Forum dyskusyjne miłośników twórczości J.R.R. Tolkiena
w sieci od 11/2001
 
Gospoda(0) | Zasady Forum | FAQ | Szukaj | Kalendarz |  Zarejestruj się |  Profil | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości | Zaloguj

Witryny zrzeszone w forum:
Hobbiton  Pod Rozbrykanym Balrogiem


"-Pozdrowiony bądź, Gurthangu, śmierci żelazna! Ty jeden mi pozostałeś! Ale czy znasz innego pana, niż ten, który tobą włada? Komu jesteś posłuszny, prócz dłoni, która cię ściska? Nie wzdragasz się przed żadną krwią! Czy zabierzesz Túrina Turambara? Czy szybką śmierć mi zadasz?" Turin Turambar, Silmarillion


Temat: Pojawienie się Nazguli -2251 rok Drugiej Ery (Strona 3 z 3)

Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3
  skocz na koniec strony
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum tolkienowskie -> Twórczość fanowska Wydruk
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Turek
Mieszkaniec Shire


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 24



Wysłany: 04-05-2018 22:46    Temat wpisu: Pojawienie się Nazguli -2251 rok Drugiej Ery -VIII część Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

VIII (5 lipca 2251, Daleki Harad, szlak z Khandu do Hyarn)

- Ibun, jeszcze trochę! Nie umieraj, na Mahala! Dajcie mu jakiś lek!
Grain wzywał pomocy, trzymając syna za dłoń, jakby chciał uściskiem przelać w niego swoje siły. Strażnik stojący u wejścia do groty warknął „cicho tam być”. Tymczasem tylko chłód jaskini dawał nieco ulgi od skwaru na zewnątrz – była pełnia lata. Ibun widział scenę jak przez mgłę, rana w piersi bolała przy każdym oddechu, był potwornie osłabiony… „Biedny Gwalin, dostał trzy strzały i padł następnego dnia”. W myślach wirowały mu wypadki ostatnich tygodni…

…Dwustu khandyjskich jeźdźców połączyło się z oddziałem krasnoludów z trzydniowym opóźnieniem. Pytania, dlaczego kawaleria nie mogła zdążyć na spotkanie z piechurami, wyjaśniły się po spotkaniu. Khandyjczycy eskortowali grupkę swoich dostojników. Dwaj starsi szpakowaci mężczyźni, kilku ich asystentów i z dziesięciu służących czy pachołków, wozy, juczne konie... to znacznie spowalniało tempo. Zarówno khandyjski dowódca, jak i Trybal, odnosili się do nich z dużym szacunkiem. Z półsłówek wynikało, że do wojskowej ekspedycji dołączyła misja dyplomatyczna, którą Uvatha wysyłał do Akhorahila. Widocznie dwaj sojusz-nicy Mordoru wspólnie planowali coś więcej niż doraźną akcję zbrojną…
…Trzy tygodnie później ich powolny marsz suchym stepem na południe dobiegł końca. Płaskowyż Khandu urywał się, droga prowadziła w dół – w ocean zieleni, ową „dżunglę” nieznaną krasnoludom. Po kilku dniach odpoczynku i przygotowań weszli w tropikalny las. Porządny gościniec szybko się urwał, tempo marszu skokowo spadło, cały konwój wlókł się wąskimi dróżkami, przewodnicy na czele musieli wyrąbywać drogę wśród bujnych zarośli. Każdy strumień i potok stawał się poważną przeszkodą, każde mokradło zmuszało do zmiany marszruty.
Pierwszy nocleg w lesie… pierwsze trupy wśród ludzi i krasnoludów. I tak już miał wyglądać każdy dzień – i każda noc. Tego ukąsił wąż, innego pająk, owego poraniły kolce jakiejś rośliny, ktoś odszedł „za potrzebą” kilka kroków za linię nocnych straży, usłyszeli zduszony jęk przerażenia, kłapnięcie ogromnych szczęk, chrobot miażdżonych kości… i tyle. Jeden z asystentów khandyjskich posłów na czwarty dzień zaczął słabnąć, piątego – stracił przytomność, szóstego w drgawkach skonał. Konie Khandyjczyków i muły krasnoludów marniały w zastraszającym tempie.

Ibunowi przypomniały się słowa przewodnika „Dżungla pochłania całe plemiona”. Gdzieś po tygodniu zaczęli tracić poczucie czasu. Pobudka, śniadanie, przedzieranie się przez nieskończony las, słońce ledwo rozświetlające półmrok w gąszczach roślin, wszechobecna wilgoć, komary i robactwo, postój, obiad, marsz, marsz, marsz… postój, nocleg. A przecież to był szlak, Trybal zapewniał że idą znaną i uczęszczaną trasą… Co kilka dni trafiali na wioski tubylców – ślady wskazywały, że osady w popłochu opuszczano tuz przed nadejściem konwoju… Znajdowali się na obszarze niczyim, daleko za włościami Uvathy – i daleko przed rubieżami panowania Akhorahila.

Już dobre trzy tygodnie przedzierali się przez dżunglę, co dzień grzebiąc zmarłych i licząc pozostałe zapasy. Czasem tropiciele coś upolowali, przewodnicy zapewniali, że uzupełniając w ten sposób prowiant bez kłopotu dotrą do kresu dżungli i wyjdą na tereny pod władzą Akhorahila. Byliby już za połową trasy, z prowizorycznych obliczeń krasnoludów wypa-dało, że mija połowa czerwca – najdłuższe dni roku.

I wtedy późnym popołudniem wpadli w zasadzkę. Najpierw wysłani naprzód tropiciele donieśli, że szlak przegradza barykada z potężnych drzew. Chwilę później drzewa, które mijał ogon kolumny runęły na szlak, miażdżąc ostatnich maszerujących i odcinając konwojowi odwrót. Szperacze, flankujący kolumnę, zaczęli padać pod strzałami, tylko kilku dołączyło do towarzyszy. Krasnoludy i Khandyjczycy, już świadomi zasadzki, ruszyli na boki: próbowali przejść z kolumny marszowej – w szyk bojowy. I wtedy z gąszczu nasilił się ostrzał: w ich kierunku leciały kamienie, włócznie i strzały. Pod gradem pocisków zbrojni sformowali szyk obronny, zaczęli się ostrzeliwać, a dowódcy próbowali rozpoznać sytuację. Ataku na siedmiuset osobową wojskową ekspedycję nie przeprowadziłoby jakieś pojedyncze plemię. Napastnik nie chciał ich ani przepędzić, ani ograbić – tylko zniszczyć. Marsz naprzód w takiej sytuacji nie miał sensu, należało cofnąć się z obszaru zasadzki i przegrupować w jakimś bezpiecznym miejscu.

Kiedy zdziesiątkowany oddział pod nieustannym ostrzałem znalazł jakąś mniej zalesioną przestrzeń i wydawało się, że wyrwał się z potrzasku, zapadał już zmierzch. Szczególnie wielu zginęło Khandyjczyków, krasnoludów chroniły grube kaftany. Padły niemal wszystkie zwierzęta, nawet orszak dyplomatów szedł już na piechotę, osłaniany przez tarczowników. Nadchodziła noc i podczas gorączkowej narady postanowiono przebijać się przed świtem. Przeciwnik, który już zdążył osaczyć tabor, też musi być wyczerpany walką. Być może to koalicja jakichś miejscowych plemion, liczebnością nadrabiających słabość uzbrojenia; jeśli oddział wyrwie się z ich potrzasku, a przy okazji zada napastnikom znaczące straty – będzie szansa na zniechęcenie ich do dalszej walki.

Tropikalny las już spowijała ciemność, a wokół oddziału rozbłysł krąg ognisk, rozpalanych przez napastników, gdy nagle donośny głos z zewnątrz pierścienia okrążenia zakrzyczał, że do oblężonych podejdzie poseł. Faktycznie do pozycji otoczonego oddziału zbliżyła się grupka kilku postaci, niosących pochodnie. Z bliska okazało się, że parlamentariusze… też są krasnoludami.
- Nie musicie tu ginąć za Mordorczyka! - krzyknął emisariusz z krótko obciętą brodą. - Jesteście naszymi współplemieńcami, poddajcie się! Obiecujemy wam życie, a jeśli pochodzicie z Khazad-Dum – możecie przyłączyć się do nas!
- Jeśli jesteście naszymi rodakami, to pozwólcie się nam wycofać! – odkrzyknął Trybal. Zaata-kowaliście nas pierwsi i uśmierciliście wielu!
- Już dawno zginęlibyście wszyscy, gdybyśmy nie powstrzymali miejscowych! – skwitował poseł – Oferujemy wam życie, ale dopóki nie złożycie broni – będziemy z wami walczyć. Sługom Saurona nie należy się żadna litość, dla was robimy wyjątek. Macie czas do rana.

Parlamentariusze wycofali się. Trybal zaczął naradzać się z Khandyjczykami. A krasnoludy, leżące w obozowisku zaczęły szybko szeptać pomiędzy sobą. Walka z pobratymcami nikomu się nie uśmiechała. Ale przecież ich przeciwnikami nie mogli być tylko Synowie Durina, nie mogli nawet stanowić wśród napastników większości. Pewnie – tak jak oni – przeciwnicy stanowili koalicję, w której dobrze wyszkolone i uzbrojone krasnoludy były elitą, a większość stanowili licho uzbrojeni i wyszkoleni - tubylcy. Wśród pocisków, jakie spadły na oddział, niemal wszystkie stanowiły strzały i włócznie typowe dla miejscowych plemion. Co mogło sprowadzić krasnoludy z Morii tak daleko na południe i skłonić do sojuszu z ludami dżungli?
- To Zamorscy, ani chybi! – wysapał Khim – Kupili sobie najemników w tych lasach i przewieźli morzem tych brodaczy z Morii…!
- Chłopcy – zamruczał do synów Grain – poszliśmy w służbę Mordorczyka, ale tylko głupiec odda gardło za czcze obietnice. Zobaczymy czy Trybal nas z tego wykaraska…
Trybal właśnie wracał z narady. Szybko skrzyknął krasnoludzką starszyznę.
- Mówiłem, że będziemy przedzierać się nad ranem - warknął. – Ale nie możemy tak długo czekać. Za godzinę uderzamy na północ. Zjedzcie coś i przygotujcie chłopaków. My widzimy w ciemności, u nich tylko ci krasnoludzcy zdrajcy mogą nas wypatrzyć. Przebijemy się, póki ich pierścień jest słaby. Nad ranem będziemy już bezpieczni, daleko stąd…
Zmęczone krasnoludy opatrzyły rany, dogryzały prowiant. Patrząc na krąg ognisk przeciwników wokół ich obozu, faktycznie najrzadszy pierścień świateł widziały na północy, tam skąd same przyszły kilka godzin wcześniej. Wojownicy w milczeniu uformowali klin, Trybal wraz z Khandyjczykami stanął w środku szyku, raz jeszcze się rozejrzał...
- Naprzód! - ryknął.
Oddział ruszył z łoskotem, krasnoludy chciały jak najszybciej uderzyć na przeciwnika. Kilka chwil później usłyszeli świst i spadły na nich pierwsze pociski. Przyspieszyli kroku, noc-ny ostrzał nie mógł być celny, jeszcze parę kroków i zderzą się z przeciwnikiem. Krasnoludy potrafią widzieć w ciemnościach i nadbiegając do pozycji wroga dostrzegały sylwetki łuczników wypuszczających strzały, wojowników łapiących za topory i maczety, wywrzaskujących coś wodzów z piórami wpiętymi we włosy.

