Forum dyskusyjne miłośników twórczości J.R.R. Tolkiena
w sieci od 11/2001
 
Gospoda(0) | Zasady Forum | FAQ | Szukaj | Kalendarz |  Zarejestruj się |  Profil | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości | Zaloguj

Witryny zrzeszone w forum:
Hobbiton  Pod Rozbrykanym Balrogiem


"Świat rzeczywisty pełen jest zasadzek i wiele w nim ciemnych plam ; ale nie brak też jasnych. A chociaż we wszystkich krajach miłość się dzisiej łączy ze smutkiem, kto wie, czy się przez to nie pogłębia jeszcze." Haldir, Władca Pierścieni


pokaż tylko ten wpis  Temat: Tolkien 2005 w Birmingham 
Autor Wiadomość
Sarnond
Weteran Bitwy Pięciu Armii


WpisWysłany: 20-08-2005 02:05    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem

W zasadzie największy z Mumaków (sercem ofkoz) oraz najczerwieńsza z Laiquedni powiedzieli już wszystko, co było do opisania. Złe słowo.. Do nakreślenia, bo opisać tego, co widzieliśmy, doświadczyliśmy i przeżyliśmy nawet w zwykłych słowach się nie da, nie mówiąc już o słowie pisanym. Tak czy siak, niewiele mimo wszystko można dodać do tego, co napisali przedpiszcy, poza jedną rzeczą - zawartością i jakością merytoryczną tego, co było filarem całego konwentu, a więc szeregu wykładów i odczytów ludzi zza wielu lądów, a często i oceanów, ludzi, którzy zjechali na te parę dni do Birmingham nie tylko posłuchać (jak 70% z naszej ekipy Język), ale też pochwalić się albo swoją - wyłącznie - wiedzą nt. Śródziemia, albo też umiejętnością błyskotliwego wiązania faktów i wyciągania (mniej lub bardziej) zaskakujących wniosków, by przedstawić wynikłe płody szerszej publice.
"Problemem" chyba wszystkich większych konferencji jest to, że wśród - jeśli szczęście i poziom dopisze - pokaźnej liczby prelekcji z tej drugiej półki, znajdzie się mniejszy czy większy natłok pogadanek z tej pierwszej. Nie inaczej było i w tym przypadku. Nie mnie oceniać poprawność merytoryczną i nowatorstwo tez poszczególnych prelegentów - to Silvana, Memel oraz TAO i Melinir byli najczęstszymi (choć nei jedynymi) z naszej ekipy elementami zasilającymi trybuny sal, salek i pokojów Z przymrużeniem oka i pewnie napiszą niejedno na ten temat w najbliższym wydaniu Aigloska. Niemniej nawet mnie, laikowi, szczególnie w kwestiach językowych, rzuciło się czasem w oczy (uszy sensu stricte) amatorstwo (co wysoce zrozumiałe) oraz nawijka truizmami i wtórność (co już mniej) pewnej części odczytów (a przyznam, że na aż tak wielu nie byłem). Przyjezdni prelegenci czasem sami nie wiedzieli co jest clue ich wykładu i do czego chcą przekonać publikę, a czasem bez pardonu (choć nie wprost) przyznawali, że jakichkolwiek wniosków z ich strony daremnie się w prelekcji doszukiwać, a sam wykład okazywał się być już w założeniu potokiem frazesów i rzeczy już od dawna oczywistych, choć zebranych nie wiadomo w jakim celu w jedną kupę. To z kolei, w połączeniu z siarskim faux-pas ze strony organizatorów pod tytułem nie włączenie klimy na salach wykładowych i wysokim deficycie tlenu, dawało tak wymoszczonej kompilacji faktów czynnik wysoce usypiający (poważnie!), szczególnie, że średnią snu w owym tygodniu stanowiło jakieś 4-5 godzin.
