Forum dyskusyjne miłośników twórczości J.R.R. Tolkiena
w sieci od 11/2001
 
Gospoda(1) | Zasady Forum | FAQ | Szukaj | Kalendarz |  Zarejestruj się |  Profil | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości | Zaloguj

Witryny zrzeszone w forum:
Hobbiton  Pod Rozbrykanym Balrogiem


"Waszym przeznaczeniem jest wybór." Aragorn, Władca Pierścieni


pokaż tylko ten wpis  Temat: Beleneth - Powieść 
Autor Wiadomość
Beleneth
Mieszkaniec Shire


WpisWysłany: 23-03-2012 21:28    Temat wpisu: Odpowiedz z cytatem

II

Erith szedł szybkim krokiem w blasku zachodzącego słońca, w stronę miasta. Jego fortyfikacja piętrzyła się już na horyzoncie, a wieże niczym stalowe iglice sterczały bezwiednie drapiąc chmury przebiegające nad ich krańcami. Popołudniowy wietrzyk zmienił się w zimny powiew zachodu niosącego zwały bryzy morskiej. Ptaki niczym mewy z dalekiego oceanu przelatywały raz po raz nad głową starca wyśpiewując różnorakie melodie.
-Wiedziałem, że wyniknie z tego groźba, wiedziałem. To była niedorzeczność grzebać człowieka w północ!
Z takimi myślami dotarł do północnych bram, a strażnicy nucący sobie melodie z dalekiego wschodu nie zatrzymali go wiedząc o posadzie ignorowanego w mieście farmera. Gdy Erith przeszedł przez bramy miasta i znalazł się na głównym dziedzińcu przed gmachem głównym podszedł do niego jeden z Wojowników.
-Witamy w Ilionie mości Erith’cie. Pójdziesz ze mną! – po tych słowach, Wojownik chwycił starca pod rękę i poprowadził go brukowaną ścieżką ku górnemu miastu i gmachowi, oraz siedzibie Przełożonego Wojowników. Erith nie mógł nawet przypuszczać, że sprawy przybiorą tak dramatyczny kierunek, nie wiedział dlaczego go zatrzymano i co z nim się dalej stanie. Lęk wziął górę nad jego umysłem, a zwątpienie dało się we znaki.
Słońce zaszło już za szczytami gór, a ostatnie promienie prześlizgnęły się po wschodniej fortyfikacji miasta. Wiatr zmienił się na południowy, a mróz okolił okiennice licznych domów.
Erith prowadzony przez Wojownika stanął przed domem Przełożonego Wojowników, za nim położony był staw z błękitną wodą, a po jego środku sterczał posąg króla, wyniosłego i dumnego, po mimo, że z kamienia to nader realnego i jakby żywego. Jedną ręką wskazywał odległy zachód gdzie mieściła się wyspa, na której panował niepodzielnie król i władca wszystkich wysp zjednoczonych. Dumna postać Króla spoglądała bystrymi oczyma, a jasne włosy rozpływały się na ramionach monarchy. Ze złotej korony umieszczonej na głowie władcy wystrzeliwały cztery strumienie srebrzystej wody, dokładnie na cztery strony świata. Przechodząc obok posągu Erith przyglądał się ustrojowi Dziedzińca Centralnego gdyż jeszcze nigdy nie był w tej części miasta.
Do drzwi domu Przełożonego prowadziła brukowane schody, a po lewej i prawej stronie widniały budynki, stojące tu odkąd Wojownicy przypłynęli do miasta. Zamieszkali w nim tworząc koszary i kuźnie, wprowadzając cywilizację i rozpowszechniając kulturę. Na czele Wojowników przypłynął mag lecz rzadko widywano go w szeregach Wojowników, mówiono za to, że mieszka w dziczy i przeprowadza dziwne doświadczenia.
-Kogo prowadzicie?!- krzyknął władczo strażnik wejścia do domu Przełożonego.