Grain, pokrzykujący na synów, dostrzegł nagle, że Trybal zwalnia, pozwalając się wyprzedzić szeregom wojowników. To nie dziwiło, dowódca powinien mieć ogląd całej bitwy, tym bardziej że eskortowali poselstwo. Ale już lada chwila ława krasnoludów miała zderzyć się z przeciwnikiem. Nacierający wpadli na pozycje tubylców, waląc ich toporami, zmuszając do walki w zwarciu. Linia obrońców zaczęła pękać, a krasnoludy po trupach kamratów i przeciwników przebijały się na północ.
Zgiełk walki zagłuszył tętent mnóstwa kopyt, zbliżających się od tyłu do krasnoludzkiego klina: oblegający mieli konnicę! Sypnęły się strzały, trafiające krasnoludów w plecy, jeźdźcy z rozmachem cięli mieczami głowy zaskoczonych. Gwalin, wyszarpujący topór z rozpłatanej piersi czarnoskórego wojownika – nagle zachwiał się, trafiony grotem między łopatki. Grain i Ibun przyskoczyli, podtrzymali rannego, po chwili Ibun sam oberwał strzałą w piersi, kaftan nieco złagodził uderzenie, ale wiedział że rana jest poważna, Gwalin dostał kolejny pocisk pod kolano…
- Bori! Niee! – przez bitewne zamieszanie przebił się przeraźliwy okrzyk: jeden z bliźniaków padł z niemal odrąbaną ręką pod pałaszem kawalerzysty; Dori na moment zastygł z otwartymi ustami, później machnął ciężkim toporem zmieniając koński bok i nogę jeźdźca w krwawą masę…
Grain wraz z Ibunem pochwycili bezwładnego Gwalina; Khim szarpnął Doriego, w za-pamiętaniu miażdżącego kolejnymi ciosami topora zwłoki jeźdźca, który zabił mu brata. Ruszyli za kolumną rodaków, którzy przebili sobie drogę na północ. Grain obejrzał się: Trybal, wraz z orszakiem Khandyjczyków biegli w całkowicie innym kierunku, właśnie znikali w gęstwinie….

- Zdrajca… splunął i ruszył za kamratami. Cała dżungla rozbrzmiewała wrzaskiem i odgłosami walki.
Gdy nadszedł świt, gromada uciekinierów zatrzymała się nad stromym parowem, dnem którego płynął bystry potok. Bez mostu, kładki, przeprawa była skrajnie utrudniona, niema połowa krasnoludów była poraniona, niektórzy – jak Ibun – pod lekarską opieką mogli się jeszcze wylizać, inni – jak Gwalin – właśnie dogorywali… I gdy przed południem dopadł ich pościg – tubylcy jako tropiciele, w drugiej linii Zamorscy i sprzymierzone z nimi krasnoludy – uciekinierzy po prostu się poddali.
Wspomnienia, rozpaczliwe wołania ojca, rzężenie konającego Gwalina – wszystko od-płynęło w nieświadomość. Ibun stracił przytomność.

***

- Nie chcę krzywdzić ludzi. Nie chcę skrzywdzić tego człowieka. Mam odpokutować swoje występki…
Elfy też widzą w ciemności. Saeros dostrzegł, że niewielka grupka uciekinierów opuściła pole walki i cofa się w dżunglę. Na ile mógł rozpoznać ich stroje – oprócz kilku krasnoludów byli to członkowie owego towarzyszącego im poselstwa. Jacyś ludzie ze wschodnich stepów.
Saeros nie był pewien, dlaczego tak ważne jest, aby ich dogonić, ale wiedział, że musi iść ich śladem. Okrzyknął się tylko Glorfindelowi i ruszył w pościg. Nie zwracał uwagi czy ktoś z towarzyszy biegnie jego śladem.
Trzech, może czterech ludzi… tyluż krasnoludów… uchodzących przed jednym na-pastnikiem... Nie – poprawił się Saeros - przed pościgiem, który może być dowolnie liczny i groźny. Elf nie był pewien, czy go widzieli, mógł zakładać że nie. Jeśli utrzyma odpowiedni dystans będzie mógł ich śledzić, samemu będąc poza ich zasięgiem. Jeśli uznają, że nic im nie grozi, zwolnią tempo, na pewno zaś w ciągu dnia zatrzymają się na odpoczynek. Saeros będzie mógł obmyśleć jakiś plan. Wiedział, że musi ich zatrzymać. Wiedział, że nie może ich zabić.
„Pamiętaj że jesteś elfem” – przypomniał sobie pouczenie. Elf nie zabija, chyba tylko w ostatecznej potrzebie ratowania własnego życia. Szczególnie nie wolno mu zabijać istot rozumnych, Dzieci Eru: Pierworodnych, Następców ani Przybranych... Saeros nie skracał dystansu.

Kończyła się noc i przez gęste poszycie roślin dopiero przenikała szarość brzasku, gdy usłyszał jęk, szamotaninę i charakterystyczny szczęk broni. Zmieszane głosy walczących. Zatrzymał się. Grupka uciekinierów musiała natknąć się na jakiś oddział tubylców, kręcących się w pewnym oddaleniu od pola walki. Szczęk broni narastał, Saeros z mieczem w dłoni ostrożnie się zbliżył. Ktoś rozdzierająco wrzasnął, jakieś ostrze zgrzytnęło na kości… I nagle odgłosy walki zaczęły cichnąć.

Elf ujrzał niewielką, nieco jaśniejszą polankę i ostrożnie doszedł do jej skraju. Trup starszego Khandyjczyka ze strzałą sterczącą z szyi. Kłąb trzech… czterech zastygających ciał: młody Khandyjczyk i trzech czarnoskórych mieszkańców lasów skręconych w agonii, pociętych nożami… krasnolud w zdobionym srebrem kaftanie, leżący w kręgu zabitych czarnoskórych wojowników, a połowa jego głowy wygląda jak odcięty arbuz… Czarnoskóry, potężnie zbudowany wojownik ze złotymi kolczykami w uszach i kolorowym pióropuszem na głowie leżący na krasnoludzie: flaki czarnoskórego, rozprute krasnoludzkim toporem wypływając zmieszały się z bebechami Syna Durina przebitego na wylot mieczem…

Krzyki cichły w oddali, po masakrze niedobitkowie obu stron musieli rozbiec się w różnych kierunkach… Z zarośli po północnej stronie polanki dobiegał trzask łamanych gałęzi i oddalające się kroki… dwie pary obutych nóg. Czarnoskórzy chodzili boso albo w łapciach… Saeros ruszył za nimi, przeskakując ciało jeszcze jednego krasnoluda, z którego pleców sterczał dziryt.

W trawie, na tropie uchodzących raz i drugi pojawiły się ślady krwi. Odgłosy ucieczki sugerowały, że jeden utyka. Teren lekko się podnosił, hałas uciekinierów nagle ustał. Sareos wiedział, że utrzymuje za nimi stały dystans i ze hałasuje znacznie mniej niż oni. Cichy jęk, jakby sapnięcie… i oddalające się kroki. Jednego człowieka…

W gąszczu leżał smagły, starszy, siwiejący Khandyjczyk. Zdobny, dostatni strój był podniszczony, prawa nogawka spodni poniżej kolana mocno zakrwawiona. Ze świeżej rany na piersi sączyła się jeszcze krew, ale zabitemu ktoś położył na zamkniętych oczach srebrne monety i splótł jego dłonie na powalanym krwią kaftanie. Dosłownie przed minutą…

Saeros widział już wiele bestialstwa i – jak mówił Glorfindelowi – zaczął bać się ludzi. Tu przynajmniej wszystko było jasne: starszy i ranny spowalniał towarzysza, który pozbył się obciążenia – i przynajmniej uczcił zabitego. Może przynajmniej ostatniego uda się ocalić…? Mordercę własnego towarzysza…
Elf przyspieszył. Nie było powodu się już ukrywać. Teren wciąż się podnosił. Sylwetka Khandyjczyka przemykała pomiędzy drzewami, dystans stopniowo się skracał. Uciekinier w prawicy trzymał szablę, lewą ręką podtrzymywał przewieszoną przez ramię sakwę. Wybiegł na otwarty teren – łąka, a nieco dalej horyzont raptownie się kończył - urwisko. Elf deptał mu po piętach, dzieliło ich może dwadzieścia kroków.
Khandyjczyk obejrzał się i Saeros zatrzymał się jak wyryty. Ta twarz, te włosy…
- Turin…!
W ułamku sekundy zrozumiał bezsens swego okrzyku. Scena sprzed ponad dwóch tysięcy lat: sprowokowany do walki człowiek, zdobywający przewagę nad swoim dręczycielem-elfem i ścigający go z mściwą radością. I upokorzony dręczyciel, szukający ocalenia w ucieczce, ścigany aż na brzeg urwiska… i w panicznym strachu próbujący przeskoczyć na drugą stronę szczeliny, mimo że ścigający zatrzymał się już, nasycony zwycięstwem... Chybiony skok, wrzask przerażenia, rosnące w oczach ostre kamienie na dnie płynącego dołem urwiska strumienia… przeszywający ból… i cisza, a w niej pytający wzrok Mandosa: „dlaczego zmarnowałeś swoje istnienie…?”

