hmmmm... W końcu banda wyrzutków, z którymi grasuje, szarpiąc oddziały Morgotha, też nie jest jakaś szczególnie wielka Nie Nie W takim ogromnym kraju myślę, że mógłby znaleźć chętnych do wojaczki (a nie służenia Easterlingom) młodziaków.
Sława rodu Hadora, niezwykłe umiejętności Túrina (nawet Belegowi było trudno go wytropić), ściągnęłyby pod jego skrzydła wielu desperatów. Uśmiech Saurona ;D

Adam napisał(a) (zobacz wpis):

Bo nie ma za bardzo za co czuć odpowiedzialności - kraju nie ma - mężowie padli w bitwie wszyscy - o losie ojca niewiele wiadomo, żeby nie powiedzieć, że nic.


No wiesz, jak to nie ma za co czuć odpowiedzialności hmmmm... Inny na jego miejscu z wyzwolenia swego kraju, uczyniłby życiową misję. W końcu to władca na wygnaniu, a tymczasem nie zaszczyca swojego dziedzictwa uwagą.

Adam napisał(a) (zobacz wpis):

A zauważ ile miał lat Turin gdy odchodził...


Dziewięć lat Uśmiech Saurona ;D Dziewięcioletni chłopiec nie wie, że z ciąży narodzi się dziecko? Uśmiech Saurona ;D A potem dorosły mężczyzna, nie myśli o matce i bracie lub siostrze? hmmmm... Już w wieku ośmiu lat Túrin zdaje się nad podziw rozważnym i myślącym dzieckiem.

Adam napisał(a) (zobacz wpis):

Poza tym może tu też działać zła wola Morgotha...


Nie zwalajmy już wszystkiego na Morgotha Uśmiech Saurona ;D Wyraźnie Tolkien napisał, że Túrin stchórzył i nie poszedł do Dor-Lóminu. A mnie interesują powody tego tchórzostwa hmmmm... . Uśmiech Saurona ;D Może bał się "co matka powie, jak go zobaczy"? Z przymrużeniem oka No ale przecież to już mężczyzna był, mógł sam o sobie stanowić Uśmiech

Adam napisał(a) (zobacz wpis):

Jak miałby Turin odnaleźć ojca?
W conanowskim stylu?


Czemu nie Język Jak pokazuje historia Berena i Lúthien, do odważnych świat należy Uśmiech Saurona ;D Ależ to byłaby piękna historia o synowskiej miłości, poświęceniu i oddaniu. Fingonowi się udało wydrzeć Maedhrosa spod nosa Morgothowi, to i Túrin, przy odrobinie sprytu, miał szanse na powodzenie misji.

Adam napisał(a) (zobacz wpis):
Nająć się jako najemnik do Morgotha (który oczywiście niczego nie świadom go nie poznał), w międzyczasie uśpić czujność Morgotha łojąc elfów jak Beleriand długi i szeroki (w tym przynosząc Morgothowi spreparowaną głowę Karanthira Śmiech ) po czym gdy już został Wielkim Generałem Morgotha nagle
!surprise! Turin stacza epicki pojedynek z Gothmogiem, strąca go ze szczytu Tanghorodrimu, po czym ojciec i syn odlatują na Smaugu. Śmiech


Wprawdzie nie tak to sobie wyobrażałam Jestem rozwalony Ale w zasadzie... Z przymrużeniem oka Jestem za

Adam napisał(a) (zobacz wpis):
Cholera, nie wiadomo czy Smaug miał skrzydła Śmiech


Miał, Uśmiech w końcu nalot na miasto Dal był z powietrza Uśmiech Saurona ;D

Adam napisał(a) (zobacz wpis):

Dobra, a już poważniej to nie zgodzę się, że Turin niewiele robił.
Po pierwsze to po prostu nic nie mógł zrobić dla swego ojca.