-Erith’a, grabarza w mieście i farmera z okolic miasta. Jest podejrzany o zbrodnie jaka wydarzyła się dzisiejszej nocy. – odparł Wojownik, który prowadził starca. Strażnicy żyli w sojuszu i pokoju z Wojownikami z oczywistych przyczyn. Byli co prawda liczniejsi ale Wojowników wychowano na prawdziwych bohaterów, każdy z nich trzymał się żelaznych zasad. Mówi się, że każdy Wojownik z wyspy Gardy szkolony był od dziecka, że każde niemowlę w owym kraju zostaje poddane próbie, dzieci zdrowe i silne zostają w przyszłości Wojownikami, słabi i piękni urzędnikami, a dzieci okaleczone i oszpecone porzucano na pastwę losu.
W wieku siedmiu lat chłopiec, który mieszka w Gardzie zostaje poddany próbie, wysyła się go w dzicz na dwa lata. Jeśli przeżyje i powróci do miasta zostaje odznaczony mianem Wojownika i szkolony, naucza się go by nigdy się nie poddawał, by nigdy nie odpuszczał, naucza się honoru i chwały, dobra i oddania za ojczyznę. Wydaje się, że to są karygodne wręcz okrutne prawa, lecz mieszkańcy tej wyspy co roku bronią tysiące ludzi przed zagrożeniami naturalnymi i wyrządzonymi przez człowieka. Są oni główną armią Króla i jego gwardią przyboczną.
-Nasz wódz już na was czeka, proszę!-odparł strażnik i ukłonił się pod spojrzeniem Wojownika.
Po wejściu, do nozdrzy Erith’a dostał się drażniący ale przyjemny zapach jakby pieczonego kurczaka. Rozejrzał się po ścianach. Po prawej stronie wznosiły się schody wyłożone panelami, prowadzące na drugie piętro do sypialń Przełożonego. Na ścianach widniały obrazy walk i wizerunki króla. Gdzieniegdzie wisiały miecze i łuki pięknie zdobione jakby nie z tej wyspy. Rynsztunek owych przedmiotów oczarował niezmiernie Erith’a. Gdy przeszli do następnego pomieszczenie, zobaczyli kilka osób stojących pod ścianami na baczność, a po środku sali rosłego mężczyznę w pięknie zdobionej zbroi, z mieczem przypasanym do lewego boku i łukiem na plecach.
-Dobry wieczór! Przyprowadziłem Erith’a, grabarza w mieście. – wyjaśnił i przedstawił zarazem Erith’a, Wojownik. Erith dopiero teraz dojrzał twarz Wojownika. Była mizerna lecz dumna, oczy spoglądały bystro w twarz Przełożonego, lecz źrenice jakby lekko drgały, wywołane to było- jak sądził Erith- przestrachem i grozą, która biła od barczystego dowódcy zamorskich kamratów.
-Dziękuję Ci Variad’zie, możesz odejść! –rzekł donośnie Przełożony i usiadł na krześle przed stołem, na którym rozłożone były różne mapy i kroniki. Bystre oczy Erith’a, dojrzały weń stare, bardzo stare przekłady języka elfickiego, zwanego Alphenionem. Była to rzadko spotykana księga, przywieziona- jak sądził Erith- z wyspy króla gdzie mieszczą się bogate zasoby ksiąg w tamtejszych bibliotekach, a możę z Gildii Magów, do której nie mają wstępu zwykli obywatele miasta i okolic. Księga ta była jedynym słownikiem języka elfów z pradawnych lat, które odpłynęły za morze po Wielkiej Bitwie Potęg, która rozegrała się za czasów praojców, praojców najstarszych starców w Ilionie. Wówczas gdy „Apocalips” złowrogi wysłaniec zła nakazał zniszczyć wszelakie oznaki bytu dobra w Luwirii- dawnym świecie- tylko owa księga została przechowana przez Eriana, który potem zmarł jako ostatni król miasta Nordiath i całej Qardy. Lecz ta wzmianka nie należy do owej historii.
– Wiesz dlaczego cię aresztowaliśmy?
-Nie Panie.- odparł ściszonym głosem starzec lekko drgając z lęku.
-Aresztowaliśmy Cię albowiem ostatniej nocy zdarzyło się coś niesamowitego na cmentarzu za miastem.
-Cóż takiego?- zapytał Erith udając nieświadomego.
-Hm. Dziś rano znaleziono rozkopany grób, w którym wczorajszej nocy pogrzebano zabalsamowane ciało nieznajomego człowieka.- Wyjaśnił Wojownik, a jego oczy rozbłysły widząc jak wzrok Erith’a biegał tu i tam po ścianach. Przełożony Wojowników dobrze wiedział, że Erith jest powiernikiem wielu cennych informacji dotyczącej owej nocy, jednak nie chciał naciskać by nie zszargać przesłuchania na samym jego początku.