A teraz, niemal dwa i pół tysiąca lat później, w innej krainie, wśród innych drzew, stali na brzegu urwiska: ścigający elf - i śmiertelnie zmęczony ucieczką człowiek. Człowiek o twarzy tak podobnej do Turina… – przecież absurdem byłby przypadek, ale równie wielkim absurdem byłoby szukanie pokrewieństwa przez mnogość ludzkich pokoleń.

Saeros opuścił miecz. Ten człowiek nie mógł być pra- pra- wnukiem Turina. Ale to po-dobieństwo musiało być znakiem – a może próbą? To wróg – ale trzeba go ocalić. Tak jak wieki temu Saeros dręczył, a wreszcie próbował zabić sojusznika – tak teraz musi ocalić wroga. Tak dopełni się jego pokuta. Przełożył miecz do lewej ręki, prawą wyciągnął do Khandyj-czyka w przyjaznym geście.

- Zatrzymaj się, śmiertelniku! Nie chcę twojej zguby! Chodź ze mną! Ocalę cię! Jeśli zechcesz odprowadzę cię do ojczyzny! Sam nigdy tam nie dotrzesz! Chcę ci pomóc!
- Precz, demonie! – ścigany cofnął się na krawędź urwiska. W prawej ręce unosił szablę, lewą rękę zaciskał na skórzanej torbie. Jego panika nie malała.

Saeros uznał, że nie ma wyboru: słowami uciekiniera nie przekona, przerażony człowiek w końcu się na niego rzuci… albo rzuci się z urwiska. Lecz jeśli elf spojrzy w oczy śmiertelnika, nawiąże z nim kontakt wzrokowy – to może nagiąć go do własnej woli. To niegodziwe, zdawał sobie sprawę – ale chce tego nieszczęśnika ocalić. Nie jest wprawdzie Władnącym Mocą, ale na jednego przerażonego dzikusa – jego zdolności umysłowe powinny wystarczyć aż nadto…
Ich oczy na moment spotkały się…
- A Elbereth Gilthoniel… - zaczął Saeros. Oczy mu rozbłysły. Ale w tym samym momencie Khandyjczyk wrzasnął coś w swoim języku. Saerosowi słowa zamarły na wargach. Oniemiały patrzył bezsilnie, jak Khandyjczyk z krzykiem obraca się na pięcie…
…i skacze w przepaść – kończąc własne zaklęcie. Po chwili zza skraju urwiska rozległ się trzask rozdzieranego materiału – a później ohydny łoskot odgłos upadku ludzkiego ciała.
Saeros po chwili zdobył się na kilka kroków do krawędzi urwiska. Słowa wybierającego śmierć uciekiniera rozbrzmiewały w jego głowie. Dlaczego Varda nie dała mu sił, aby ocalić tego nieszczęśnika…?
…Być może dlatego, że nie wolno przyzywać jej mocy, aby dominować nad umysłami innych istot? Nawet, jeśli ich ubezwłasnowolnienie – ma dokonać się dla ich dobra? Bo może dobro, w taki sposób osiągane – jest złem w oczach Valarów? Bo może istnieje inna moc – plugawa, lecz silniejsza od Vardy – która w ten sposób już od dawna pozyskiwała sobie zwolenników, manipulując ich umysłami?
Jakim zaklęciem ten śmiertelnik odparł jego, Saerosa, wezwanie Vardy? Czy to sama Elbereth pozwoliła Saerosowi na chwilę wniknąć w myśli tamtego? Nie zapanować nad nimi, ale je zrozumieć?
„Stwórcą świata jest Melkor. Władcą świata jest Sauron”.

Saeros wychylił się za krawędź urwiska. Daleko w dole – roztrzaskane, zdeformowane upadkiem szcząki Khandyjczyka. A wyżej, zaledwie kilka metrów poniżej szczytu urwiska – zawieszona na połamanym krzewie skórzana sakwa…
Widocznie podczas upadku Khandyjczyk zahaczył o kępę krzaków i zostawił na niej dokumenty, które starał się ocalić…?
- Muszę zanieść tą sakwę z dokumentami Glorfindelowi…
- …ale najpierw – pogrzebać szczątki tego nieszczęśnika. Nie ocaliłem go, ale przynajmniej pochowam należycie.

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
Turek
Mieszkaniec Shire


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 24



Wysłany: 06-05-2018 21:40    Temat wpisu: Pojawienie się Nazguli -2251 rok Drugiej Ery -IX część Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

IX (20 lipca 2251, dżungla Dalekiego Haradu)

Grain desperacko zastanawiał się, jak ocalić drugiego syna. Zwykłym chorobom zaradziliby, krasnoludy są odporne, ale na strzale, która ugodziła Ibuna, musiała być jakaś trucizna…

Zabitych pochowano na pobojowisku nocnej bitwy – krasnoludy z obu obozów solidarnie pomagały sobie w grzebaniu współziomków. Wtedy to Grain i osłabiony raną Ibun ostatni raz widzieli ciało Gwalina. Potem zwycięzcy ruszyli na zachód, przez dżunglę, pędząc ze sobą jeńców. Krasnoludy mordorskie znalazły się pod strażą umbarskich rodaków; Ibun mimo rany nie chciał jechać na wozie, wolał iść wraz z ojcem.

Wieczorami, na postojach, oni i inne wzięte do niewoli krasnoludy rozmawiali ze swoimi strażnikami. Do gawędy włączał się Khim (szczęściarz, nawet go nie drasnęli), na uboczu trzymał się zrozpaczony po śmierci bliźniaka Dori. Z zasłyszanych strzępów rozmów jeńcy składali rzeczywistość: istotnie, pokonali ich Zamorscy, którzy przybyli z Umbaru wraz z osiadłymi tam krasnoludami (kilku rozpoznawało Khima), dobrali sobie haradrimskich najemników, dozbroili dzikusów z żyjących w dżungli plemion – i skutecznie przecięli szlak z Hyarn do Khandu. W gronie krasnoludów zwycięzcy rozmawiali z jeńcami w chłodnej, acz nie wrogiej atmosferze.
- Syn Durina nie powinien służyć przeciwko pobratymcom! – zaperzał się Grain
- Krasnolud nie powinien iść w służbę Mordorczyka, który chciał złupić święty Khazad-Dum! - kwitowali strażnicy
- Myśmy się pisali na budowlankę, nie na wojaczkę… - odparował słabym głosem Ibun
- A jaką budowlankę?! Gdyby Mordorczyk chciał sobie pomnik postawić – to bylibyście w prawie! Ale wyście budowali mu fortece! – parsknął dziesiętnik wartowników.
Po kilku dniach dotarli do obozowiska swoich przeciwników. Kilkuset, może tysiąc czarnoskórych z miejscowych plemion, trochę smagłolicych kawalerzystów z Haradu, Zamorscy w pomysłowych zielono-brązowych strojach, czyniących ich w dżungli niewidocznymi… i hufiec krasnoludów. Dowodził jeden z Zamorskich, ale o ciemniejszej karnacji skóry, wołali go Henderch. Było już sporo jeńców: głównie krasnoludów z ich oddziału, ale też nieco Khandyjczyków.
- Wyście się do końca trzymali w szyku, a miejscowi was nie znają, to i sporo was przeżyło. Te khandyjskie męty poszły w rozsypkę, próbowały pojedynczo uciec w dżunglę, a murzyny ich nie lubią. Nie wiem czy który z nich wróci do swoich, czy tylko ci co myśmy ich pojmali, przeżyją – rzucił dowódca wartowników.

Ostatni dzień wędrówki Ibun spędził już na wozie. Osłabł, tracił przytomność. Grain nie wiedział jak go leczyć, krasnoludzcy strażnicy szeptali coś pomiędzy sobą zafrasowani, ich dowódca obejrzał ranę Ibuna i pokręcił tylko głową.

To było dwa dni temu. Zdążyli pochować kolejnych zmarłych, do obozowiska wracały patrole ścigające po dżungli niedobitków. Z Ibunem było coraz gorzej, wreszcie na prośbę Graina strażnicy wezwali obozowych lekarzy. Do chorego Ibuna przybył… elf. Wysoki, smukły, o młodej, mądrej twarzy i dziwnych oczach – elf, czystej krwi… zaufać mu czy nie? Grain zagryzł usta, patrząc na wchodzącego. Elf skinął mu głową, podszedł do leżącego
- Ma na imię Ibun? – ostrożnie rozchełstał bluzę, poluzował opatrunek, obejrzał ranę, zacisnął wargi… - Spróbuję go wyleczyć…
- Elfie, to mój ostatni syn. Jeśli go ocalisz, będę twoim dozgonnym dłużnikiem. Zapłacę, ile każesz… mam czym, ja i mój klan!
- Nie potrzebuję waszego złota… przynieście wrzątek i czyste bandaże. I wynieście go na powietrze.
Po kilku godzinach rana Ibuna była już oczyszczona, przemyta i ostrożnie opatrzona. Cienie wydłużyły się, nadchodził wieczór. Ostrożnie przenieśli go z powrotem do jaskini-więzienia. Krasnolud leżał teraz nieruchomo, pogrążony w głębokim śnie.
- Musi mieć spokój, strażnicy przyniosą wam bulion, jutro rano jeśli się zbudzi ostrożnie go nakarmisz. Ja przyjdę przed południem.
- Elfie… - wychrypiał Grain - nie zapłacę ci zwykłym złotem z kopalni. Mam trochę mitrylu. Mam klejnoty, które wyście dawno temu wykuwali. Mój pradziadek plądrował wasz Doriath, jeszcze w Beleriandzie… oddam ci wszystko, tylko uratuj mi syna!!!
- Wystarczy mi, synu Durina, że opowiesz nam wszystko co wiesz o kraju Mordorczyka – i o jego polityce… Niedługo będziemy was wzywać na rozmowy.