A z tym z kolei ja się nie zgodzę Nie Nie Myślę, że mógł zrobić, i to wiele, gdyby chciał mam pomysł!!! Kazusy Fingona i Berena z Lúthien pokazują, że nie były to misje skazane na niepowodzenie Uśmiech Saurona ;D Opatrzność sprzyja szlachetnym pobudkom, a Opatrzność, czyli Eru, jest silniejsza niż klątwa Morgotha. Nie dowiemy się rzecz jasna, jak wyglądałaby taka misja Nie Nie I czy może nie skończyłaby się źle hmmmm... albo zwyczajnie - inaczej :| Może Túrin zostałby schwytany? Może Húrin nie wytrzymałby widoku torturowanego syna i się złamał? Może ocalałby Nargothrond i Morwen z Nienor?
Ponieważ jednak Túrin nie podjął się takiej misji, nawet jak się zdaje, o niej nie pomyślał, interesują mnie powody jego "wyparcia problemu".

Pomoc rodzinie wymaga trochę innej, mniej spektakularnej odwagi niż trzaskanie się z orkami po zagajnikach Z przymrużeniem oka Więc jakie to mogłyby być powody? hmmmm... Tchórzostwo, nieodpowiedzialność, niedojrzałość? Spox

Adam napisał(a) (zobacz wpis):
Po drugie to jednak był wrogiem Morgotha i wiele krwi mu zniszczył i wojsk chociażby walcząc w Dimbarze czy potem jako wódz banitów, już nie wspominając o tym jak był wodzem w Nargothrondzie Uśmiech


Z pewnością mam pomysł!!! Nie odmawiam Túrinowi męstwa Nie Nie . Dziwi mnie tylko tym bardziej, przy jego umiejętnościach i szaleńczej odwadze, że ani nie pomyślał o ojcu, ani o matce i siostrze, którzy przecież najbardziej go potrzebowali. hmmmm...

Ramandur napisał(a) (zobacz wpis):

Wydaje mi się, iż Turin mógł mieć żal do ojca będąc przekonanym, że Hurin wróciłby z pewnością gdyby tylko żył. Latami czękając jego powrotu zapewne się zniecierpliwił, zaczął sobie wmawiać różne rzeczy, aż w końcu postanowił być obojętny na los ojca. Zapewne dlatego nie pytał się o niego Meliany - nie interesował się losem ojca, albo nie chciał się interesować. Mimo to pyta się o niego Gwindora.


To prawdopodobne hmmmm... Taka interpretacja mnie przekonuje mam pomysł!!!

Ramandur napisał(a) (zobacz wpis):
Zapewno zabolało o to iż dla ojca walka z wrogiem była ważniejsza od rodziny. Hurin mógł szybko zginąć podczas bitwy, mógł się wycofać (jak mu powiedziała matka), ten jednak stawiał opór Morgothowi cierpiąc samotnie daleko od żony i syna. Swoją postawą ojciec zrzucił na niego (jako, że Turin był bardzo samolubny, to nie na jego rodzinę, tylko na niego samego) klątwę, przez co musi teraz cierpieć. Wszystkie przygody, które do tej pory spotkały Turina stały się winą ojca.


To możliwe, choć Túrin nigdy ojca nie oskarża hmmmm... Może po prostu wolał nie myśleć o bolesnych sprawach? A może właśnie myślał o nich za wiele ( w końcu określano go jako ponuraka), i czuł się coraz bardziej bezsilny? Spox Zastanawia mnie także, czy odpowiedzialność nie była dla Túrina zbyt wielka? Może sądził, że łatwiej jest dowodzić grupą banitów a nawet Elfami z Nargothrondu niż wziąć na barki opiekę nad najbliższą rodziną i mozolnie walczyć o swój zniewolony kraj?