-Ależ Panie ja…
-Mów co wiesz, a wyjdziesz na tym lepiej niźli możesz się spodziewać! –odparł donośnym głosem, a jego czoło zostało przeorane głęboką zmarszczką. Po mimo, że wygląd temu przeczył, Przełożony bym bardzo starym człowiekiem, wywodziło się to z ojczyzny Wojowników, którzy-jak już wspomniałem wcześniej- trzymali się żelaznych zasad, ale ich lód był nader wytrzymały. Mówiono tu i tam, że Wojownicy pochodzą od samego Haraklsesa, że są nader mocni i żyją długie wieki bez oznaki fizycznej. –Ja sam nie wiem ile Wojownik, przed, którym stał Erith ma lat, ale czytałem w bibliotece Ilionu, że Król Aktynu i Wysp Zjednoczonych, wywodzący się z tego samego rodu, w obecnej chwili ma dwieście czternaście lat i włada Aktynem od siedemdziesięciu czterech.
-Ale… Dobrze Panie. Wczorajszej nocy gdy zostałem wezwany do komnat świątyni miasta, byłem świadkiem mumifikacji.- Erith wymawiając to słowo zląkł się, a obecnym w sali dreszcz przebiegł po plecach, niektórzy w rezultacie spuścili wzrok inni dokończywszy wartę wyszli w pośpiechu. – Jednak nikt z tam obecnych nie wiedział kim jest zmarły, więc ja zabrałem głos i powiedziałem, co wiem na ów temat, oczywiście nie obeszło się bez kpin i wzgard- Erith opowiedział całą historię Przełożonemu, który w połowie opowieści usiadł na swym krześle o pięknych zdobieniach i oparł głowę na dłoni, wpatrując się monotonnie w starca. Dopiero gdy Erith wspomniał o cmentarzu Wojownik podniósł głowę i umieścił bystry wzrok pełen podejrzliwości na starcu. -… i tak patrzyłem jak Przełożona Uzdronandzieli…
-Uzdrowicieli!- poprawił go Wojownik, patrząc dalej w twarz starca.
-Tak, Uzdrowicieli wykopała, a raczej użyła magii do wykopania grobu dla zmarłego, unosząc jego ciało i składając w ziemi, a następnie zasypując nią. Mówiłem im, że nie roztropnie jest…
-Nie widzę w tym nic podejrzanego, prócz tego, że to ty byłeś na miejscu zdarzenia gdy magowie odeszli do Gildii…
-Ale panie, ja…
-Milcz! Znaleziono na miejscu zdarzenia twój kubraczek, w którym widziano Cię poprzedniego dnia w mieście! –rzucił oskarżeniem Wojownik. Teraz dopiero Erith, zrozumiał, że inni Wojownicy nie wzdragali się jego siły lecz bezczelności i umiejętności manipulacji ludźmi.
-Ale, Panie, proszę… mogę skończyć?
-To bez znaczenia co powiesz w tej chwili, wszystko sprzysięga się przeciw Tobie! Z tą chwilą zostajesz aresztowany, na mocy prawa nadanego mi przez Króla Aktynu i Wysp Zjednoczonych! Zabierzcie go!- W tej chwili Wojownicy stojący pod ścianą na baczność, ruszyli w stronę starca i chwycili go pod rękę, prowadząc ku wyjściu.
Jasne było, że Erith jest niewinny, lecz kto śmiał by się sprzeciwiać głowie miasta i drugiej z kolei, prawej ręce Króla Aktynu. Wychodząc z domu Przełożonego, Erith czuł znużenie smutkiem jak i wielki żal. Żal wywołany niemocą. Nie mógł się sprzeciwić Królowi, a negując słowo Przełożonego właśnie się pod tym podpisywał.

