Forum dyskusyjne miłośników twórczości J.R.R. Tolkiena
w sieci od 11/2001
 
Gospoda(1) | Zasady Forum | FAQ | Szukaj | Kalendarz |  Zarejestruj się |  Profil | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości | Zaloguj

Witryny zrzeszone w forum:
Hobbiton  Pod Rozbrykanym Balrogiem


"Prawda miewa skrzywione oblicze, jeśli na nią patrzą fałszywe oczy." Gandalf, Władca Pierścieni


pokaż tylko ten wpis  Temat: Hurin, Morwen i Turin -czy naprawdę patologiczna rodzina? 
Autor Wiadomość
Miriel
Powiernik Pierścienia


WpisWysłany: 02-06-2008 15:30    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem

Chyba trochę... pobronię Turina i tego, że nie szukał ojca.

Może wypowiem się niezbyt fachowo, ale nie nazwałabym rodziny Turina patologiczną. Dlatego, że w rozumieniu potocznym "patologia" kojarzy się z marginesem społecznym, czyli rodziną z problemem alkoholowym (to najczęstsze skojarzenie), z przemocą domową, dewiacjami itp., generalnie chodzi o niezdrowe relacje rodzice-dzieci.
Tutaj tego nie mamy. Matka, jak i ojciec Turina, pochodzą ze znanych, sławnych nawet wśród elfów i cenionych rodów. Nie ma mowy ani o marginesie społecznym, ani i przemocy w rodzinie, ani o alkoholizmie. Jest to rodzina darzona szacunkiem wśród ludzi i wśród elfów. Może nie wydaje się bogata materialnie, ale jest to porządna rodzina, zasłużona, rodzina bohaterów.

Ale mimo wszystko jestem skłonna określić rodzinę Turina słowem: dysfunkcyjna. Patologiczna rodzina także jest dysfunkcyjna. Ale tutaj dwa elementy przemawiają za dysfunkcją: po pierwsze: nieobecny ojciec, po drugie: zimna matka. To już wystarczy, by dziecko nie wzrastało w odpowiedniej atmosferze: a czytając o dzieciństwie Turina odczuwam to zimno, jakie panuje w jego domu. Emocjonalne zimno i brak rozmowy i kontaktu z osobami, które mają największy wpływ na rozwój dziecka: z rodzicami. Ja w tej rodzinie nie czuję miłości.

Zastanawiałam się nad tym, czy brak ojca, który nie wynika z "winy" tego ojca, a jest determinowany przez okoliczności - wojnę - można uznać za dysfunkcję. No przecież taka była norma: była wojna, nie tylko ojciec Turina wyruszał na wojny, brał udział w bitwach - wyjeżdżali także inni ojcowie. Nie jeden Turin został sam z matką. Ale doszłam do wniosku, że tak. Jedną wskazówkę dają nam elfowie, którym możemy chyba zaufać (choć są innym plemieniem) i przyrównać ich podejście do wychowywania dzieci do ludzi: elfowie uważali, że czasy wojny nie są dobre dla rodzenia i wychowywania dzieci. Dlatego, jak gdzieś tam napisał Tolkien, w czasach wojny w zasadzie elfie dzieci się nie rodziły. Skoro elfowie mieli takie podejście do wojny, to sądzę, że możemy się zgodzić, że ludzkie dzieci aż tak bardzo się nie rózniły od elfich, i także potrzebowały w pierwszych latach życia spokoju, poczucia bezpieczeństwa i obojga kochających rodziców. Turin tego nie miał: ani jeden z tych elementów nie został zaspokojony.
Po drugie, można by się zastanowić, że skoro wszyscy mężczyźni w tych czasach wyjeżdżali na wojnę, to skoro to było "normą", to czy możemy to nadal uważać za dysfunkcję? Ja sądzę, że tak. To że dysfunkcja staje się powszechna, nie znaczy, że staje się pozytywna i dobra.

Turin szuka dla siebie "rodzica", który by z nim rozmawiał i dał mu ciepło - i takim "rodzicem" zostaje dla niego Labadal. Bo przecież prawdziwy ojciec Turina z nim nie rozmawia. Jest pojawiającym się czasami bohaterem opromienionym glorią chwały, wspaniałym, lecz obcym. Tak naprawdę w życiu Turina nie istnieje ojciec jako osoba, lecz jako wyidealizowany obraz herosa. I Hurin nie jest dla Turina partnerem w rozmowie. czytamy: "Ojca widywał rzadko, ponieważ Hurin często przebywał poza domem, strzegąc w służbie Fingona wschodnich granic Hithlumu, a kiedy wracał, jego szybka mowa, pełna dziwnych słów, żartów i ukrytych znaczeń, oszałamiała i onieśmielała Turina". Dlatego Labadal zastępuje (moim zdaniem) Turinowi ojca: jest zrozumiały dla chłopca, poświęca mu swoją uwagę, rozmawia z nim (a nie tylko przemawia do niego - jak Morwena), uczy go rozumieć otaczający świat, odpowiada na pytania, jest troskliwy. Przede wszystkim zauważa chłopca. A to jest ważne.