Ramandur napisał(a) (zobacz wpis):
Jest to oczywiście moje zdanie, możliwym jest też, że Turin chciał zrobić to, co nie udało się ojcu. Chciał atakować Morgotha, robił to jednak z zawziętości, nie z chcęci ratowania Śródziemia czy z rozwagi. Prawdopodobnym jest też to, że Turin chciał pomścić ojca wszystkimi atakami na wroga, jednak o samym wyzwoleniu Hurina nie myślał bojąc się spotkania z ojcem lub uważając to za wyczyn niemożliwy.


Prawdopodobnie uważał taki wyczyn za niemożliwy Uśmiech Saurona ;D
Tym niemniej nadal nie do końca rozumiem wyparcie z głowy problemu matki i siostry...

#6:  Autor: MirielSkąd: Vinyamar WpisWysłany: Dzisiaj o
    ----
Chyba trochę... pobronię Turina i tego, że nie szukał ojca.

Może wypowiem się niezbyt fachowo, ale nie nazwałabym rodziny Turina patologiczną. Dlatego, że w rozumieniu potocznym "patologia" kojarzy się z marginesem społecznym, czyli rodziną z problemem alkoholowym (to najczęstsze skojarzenie), z przemocą domową, dewiacjami itp., generalnie chodzi o niezdrowe relacje rodzice-dzieci.
Tutaj tego nie mamy. Matka, jak i ojciec Turina, pochodzą ze znanych, sławnych nawet wśród elfów i cenionych rodów. Nie ma mowy ani o marginesie społecznym, ani i przemocy w rodzinie, ani o alkoholizmie. Jest to rodzina darzona szacunkiem wśród ludzi i wśród elfów. Może nie wydaje się bogata materialnie, ale jest to porządna rodzina, zasłużona, rodzina bohaterów.

Ale mimo wszystko jestem skłonna określić rodzinę Turina słowem: dysfunkcyjna. Patologiczna rodzina także jest dysfunkcyjna. Ale tutaj dwa elementy przemawiają za dysfunkcją: po pierwsze: nieobecny ojciec, po drugie: zimna matka. To już wystarczy, by dziecko nie wzrastało w odpowiedniej atmosferze: a czytając o dzieciństwie Turina odczuwam to zimno, jakie panuje w jego domu. Emocjonalne zimno i brak rozmowy i kontaktu z osobami, które mają największy wpływ na rozwój dziecka: z rodzicami. Ja w tej rodzinie nie czuję miłości.

Zastanawiałam się nad tym, czy brak ojca, który nie wynika z "winy" tego ojca, a jest determinowany przez okoliczności - wojnę - można uznać za dysfunkcję. No przecież taka była norma: była wojna, nie tylko ojciec Turina wyruszał na wojny, brał udział w bitwach - wyjeżdżali także inni ojcowie. Nie jeden Turin został sam z matką. Ale doszłam do wniosku, że tak. Jedną wskazówkę dają nam elfowie, którym możemy chyba zaufać (choć są innym plemieniem) i przyrównać ich podejście do wychowywania dzieci do ludzi: elfowie uważali, że czasy wojny nie są dobre dla rodzenia i wychowywania dzieci. Dlatego, jak gdzieś tam napisał Tolkien, w czasach wojny w zasadzie elfie dzieci się nie rodziły. Skoro elfowie mieli takie podejście do wojny, to sądzę, że możemy się zgodzić, że ludzkie dzieci aż tak bardzo się nie rózniły od elfich, i także potrzebowały w pierwszych latach życia spokoju, poczucia bezpieczeństwa i obojga kochających rodziców. Turin tego nie miał: ani jeden z tych elementów nie został zaspokojony.
Po drugie, można by się zastanowić, że skoro wszyscy mężczyźni w tych czasach wyjeżdżali na wojnę, to skoro to było "normą", to czy możemy to nadal uważać za dysfunkcję? Ja sądzę, że tak. To że dysfunkcja staje się powszechna, nie znaczy, że staje się pozytywna i dobra.