***

Przesłuchania zaczęły się dwa dni później. Khandyjczycy i krasnoludy byli doprowadzani do otoczonego strażą namiotu. Siedział tam Henderch – to on sprawiał wrażenie najważniejszego w całym hufcu, elf-lekarz, którego wołali bodajże Gildor, dowódca umbarskich krasnoludów - Felkin i kilku skrybów. Niektórych spośród przesłuchiwanych odprowadzano już po kilku minutach, inni składali zeznania całymi godzinami. Dwa dni później przyszła kolej na Graina.
- …szukaliśmy zarobku, a niektórzy spośród nas mieli… kłopoty, tam skąd pochodzili. Za ciasno było nam i w Górach Mglistych i na Żelaznych Wzgórzach, nie mogliśmy sobie znaleźć miejsca… Przenieśliśmy się więc na południe, próbowaliśmy szczęścia w Angrenost, ale w końcu trafiliśmy na pogranicze Mordoru, pomiędzy Góry Popielne a Góry Cienia.
- …Mordor wydawał się dobrym, bezpiecznym miejscem pracy… Mordorczyk budował tą swoją gigantyczną twierdzę, orków-roboli miał ile chciał, ludzi też, ale ciemnych i nieokrzesanych, gdzieś ze wschodu. Ale brakowało mu inżynierów, architektów i dobrze nam płacił.
- …oczywiście, że Mordor ma otwartą wschodnią granicę. Nigdy nie byliśmy dalej na wschód niż w Barad-Dur, ale stamtąd, ze wschodu przybywały codziennie transporty żywności, robotnicy…
- …naszych nie ma tam zbyt dużo. Może trzy tysiące, może pięć… Głównie jako górnicy i budowlańcy, niewielu żołnierzy…
- …armia Mordoru to oczywiście orkowie, także trolle i inne plugastwo. Mordorczyk dbał, aby nas od nich separować, bo byłyby kłopoty. Zresztą to robactwo trzymało się z dala, mieszkali w swoich obozowiskach u podnóża Barad-Dur, a my i ludzie – w samej twierdzy. Forteca jak góra… jak masyw górski! Hojnie nam zapłacono. Załoga Barad-Dur to przede wszystkim ludzie.
- Ludzie w służbie Saurona? Skąd ich bierze, co im zleca? – dopytywał się Henderch.
- Jużem mówił – większość to ciemne i tępe prostaki, gdzieś ze wschodu, od orków niewiele odmienne. Ale spotykałem też waszych – spojrzał na Hendercha – najemników. Prawie sami mężczyźni, kobiet niewiele. Osobista służba i ochrona Saurona, jego doradcy, zaufani – to w większości Zamorscy, jak wy – rośli, mowni, umni.
- …dowódcę Barad-Dur widziałem kilkakrotnie, nigdy z nim nie rozmawiałem, nasi przywódcy czasem z nim coś ustalali. To człowiek, zwą go Murazor, mówią że biegły w magicznych sztukach. Mówili też, że to jakiś wasz – skinął Henderchowi głową – książę… że z owej waszej wyspy za morzem na zachodzie przybył, przez jej władcę ścigany, chocia krewniakiem, czy pono bratem jego był. Nie wiem, czy prawda to, ale Synowie Durina też nawet w rodzie czy klanie kłócą się i walczą ze sobą – więc może ludzie też? Mówią, że już ze trzy wieki w Mordorze mieszka i najzaufańszy to sługa Mordorczyka.

Z satysfakcją ujrzał grymas niedowierzania na twarzy oficera. A ze zdziwieniem – nagły błysk zainteresowania w oczach elfa.
- Nonsens! I to już kolejny jeniec… - parsknął Henderch.
- Widocznie ta plotka jest w Mordorze bardzo rozpowszechniona…? – skomentował elf.
- Jak ów Murazor wyglądał? Jak się odziewał?
- Z pańska się nosił, wysoki, silny, hardy, a jak krzyknął to wszystko drżało. Dość było spojrzeć, że to pan z panów. Ale nam rozkazywać ani krzykać nie śmiał. Siadał z naszą starszyzną, z Kraudem czy Trybalem i rozmawiali. Raz, pomnę, stali z Kraudem i patrzyli z wieży na robotę naszych chłopaków na murach, coś się temu Murazorowi nie spodobało i syknął, że mnie, a stałem kawałek dalej, aż dreszcz przeszedł z zimna. Ale Kraud spojrzał na niego i jak burknął, to tamten aże cofnął się… Bo Kraud też zaufany u Mordorczyka, dostał od niego nawet specjalny pierścień szczęścia...
Grain - i tylko on - zauważył błyskawiczne spojrzenie, jakie rzucił mu ów elf zwany Gildorem. Zrozumiał, zmienił wątek, pozostali słuchacze chyba niczego nie zauważyli... Przesłuchanie zbliżało się do końca. Głos zabrał najbardziej dotychczas małomówny Felkin.
- Pomnicie, Panie Henderchu, jak się jeszcze w Umbarze umawialiśmy? Jeśli ich więcej dla informacji nie potrzebujecie, tedy ja ich przejąć mogę i osądzić według praw naszego plemienia. – Zwrócił się do Graina – Damy wam szansę, bo to nie wasza wojna. Służyliście Mordorczykowi, on was wysłał jako najemników Akk… Akor… temu z Hyarnu. Nie uciekliście z pola walki, walczyliście póki był sens, swojej części kontraktu dotrzymaliście. Żadnych grubszych świństw też chyba nie robiliście… Jesteście z Mordorczykiem kwita, nie wasza wina, że przegraliście. My tu też jesteśmy tylko dla żołdu, gdyby to wasi wzięli nas do niewoli, gadalibyście z nami tak samo. Skończymy wojaczkę, wracamy z pełnymi trzosami do swoich: do Umbaru, czy w góry... A tobie dobrze z oczu patrzy. Możemy poręczyć za ciebie i syna, zaprzysiąc was do naszego klanu. Zapłacisz nam później. Wchodzisz w taki układ?
- Bylibyśmy wolni?
- Najpierw dostojny Gildor wyleczy twojego syna, później być może będziemy mieli jeszcze jakieś pytania – odezwał się Henderch. - Ale skoro przywódca krasnoludów chce za was ręczyć…
Felkin uśmiechnął się krzywo.
- My, Synowie Durina musimy se wzajem pomagać, nie? Bo kto inny nam pomoże? Nie porzucimy naszych braci, my „dzieci gorszego boga”. Z uszanowaniem, panie Gildorze – zwrócił się do elfa – czy poświęciłbyś swój czas i moc, aby leczyć jeńca-krasnoluda, gdyby nie było to ceną za zdobycie ważnych dla ciebie nowin?
- Tak! Jeśli tylko byłoby to w mojej mocy, a on wprost nie odrzuciłby mojej opieki. – elf na moment zawahał się – Tak mnie wychowano, że leczyłbym nawet bezbronnego, cierpiącego orka.

***

- Wiesz, Gildorze, jak dzielimy zdobycz. Mogę was wynagrodzić złotem, ale jeńcy, przejęta korespondencja i łupy – należą do Numenoru. To dowody knowań Akhorahila…
- Czcigodny Henderchu, dla ciebie te dokumenty to tylko dowody zdrady jednego z waszych wielmożów. Tobie chodzi o politykę, a dla mnie najważniejsza jest zawarta w nich zła magia. A jeśli chodzi o jeńców – nic mi do ludzi, ale krasnoludy nie wydadzą ci swoich pobratymców.
- O krasnoludów mniejsza… wiem, że opiekujesz się kilkoma poranionymi jeńcami, ale mam nadzieję, że pamiętasz o naszej umowie. Przysiągłeś informować nas o wszelkich ważnych kwestiach. Moi podwładni też zasięgali od nich języka.
- Czcigodny Henderchu – od kolejnych jeńców otrzymujemy powtarzające się informacje. Mordor ma otwarte drogi handlu i ekspansji, nie jest izolowany, zdobywa gdzieś na wschodzie sojuszników. My, elfy, przewidywaliśmy to od dawna, wy też weźcie to pod uwagę.
- Masz rację, będziemy czujniejsi…
- No i ta sprawa Murazora… namiestnika Mordorczyka w Barad-Dur… wykluczasz możliwość, że to TEN Murazor – królewicz Numenoru, syn Kiryatana, brat Atanamira?
- Gildorze, będę złośliwy: jeśli ktoś jest wieczny, jak elf – to mogą mu się mylić epoki. Książę Murazor zaginął jeszcze za panowania Kiryatana. Teoretycznie mógłby teraz jeszcze żyć, ale byłby już po czterechsetce… tyle miał Atanamir, gdy dogorywał. Zniedołężniały dziadyga z demencją – namiestnikiem Saurona w jego głównej fortecy?
- Jednak krasnoludy potwierdzają, że to człowiek…
- Barad-Dur, jak mówią, to forteca jak góra, większa od Umbaru… żeby zarządzać takim kolosem trzeba niewyobrażalnego doświadczenia i talentu… Człowiekowi zwyczajnie nie starczyłoby życia, żeby poznać jej wszystkie tajemnice… Haradrim czy dzikus z dżungli zdążyłby osiwieć, zanim obszedłby jej zakamarki… Nie ma w Śródziemiu ludów, które mogłyby ogarnąć umysłem tak gigantyczną fortecę! Uprzedzając twoje pytanie: nawet Numenorejczykowi byłoby trudno!
- Co więc sądzisz, Henderchu?
- Elfie, to oczywiste, że Sauron bierze na służbę także ludzi. I wierzę, że trafiają się wśród nich jacyś renegaci z Numenoru. Ale to trochę za duży zbieg okoliczności: Mordorczyk potrzebuje komendanta stolicy – i jak na zawołanie pojawia się numenorejski królewicz, zaginiony wieki temu, kompetentny i gotów do służby… A co po jego śmierci? Sądzę, że do Mordoru czasami przybywają zdrajcy z Numenoru - dostają wtedy u Saurona stanowiska zgodne z ich ogólnymi zdolnościami. Każdy Numenorejczyk jest na tle innych ludzkich plemion piękny, inteligentny, oczytany – oczywiście jeśli jest „czystej krwi”… - dodał Henderch z przekąsem. - Więc wysyła się ich do dyplomacji, do propagandy, na dworzan, mistrzów ceremonii. Jeśli trafi się ekspert od uzbrojenia – to oczywiście też się go zatrudni. Ale nie na zastępcę Saurona!
- Więc kim byłby ów komendant?
- Gildorze, zastosuj dedukcję: nie elfy – bo za szlachetne, nie orkowie – bo za głupi, nie dzikusy ze Śródziemia – bo też za głupi, nie Numenorejczycy – bo renegatów jednak jest mało, do tego – fachowców… To oczywiste – krasnoludy!
- Jednak jeńcy mówią co innego…
- Jeńcy po prostu chcą mieć spokój! Jeśli mówią: „w Barad-Dur my tylko remontujemy i naprawiamy mury, a właściwym komendantem jest tajemniczy Numenorejczyk, władający czarną magią” – odwracają podejrzenia od siebie. Jeśli wyjawiliby – co jak sadzę jest bliższe prawdy: „Jeśli pojawi się jakiś renegat z Numenoru, to Sauron powierza mu prestiżowe, ceremonialne stanowiska, ale to my na stałe zarządzamy twierdzą”, zaraz zaczęlibyśmy drążyć: z jakiego klanu jest komendant, czy mamy na niego jakieś haki, a może mają je krasnoludy? Od lat pracuję w wywiadzie, znam takie uniki przesłuchiwanych!
- Możesz mieć rację, Henderchu…
- Nie obawiaj się, wszelkie przypuszczenia i hipotezy – uwzględnię w raporcie. Naprawdę, bardzo nam pomogłeś. A ten twój druh, Saeros – odnalazł się już?
- Jeszcze nie…