Bo jednym z typów dzieci z rodzin dysfunkcyjnech jest tzw. dziecko niewidzialne. Jest to dziecko, które na zaburzone relacje w rodzinie reaguje wycofaniem się, niejako usuwając się z pola widzenia rodziców, aby im "nie przeszkadzać" i nie robić im "dodatkowego kłopotu". I wydaje mi się, że Turin jako dziecko właśnie rozwinął w sobie tego typu osobowość. Czasy, w jakich się urodził, były trudne. "Tak mijały dni, a cień strachu, rzucany przez Morgotha, wydłużał się". Ojca nie było w domu, matka zimna, nie dawała opuszczonemu dziecku zbyt wiele czułości. Potem urodziła się siostra, i cóż, "Turin nie cieszył się taką miłością, jak ona". Wycofywał się coraz bardziej: "nie był wesoły i rzadko się odzywał (...), Długo pamiętał niesprawiedliwość i każde szyderstwo (...). W tym czasie całe uczucie przelał na Lalaith, swą siostrę, ale bawił się z nią rzadko. Wolał strzec jej tak, by go nie widziła, i obserwować (...)". Turin juz jako dziecko nie okazuje uczuć - nic dziwnego - matka go tego nie nauczyła Płacz

Potem przychodzi największa trauma: Turin, jak wiemy, kochał swoją siostrę i jej strzegł. I najgorsze, że umarła ona wtedy, gdy on chory, nie mógł jej pilnować. Co może poczuć w tej sytuacji kilkuletni chłopiec? Nie było go! Nie dopilnował, nie ochronił jej, a więc dlatego umarła! Gdyby był wtedy przy niej, być może tragedia by się nie stała! I z tym cierpiącym sercem i dotkliwym bólem poczucia winy mały chłopiec musi poradzic sobie sam. Bo matka jest zimna. "Nie próbowała go pocieszać, gdyż sama przyjmowała boleść w milczeniu i z zimnym sercem". A Turin "gorzko płakał nocami w samotności i nigdy już przy Morwenie nie wspominał imienia swej siostry". W najgorszym momencie swojego dziecięcego życia Turin nie ma oparcia w żadnym z rodziców.

Dziecko wzrastające w takiej rodzinie, w której nie ma dialogu, dziecko, do którego się tylko "przemawia", nie umie zbudować w swojej świadomości swojego własnego obrazu. Ono nie wie, kim jest, bo nie konfrontowało webec rodziców swoich myśli i uczuć. Nie zna własnych reakcji emocjonalnych, bo nie przećwiczyło ich w relacjach z rodzicami. I dla mnie Turin jest tego typu osobą - dlatego nic dziwnego, że w dorosłym zyciu kieruje się impulsami, jest gwałtowny i nie stać go na odrobinę refleksji nad sobą. Zna jednak litość - ale to zasługa Sadora.

Wracając do tematu i tego, dlaczego Turin nie szukał ojca: myslę że właśnie dlatego, że, jak napisał M.L., Turin nie czuje się zbyt mocno związany z ojcem, i jak napisał Ramandur, że Turin być może miał żal do ojca, że go zostawił. Skoro ojciec go zostawił, to niby z jakiej paki teraz Turin ma go szukać? I zgadzam się z tym, że:
Ramandur napisał(a) (zobacz wpis):

Zapewno zabolało o to iż dla ojca walka z wrogiem była ważniejsza od rodziny. (...)
Jest to oczywiście moje zdanie, możliwym jest też, że Turin chciał zrobić to, co nie udało się ojcu. Chciał atakować Morgotha, robił to jednak z zawziętości, nie z chcęci ratowania Śródziemia czy z rozwagi. Prawdopodobnym jest też to, że Turin chciał pomścić ojca wszystkimi atakami na wroga, jednak o samym wyzwoleniu Hurina nie myślał bojąc się spotkania z ojcem lub uważając to za wyczyn niemożliwy.

Być może Turin całe życie czuł się wyrzutkiem, a w Doriacie dodatkowo się o tym upewnił. Poza tym, kogo nie spotkał na swojej życiowej drodze, wszyscy mu coś radzili, czyli, upewniali go w jego poczuciu, że coś z nim jest nie tak. A ojciec był przecież wielki! Był bohaterem! Ojca szanowano, a jego nie, on wszędzie niósł śmierć... Jak mógłby spojrzeć ojcu w oczy, on, Turin, porażka rodziny? Ciekawe, ile razy Morwena powiedziała swojemu małemu synkowi z wyrzutem "Dlaczego nie testeś taki jak ojciec?!", i co czuł ten mały, zagubiony, niekochany chłopiec. Ale to już są moje nadinterpretacje.
_________________
noldorski blog
japoński blog
filmowy blog
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora

Powered by phpBB2
Copyright © tolkien.com.pl Wszystkie prawa zastrzeżone.