Turin szuka dla siebie "rodzica", który by z nim rozmawiał i dał mu ciepło - i takim "rodzicem" zostaje dla niego Labadal. Bo przecież prawdziwy ojciec Turina z nim nie rozmawia. Jest pojawiającym się czasami bohaterem opromienionym glorią chwały, wspaniałym, lecz obcym. Tak naprawdę w życiu Turina nie istnieje ojciec jako osoba, lecz jako wyidealizowany obraz herosa. I Hurin nie jest dla Turina partnerem w rozmowie. czytamy: "Ojca widywał rzadko, ponieważ Hurin często przebywał poza domem, strzegąc w służbie Fingona wschodnich granic Hithlumu, a kiedy wracał, jego szybka mowa, pełna dziwnych słów, żartów i ukrytych znaczeń, oszałamiała i onieśmielała Turina". Dlatego Labadal zastępuje (moim zdaniem) Turinowi ojca: jest zrozumiały dla chłopca, poświęca mu swoją uwagę, rozmawia z nim (a nie tylko przemawia do niego - jak Morwena), uczy go rozumieć otaczający świat, odpowiada na pytania, jest troskliwy. Przede wszystkim zauważa chłopca. A to jest ważne.

Bo jednym z typów dzieci z rodzin dysfunkcyjnech jest tzw. dziecko niewidzialne. Jest to dziecko, które na zaburzone relacje w rodzinie reaguje wycofaniem się, niejako usuwając się z pola widzenia rodziców, aby im "nie przeszkadzać" i nie robić im "dodatkowego kłopotu". I wydaje mi się, że Turin jako dziecko właśnie rozwinął w sobie tego typu osobowość. Czasy, w jakich się urodził, były trudne. "Tak mijały dni, a cień strachu, rzucany przez Morgotha, wydłużał się". Ojca nie było w domu, matka zimna, nie dawała opuszczonemu dziecku zbyt wiele czułości. Potem urodziła się siostra, i cóż, "Turin nie cieszył się taką miłością, jak ona". Wycofywał się coraz bardziej: "nie był wesoły i rzadko się odzywał (...), Długo pamiętał niesprawiedliwość i każde szyderstwo (...). W tym czasie całe uczucie przelał na Lalaith, swą siostrę, ale bawił się z nią rzadko. Wolał strzec jej tak, by go nie widziła, i obserwować (...)". Turin juz jako dziecko nie okazuje uczuć - nic dziwnego - matka go tego nie nauczyła Płacz

Potem przychodzi największa trauma: Turin, jak wiemy, kochał swoją siostrę i jej strzegł. I najgorsze, że umarła ona wtedy, gdy on chory, nie mógł jej pilnować. Co może poczuć w tej sytuacji kilkuletni chłopiec? Nie było go! Nie dopilnował, nie ochronił jej, a więc dlatego umarła! Gdyby był wtedy przy niej, być może tragedia by się nie stała! I z tym cierpiącym sercem i dotkliwym bólem poczucia winy mały chłopiec musi poradzic sobie sam. Bo matka jest zimna. "Nie próbowała go pocieszać, gdyż sama przyjmowała boleść w milczeniu i z zimnym sercem". A Turin "gorzko płakał nocami w samotności i nigdy już przy Morwenie nie wspominał imienia swej siostry". W najgorszym momencie swojego dziecięcego życia Turin nie ma oparcia w żadnym z rodziców.

Dziecko wzrastające w takiej rodzinie, w której nie ma dialogu, dziecko, do którego się tylko "przemawia", nie umie zbudować w swojej świadomości swojego własnego obrazu. Ono nie wie, kim jest, bo nie konfrontowało webec rodziców swoich myśli i uczuć. Nie zna własnych reakcji emocjonalnych, bo nie przećwiczyło ich w relacjach z rodzicami. I dla mnie Turin jest tego typu osobą - dlatego nic dziwnego, że w dorosłym zyciu kieruje się impulsami, jest gwałtowny i nie stać go na odrobinę refleksji nad sobą. Zna jednak litość - ale to zasługa Sadora.