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
Turek
Mieszkaniec Shire


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 24



Wysłany: 09-05-2018 23:34    Temat wpisu: Pojawienie się Nazguli -2251 rok Drugiej Ery -X część Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

X (15 października 2251)
Przez okna padały jesienne promienie słońca, barwiące się w witrażach na całą tęczę kolorów. Kolorowe cętki światła barwiły rozłożoną na stole mapę Śródziemia. Było słoneczne popołudnie, ludność Armenelos wciąż cieszyła się wspaniałą, niemalże letnią pogodą. Tylko wieczory były już coraz chłodniejsze i wcześniejsze, powoli nadchodziło święto końca jesieni - Eruhantale.
- Dwa miesiące żeglugi w jedną stronę… - myślał Elatan, patrząc na mapę. - Gdybyśmy mieli jakiś system przekazywania wiadomości między Numenorem, a naszymi głównymi placówkami, Umbarem i Tharbadem chociażby… Ponoć mistrz Feanor niegdyś wytoczył takie kryształy czy też kule, które pozwalały wymieniać informacje na wielką odległość… Zapytałbym Pengoloda…
Żal do elfiego przyjaciela znacznie już przygasł w sercu Elatana. Brakowało mu rozmów z mistrzem wiedzy, syn kanclerza też tęsknił do swojego mentora. Rozmyślania przerwał mu głos Kiryatura, który kontynuował swój referat:
- …przygotowaliśmy kilka wariantów operacji „Lew Morski”: poczynając od blokowania działań Hyarn poprzez dozbrajanie broniących się przed nim plemion, ale bez oficjalnej z nim wojny, poprzez ograniczone operacje prowadzone z Umbaru, mające osłabić zasoby Hyarnu, aż po otwartą wojnę, z użyciem królewskiej armii i floty, zakładającą desant, oblężenie i zajęcie Hyarn. Czy Wasza Dostojność chce poznać szczegóły? – Kiryatur sięgnął po dokumenty.
Siedzieli w komnacie jak pół roku wcześniej: Veantur, Elatan, Kiryatur i Henderch. Veantur bawił się mitrylowym łańcuchem. - Gruby, pewnie bajecznie kosztowny, ale niedbale obrobiony. – pomyślał Elatan.
- Hmmm… - Veantur oderwał wzrok od mitrylowego cacka. - Akhorahil w końcu się nie zbuntował, cały czas z nim korespondujemy, przyjmuje naszych posłów, odprowadza daninę. Po prostu domaga się większej samodzielności, co w wypadku namiestnika na peryferiach – jest zrozumiałe. No i – powtarzam – nie wiemy, jak kosztowna byłaby próba odsunięcia go od władzy… i czy jego ewentualny następca nie zacząłby zachowywać się podobnie…
Dostojnicy spojrzeli ze zdumieniem na następcę tronu.
- Czyżbyś Panie chciał uznać jego politykę? – spytał wprost Elatan. - Szanowny Henderch przywiózł dowody na kontakty Akhorahila z Mordorem i z Khandem…
- Tolerując samowolę Akhorahila godzimy się na bardzo niebezpieczny precedens. Inni gubernatorzy mogą pójść w jego ślady, zacząć wręcz wybijać się na samodzielność. A niektóre z naszych posiadłości dysponują zasobami porównywalnymi z samym Numenorem – podjął Kiryatur.
- Henderchowi dziękuję w imieniu Najjaśniejszego Pana, mego ojca. Wykonał rzetelną i niebezpieczną misję i jego usługi nie będą zapomniane… Ale musimy przyjrzeć się zagadnieniu z szerszej perspektywy. Zamykam posiedzenie, spotkamy się na Eruhantale, a później – na przyjęciu z okazji Nowego Roku.
Henderch podniósł się jak sprężyna i nisko pokłonił wychodzącemu następcy tronu, który odpowiedział mu lekkim skinieniem głowy. Dla zwykłego oficera i zaledwie półkrwi Numenorejczyka pochwała takiej osobistości była zapowiedzią awansów i kariery. Kiryatur i Elatan wychodzili rozmawiając cicho. Przyjaciel Elfów i Człowiek Króla byli równie zmieszani i przygnębieni.
- …dwa dni temu przypłynęła eskadra z Hyarn. Akhorahil wyczuł co się święci, przysłał daninę dla Ankalimona – i prezenty dla Veantura, zresztą dla mnie i dla ciebie też – perorował Kiryatur, już na dziedzińcu budynku Admiralicji. Zachodzące słońce powoli kryło się za górującą nad horyzontem Meneltarmę i połowa dziedzińca była jeszcze oświetlona - a połowa pogrążała się w przedwieczornym cieniu.
– Ten jego nowy łańcuch? – pokiwał głową Elatan.
- I bransolety, i zapinka do płaszcza… ech, „Srebrnoręki bandyta”!
- O Elbereth, jak mało trzeba, żeby sterować naszą polityką! Łańcuch z mitrylu i nie ma wojny… Bransoleta z mitrylu i separatysta, rozwalający państwo – staje się znów wiernym lennikiem…
- Gdyby Mordorczyk o tym wiedział, to zamiast gromadzić przeciw nam armie, dałby Veanturowi skrzynkę mitrylu i też stałby się sojusznikiem…
- „O nierządne królestwo i zginienia bliskie, gdzie ani prawa ważą, ani sprawiedliwość ma miejsce, ale wszystko mitrylem kupić można” – odezwał się niespodziewanie książę Andunie.
- Co to? – uśmiechnął się Kiryatur.
- Powiedzmy że… krasnoludzki poeta krytykujący politykę Durina w Morii…
- Niezłe! Ale przecież krasnoludy nie mają poe… Lepiej nie powtarzaj tego cytatu Najjaśniejszemu Panu! Ale masz niestety rację.
Zbliżali się do skraju dziedzińca, gdzie czekały ich lektyki, gdy do Elatana podbiegł młody paź, kłaniając się przed dostojnikami.
- Mój panie! W Armenelos jest dostojny elf Pengolod i prosi, abyśmy przekazali ci jego przeprosiny i zaproszenie do wizyty! Mówił też, że ma dla ciebie dar: cenny manuskrypt z Eressei!
- Pokłóciliście się? – Kiryatur był mocno zdziwiony. – Nieważne… na koniec roku można sobie wiele rzeczy wybaczyć. Odwiedź Pengoloda i przekaż mu moje pozdrowienia, właśnie skończyłem czytać jego „Upadek Ost-in-Edhil”. Zresztą „O jeden most za daleko”, ten o walkach nad Gwathlo, też był znakomity. Niech pisze te swoje kroniki, ale nie miesza się do polityki! Do zobaczenia na Eruhantale! – Z tymi słowami Kiryatur skierował się do swojej lektyki, czekającej opodal.
- Przekaż dostojnemu Pengolodowi – Elatan pokiwał głową – że przyjmuję przeprosiny. Zapraszam go na obchody Eruhantale na mój dwór w Andunie. Mój syn też się za nim zdążył stęsknić…