Wyprowadzono Erith’a z domu Przełożonego i poprowadzono do Dolnego Miasta. Dolnego albowiem miasto składało się z trzech warstw: „Nędzna Dzielnica”, było to miejsce gdzie mieszkała najbiedniejsza część społeczności Ilionu, to tam załatwiano wszystkie problemy w sposób niekoniecznie zgodny z prawem i zasadami obowiązującymi w mieście i tam też handlowano „Buliną”. Drugą warstwą było „Dolne Miasto” gdzie mieściły się budynki mieszkalne, Uniwersytet, Gmach Główny i targi oraz świątynia i Dzielnica Portowa. Ostatnią warstwą było „Górne Miasto” czyli siedziba Wojowników.
Przechodnie obserwowali tę dziwną procesję z wielkim zdziwieniem jak i oburzeniem. Niebawem gdy zrozumiano, że prowadzony starzec jest winny nocnej zbrodni, zaczęto wyzywać go od najgorszych i spluwać na ziemię pod jego adresem. Przeklęty przez społeczeństwo i zszargany przez straż, szedł główną drogą obok Uniwersytetu, dalej w stronę Gmachu Głównego, za którym znajdowały się koszary i więzienie dla złoczyńców.
Starzec martwił się przede wszystkim o swego syna Arneth’a, który ma dopiero piętnaście lat, martwił się o to, że chłopiec nie poradzi sobie sam ze wszystkim, a co gorsza, bardzo możliwe, że Wojownicy upomną się i o niego. „Obiecałem mej żonie, że się nim zaopiekuję, a jednak nie dotrzymam słowa”, z tą myślą w głowie szedł obserwowany przez setki par oczy. Jednak nie mógł się o to obwiniać gdyż był całkowicie nie winny, no może prócz tego, że napił się kieliszek brandy gdyż nie mógł zasnąć w nocy.
Wreszcie po dziesięciominutowym marszu, pełnym obelg i drwin, doszli do więzienia gdzie napotkali straż.
-Witam! Co was tu sprowadza? Brakło pracy dla was w domu Przełożonego?- przywitał ich jeden ze strażników, patrząc na Wojowników- A myślałem, że jest wam tam dobrze. „W domu Przełożonego mamy tyle pracy, a jak dobrze płacą”- wyrecytował strażnik z drwiną- Czekajcie, kiedy ja to słyszałem? A tak, wczorajszego wieczoru w jednym z pokoi w Domu Rozkoszy. Może mam donieść Przełożonemu gdzie się pałętacie w godzinach pracy?
-Zamknij się! Chyba, że chcesz abym skrócił Ci ten rozpustny język! Jeśli komuś powiesz, że widziałeś mnie w „Redlan’ie” to nie poszczędzę ostrza na twój kark, głupcze!- krzyknął wyższy z Wojowników. Stosunki między Wojownikami, a Strażnikami miasta były dość chłodne jednak żadne z stron nie wchodziło sobie w drogę. „redlan” był to burdel mieszczący się w „Dzielnicy Portowej”, miejsce nietypowe jak dla Wojowników i straży jednak cieszące się sławą gdyż to co błogie uzależnia niezmiernie.- Prowadzimy Erith’a farmera z pobliskiej wsi i grabarza w mieście. Jest on oskarżony o zbrodnie, która wydarzyła się w tę noc! Pod waszą strażą ma czekać na wyrok, który zapadnie w ciągu dwudziestu czterech godzin.
-Dobrze! Wprowadźcie więc go do środka i ostudźcie swe języki, bo to ja mogę coś komuś przekazać czy zgłosić!- odparł drugi strażnik strzegący wejścia do koszar.
Erith w eskorcie dwóch Wojowników przeszedł pod łukiem murowanej z kamienia bramy, otwartej na północ ku odległym puszczą i górą. Następnie udali się kamienną drogą w głąb koszar by przejść przez plac treningowy na, którym ćwiczyli swe sztuki wojenne strażnicy i stanąć przed dowódcą koszar i więzienia.
-Wszystko już wiem, przysłano do mnie posłańca od Przełożonego Wojowników z informacjami o całej sprawie.- Przywitał ich- Wprowadźcie go do środka, umieśćcie w celi numer trzy.- Po wprowadzeniu starca do celi Wojownicy wrócili do swych zajęć.

-Wyślijcie posłańca do koszar aby przygotowano cale dla więźnia Erith’a.- Powiedział donośnym głosem Przełożony Wojowników do swej gwardii przybocznej, która w mgnieniu oka pospieszyła aby wykonać zadanie.- Wezwać Polton’a!