Niemniej lwia część prelekcji była naprawdę ciekawa (a niektóre perełki z tej miażdżącej większości, po prostu wspaniałe - np. wykłady profesor Flieger) - a w każdym razie warta odwiedzenia i poświęcenia godziny cennego w tych warunkach czasu. Cennego tym bardziej, że Aigloski niestety, mimo swej świetności (docenionej przez wielu, również gości specjalnych), same sprzedawać się nie kciały i potrzebowały do tego celu porywającego wdzięku naszych przeuroczych Śmiech tudzież uroku osobistego naszych przeprzystojnych Śmiech. Ktoś pełen poświęcenia musiał więc być stale obecny w Dealer's Room, choć nawet jeśli nie przypadała akurat nasza kolej na użeranie się z angielskim systemem monetarnym, na którym ogląda się dziwnym trafem stale tę samą twarz, raz 20 lat młodszą, raz 20 lat starszą Z przymrużeniem oka, nie znaczyło to, że problem z możliwością wjazdu na interesujące nas wykłady uznać można było (przynajmniej na czas jakiś) za rozwiązany. Prelekcje odbywały się równocześnie w czterech miejscach, więc decyzja na któryś z intrygująco brzmiących (po tytule) wykładów była często już na starcie konieczna, choć jak się czasem post factum okazywało niestety źle podjęta, jeśli odczyt, na który zdecydowaliśmy się pójść okazywał się organizacją jednogodzinnych miejsc noclegowych, a kolidował przy tym z innym, o równie frapującym nas tytule i - być może tym razem - także treści.
Abstrahując więc od jakości merytorycznej odczytów i od trudności ze zrozumieniem czasem łamanej angielszczyzny przyjezdnych retorów przez innych przyjezdnych z niemniej złamanym uchem, wspomnieć należy o pokazach slajdów najbardziej znanych ilustratorów Śródziemia - Alana Lee oraz Teda Nasmitha. Zbrakło na konwencie niestety pana Howe'a, a szkoda, bo razem z wyżej wymienionymi oraz Anke Eissman stanowiliby świetne tło dla prac naszych, rodzimych artystów. Śmiech Kolejka do sali, w której slajdował Lee zaczęła ustawiać się już pół godziny przed slide-show'em. Dobrze, że przyszło nam, elfom i półelfom Śmiech, do głów zająć w tym momencie strategiczne pozycje przy wejściu do sali, bo tym sposobem swymi smukłymi gabarytami zarezerwowaliśmy dobre miejsca już na widowni dla reszty timu. Pięć minut przed wpuszczenie m ludzi do sali przed wejściem czekała populacja w liczbie 200 osób na jakiąś setkę wolnych miejsc wewnątrz... Sam pokaz był niezły. A raczej byłby niezły gdyby nie stała zmora konwentowych paneli - ktoś nie cyknął, żeby cyknąć klimę Nic nowego. Spoko, zasnąłem gdzieś koło zdjęcia filmowego Shire'u, a obudziłem dzięki oklaskom hołubiącym jakiś lee'owy szkic. Jestem za Z przymrużeniem oka Suma sumarrum - pokaz Lee był dużo lepszy niż następujący po nim panel Teda Nasmitha. Lee nie skupiał się na swoich ilustracjach prezentujących Śródziemie czasów WP. Pewnie wyszedł z założenia, że mimo, że są bardzo lubiane i podziwiane, to także i bardzo znane, a pokazywanie czegoś już widzianego przez tak wybitnego artystę na własnym pokazie skutecznie ululałoby publikę i z klimą włączoną na full. Skupił się wiec (słusznie moim zdaniem) na szkicach oraz zdjęciach stworzonych na planie i na potrzeby superprodukcji Petera Jacksona, przy której kręceniu był głównym po scenarzyście kreatorem wizji wszelakich. Z przymrużeniem oka Pokazywał więc szkice elementów architektonicznych, etapy powstawania Shire'u, pielęgnowania ogrodów aż po bardziej prywatne zdjęcia grupowe z ekipą twórców filmu, także w bardzo egzotycznych miejscach Nowej Zelandii, gdzie często jak mówił wybierali się w poszukiwaniu odpowiednich krajobrazów na potrzeby filmu.
W jednym z ostatnich dni odbyło się, jak już wspomnieli przedmówcy, międzynarodowe, czy raczej interjęzykowe Z przymrużeniem oka czytanie fragmentów Władcy. Jak przebiegało, rozpisywać się nie będę, bo zrobił to już choćby Memel. Może uzupełnię tylko, jak to wyglądało z sarniej perspektywy. Z przymrużeniem oka Po traumatycznych przeżyciach doznanych poprzedniego wieczora na rzeczywiście dość extrawaganzkim pokazie strojów Śródziemia Skrzywienie mieliśmy ambitny plan pokazać tym monotonnym do bólu Angolom siłę słowiańskiej ekspresji. Jako że "na