***
Biała Rada zbierała się bardzo rzadko – ale przecież elfy są nieśmiertelne. Elrond już nieraz zastanawiał się nad możliwością poszerzenia obrad o przedstawicieli wszystkich plemion, pragnących żyć w pokoju. Może władcy Numenoru? W końcu ich protoplasta Elros był jego rodzonym bratem, który w chwili próby wybrał los ludzi – Elrondowi pozostawiając status elfa… Może Durin – władca krasnoludów? W końcu jego stolica leży nieopodal, a Góry Mgliste są naturalnym wałem obronnym dla Zachodu…
Spotkali się w ruinach Ost-in-Edhil – po trosze z sentymentu do zburzonej stolicy, po trosze dlatego, że to miejsce było najbardziej centralnie położone. Obowiązki gospodarza pełnił najbliżej mieszkający Elrond, Galadriela, która zamierzała wracać z Lorien do Belfalas, przybyła przez nieodległą Morię, gdzie z jej orszakiem połączyła się świta krasnoluda Grora, wysłannika Durina. W imieniu Kirdana-Szkutnika z Szarych Przystani na zachodnim wybrze-żu przybył Galdor, Najwyższego Króla Elfów Gil-Galada – reprezentował Erestor. Wieczorem, kiedy orszaki rozbiły namioty, spadł deszcz. Rano, w cieniu gór, nad ziemią długo unosiły się pasma mgły. Wiał chłodny, północny wiatr. Była już pełna jesień.
Gromadka notabli właśnie kończyła skromne śniadanie, siedząc przed namiotem Elronda. Opodal krzątały się i posilały ich orszaki.
Milczeli – wszystkie argumenty zostały już przedstawione, a hipoteza, że Sauron rozdał swoim ludzkim zwolennikom pierścienie zrabowane ongi Kelebrimborowi, dając im w ten sposób nienaturalnie długie życie i pozyskując ich żądzę władzy dla poszerzenia własnego imperium – zyskiwała na wiarygodności. Niemniej pozostawała tylko hipotezą…
- Nie mamy dowodów, tylko poszlaki… - podjął Elrond. - Układają się w pewną całość, ale są fragmentaryczne. Glorfindel sądził, że owi ludzie, na których czeka Mandos, uzyskali nieśmiertelność dzięki pierścieniom wykutym przez Kelebrimbora, jakie rozdał im Sauron.
- Mamy ocalałe dzieła Kelebrimbora – podjęła Galadriela - klejnoty i ozdoby, którymi nas obdarowywał...
Elrond nie był pewien, czy na policzkach elfki nie pojawiły się delikatne rumieńce.
- …Możemy odtworzyć jego styl rzemiosła i ornamentyki. Dzięki wspaniałomyślności czcigodnego Durina z Morii mamy też opisy i rysunki pierścienia, który jego ojciec otrzymał z rąk Kelebrimbora tuż przed wojną.
- Nasz władca przechowuje ten klejnot jako wieczną pamiątkę przyjaźni między naszym plemieniem, a pobratymcami Kelebrimbora – wtrącił Gror, kłaniając się dwornie Galadrieli.
- Mamy świadków – dodał Elrond – ocalałych elfów z Gwaith-i-Mirdain, którzy pamiętają, jak wykuwano Dziewięć i Siedem, i jak Sauron, używający wtedy przebrania Annatara, brał je jeden po drugim, jeszcze rozżarzone, w swoje palce, aby „sprawdzić jakość złota”.
- Nasz władca wie o krasnoludach, które poszły w służbę Mordorczyka. – odezwał się Gror. – Ich przywódcy, szczególnie dla Mordorczyka zasłużeni, mieli otrzymywać od niego „klejnoty szczęścia”. Mogłyby to być pierścienie, pierwotnie przeznaczone dla dzieci Durina.
- I cóż się dzieje z owymi krasnoludami? – spytał Galdor.
- Wiemy niewiele - Gror pokręcił głową. – Wystarczająco trudno nam dowiedzieć się o samym fakcie posiadania któregoś z pierścieni Kelebrimbora przez jakiegoś krasnoludzkiego przywódcę, abyśmy jeszcze potrafili ustalić, co też taki pierścień przynosi. Nasi rozrzuceni po świecie pobratymcy ryją kopalnie, handlują, gromadzą skarby i władzę… typowe. W imieniu mojego pana, Durina mogę potwierdzić, że pierścień, jaki on posiada, uważa za cenny dar. Przypisuje mu w swoim życiu i w losach Khazad-Dum wiele powodzeń. Ale nie odpowiem, czy ów klejnot ma taką moc w istocie. A tym mniej – jakie właściwości mają pierścienie, które Sauron rozdaje innym władcom krasnoludów.
- Może są one przeklęte? Może ściągają nieszczęścia, przywołują jakieś potwory przeciwko swoim nosicielom? – głośno myślał Elrond.
- Raczej mają podporządkować swoich nosicieli Sauronowi. – dodał Erestor.
- Nasze plemię nigdy nie podporządkuje się mocy, która takim podstępem chce je ujarzmić – zapewnił Gror.
- Wiemy o sześciu ludziach spośród plemion południa i wschodu, którzy już od dawna powinni umrzeć – a nie tylko żyją i konsolidują swoje państwa, ale też w oczach swoich poddanych dokonują czarnoksięskich sztuk – kontynuowała Galadriela. - O jednym z nich, Hoarmurathu z Dir, daleko na północnym wschodzie, Ingvaal Avari opowiadał, że już trzy wieki temu miał otrzymać pierścień, który dał mu magiczną moc. Czegóż jeszcze nam trzeba?
- To silna poszlaka. Ale nie mamy jeszcze żadnego przesądzającego dowodu – skomentował Galdor. – Czyż Sauron potrzebowałby takich klejnotów, aby stworzyć armię z wiernych sobie ludzkich plemion? Pamiętajcie, że zanim jeszcze złupił skarbiec Kelebrimbora – powołał armie, które omal nie zmiażdżyły Eriadoru aż do Szarych Przystani…
- A z drugiej strony… dlaczego tych ludzi, w wieściach od Pengoloda, jest tylko sześciu? – wtrącił Erestor – Przecież pierścieni przeznaczonych dla ludzi było aż dziewięć? Co się dzieje z pozostałymi? Czy powiernicy naszych, elfich pierścieni mają o tamtych klejnotach jakąkolwiek wiedzę?
- Jeśli nawet któryś z klejnotów gdzieś się zawieruszył, to znaleźć go moglibyśmy tylko wykorzystując nasze trzy pierścienie. A wtedy nas z kolei mógłby odnaleźć i poddać swej woli Sauron. – odparła Galadriela. Oprócz Kelebrimbora to on właśnie wiedział najwięcej o mocy Pierścieni. Kelebrimbor nie zdążył nam, swoim przyjaciołom, powiedzieć wszystkiego o tajemnicach tych klejnotów. Dlatego używamy ich z wielką ostrożnością.
- A jeśli spośród dziewięciu „ludzkich” Pierścieni Władzy trzy zostałyby zniszczone – czy byłoby to odczuwalne dla posiadaczy pozostałych? – spytał Galdor.
- Nie wiadomo nam, aby zostały one zniszczone… - odparł Elrond - Zresztą kto, jak i dlaczego miałby to uczynić? Kto posiadałby wystarczającą moc? Jakiś ocalały sługa Morgotha? Smok? Balrog? Chyba nie Mordorczyk, który starał się je wszystkie przechwycić?
- Być może Mordorczyk wciąż trzyma je w swym skarbcu? Nie znalazł dla nich odpowiednich kandydatów? – zastanawiał się Gror.
Znowu zamilkli. Posiadana wiedza nie dawała im jednoznacznej odpowiedzi.
- Czy nie ma wieści od Glorfindela? – spytał Erestor
- Tu się rozstaliśmy osiem miesięcy temu – odparł Elrond. - Powiedział, że tu też wróci…
Glorfindel w istocie powrócił kilka dni później. Pogoda była jeszcze gorsza: deszcz, gęsta pokrywa chmur, zimna mgła. Wartownicy Elronda dopiero niedaleko od obozu dostrzegli na szlaku biegnącym z ruin Ost-in-Edhil do Tharbadu małą grupkę powoli zbliżających się jeźdźców, opatulonych w grube płaszcze. Za Glorfindelem jechał drugi elf, który przedstawił się jako Saeros, a wolne tempo podróży wyjaśniały zamykające grupkę kucyki, na których jechały dwa krasnoludy: Grain i Ibun.

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
Turek
Mieszkaniec Shire


Dołączył(a): 13 Maj 2017
Wpisy: 24



Wysłany: 13-05-2018 23:11    Temat wpisu: Pojawienie się Nazguli -2251 rok Drugiej Ery -XI część Odpowiedz z cytatem Szukaj na forum

XI (20 października 2251)

Elf szybko regeneruje siły. Po powitaniach, odświeżeniu się i lekkim poczęstunku Glorfindel wraz z Saerosem wczesnym popołudniem dołączyli do obrad. Ponieważ wciąż padał deszcz – wszyscy spotkali się w namiocie Elronda. Grainowi i Ibunowi pozwolono na nieco więcej wypoczynku – ta rasa nie przepada za konną jazdą, a musieli w ten sposób przebyć potężny dystans…

- Na przedwiośniu, ruszając na południe, miałem pewną teorię dotyczącą przesłania Pengoloda – kończył opowieść o swoich przygodach Glorfindel. – To, z czym powracam i to, co wy już wiecie - tylko ją potwierdza. Ingvaal ze wschodu przyniósł wam wieść o Hoarmurathu z Dir. Ja mam dla was pismo, którego autorem jest Khandyjczyk Uvatha, a adresatem – Akhorahil z Hyarnu.

Mówiąc te słowa Glorfindel otworzył skórzaną sakwę, wyjął z niej owinięty w tkaninę rulon i ostrożnie rozwinął go przed pozostałymi.

- W tym dokumencie najważniejsza jest pieczęć – wzór, jaki odcisnął się w laku, jest odbiciem ornamentów na pierścieniu autora, ma potwierdzać autentyczność pisma. Czy poznajecie?
- Tak. - potwierdziła Galadriela. – Klejnot, który odcisnął taki ornament, wyszedł spod tej samej ręki, co znane nam Pierścienie Mocy.
- Tak… ten odcisk mógłby dawać jeden z pierścieni Kelebrimbora – dodał Gror.
- Więc ów Uvatha nosi jeden z pierścieni Kelebrimbora, używa go jako sygnetu do pieczętowania dokumentów, a zarazem rządzi już od trzystu lat… – pokiwał głową Elrond. - I jak powiadasz, Glorfindelu, ten człowiek wielokrotnie pokazywał swoją magiczną moc…
- Podobnie wiekowy jest Hoarmurath, który też około trzech wieków temu otrzymał jakiś tajemniczy klejnot. A Ingvaal opowiadał o nadprzyrodzonych mocach, jakimi ten władca dysponuje… – podsumowała Galadriela.
- Skąd właściwie masz ten dokument, Glorfindelu? – spytał Erestor.
- Ten… oraz inne listy zdobyliśmy wspólnie z Saerosem daleko na południu, w dżunglach pomiędzy Khandem a Haradem. W Umbarze obaj przyłączyliśmy się do ekspedycji, którą zorganizowali Numenorejczycy, aby powstrzymać podboje Akhorahila z Hyarnu.