Wracając do tematu i tego, dlaczego Turin nie szukał ojca: myslę że właśnie dlatego, że, jak napisał M.L., Turin nie czuje się zbyt mocno związany z ojcem, i jak napisał Ramandur, że Turin być może miał żal do ojca, że go zostawił. Skoro ojciec go zostawił, to niby z jakiej paki teraz Turin ma go szukać? I zgadzam się z tym, że:
Ramandur napisał(a) (zobacz wpis):

Zapewno zabolało o to iż dla ojca walka z wrogiem była ważniejsza od rodziny. (...)
Jest to oczywiście moje zdanie, możliwym jest też, że Turin chciał zrobić to, co nie udało się ojcu. Chciał atakować Morgotha, robił to jednak z zawziętości, nie z chcęci ratowania Śródziemia czy z rozwagi. Prawdopodobnym jest też to, że Turin chciał pomścić ojca wszystkimi atakami na wroga, jednak o samym wyzwoleniu Hurina nie myślał bojąc się spotkania z ojcem lub uważając to za wyczyn niemożliwy.

Być może Turin całe życie czuł się wyrzutkiem, a w Doriacie dodatkowo się o tym upewnił. Poza tym, kogo nie spotkał na swojej życiowej drodze, wszyscy mu coś radzili, czyli, upewniali go w jego poczuciu, że coś z nim jest nie tak. A ojciec był przecież wielki! Był bohaterem! Ojca szanowano, a jego nie, on wszędzie niósł śmierć... Jak mógłby spojrzeć ojcu w oczy, on, Turin, porażka rodziny? Ciekawe, ile razy Morwena powiedziała swojemu małemu synkowi z wyrzutem "Dlaczego nie testeś taki jak ojciec?!", i co czuł ten mały, zagubiony, niekochany chłopiec. Ale to już są moje nadinterpretacje.

#7:  Autor: Geirve WpisWysłany: Dzisiaj o
    ----
Miriel Mirima napisał(a) (zobacz wpis):

Być może Turin całe życie czuł się wyrzutkiem, a w Doriacie dodatkowo się o tym upewnił.


Ładna analiza, ale z tym fragmentem się nie zgadzam. W Doriath przecież Turinowi krzywda się nie działa. Thingol i Meliana zajęli się nim lepiej niż dobrze (Thingol go przecież, budząc powszechną sensację, praktycznie usynowił), i nikt mu złego słowa (z wyjątkiem idioty Saerosa, ale na idiotów nie ma lekarstwa, zawsze się jakiś znajdzie) nie powiedział. Tymczasem Turin potraktował ich paskudnie, okazując im przy pierwszej sposobności, że nie wierzy w ich dobre intencje (mimo iż wszyscy - Beleg, a przed nim jeszcze Mablung - tlumaczyli mu, że przecież sprawa jest dość jasna, i że nie ma się czego obawiać), i że nie ma do nich śladu zaufania ani szacunku (nie tylko do Thingola, ale i Meliany - szczególnie nieprzyjemna scena z lembas).

Co zresztą, biorąc pod uwagę dziecięce doświadczenia Turina, jest w pełni zrozumiałe. Prawdziwi rodzice, nie tylko przecież ojciec, ale i matka, porzucili go, wiec czego mógł się spodziewać po przybranych? Turin może się i "upewnił", ale to wszystko działo się wyłącznie w jego głowie.