stanie" mieliśmy akurat jak najbardziej polskie wydanie Władcy Pierścieni (czyt.: w tłumaczeniu pani S.), a ściślej Dwie Wieże, wyszukaliśmy dość znaczącą scenkę, w której Frodo z Samem wiążą pochwyconego przed momentem Golluma liną elfów, podziwiając jak nieszczęśnik zwija się z bólu. Znaczącą z tego względu, że w naszym arcysprytnym planie miał ów ustęp zostać odegrany(!), a nie odczytany, a to wymagało (aby rzeczeni Angole nie patrzyli na nas jak na UFO) dużej liczby wyrazów dźwiękonaśladowczych. To zaś oznacza palącą potrzebę prób, przynajmniej kilku. Autobus do Sarehole okazał się "średnim" do tego celu miejscem, szczególnie, że na jego górnym pokładzie rzucało niemiłosiernie, a Sarn trzymający książkę zamiast 'się poręczy' stanowił niejakie zagrożenie dla otoczenia. Zaraz więc po powrocie do Aston, Sarnond - narrator, Kasiopea - Frodo, Nartu(r)cja - Gollum oraz niemy w tej scenie Samfrodel Z przymrużeniem oka znaleźli kąt na uboczu (czytaj rozległy, acz opuszczony korytarz), gdzie rozpoczęły się próby nie na żarty (do pokazu zostało jakieś 12 minut - a co! Polak potrafi! Z przymrużeniem oka). Wychodziło świetnie, Nasturcja w roli Golluma to jak Tommy Lee Jones w Ściganym! Jak Darth Vader grający samego siebie albo jak Babe Świnka z Klasą w roli Babe Świnka z Klasą! Po prostu Andy Serkis może się schować! Z dużej chmury mały deszcz jak to mówią... Po paru całkiem udanych próbach skończyło się na tym, że Nasturcja wytarła sobą połowę korytarza, a fragment i tak odczytała Nif - od początku do końca. Pomyśleliśmy, że to jednak zbyt śmiałe dla zgromadzonych w pokoiku, że biedna Nas, w afekcie wicia się po podłożu może zachaczyć np głową o krzesło (kolejny raz wyszedł poślizg organizacyjny - na cel tego panelu przeznaczyli pokój wielkością odpowiadający "przybytkowi" na mojej uczelni Skrzywienie), a ponad wszystko - że nie będzie to i tak widoczne dla ogółu, jako że lwia część zasadniczej akcji naszego pokazu miała miejsce jakieś 10 cm od podłoża. Nif dostała gromkie brawa, pewnie za ten potok zgłosek ś, ń, ź, rz, cz, dż, brzmiący dla ogółu niczym zaklęcia, a Nasturcja zastanawiała się przy otwartych stale na oścież drzwiach wejściowych do pokoju, czy by w trakcie odczytu Nif nie wpełznąć teraz ni stąd, ni z owąd, odgrywając swoją życiową rolę Smeagola. Na nieszczęście rozmyśliła się. Smutek Z przymrużeniem oka Śmiech Tak czy owak, dziewczyny i tak zaskoczyły publikę, bo po całogodzinnym wsłuchiwaniu się w kolejne scenki w coraz to inszych językach (i robieniu mądrej miny, że niby się coś rozumie, np z flamandzkiego tudzież yiddysh), na sam koniec wskoczyły do sali i w dumnej polszczyźnie odśpiewały śpiewkę z Bree "O Człeku co z Księżyca spadł". O dziwo Brytanie nie mieli problemów z odgadnięciem co to za piosenka - pewnie po części dlatego, ze Nasturcja i Kasiopea nie tylko śpiewały, ale i gestykulowały. Świetny widok. Szczególnie min Anglików. Jestem za
To w zasadzie wszystko, co w tej chwili sobie przypominam. Mówią, że im dalej w czas, tym wspomnienia się wygładzają i tracą szczegóły, ale newa sej newa. Uśmiech
Priscilla, no tak. Priscilla Tolkien, najmłodsze dziecko i jedyna córka Tolkiena była zarazem gościem jak najbardziej specjalnym całego konwentu, jak i skrzętnie tajoną do ostatka niespodziewajką. Tym bardziej, że przeurocza osóbka ma już za sobą prawie osiemdziesiąt wiosen i wycofuje się powoli z uczestnictwa w większych spędach masowych. Cris Crawshaw - przewodnicząca organizatorów - zaanonsowała ją na uroczystym otwarciu imprezy i ku radości ciżby, zaprosiła na scenę na małe "słów kilkoro". Oczywiście miła, starsza pani, od odpalonego wówczas stroboskopu