Po kilku minutach do sali wszedł wysoki mężczyzna o twarzy podobnej do Przełożonego jednak nie tak bardzo dumny i barczysty. Podszedł do stołu i stanął naprzeciw Przełożonego.
-Witaj, bracie mój!- Przywitał go dowódca.
-Dzień Dobry. Słyszałem, że znalazłeś winowajcę zła jakie przyniósł nam ten ranek.
-Tak, jest to Erith farmer i grabarz w mieście.
-Dlaczegóż to farmer miał by odkopywać i plądrować grób zmarłego?
-Choćby dlatego, że zmarły był obcy? Kto wie czy nie pochowano go z różnorakimi skarbami.- Rzucił posępnie Przełożony, a na jego twarzy malował się chytry uśmieszek.
-Widzę, że dalej trzymają się ciebie żarty. Dorośnij wreszcie.- odparł Polton. Był młodszy od swego brata lecz zawsze bardziej rozsądny i racjonalny. To on miał zostać Przełożonym lecz nie przybył na wezwanie króla, gdyż jego żona urodziła mu wtem dziedzica rodu, czego nie omieszkał jego starszy brat. Zatruł umysł króla swymi słowami i zawładnął dziedziną Wojowników.
-Daj spokój, o co znów Ci chodzi? Cały czas masz coś przeciw mym zmaganiom ze skazą tego miasta.
-Może to ty jesteś skazą swego rodzaju? A jakież to argumenty przedstawił na swą obronę ten farmer?-zapytał Polton
-Zaiste żadne, wmawiał mi, że wszystko odbyło się planowo i, że odszedł zaraz po tym jak Magowie teleportowali się do Gildii.
-To dlaczego od razu stawiasz na to, że on jest winien wszystkiemu?
-Widziałem to w jego oczach.-odparł Przełożony.
-W jego oczach? A widzisz irytację twym zachowaniem w mych?
-Ach, bracie nie kłóćmy się, mam dla ciebie zadanie!
-O co chodzi?
-A chcesz wziąć je na swe barki?
-Po co pytasz i tak nie mam innego wyjścia…
-Doszły do mnie słuchy, że ów Erith ma syna o imieniu Arneth, przebywa on teraz na farmie ojca. Za wszelką cenę chcę go mieć przed swym obliczem!- rzucił Przełożony, a w jego oczach pojawiło się coś nowego, coś czego jego brat nigdy nie widział. To coś przerodziło się momentalnie w nienawiść i pogardę jednocześnie.
-Po jakie licho Ci on…
-Bo czuję, że odziedziczył po ojcu sztukę złodziejstwa, a poza tym chcę go mieć pod kluczem. Zresztą to teraz sierota, jak mogli byśmy go pozostawić na pastwę tego okrutnego świata.
-Jak sobie życzysz.- Odparł Polton i ruszył w stronę wyjścia nie zauważając, jak jego brat uśmiecha się drwiąco, a oczy rozpala ogień.
Minęła dziewiętnasta i mrok zapadał nad Ilionem, a słońce zaszło z daleką gładzią oceanu ustępując miejsca księżycu. Gwiazdy roziskrzyły się na niebie zwiastując mroźną noc, które w Aktynie często gościły.
Gdy Polton schodził po kamiennych schodach z Górnego do Dolnego Miasta, Erith patrzył przez zakratowane okiennice w nicość na niebie i światła bijące z domowego zacisza budynków. Rozmyślał nad swym synem i krzywdami jakie mogą go teraz spotkać. Rozmyślał nad tym, jaki koniec go spotka, nie wiedział jednak, że koniec przyjdzie w dalekiej przyszłości, a wymierzy go sam, sobie.

Arneth obudził się o brzasku i wyszedł z łóżka. Przeszedł wszystkie korytarze i zajrzał do wszystkich pokoi w domu. Jego ojca jeszcze nie było. Zmartwiło to niezmiernie chłopca, gdyż przez całą noc nie dostał żadnej informacji o ojcu lub od niego samego. Ubrał się i poszedł do kuchni. Zjadł śniadanie przez siebie wcześniej zrobione. Za okiennicami, zwróconymi na zachód, rozpościerała się mżawka, która z każdą chwilą zmieniała się w piękną pogodę. Wnet niebo się oczyściło i szron zszedł z roślin i szyb.