#8:  Autor: EllinSkąd: Las Fangorn WpisWysłany: Dzisiaj o
    ----
Oczywiście, że działo się to w jego głowie ale niestety to, co się w niej dzieje najbardziej determinuje nasze postępowanie. Szczególnie jeśli miało to swój początek w dzieciństwie, kiedy wszystko co się dzieje widziane jest oczyma dziecka. Maluchy są bardzo spostrzegawcze, ale niestety wielu rzeczy zwyczajnie nie rozumieją tak jak dorośli. Jeśli ktoś z Was znajdzie chwilę polecam przestudiować- choć pobieżnie- to, co na temat psychiki dzieci pisał Piaget albo Erikson. Są stadia, przez które dziecko musi przejść i w których ma specjalne( właściwe dla tego okresu) potrzeby, które u naszego Turina nie zostały zaspokojone. Nie ma się więc co dziwić, że funkcjonuje bardzo patologicznie.
Miłość dziecka do ojca jest trudnym tematem. Przywiązanie kształtowane jest bardzo specyficznie. Polecam przeczytanie tego artykułu. Całkiem zgrabnie opisuje to na co chciałabym zwrócić Wasza uwagę.
http://www.seminare.pl/23/Marchwicki.pdf

Pisząc o przywiązaniu do matki oczywiście mamy na myśli również ojca- czyli opiekuna. Ponieważ podstawą przywiązania jest dotyk- matka ma większe szanse- np. przy karmieniu- nawiązać kontakt z dzieckiem i jeśli przy tym coś mówi, reaguje na to co robi dziecko, wywiązać się może zdrowa relacja, dająca maleństwu poczucie bezpieczeństwa. Ciężko powiedzieć, czy w takiej rodzinie z wyższych sfer, gdzie obowiązywała etykieta, gdzie była służba , zaistniała możliwość nawiązania takiej bliskiej relacji z matką.

Ojciec jest niestety z góry na straconej pozycji. To dopiero teraz są takie czasy, że zaczyna się dostrzegać ważną rolę tego człowieka w życiu rodziny i w wychowaniu dziecka. Wcześniej ( a na pewno już nie w takich rodzinach jak Turina) ojciec raczej był miłym gościem, przekazującym mądrość i propagującym wartości. Taka relacja nie pozwala na zrodzenie się prawidłowego przywiązania- szczególnie, że nawet gościem Hurin częstym nie był. Szczerze wątpię, że asystował przy karmieniu albo przewijaniu i absolutnie nie mam intencji aby go o coś oskarżać! Takie były czasy. Ale też nie ma co się dziwić, że Turin traktował ojca raczej jak bohatera z legendy, który zawsze zwycięży, pokona wszelkie przeciwności- ale jest odległy, nieosiągalny. Można o nim śpiewać pieśni i dawać dzieciom za przykład, ale raczej się za nim nie tęskni.

Jak zauważył Marchwicki, kiedy dziecko już w jakiś tam sposób- mniej lub bardziej dysfunkcjonalny w takiej rodzinie- przywiąże się do opiekuna to opuszczenie jest bardzo silnie odebrane i pozostawia ślad. Dziecko bardzo szybko nie zaufa- tym bardziej, że w czasach Turina zaufanie raczej nie jest powszechną rzeczą. To jest czas wojny. Jeśli on jako dziecko widzi tyle okrucieństwa i niesprawiedliwości (jak śmierć siostry, którą może nawet jako jedyną w życiu pokochał tak naprawdę i w pełni). Nie dziwne też, że nie zaufał dobrym intencjom Thingola i Meliany. Nie umie nawiązać dobrej, zdrowej relacji bo jej nie zna! Nie umie zdrowo kochać bo nigdy tak nie kochał! Myślę, że nie ma nikogo, kogo łatwo byłoby wskazać jako winnego.

Nie ma tu raczej mowy o intencjonalnym zaniedbaniu czy krzywdzeniu. Turin- tak jak jego rodzina, stali się ofiara czasów w których żyli: sytuacji psycho- społecznej rodziny, warunków bytowych, sposobu życia, propagowanego modelu rodziny… Tak mi się przynajmniej wydaje i takie miałam refleksje po przeczytaniu tej książki.

Strona 1 z 2

Powered by phpBB 2 © 2001,2002 phpBB Group