fleszy wszystkich znajdujących się w auli aparatów, miała w oczach jedno wielkie "Ride The Lightning" i nie dziwota, że pomagali jej potem ze zejść ze sceny... ja sam miałbym problemy z trafieniem w schody... :| Z przymrużeniem oka Następnego dnia, jak wspomniała Nif, przemiła starsza pani miała swój własny panel, na którym wyczerpująco i w urzekający sposób odpowiadała na pytania fanów. Czasem pytania trudne, czasem na granicy wścibstwa i dobrego smaku - to zadziwiające jak fantastycznie, zręcznie i z jaką klasą potrafi replikować na niejedno niełatwe pytanie. Taką zręczność w posługiwaniu się słowem w odpowiedziach widziałem chyba tylko w Listach Tolkiena, ale.. no tak.. po kimś się to ma. Z przymrużeniem oka Tak czy owak, Priscilla nie odmówiła odpowiedzi na żadne postawione pytanie - z jednym wyjątkiem: nie wypowiada się na temat filmowej adaptacji, choć przyznała mimochodem, że Nazgule i orkowie stowrzeni przez Jacksona dużo bardziej ją przerażają niż te wyobrażone przy czytaniu książek Ojca.
Cel, jaki postawili sobie niektórzy, to zdobyć autograf miłej starszej pani. To w końcu córka Miszcza! Z przymrużeniem oka A podobna okazja niestety może się już nie powtórzyć. Im dalej w odmęt czasu, tym owo prawdopopodobieństwo mniejsze. Zaraz po jej własnym panelu, jak wspomniała Nif, niestety o autografach kazano nam już z miejsca zapomnieć. Nic dziwnego, jeśli zastanowić sie bliżej... Miła, starsza pani ma już swoje lata, po godzinnym mówieniu i intensywnym usiłowaniu zrozumieć quasianglojęzycznych przyjezdnych chyba każdy byłby wyżyłowany psychicznie, a ofiarowując jeden autograf musiałaby ofiarować trzydzieści następnych. Cóż, pozostało więc brać książkę w łapę i polować. Polować z tym większą determinacją, że ofiara PODOBNO zwiedzała tego dnia Aston University, uczestnicząc w niektórych prelekcjach i oglądając prace grafików. Niestety.. jeśli miła starsza pani pojawiała się na korytarzu, to zawsze w otoczeniu tzw balrogów, czyli paru organizatorów, którzy nie dopuszczali do niej nikogo. Skrzywienie Tak się złożyło, że przechodząc z Dealer's Room na pokaz tańców śródziemnych, minąłem na korytarzu niewyróżniającą się zbytnio, acz podejrzanie skupioną grupkę osobników. Nie trwało długo, by wybadać w odmętach balrogowych skarb cenny, który tak chronili - osobnika rasy białej, wysokości nieco wyższej niż hobbit, dostojnie i z ciepłym, przeuroczym uśmiechem na ustach sunącego w swych cichobiegach poprzez labirynty Aston, z niekłamaną ufnością zawierzając wyprowadzenie się spośród nich na bezpieczny świat gronu balrogów dookoła siebie. "Biedaczka!..." - pomyslałem, sunąc już właściwie nieświadomie ich tropem do windy z książką pod pazuchą i cienkopisem w nieco rozdygotanej dłoni. Uśmiech Raz kozie śmierć - pomyślałem wsiadając za nimi do lifta (przypomniało mi się, że OCZYWIŚCIE mam coś nie cierpiącego zwłoki do załatwienia na parterze Śmiech). Myślę, ze miła starsza pani nie zwróciła zbytniej uwagi na metr wyższego osobnika, stojącego ponad nią z dziwnym, amotycznym uśmiechem przylepionym do twarzy, a w każdym razie, dzięki Eru, nie myślała się go wystraszyć. Opowiadała akurat jakąś śmieszną historyjkę o konwencie, w którym drzewiej brała udział. Oczywiście śmiałem się razem z balrogami, chociaż w odróżnieniu od nich, zrozumiałem z wypowiedzi AŻ spójniki i parę zaimków. Uśmiech Po wyładowaniu z windy nastąpił przełom. Śmiech Jako, że w Aston znaleźć właściwą drogę bez dobrej busoli i kompletu kart Tarota nie sposób, nic dziwnego, że cała kompania stanęła w konsternacji, który z trzech korytarzy wybrać, by wydostać się na świat. Może to dzięki wzrostowi Sarna, może