Po zjedzeniu śniadania udał się do holu pełnego cieni i półcieni. Ubrał płaszcz i całe uzbrojenie, które zawsze towarzyszyło mu na polowaniach i wyszedł na zewnątrz. Patrząc tak w niebo nabrał wielki haust powietrza i udał się na polowanie by nazbierać dużą ilość wilczych futer, które następnie zamierzał sprzedać na targu i kupić za uzyskane pieniądze jedzenie. Ruszył więc na północ od domu w stronę Puszczy Goryczy, która znajdowała się jakieś dwadzieścia pięć mil od Ilionu. Arneth lubił tam polować gdyż zawsze roiło się od zwierząt.
Szedł tak długo, że nogi zaczęły go boleć, lecz widział już przed sobą skraj puszczy i miejsce, którym zawsze wstępował doń.
Gdy stanął na skraju lasu poczuł dziwne mrowienie w nogach jak gdyby chciały dalej podążać na północ nie wkraczając wcale do puszczy. Nie mógł się powstrzymać i odegnać ciekawości co do tego, co też może się znajdować dalej, tam gdzie nie sięgała nawet jego myśl. Nie czekając dłużej, ruszył na północ tą samą polną ścieżką, którą tutaj dotarł. Wnet zorientował się, że polna ścieżka dobiegła końca przemieniając się w kamienną. Ta zaś prowadziła jeszcze niespełna pół mili dalej gdzie nad linią lasu widniało coś dziwnego, coś w rodzaju spiczastego dachu jakiejś wieżycy w stylu Gotyckim.
Zaciekawiony odkryciem- Arneth- ruszył w nowo wyznaczonym kierunku. Słońce wzeszło na najwyższy punkt nieboskłonu i już miało mijać zenit gdy ciemna, mroczna chmura przyćmiła jego tarczę i wówczas, Arneth stanął na północnym skraju lasu, patrząc na ciemną i mroczną, zarazem wieżę, sterczącą z kamiennego podłoża niczym iglica zmarłego miasta.
Wieża była wysoka i obszerna w całej swej okazałości. Sterczała na kamiennym podwyższeniu, które wystawało z trawiastej ziemi niczym ogromny postument. Ciemne szpony wierzchołka wieży drapały jasne chmury na błękitnym oceanie niczym wieżowce w wyjątkowo zaludnionym mieście. W połowie wieży jak i na jej czubku, malowały się kamienne kolce wystające z jej wnętrza jak gdyby przeznaczone do obrony swej pani. Cień wieży przysłaniał tarcze słońca, a jasność się jej nie imała. Ścieżka, którą zawędrował tu Arneth, biegła dalej wpijając się w środek podstawy lśniącej czernią iglicy, tworząc wejście z wysokim kamiennym łukiem. Było ono wysokie lecz wąskie. Ściany widniejące w wejściu były grube i ciężkie co świadczyło o warowności ów kamiennej rzeźby. Arneth czuł coś dziwnego, jakby magiczną aurę bijącą z wewnątrz wieży. Nie wątpliwe było to, że do zbudowania ów wieżycy przyczyniła się nad naturalna moc. Na wysokości górnego łuku wejścia widniały dwie pochodnie, które roziskrzone płonęły bezwiednymi ognikami, rzucającymi mdłą poświatę.
Arneth nie mógł już dłużej wytrzymać napięcia, czuł że rozum ostrzega go przed wejściem w nieznane lochy lecz serce wyraźnie pożądało wiedzy. Chłopiec nie mógł opierać się dłużej. Zrobił krok…Drugi…Trzeci i już stał przed wejściem, patrząc w mrok malujący się wewnątrz. Oparł prawą rękę o ścianę, która zwieńczona była runami. Przeszedł próg i coś jakby go odurzyło. Nie był to narkotyk czy coś tego pochodzenia. Było to wyraźnie nienaturalne jak by nie z tej czasoprzestrzeni. Arneth nie mógł się oprzeć. Wszedł dalej, przechodząc długim korytarzem. Momentalnie znalazł się w pomieszczeniu podobnym do holu. Po prawej stronie miał wejście na kamienne, spiralne schody, a po lewej duże pomieszczenie, a raczej komnatę lub loch.