Saeros skinął głową.
- Czy Akhorahil sam nie jest Numenorejczykiem, i to z rodu Elrosa? – zaoponował Galdor – więc czemu pobratymcy mieliby go powstrzymywać?
- Władcy Numenoru zaczęli się obawiać tego możnowładcy. – kontynuował Glorfindel. - Akhorahil prowadzi bardzo samodzielną politykę, buduje flotę, armię i niechętnie słucha poleceń z Armenelos. Podejrzewają go o chęć założenia własnego państwa, niezależnego od Numenoru. Moim zdaniem dokładnie tak jest, a zdobyte dokumenty to potwierdzają. Zresztą zeznania wziętych przez nas do niewoli krasnoludów z Mordoru – w tym dwóch naszych gości - też.
- Akhorahil jest więc buntownikiem? Jakie ma szanse wobec potęgi Królów Morza? – zdziwił się Galdor.
- Szanse ma małe… i dlatego nie zrywa ostatecznie z Numenorem. Będzie lawirował i udawał lojalność… chyba że znajdzie potężnego sojusznika – wtrącił się Saeros. – Podobnie sądzą numenorejscy możni, tak też uważa uczony Pengolod.
- Myślicie, że potomek Elrosa mógłby wejść w sojusz z Mordorem? – uniósł brwi Elrond.
- Tak! – bez wahania odparł Saeros. - Balansując pomiędzy Mordorem a Numenorem może uzyskać o wiele większą samodzielność. Próbuje założyć własne mocarstwo i przy odrobinie szczęścia może mu się to udać.
- Udało nam się zniszczyć duży oddział Khandyjczyków i krasnoludów z Mordoru, idący na pomoc Akhorahilowi – kontynuował Glorfindel. - Towarzyszył im też khandyjski poseł do Hyarn. Poseł uciekł z pola walki, ale wpadł na jego trop obecny tu czcigodny Saeros. I przejął dokumenty, które wam przedstawiamy.
- Korespondencję dyplomatyczną pomiędzy Khandem a Hyarnem? – dociekał Gror.
- Dokładnie – odparł Glorfindel. - Ponieważ Saeros zdobył te dokumenty samodzielnie, z dala od miejsca starcia - uznaliśmy, że nie przekażemy ich Numenorejczykom, lecz wam. Dla Numenorejczyków to zwykła intryga polityczna, gra wywiadów… a nas interesują pierścienie Kelebrimbora i ich związek z długowiecznością sojuszników Saurona. Dokument, który wam pokazałem, stanowi chyba wystarczający dowód – wybrałem ten, na którym pieczęć Uvathy jest najlepiej odbita, ale mam ich więcej…
- Skoro domyślamy się prawdy, powinniśmy przekazać ją naszym sojusznikom z Numenoru. Niech wiedzą, czego się obawiać. Niech wyślą armie, aby do reszty pognębić Saurona, my im przecież pomożemy. Wejdziemy do Mordoru, zniszczymy Barad-Dur… i Wielki Pierścień. – stwierdził Elrond.
- Odradzam z całego serca! – dobitnie powiedział Glorfindel. – Numenorejczycy, ich królowie ani możni, nie mogą się niczego dowiedzieć o Pierścieniach i ich mocy!
- Dlaczego? – spytała Galadriela.
- Nie powiedziałem wam jeszcze wszystkiego. To, że Sauron buduje swoje wpływy rozdając sojusznikom pierścienie Kelebrimbora – to jedno. Natomiast mam poszlaki, iż pierścienie od Saurona otrzymali też potężni książęta numenorejscy… - spojrzał na Elronda - …również ci z rodu Elrosa.
- Glorfindelu, to niesłychane oskarżenie! – żachnął się Elrond.
– Słabo znam Zamorskich, ale ci z Tharbadu, z którymi handlujemy to uczciwi i dobrzy ludzie… - wtrącił Gror.
Glorfindel sięgnął ponownie do sakwy, wyjmując kolejne pismo.
- Nie rzucam oskarżeń bez podstaw. Poprzedni dokument przyniosłem tylko ze względu na pieczęć, gdyż jego treść jest błaha: Uvatha wysyłał do Akhorahila niejakiego Vihusa – „ambasadora nadwielmożnego i zupełnomocnego”. To on zginął podczas naszej zasadzki w dżungli…
- Zabił go członek jego orszaku, doradca, czy sekretarz. Ów Vihus nie był już młody, a w bitwie odniósł ranę. Podczas ucieczki ostatni pozostały przy nim rodak zabił go, uznając za obciążenie dla własnej ucieczki… Mam podstawy sądzić, że Sauron krzewi wśród swych sojuszników kult Morgotha - Saeros zwiesił głowę.
- Ale przyjęcie khandyjskiego posła wcale nie przesądza, że Akhorahil jest zdrajcą. Nawet jeśli jest wielkorządcą lojalnym wobec Numenoru – to przecież może zawierać miejscowe sojusze, prowadzić własną regionalną politykę. Wszak namiestnik powinien dbać o dobre relacje z sąsiadami, więc jeśli pisują do siebie z Uvathą, czy wysyłają wzajem przedstawicieli dyplomatycznych – cóż w tym złego…? Natomiast przeczytajcie to…
- Pieczęć taka sama, tylko gorzej odbita. A treść… - odezwał się Erestor.
- Kolejne pismo Uvathy do Akhorahila? – upewniła się Galadriela. – Kto zna ten język?
- Spróbuję tłumaczyć – zaofiarował się Gror. – Nad Morzem Rhun spotykałem Khandyjczyków…
- Pomogę ci, Synu Durina. Poznałem ten język podczas wojny w Eregionie – dodał Erestor.
Krasnolud i elf pochylili się nad dokumentem.
- To pismo jest sygnowane „do rąk własnych” – zauważył Erestor
- Poprzedni list nie miał takiego emblematu. Poselstwo Vihusa miał poznać cały dwór Akhorahila, to był oficjalny dokument urzędowy. A tu mamy jakiś głębszy sekret – uzupełnił Glorfindel.
- „Pozdrowienia dla Czcigodnego, Dostojnego, Potężnego… Brata w pradawnej mocy…?” – podjął Gror.
- „…Ufam że Mistrz Naszych Pierścieni nauczy nas dogłębnie mocy naszych klejnotów i bę-dziemy mogli porozumiewać się, czytając wzajem w umysłach, choćby dzieliła nas odległość całego świata – ja dzięki mojemu pierścieniowi, a ty, czcigodny – dzięki twojemu…” – kontynuował coraz wolniej Erestor.
Zapadła cisza. Wszyscy rozważali konsekwencje tej wieści.
- „…Naszych klejnotów…?! Twojemu pierścieniowi...?!” – wykrztusił Elrond. - Numenorejski arystokrata, wicekról, potomek Elrosa… - dla syna Earendila to było najważniejsze.
-…przyjął pierścień mocy od Saurona…! – dokończyła Galadriela.
- Ze wschodu nadciąga burza. – zwrócił uwagę Glorfindel, wskazując czarne chmury przelewające się pomiędzy masywami i szczytami Gór Mglistych, zasnuwające już niebo nad Ost-in-Edhil. – Wracajmy do Rivendell.

***

Rivendell zbudowano pięć wieków wcześniej, jako schronienie na czas wojny. Obecnie był to piękny kompleks pałacowy u stóp Gór Mglistych. Rezydencje, budynki gospodarcze, posterunki cieszyły oko zarówno w postaci pojedynczych budowli – jak i w postaci całego zespołu architektonicznego, doskonale komponującego się z otaczającymi go lasami, szczytami górskimi i przecinającymi całą dolinę strumieniami.
Mimo, że kończył się październik, dzień był ciepły i słoneczny. Elfy i Gror siedzieli na tarasie, za plecami mając pałac Elronda. Słudzy podawali przekąski, owoce i wino. Trawniki i alejki wokół pałacu pokryte były warstwą złotych i żółtych liści.
- Co wiemy o tym Akhorahilu? – spytała Galadriela.
- Jego ojciec, Kiryamir, jeszcze w czasach króla Kiryatana, z którym zresztą był spokrewniony, miał założyć w Hyarn, na południe od Dalekiego Haradu, tam gdzie nawet inne gwiazdy świecą, porty, warsztaty i plantacje służące ich państwu. – odpowiedział Glorfindel. - Wypłynął z Numenoru na czele licznej floty, opanował wybrzeże, założył Kiryatondor… Niestety, zmarło mu się niedługo później i już od trzystu lat władzę sprawuje jego syn, Akhorahil.
- Mniej więcej od czasu, w którym zaczyna się panowanie Hoarmuratha i Uvathy? – raczej dla formalności spytał Galdor.
- Akurat u Akhorahila nie byłoby to nienaturalne… Jest on potomkiem Elrosa, objął rządy jako młodzieniec, więc nie przekroczył jeszcze naturalnej granicy swojego plemienia. – zabrał głos Elrond.
- Tym niemniej powinien już być w sile wieku – a według świadków nie jest… - kontynuował Glorfindel.
- Jeśli otrzymał od Saurona pierścień – to wiele się wyjaśnia. I kolaboracja z Mordorem i aspiracje do samodzielnej władzy… - uzupełnił Elrond.
Elrond, jako gospodarz i przyjaciel Glorfindela – zdążył już otrząsnąć się z szoku. Przyjął do wiadomości, że kolejne pokolenia potomków jego brata Elrosa – mogły daleko odejść od prawości i dobroci założyciela rodu. I że zdarzają się wśród nich czarne owce. W końcu już ponad trzy wieki wcześniej Numenorem wstrząsnął bunt Murazora - chociaż tamto można było uważać za jednorazowy eksces…
- Sauron najpierw poznał i podporządkował sobie pierścienie, które Kelebrimbor wykuwał, a później – przechwycił je i rozdał wśród swoich zaufanych. Rozumiecie głębię jego planu? Wykorzystał naszą, elfią, moc aby wzmocniła jego panowanie nad światem. Morgoth, Wielki Nieprzyjaciel, budował w poprzedniej erze swoje mocarstwo czerpiąc z własnej mocy – żadna to sztuka. A Sauron okazał się o wiele sprytniejszy - tworzy imperium wykorzystując pierścienie, w które to Kelebrimbor wlał moc. W Siedmiu i Dziewięciu zawarta jest moc elfów… a Sauron tylko leciutko ich dzieła zmodyfikował. Rozumiecie? Dodatkowa, ostatnia inkanta-cja… To tak, jakby doświadczony treser ujeżdżał konia i uczył go najwymyślniejszych sztuczek, a później ktoś inny wbijał zwierzęciu jedno polecenie: „tylko mojego głosu masz słuchać”. Albo płatnerz, który wykuwa dla wojownika wspaniały hełm… a gdy jest niemal gotowy inny płatnerz wierci z boku hełmu maleńki otwór, przez który będzie mógł owemu wojownikowi rozkazywać, krzycząc komendy wprost do jego ucha. Klejnoty, które pierwotnie miały służyć mądrości i pięknu – służą władzy i wojnie. – podsumowała Galadriela.
Tu odezwał się milczący dotychczas Saeros.
- Trzysta lat… widzę tu jeszcze jedną zbieżność: czy mniej więcej w tym czasie… albo trochę wcześniej… nie zaginął młodszy syn ówczesnego władcy Numenoru – Murazor? W Numenorze wciąż go pamiętają, na dworze jego imię jest zakazane, ale pospólstwo i mędrcy wiele o nim mówią. Co się z nim właściwie stało?
- Nie mógł się pogodzić z tym, że nie obejmie władzy po Kiryatanie, którego następcą był Atanamir. Jeszcze jako młodzieniec zebrał zwolenników, popłynął tu, do Śródziemia, próbował przejąć władzę w Tharbadzie, a później w Umbarze, przegrał… a później nagle zniknął. – skomentował Elrond.
- Czy to nie dziwne? Zarówno jego poplecznicy, jak i słudzy prawowitych królów: Kiryatana i Atanamira powinni przetrząsnąć całe Śródziemie żeby znaleźć taką personę. Brat najpotężniejszego władcy ludzi! Ani nie skazany, ani nie odnaleziony, ani nie założył gdzieś własnego państwa… znikł jak kamień w wodę… - Saeros uśmiechnął się smutno.
- Całkiem możliwe, że się odnalazł… jako namiestnik Barad-Dur… - dokończył.
- Mów Saerosie! Niech wychylę ten kielich hańby do samego końca! – Elrond miał już dość.
- Czy zaprosimy do naszej rozmowy krasnoludy? Starszy, Grain, podczas podróży opowiedział mnie i Glorfindelowi wiele interesujących sekretów ze stolicy Mordorczyka.
Decyzja o przybyciu Graina i Ibuna do Rivendell zapadła jeszcze w Ost-in-Edhil, gdy przed wyjazdem Gror w imieniu Durina zażądał z nimi widzenia.
- Służyliście Sauronowi, nędznicy?! – huknął na powitanie.
- My za chlebem, panie… budować jeno chcieli… My bardzo zbłądzili… - Grain był autentycznie przestraszony, Ibun milczał.
- A teraz chcecie osiedlić się w świętym Khazad-Dum? – spytał Gror szyderczo.
- O niczym innym nie marzymy! Choćby jako pomocnicy górników, jako odźwierni przy bramie… – wyjąkał Grain.
- Więc wiedzcie, że dla was droga do Khazad-dum wiedzie przez Rivendell. Dopiero gdy pomożecie czcigodnym elfom rozwikłać intrygę, z jaka wszyscy się zmagamy, dopiero gdy odpowiecie wedle pełnej waszej wiedzy na ich wszystkie pytania, a elfy ujmą się za wami i potwierdzą, że pomogliście im – możecie przekroczyć bramę Khazad-dum.
Gdy Grain z Ibunem weszli na pałacowy taras byli wyraźnie spłoszeni. Towarzyszyli im dwaj elfi dworzanie, na tarasie podszedł do nich z jednej strony Gror, a z drugiej –Glorfindel z wielką księgą, przyniesioną z biblioteki Elronda.
- Pozwoliłem sobie wziąć ten album. To może być nasz ostateczny dowód.
Elrond skinął głową, Glorfindel położył księgę na stoliku, Gror podprowadził do stoli-ka krasnoludów.
- Elrondzie, ja już z nimi rozmawiałem w drodze. Niech teraz nie będzie nawet cienia wątpliwości, że coś im sugeruję – powiedział Glorfindel odstępując od stolika i manifestacyjnie odwracając się plecami.
- Grainie, podczas przesłuchania latem, na południu, przyznałeś, że widywałeś Murazora - komendanta Barad-Dur…? – spytał Elrond.
- Odpowiadaj, a rychło! – rzucił Gror.
- Kilka razy, możni panowie… nie rozmawiałem z nim nigdy… możniejsi z nim dyskutowali… ja stałem i widziałem jego kilka razy… - niepewnie wykrztusił Grain.
- Popatrzcie – Elrond wskazał księgę. – Znajdziecie tu podobizny rozmaitych możnych, których nie znacie… To moi dalecy krewni. Przejrzyjcie je, karta za kartą i powiedzcie, czy ów Murazor z Barad-Dur jest do kogoś podobny?
- Szlachetny Panie, gdzie mi do waszych familii? – Grain zawahał się, ale posłusznie otworzył ciężką księgę. Powoli przyjrzał się pierwszej ilustracji… ten tu do was, dostojny panie, podobny, jak brat! Wybaczcie, widzę podpis, ale nie umiem po waszemu czytać…
- Nie szukaj podobieństwa do mnie, a do owego Murazora – ponaglił Elrond.
- Widać że jeden w drugiego wielki pan, książę, czy nawet król… a to chyba królowa…! A to druga władczyni…? – Grain powoli, ostrożnie przewracał bogato ilustrowane strony, wreszcie zatrzymał się na przedostatniej…
- Do tego tu bardzo podobny. Chudszy może, szczuplejszy, ale wyższy i w barach szerszy. Ten na karcie – to jakiś król w pałacu, a Murazor z Barad-dur – to wojownik. Ale podobny jak brat…
- Tar Atanamir, poprzedni król Numenoru… - westchnął Elrond, zamykając z rezygnacją oczy.
- Dziękujemy ci Grainie. – Galadriela przejęła inicjatywę. - A ty, dostojny Grorze, masz moje słowo, że ten krasnolud, wraz z synem – zasłużył się naszej sprawie. Khazad-Dum ubogaci się, otwierając przed nim bramy.