dzięki zrządzeniu losu, zobaczyłem nad odmętem jednego z korytarzy byczy napis "EXIT. Dis łej!", który umknął uwagi reszty. "Aj fink di egzit is dat łej" - zabłysnę, pomyślałem. Śmiech I to był klucz do sukcesu, bo jak się okazało balrogi były ufne i łatwo oswajalne - wespół z Priscllą podreptali za Sarnem, który z dziwnym błyskiem w oku uchylił im drzwi zaciemnionego korytarza. I właśnie wtedy zostałem zauważony. Ktoś z obstawy rzucił patrząc na to, co mam pod pazuchą: "fajna książka!" z wymownym, zawoalowanym żartem. Tu Sarn był jeszcze w stanie podjąć rozmowę po angielsku, powiedziałem, żę owszem, że to mój treżer i że to jest nowa edycja i... na tym skończyła się moja zdolność wysławiania się, bo zauważyła mnie także miłą starsza pani, która podjęła rozmowę, pytając między innymi, które to wydawnictwo, czy brytyjskie, czy hamierykańskie (brytyjskie lepsze! pamiętajcie! Śmiech). Co to była za rozmowa! No właśnie... co to była za rozmowa?... :| niech ktoś mi powie, bo w stanie euforii niewiele zapamiętałem. Korytarz prowadzący do holu głównego budynku miał jakieś 40 metrów, co przy tempie poruszania się uroczej starszej pani daje dobrych paredziesiąt sekund konwersacji. Śmiech Problem w tym, że o ile moje zdolności porozumiewawcze w języku wyspiarzy w normalnych warunkach sięgają jakichś 60% umiejętności Anglika, o tyle w tamtym momencie osięgnęły pułap jakich piętnastu... Powiedziałem Priscilli, że jestem z Polski i że w związku z tym chcę zaopatrzyć się w jak najwięcej papierowych skarbów na tym konwencie. Na słowo Poland zareagowała ożywieniem i uśmiecham, przypomniała sobie trzy młode kobiety, które podeszły do niej rankiem tego dnia wręczając swoje pismo. Ofkoz MUSSSIAŁEM powiedzieć, że to są maj frendz. Kazała w związku z tym gorąco je pozdrowić, a na koniec rozmowy wypowiedziała pamiętne i godne utrwalenia cyrklem na monitorze słowa... bless you. wieeeeeeeeeelgachny uśmiech Matko! Zostałem bleśnięty! Przez samą Priscillę! Nie bardzo jestem w stanie dojść, w jakim kontekście to powiedziała, ale na pewno po swojej plejadzie słów, kończąc naszą niekrótką rozmowę, głównie o Polsce; na pewno też wtedy nie kichnąłem. Język Tyle to pamiętam. Z przymrużeniem oka Nie poprosiłem więc w rezultacie o ten autograf na książce. Nie chciałem psuć chwili, mogła przecież w jednym momencie odpowiedzieć, ze nie może i już (szła, nie było nigdzie krzesła, nie miała okularów, korytarz był ciemny, etc.). Poza tym błogosławieństwo rozwaciło moje nogi i poszerzyło uśmiech już poza granice normy, więc o ile wcześniej gorączkowo myślałem jak tu o niego spytać, o tyle teraz stan spełnienia rozlał się po niedospanym organiźmie i niczego więcej już nie wymagał. Z przymrużeniem oka Tak, czy siak, dzielę się swoim bleśnięciem z całym naszym Forum. Mej da fors bi łid U! Uśmiech

Blessed Sarna.

P.S. Chciałem podziękować wszystkim, w których towarzystwie spędziłem ten niecały tydzień. 70% jak najbardziej pozytywnych wrażeń i wspomnień, które wyniosłem z tego konwentu, bierze się tak naprawdę stąd, że byłem tam z tymi wspaniałymi ludźmi. Dzięki Wam WIELKIE Silvana, Nasturcja, Kasiopea, Nelle, Melinir, Nif, elfy, Memelek oraz TAO.

P.P.S. Zdjęcia później. Uśmiech Nie mam po prostu siły ich już dzisiaj odpowiednio zmniejszać.
_________________
"... gdybyś wtedy tutaj był i Wojny ujrzał twarz, z bólu wraz z Maglorem wył, z Cirdanem pełnił straż...
... gdybyś wtedy tutaj był w ciemności wielkiej stał, gdy wściekłości wąż się wił, i łkał głos przelanej krwi..."
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość

Powered by phpBB2
Copyright © tolkien.com.pl Wszystkie prawa zastrzeżone.