Z kamiennego, ciemnego sufitu, wpieranego potężnymi filarami, zwisały grube, stalowe łańcuchy. Tu i tam leżała otwarta bądź zamknięta klatka, a weń rozrzucone kości najprawdopodobniej goblina, lecz czy aby na pewno…? Widząc to wszystko- Arneth- przeraził się niezmiernie i odwrócił wzrok w drugą stronę gdzie na ścianie wisiało przybite do krzyża ciało mężczyzny. Mężczyzny młodego i rosłego. Muskularne bary i ramiona wyciągnięte na twardym drewnie wykręciły się w nie naturalny sposób.
Arneth zakrył sobie usta dłonią i wyskoczył przerażony z ów komnaty nie patrząc gdzie go nogi niosą. Wnet znalazł się na kamiennych schodach i biegnąc w górę wieży zapomniał o wszystkich niebezpieczeństwach, które mogły czyhać za rogiem.
Wreszcie po długim biegu znalazł się na szczycie wieży upadając z łoskotem na… Purpurowy dywan. Chłopiec znajdował się teraz w niewielkim pomieszczeniu lecz nie przypominającym lochu czy komnaty. Znajdował się w pokoju mieszkalnym o kamiennych ścianach i sklepieniu. Na podłodze położone były równolegle dwa dywany, a na jednym z nich brązowy , skórzany fotel postawiony naprzeciw dużego kominka, w którym wesoło huczał ogień. Za fotelem znajdował się niewielki stół, a na nim różnego rodzaju zwoje i mapy oraz przekłady prastarych ksiąg z czasów elfich władców, w chaotycznym układzie, w których Arneth dopatrzył się tytuły: „Czarna Magia w Praktyce”, „Smoki i ich Serca”, „Zło w Czystej Postaci”, „Pentagramy Bieżącej Czasoprzestrzeni”, „Arkany Sztuki”, „Metaforyczne Znaczenie Magii” i wiele innych.
Na drugim dywanie, stało łoże z baldachimem, a obok niego nocna półka i szafa. Nad łożem wisiał duży obraz przedstawiający wymarsz ogromnej armii z pięknego miasta o złotych iglicach i blankach. Między dywanami znajdowało się przejście do innego pomieszczenia. Arneth ruszył w jego kierunku. Cicho na palcach podkradł się pod sam łuk przejścia i spostrzegł coś niesamowitego.
Pomieszczenie było duże i obszerne, ściany kamienne, a sklepienie podpierane pięknie zdobionymi filarami. W centrum pomieszczenia na podłożu znajdował się dziwny okrąg nakreślony krwią, a w jego wnętrzu krwawa, pięcioramienna gwiazda, na podobieństwo pentagramu. Każde ramię gwiazdy wskazywało kamienne postumenty, na których widniały rozwarte na dwoje księgi.
Z lewej strony obok postumentu z księgą, stał stół alchemiczny, a po prawej postać odziana w czerń. Z początku do Arneth’a nie dotarło to co widzi. Po kilku minutach wpatrywania się w kark Czarnoksiężnika- Chłopiec- cofnął się pod ścianę i przywarł doń sparaliżowany strachem. Czarnoksiężnik unosił ręce ku górze, a dłonie jaśniały mu niebieską poświatą.
-Słyszę bicie twego serca młodzieńcze- przemówił po chwili mężczyzna jakby do siebie albowiem cały czas był odwrócony plecami do Arneth’a. Chłopiec dopiero po minucie bądź dwóch ocknął się z przerażenia i stwierdził, że jego serce łomocze niczym orkowy bęben – Powiedz mi, jak się tu dostałeś i czego szukasz?
Po tych słowach Arneth czuł jakby mu coś zmroziło krew w żyłach, a gardło związały stalowe pęta.- Nie ładnie jest nie odpowiadać na pytania starszego.- powiedział spokojnie Czarnoksiężnik, nadal zwrócony plecami do chłopca. Wtem Arneth poczuł jak jego nogi złączają się, a ręce rozwierają na boki. Czuł jakby związano jego ciało bardzo mocnymi więzami. Nie mógł się ruszyć. Jego ciało uniosło się ku górze i zawisło na ścianie bezwiednie. Dopiero teraz Czarnoksiężnik zwrócił swe oblicze w stronę sparaliżowanego trwogą intruza.