***

Po obiedzie Gror, wraz ze swoim orszakiem, do którego włączono też uradowanych Graina i Ibuna – ruszył z Rivendell do Khazad-Dum. Zapowiedział ścisłą współpracę Durina z elfami, szczególnie wylewnie pożegnał Galadrielę.
Przed wieczorem przywódcy elfów zebrali się jeszcze raz, w niewielkim gabinecie w pałacu Elronda. Gospodarz był milczący i przygnębiony – docierała do niego głębia upadku krewniaków… Obrady faktycznie prowadziła Galadriela.
- Czy rozumiecie? Jeśli nawet najszlachetniejsi spośród Dunedainów są gotowi przejść na służbę Saurona dla nieśmiertelności – to cóż się stanie, jeśli poznają cała prawdę? Jeśli władcy Numenoru pożądają wiecznego życia, a Sauron da im bodaj jego namiastkę – kto ich powstrzyma przed oddaniem się na jego służbę? – Glorfindel był pesymistą.
- Sauron zrabował klejnoty pięć i pół wieku temu, a wiemy, że Kelebrimbor wykuł ich dziewięć – podsumowała posiadaną wiedzę Galadriela. - Więc jeśli żaden nie został zniszczony, to oprócz sześciu, które już nienaturalnie przedłużyły życie nosicielom, Sauron miałby do zaofe-rowania ludziom trzy kolejne. Ale jeżeli rozdaje je ostrożnie i nie jednocześnie – to nie wszystkie musiały się jeszcze ujawnić. Dla barbarzyńców biologiczną granicą życia jest chyba około stu lat – i to oni mieliby sześć pierścieni, otrzymanych – jak Hoarmurath i Uvatha – ja-kieś trzy wieki temu, a być może jeszcze wcześniej.
- Pamiętacie wojnę w Eregionie? – przypomniał Galdor. - Jeśli w ówczesnej armii Saurona pojawił się jakiś energiczny i odważny dowódca Easterlingów – to mógł w nagrodę dostać taki pierścień od razu na polu walki, albo zaraz po… i już od czterystu, albo i pięciuset lat byłby pod wpływem tego klejnotu….
- Nie wiem, czy po tej wojnie Mordorczyk miał powody, by nagradzać swoich żołnierzy czy dowódców… Poniósł ciężką klęskę… - wtrącił Elrond.
- Oczywiście nie chodziło mi o akt dobroci ze strony Saurona, ale o kalkulację – poprawił się Galdor. - Jeśli w jego rozbitej wtedy armii znalazły się formacje szczególnie skuteczne czy dowódcy o ponadprzeciętnej inteligencji którzy stracili tylko połowę, a nie cztery piąte swoich żołnierzy - to Sauron miał powody, aby takich władców wspierać. Pierścień mógł być formalnie nagrodą za męstwo - a w praktyce narzędziem, aby taki zdolny, a zarazem lojalny wobec Mordoru, watażka zjednoczył wokół siebie inne plemiona.
- Ale z Numenorejczykami jest inaczej – do głosu powrócił Glorfindel. - Po pierwsze – byli wrogami Saurona, to ich armia zdecydowała pięć wieków temu o jego klęsce, więc bezpośrednio po wojnie ani on im nie dawałby żadnych prezentów – ani oni by w żadne układy z nim nie wchodzili. Zanim pojawili się Numenorejczycy chętni do kolaboracji – pamięć wojny musiała się nieco zatrzeć – sto, dwieście lat…. Co ważniejsze, dla numenorejskiej arystokracji granica życia wynosi czterysta lat, może nawet więcej – Elros dożył pięćsetki, Atanamir do-ciągnął do czterystu dwudziestu. Z tych, których podejrzewamy, Murazor, jeśli to on, miałby obecnie czterysta czterdzieści lat, Akhorahil przekroczyłby trzysta pięćdziesiąt… więc nawet jeśli mają już pierścienie od Saurona – to jeszcze nie żyją „nienaturalnie długo”. Na razie więc, oprócz sześciu, o których wspominał Pengolod – mamy jeszcze dwóch prawdopodobnych nosicieli pierścieni, którzy jeszcze się nie „ujawnili”. Więc pierścieni, którymi Sauron zniewala ludzi byłoby co najmniej osiem…
- Nigdy nie wolno nam zdradzić ludziom tajemnicy Pierścieni Władzy. My naszych nigdy nie użyjemy, krasnoludy pewnie nigdy swoich nikomu nie odstąpią – prędzej dadzą się pozabijać. Ale ludzi nie potrafimy powstrzymać. – podsumował Erestor.
- Sądzisz, że Numenorejczycy i tak się nie dowiedzą? Mają licznych szpiegów i wiele potrafią… - wątpił Saeros
- Nie musimy im tego ułatwiać. Poza tym liczę też na… Mordorczyka. On też nie ma zbyt wiele mocy, aby każdego króla, czarnoksiężnika czy wojownika uczynić swoim sługą. Kelebrimbor mógł mu wydać najwyżej siedem pierścieni, które miały służyć krasnoludom i dzie-więć – przeznaczonych dla ludzi – stwierdził Glorfindel.
- Może to i lepiej, że większość pierścieni otrzymali barbarzyńcy?
- Ci głupcy nie zdają sobie sprawy z mocy klejnotów. Może i uzyskają nieśmiertelność, może i zbudują swoje imperia – ale staną się niewolnikami pierścieni i Wielkiego Pierścienia, który nosi Mordorczyk.
- „Niewolnicy pierścieni” – ciekawe określenie…

_________________
Szagrat: pamiętam Wielkie Oblężenie... 3000 lat, jak ten czas leci!
Powrót do góry
 
 
Wyświetl wpisy z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum tolkienowskie -> Twórczość fanowska Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3

Temat: Pojawienie się Nazguli -2251 rok Drugiej Ery (Strona 3 z 3)

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich wpisów
Nie możesz usuwać swoich wpisów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dodawać załączników w tym dziale
Nie możesz ściągać plików w tym dziale

Powered by phpBB2
Copyright © tolkien.com.pl Wszystkie prawa zastrzeżone.