Twarz jego była stara i zbutwiała. Siwizna na głowie kontrastowała z białą bródką. Oczy jarzyły się płomieniem. Stał tak w swym majestacie przybrany w długą szatę maga zwieńczoną licznymi runami.
-Czego tu szukasz, mów prędko!- Krzyknął, a uprzejmość, z którą jeszcze przed chwila witał swego gościa ulotniła się bezpowrotnie. Dopiero teraz Arneth dopatrzył się długiej, głębokiej blizny na jego twarzy biorącej swój początek w okolicy ust, a kończąc bieg na lewym oku.- Niechżesz odpowiadać? Nie krzątaj się! Zaraz skończą się twe męki! Mam nadzieję, że pożegnałeś ojca i matkę w kurhanie, albowiem zaraz do niej dołączysz!- Słysząc to Arneth napiął wszystkie mięśnie. Więzy nie puściły. Zły ściekły mu policzkiem, czuł żal, że nie spotkał się ostatni raz z ojcem, że go nie pożegnał. Zaraz zginie. Właśnie w tej chwili uświadomił sobie jak drogie jest mu życie, robienie co dzień ojcu śniadania, pomaganie mu w gospodarstwie, chodzenie razem do miasta i oczywiście częste pogawędki w ogrodzie pełne żartów i śmiechu. Wspomniał ostatnie słowa ojca „Jesteś przystojny i postawny, mężny i odważny. Może czas wybrać się do miasta na poszukiwania żony?”, Arneth’owi stanęło przed oczyma dotychczasowe życie. Przecież ma dopiero piętnaście lat, jeszcze tyle dobra go czeka. „Nie chce umierać”- pomyślał- „Chciałem być namiestnikiem jak nie królem Ilionu, mieć żonę i ciepły szczęśliwy dom, w którym wrzeszczały by dzieci. Przecież ja jeszcze nawet nie zaznałem ciepła kobiecego ciała! Ach, no cóż, jeśli taki ma być mój los. Trudno”.
-Ojcze pomóż mi!- wykrzyczał na co Czarnoksiężnik roześmiał się nienawistnie. Z nikąd nie można było się spodziewać pomocy. Arneth czuł, że opada z sił. Oczy zaszły mu mgłą i lekko się przymknęły.- Ageorm’ie, ześlij mi pomoc i obdarz swą łaską!- Wydusił z siebie ostatnimi sił. Zemdlał.

-Bezrozumny pyszałek!- stwierdził Czarnoksiężnik, wstając z ziemi. Rzucił okiem na swą komnatę i jeszcze raz przeklął Arneth’a. Pomieszczenie było doszczętnie zniszczone. Tu i tam walały się deski po niegdysiejszej szafie, a na ziemi- rozlane wywary lecznicze, parowały żrąc dywan. Większa część ściany pod, którą wisiał Arneth kilka minut wcześniej, była zburzona, a przez otwór stworzony wybuchem, wpadały zwały chłodnego, świeżego powietrza.- Jak to możliwe, że użył magii, przecież mieszkańcy Ilionu i okolic nie posiadają predyspozycji do życia magicznego.- Rzucił do siebie z odrazą.
W chwili gdy resztkami sił, Arneth wezwał Boga słońca, Ageorm’a wyzwoliła się w jego sercu moc magiczna kumulowana od piętnastu lat. Moc o dużej sile, której nawet tajemniczy Czarnoksiężnik się nie spodziewał. Od wielu lat w Ilionie nie było podobnego przypadku narodzin dziecka z predyspozycją magiczną. Populację Gildii wzbogacały dzieci z rodzin magicznych, aż tu nagle pojawił się mag z rodziny żyjącej na farmie.
-Jak ja to wszystko posprzątam. Ach, zajmę się tym później. Muszę za wszelką cenę odnaleźć chłopca. Jego moc jest niewyobrażalnie duża, w przyszłości może przewyższać moc członków Gildii razem wziętych. To on może pomóc mi w zadaniu nadanym mi przez króla.- Powiedział do siebie. W jego oczach zabłysła iskra świadcząca o nowo obranej drodze. Droga ta miała w późniejszych czasach zapoczątkować nową erę świata, opłaconą wieloma krzywdami.
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość

Powered by phpBB2
Copyright © tolkien.com.pl Wszystkie prawa zastrzeżone.